fbpx

Singapur – Państwo Mandatów

fotochannels.com

Blisko 200 lat temu na tej niewielkiej wysepce Anglicy otworzyli faktorię handlową. Jak do ziemi obiecanej ciągnęli tu emigranci z Europy i Azji. Dziś Singapur to azjatycki „tygrys” – jest w pierwszej dwudziestce najzamożniejszych państw świata. Ma także najlepszych studentów nauk ścisłych, najniższą przestępczość i najmniej śmieci na ulicach. Nadal jest ziemią obiecaną. Jak Singapurczykom udał się ten cud?

Na wyspie żyje ponad 4 mln miejscowych i około 800 tys. tzw. ekspatów, czyli cudzoziemców przebywających na kilkuletnich zazwyczaj kontraktach. Są tacy, którzy zostają na dłużej: Brytyjczycy, Amerykanie, Koreańczycy, Tajwańczycy, Indonezyjczycy – bo Singapur to doskonale zorganizowana wysepka, dobrze się tu żyje i pracuje. A dla Singapurczyków praca jest najwyższą wartością. Cel, do którego dążą, to 3C, czyli Credit Card – Condo – Car: karta kredytowa, kondominium (apartament w nowoczesnym wieżowcu) i samochód. Auto jest tu rzeczywiście przejawem luksusu, bo premier ze względu na ochronę środowiska wprowadził surowe regulacje: samochód nie może być starszy niż 10 lat, a koszt rejestracji sięga jego ceny.

Opiekuńczy dyktator

Prawie 80 proc. mieszkańców to Chińczycy, pozostali to Hindusi, Malajowie, a także garstka Żydów, Japończyków i Arabów. Zaczęli przybywać na wyspę, gdy w 1819 roku rozgościli się na niej Anglicy – sir Thomas Stamford Raffles założył Brytyjską Faktorię Handlową. W 1826 roku Anglicy kupili Singapur od malajskiego sułtanatu Johor i od tego czasu traktowali tę kolonię jako ważną bazę morską. Gdy w 1959 roku Singapur uzyskał autonomię, na czele rządu stanął Lee Kuan Yew, prawnik wykształcony w Cambridge. Nastały czasy drastycznych zmian. Były kolonialny port przeobraził się w prężne państewko działające jak szwajcarski zegarek.

Po sześciu latach od objęcia władzy przez Lee Singapur uzyskał niepodległość. Dyktator konsekwentnie realizował marzenie o idealnym kraju: opiekuńczym i bogatym. Wszędzie roiło się od policji, która miała dbać o nowy porządek. Lee zaczął od wychowywania obywateli. Zakładał, że większość z nich to imigranci z biednych regionów Azji: Chin, Malezji, południowych Indii. Ze względu na wieloetniczność i różnorodność wyznań wprowadził rozdział religii od państwa. Ogłoszono narodowe kampanie społeczne propagujące higieniczny i kulturalny tryb życia. Na autobusach, w metrze z billboardów krzyczały slogany: myj zęby, nie dłub w nosie, spuszczaj wodę w toalecie, szanuj starszych.

Lee ustalił obowiązujący do dziś surowy kodeks, za najmniejsze przewinienie grozi kara. W zależności od rodzaju przestępstwa może to być grzywna, chłosta lub więzienie. Za najcięższe zbrodnie – korupcję i handel narkotykami – grozi kara śmierci. W ciągu jego 30-letniej dyktatury wykonano w Singapurze około 50 wyroków śmierci. Choć Lee nie rządzi od 1990 roku, ma mniej surowego, ale kontynuującego jego politykę następcę: syna! Obecnie prowadzi się kampanię promującą czystość (urzędowego na wyspie) języka angielskiego. Tubylcy często kaleczą ten język, dodając do każdej frazy, każdego słowa śpiewną sylabę „la” i czasami trudno zrozumieć, o czym mówią.

Singapur zwany jest Fine City, czyli miastem mandatów, i słynie z wielu wręcz śmiesznych zakazów, takich jak zakaz żucia gumy, którego złamanie podlega karze grzywny! Nie wolno także pluć na ulicę. Z tego obyczaju słyną zwłaszcza Chińczycy. Pluje każdy bez względu na wiek, płeć i wykształcenie. Kampania edukacyjna przyniosła jednak rezultaty. Jeśli ktoś już musi splunąć, robi to w ustronnym (w jego mniemaniu) miejscu, na przykład w… łazience eleganckiej restauracji. Pewnego razu widziałam, jak młoda, modnie ubrana i umalowana dziewczyna długo i głośno spluwała w restauracyjnej toalecie, a po wszystkim otarła usta chusteczką, poprawiła szminkę i wróciła na salę, by kontynuować
kolację jak gdyby nigdy nic…

Stare i nowe

Centrum Singapuru to szklane wieżowce. Większość została zbudowana 15, 20 lat temu, ale ciągle wyrastają nowe – o coraz dziwniejszych konstrukcjach. A gdy brakuje miejsca pod kolejny wieżowiec, odzyskuje się ziemię z morza, osuszając je metr po metrze.

Pomiędzy drapaczami chmur zachowały się niewielkie dzielnice kolonialne z kilkoma zabytkami z czasów angielskiego panowania. Jednym z nich jest hotel Raffles – stały punkt wycieczek turystów. Słynie między innymi z baru, w którym można bezkarnie śmiecić łupinami orzeszków ziemnych. Cała podłoga jest nimi usłana.

Pozostałości po dawnych czasach można też odnaleźć w chińskiej i indyjskiej dzielnicy. W sercu Chinatown znajdują się najsłynniejsze świątynie. Na ulicy Telok Ayer wznosi się taoistyczna Thian Hock Keng, sąsiadują z nią dwa meczety Nagore Durgha i Al Akbar wybudowane przez wyznawców islamu z Indii, kawałek dalej ozdobna kolorowa świątynia hinduska Sri Mariamman. Zaskakuje świątynia buddyjska (buddystów jest tu około 40 proc.), która przypomina raczej centrum kultury. Ustawiono w niej stanowiska z komputerami, zza których miło uśmiechają się mnisi.

W obu dzielnicach na tle wieżowców ciągną się dwupiętrowe zadbane i wyremontowane kamieniczki. Tętnią życiem, wokół unosi się zapach kadzideł, pełno tu sklepików, barów i straganów, na których jest wszystko – od suszonego mięsa po tandetną biżuterię. W weekend trudno przebić się przez tłum, który z upodobaniem się targuje, dyskutuje i kupuje. Zakupy, a raczej pogoń za specjalnymi ofertami, to narodowy sport Singapurczyków. Gdy gdzieś ktoś ogłosi, że odbywa się promocyjna degustacja ciasteczek, ludzie mogą spędzić w kolejce nawet parę godzin, żeby załapać się na maleńki, ale darmowy kawałek. Ostatnio w dużych centrach handlowych akcje promocyjne urządzają firmy produkujące fotele do domowego masażu i relaksu. W zimnych od klimatyzacji galeriach sklepów na takich fotelach wylegują się pod kocami ludzie. Relaksują się, bo mogą to zrobić za darmo…

 

Sypialnie od państwa

Poza ścisłym centrum miasta wyrastają blokowiska, te lepsze i te skromniejsze – komunalne. Po dekoracjach na balkonach i w oknach można rozpoznać, czy mieszkanie zajmuje hindus, muzułmanin, taoista czy buddysta. Jeśli pośród suszącego się prania powiewają sześciokolorowe flagi, to znak, że mieszkają tam buddyści, czerwone flagi i lampiony wskazują na Chińczyków, zielony kolor przypisuje się Malajom, którzy zazwyczaj są wyznawcami islamu.

Każdy, nawet najbiedniejszy obywatel, ma prawo do własnego mieszkania, jeśli ukończył 30 lat i pozostaje w związku małżeńskim. Dostaje wtedy mieszkanie kwaterunkowe od państwa. Choć ciasne i czasem bez klimatyzacji, takie kwatery są czyste i schludnie urządzone. Trawniki wokół domów przystrzyżone i żadnych odpadków (porządek i dyscyplina wprowadzone przez wielkiego Lee docierają w każdy kąt miasta). Młodsi i samotni często mieszkają z rodzicami lub dziadkami.

Singapurczycy nie spędzają wiele czasu w domach, wracają do nich tylko na noc. Całe ich życie toczy się w pracy i na ulicy. Nawet sami nie gotują. Po co, skoro sklepów spożywczych jak na lekarstwo, poza tym to samo danie można zjeść za połowę ceny w knajpce albo kupić gotowe na wynos. Dlatego wszyscy żywią się w barach. Bez względu na to, ile kto zarabia, może żyć na przyzwoitym poziomie. Gdzie indziej je cudzoziemiec, gdzie indziej zwykły urzędnik, a gdzie indziej sklepowa kasjerka. Każdego stać jednak na codzienny posiłek z trzech dań. Poza tym w czasie obiadu czy kolacji można spędzić trochę czasu ze znajomymi i krewnymi.

Foto: fotochannels.com

Przy stole widać różnice kulturowe: przyjezdni z Zachodu wolą swoje restauracje z drewnianymi stołami, miłą muzyką, ciepłym światłem i klimatyzacją. Chińczycy lubią spotykać się w barze, gdzie wspólnie oglądają mecze na wielkim telewizorze, i nie przeszkadzają im typowe dla tych wnętrz zimne jarzeniówki.

Ważne jest jutro

O historii pierwszego pokolenia mieszkańców można dowiedzieć się tylko w National Heritage Centre (Centrum Dziedzictwa Narodowego). Singapurczycy nie interesują się historią. Czarek, mój znajomy lekarz, opowiadał, że gdy chciał się dowiedzieć od kolegów czegoś o ulicy, przy której mieszkał, kręcili tylko głowami. Nie mogli zrozumieć, dlaczego lekarz zajmujący się badaniami medycznymi w międzynarodowej firmie wolał zamieszkać w jakimś starym domu niż na 30. piętrze luksusowego apartamentowca. A Czarek wynajmuje stuletni piękny chiński dom na jednej z przecznic dochodzącej do Orchard Road. Kiedyś w miejscu tej najpopularniejszej dziś alei w Singapurze, porównywanej do paryskich Pól Elizejskich, znajdowała się plantacja gałki muszkatołowej. Ale o tym Czarek przeczytał w Internecie… Singapurscy znajomi pukali się w głowę: po co komu taka wiedza? To bez różnicy, co tu było kiedyś! Dla nich ważne jest, że powstają kolejne gigantyczne centra handlowe i rozrywkowe. Ich zachwyt budzą osiągnięcia technologiczne, a nie antyki i zabytki.

By Wight

Długo szukałam tu nocnego życia. Stare doki zostały przerobione na centrum gastronomiczno-rozrywkowe, ale przychodzą tu głównie turyści. Podczas wieczornej wycieczki rikszą (które są tu droższe od subsydiowanych przez rząd taksówek) zobaczyłam kilka zakątków rzadko odwiedzanych przez przyjezdnych. Młody chiński rikszarz najpierw pokazał mi Chinatown, swój dom i sklep, w którym pracują rodzice. Przewiózł mnie przez park, gdzie panował lekki bałagan – pozostałość po targowisku. Mimo nocnej pory jeden kram był otwarty. Na rozkładanym stoliku stały towary: stara suszarka, szampon, bielizna, kiczowate posągi Merliona – lwa z rybim ogonem, symbolu Singapuru, świątynki hinduskie i podświetlane figurki Buddy. Właściciel, starszy pan, siedział na krzesełku w oparach dymu z kadzidełek i uśmiechał się zapraszająco.

Potem wjechaliśmy do dzielnicy hinduskiej. W ciągu dnia panuje tu harmider, dużo tu zakładów fryzjerskich, krawieckich i małych kafejek. A w nocy okazało się, że to ulica czerwonych latarni! Podekscytowany chłopak, krzycząc: „Look, look”, wskazywał palcem na prostytutki. „Przecież singapurskie prawo zabrania prostytucji!”, odparłam. Mój przewodnik wzruszył ramionami. Choć domów publicznych jest i było tu wiele, jeszcze niedawno żadna dziewczyna nie odważyłaby się wyszukiwać klientów na ulicy. Domy publiczne zawsze działały pod szyldem Massage Centre albo Beauty Care Centre – centrów masażu czy odnowy biologicznej. Singapurczycy nie przepuszczą okazji zrobienia lukratywnego interesu i potrafią obejść prawo. Ważne, żeby nie rzucać się w oczy i nikogo nie gorszyć.

Jak długo Singapur pozostanie wygodną do życia Szwajcarią w Azji? Niektórzy źle mu wróżą. Amerykańska firma z Las Vegas właśnie wygrała wielki przetarg na budowę centrum hazardu na wyspie Sentosa, która była do tej pory ulubionym miejscem weekendowych wypadów Singapurczyków. Sceptycy boją się Anglików i wszystkich innych amatorów kasyn, którzy będą tu przyjeżdżać, żeby dobrze się zabawić: zagrać i się upić. A zataczających się po ulicach ludzi Singapur nie pamięta! Może wiecznie zachmurzone niebo i 30-stopniowy upał, który utrzymuje się tu cały rok, ich zniechęcą?