1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło poleca
  4. >
  5. Co oznacza tradycja dzielenia się opłatkiem? Jaką ma symbolikę?

Co oznacza tradycja dzielenia się opłatkiem? Jaką ma symbolikę?

133rf.com
133rf.com

Wielkimi krokami zbliżają się święta Bożego Narodzenia, a wraz z nimi choinka, św. Mikołaj oraz prezenty. Świąteczne upominki od bliskich są wyrazem ich pamięci o nas oraz miłości, którą nas darzą. Najlepszym prezentem jest jednak obecność wszystkich członków rodziny przy wigilijnym stole oraz podzielenie się opłatkiem. Co symbolizuje tradycja łamania się opłatkiem? Czym jest ten cienki płatek chleba i jaka jest jego historia? 

Zbliżające się święta Bożego Narodzenia wszystkim najmłodszym kojarzą się ze św. Mikołajem oraz kolorowymi paczkami pod choinką. Starsi członkowie rodziny są nastawieni na spotkania z często dawno niewidzianymi członkami rodziny. Tradycja łamania się opłatkiem ma na celu wzmocnienie więzi między bliskimi sobie ludźmi, pomóc wybaczyć zaległe spory oraz zaleczyć zranienia. Co oznacza dzielenie się opłatkiem w chrześcijaństwie?

Dzielenie się opłatkiem – symbolika i historia tradycji

Tradycja opłatkowa wywodzi się z czasów początku chrześcijaństwa, kiedy wierni przynosili na nabożeństwa swój własny chleb, który po poświęceniu zanosili do domów, aby podzielić się nim z bliskimi. Znana była także tradycja wysyłania kawałków chleba bliskim, którzy nie mogli być obecni tego wyjątkowego dnia. Miało to zapewnić im pomyślność oraz pomóc zażegnać ewentualne spory. Dodatkowo, tradycja dzielenia się opłatkiem nawiązuje do najpopularniejszej modlitwy chrześcijan „Ojcze nasz”, w której proszą „chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”.  Jest to także nawiązanie do Ostatniej Wieczerzy, kiedy Jezus dzielił się chlebem z Apostołami.

Z czego wypiekany jest opłatek?

Obecnie odeszliśmy od tradycji święcenia tradycyjnych chlebów i dzielenia się nimi. Zamiast tego na wielu wigilijnych stołach zagościł znany wszystkim opłatek. Co symbolizuje tradycja łamania się opłatkiem, jeśli nawiążemy do jej początków? „To cienki płatek chleba wypiekany tylko z wody i mąki, bez użycia drożdży. Dokładnie z tych samych składników, jednak z dodatkiem soli, powstaje Prawdziwy Chleb., taki, jaki był wypiekany dawniej” - przypomina Dariusz Grochola, właściciel sieci piekarni Grochola Prawdziwy Chleb.

Gdzie i jak dzielimy się opłatkiem?

Zwyczaj dzielenia się opłatkiem jest znany nie tylko Polakom, ale także Włochom, Czechom, Ukraińcom, Słowakom oraz Węgrom. Dawniej opłatkami nie tylko się dzielono, ale także lepiono z nich ozdoby, które miały mieć moc odpędzania zła. Z opłatków wykonywano różnego rodzaju wycinanki, gwiazdki, nawet kule przypominające ziemski glob.

Kto piecze opłatki?

Przed wiekami nad procesem wypieku opłatków czuwali zakonnicy, a następnie siostry zakonne. Od XV wieku zajmowały się tym także osoby świeckie, nieraz zamieniając opłatki w małe dzieła sztuki, które zachwycają nie tylko przepięknymi wzorami, ale także kolorami np. zielonym lub różowym. Co symbolizuje opłatek w różnych kolorach? Dawniej kolorowe opłatki dawane były zwierzętom gospodarskim np. czerwony był przeznaczony dla koni. Miało to na celu ochronienie ich przed chorobami lub innym zagrożeniem. Dzisiaj moda na kolorowe opłatki rozprzestrzeniła się i dzielą się nim także ludzie, głównie młodzi.

mat. pras. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego tak wiele osób nie lubi Świąt Bożego Narodzenia?

Zwykle brakuje nam czasu, żeby poczuć i przemyśleć jak chcemy spędzić Święta Bożego Narodzenia. Wpadamy więc, jak co roku, w utarty schemat. (fot. iStock)
Zwykle brakuje nam czasu, żeby poczuć i przemyśleć jak chcemy spędzić Święta Bożego Narodzenia. Wpadamy więc, jak co roku, w utarty schemat. (fot. iStock)
Nie wszyscy czekają na nie z radością. Dzieci – z pewnością tak. Jednak wielu dorosłym kojarzą się ze zmęczeniem i wydatkami ponad stan. I chociaż ten rok jest inny, to nadal dla sporej grupy ludzi Święta będą po prostu dodatkowym stresem. Jak podchodzimy do czasu Świąt i z czego wynika często pojawiająca się niechęć? – tłumaczy Monika Jasielska, psycholożka i psychoterapeutka z Centrum Psychoterapii Help.

Dlaczego nie lubimy Świąt? Myślę, że powodów jest co najmniej kilka. Mnóstwo osób zapomina o tym, co tak naprawdę jest ważne w Święta, wpadając w wir przedświątecznych zakupów, sprzątania i gotowania potraw na wigilijny stół. Przecież każdy z nas chce przygotować jak najsmaczniejsze dania, kupić idealne prezenty dla innych, czy mieć najpiękniejszą choinkę. Mowa tu o presji „Świąt idealnych” oraz lęku przed oceną innych. Absolutny perfekcjonizm powoduje, że jeśli coś nie idzie po naszej myśli, to pojawia się złość, frustracja i przygnębienie.

Kolejnym aspektem jest fakt, że niektórym Święta kojarzą się z koniecznością spotkań z osobami, do których nie pałają sympatią. Taki wymuszony kontakt może wydawać się sztuczny i przytłaczający.

Zdarza się również tak, że Święta kojarzą z czymś nieprzyjemnym, gdyż w dzieciństwie człowiek nie zaznał bezpieczeństwa i rodzinnego ciepła przy wigilijnym stole. Spotkał się natomiast z nadmiarem alkoholu, awanturami i atmosferą pełną napięcia i niepewności. W związku z tym, ślady minionych, trudnych doświadczeń utrwaliły się i doprowadziły do konsekwencji w życiu dorosłym w postaci niechęci do Świąt.

Czy nasza niechęć do Świąt może wynikać z tego, że odchodzimy od religii i nie do końca mamy poczucie, co tak naprawdę świętujemy? Czy może czujemy się przytłoczeni z powodu wszechobecnych reklam i świątecznej komercji? Coraz więcej młodych ludzi (ale nie tylko) odchodzi od religii. W dzisiejszych czasach, w których wiele osób ma dostęp do mediów różnego rodzaju, ma możliwość obserwacji tego, co dzieje się w środowisku kościelnym, religijnym. Człowiek w okresie dorastania ma dużą potrzebę posiadania autorytetu innego niż rodzic. Jest to normalny etap w rozwoju młodego człowieka, związany ze stopniową separacją emocjonalną od rodziców. Jeśli dla adolescenta autorytetem jest człowiek niosący posługę religijną, który go później zawodzi, to skutkuje to wzrastającą niechęcią do celebrowania Świąt, śpiewania kolęd czy wspólnej modlitwy.

Z drugiej strony, Święta mają wymiar tradycyjny dla wielu osób, niekoniecznie związanych z religią czy kościołem. Co ciekawe, niektórzy ateiści obchodzą Święta Bożego Narodzenia podobnie jak osoby wierzące. Spędzają czas w gronie bliskich przygotowując wyjątkowe posiłki i obdarowując się prezentami.

Wszechobecne reklamy o tematyce świątecznej promują obraz świąt idealnych, niczym z bajki - stołu pełnego jedzenia, ciepła palącego się kominka, śniegu za oknem, ogromnej choinki pełnej smakowitych cukierków i wielu prezentów, a także zdrowej, szczęśliwej rodziny. Niestety, rzeczywistość jest niekiedy inna. Nie każdego stać na drogie prezenty. Nie mogłabym tu nie wspomnieć o osobach, którym brakuje na jedzenie lub które nie mogą się cieszyć kontaktem z bliskimi, gdyż takich osób nie mają.

Świętom, szczególnie takim jak Boże Narodzenie, towarzyszy też pewien przymus wyjątkowości. Ciągle czytamy (lub słyszymy) jak należy je spędzić, co można, czego nie można... To prawda. Sami nakładamy na siebie tę presję i „nakręcamy się” wzajemnie. Zapominamy o swoich indywidualnych potrzebach i kierujemy się tym, co wyznaczają nam inni ludzie, media lub moda. Indywidualizm zanika na rzecz masowych nakazów, zakazów czy rad.

Zamiast zadbać o siebie, o swój osobisty komfort i poczucie spełnienia, dbamy o zewnętrznie akceptowalny wizerunek, o to co wypada, a czego nam wręcz nie wolno podczas Świąt.
Czy właśnie tego chcemy? Może warto jednak posłuchać wewnętrznego głosu i na chwilę zatrzymać się przy tym, czego naprawdę chcemy.

Często jest tak, że musimy skonfrontować nasze pragnienia o samotnych Świętach, lub Świętach na wyjeździe, z poczuciem obowiązku wobec samotnych rodziców. Mamy tu do czynienia z konfliktem lojalności wobec rodziców. Z jednej strony nie chcemy, by najbliżsi poczuli się osamotnieni czy opuszczeni. Są dla nas bardzo ważni i chcemy dla nich jak najlepiej. Ale co z nami? Jesteśmy przecież zmęczeni codziennością i monotonią w obszarze corocznych Świąt. Nie ma w tym nic złego, że czasami potrzebujemy „odpocząć” od ludzi, których bardzo kochamy. To naturalne. Mamy prawo do szczęścia, zaspokojenia własnych potrzeb, które niekoniecznie muszą się pokrywać z potrzebami innych osób. Zakopane pełne puszystego śniegu, słoneczny Egipt a może po prostu długo wyczekiwane towarzystwo wyłącznie własnej osoby? Nigdy nie jest za późno, aby zadbać o siebie i spełnić swoje prawdziwe pragnienia. Szczęśliwe dziecko - szczęśliwy rodzic.

Zwykle jednak nie spędzamy Świąt tak jak chcemy. Dlaczego tak trudno wyłamać się ze schematu? A może fałszywie interpretujemy rodzinne powinności? Myślę, że często brakuje nam odwagi, zdrowego egoizmu oraz asertywnego przeciwstawienia się sztywnym tradycjom i dotychczasowym przyzwyczajeniom rodziny. Społecznie przyjęte nakazy i powinności, co do tego jak Święta powinny wyglądać, z kim możemy je spędzić, w jakim miejscu, jak się zachowywać przy świątecznym stole, powodują narastanie wewnętrznej frustracji i niezadowolenia… ale przecież przy stole nie wypada narzekać czy wyrażać swojej prawdziwej opinii, bo może być to odebrane jako niegrzeczne. To jedno ze zniekształceń poznawczych jakie towarzyszy nam w okresie świątecznym.

Krótko mówiąc, blokuje nas lęk i obawa przed tym, co powiedzą inni, czy spotkamy się z brakiem zrozumienia i krytyką z ich strony. Potrzebujemy akceptacji swoich potrzeb, planów i zachowań. Martwimy się, że możemy kogoś zranić spędzając Święta w swoim własnym, wymarzonym stylu a nie stereotypowo w towarzystwie całej rodziny, dwunastu potraw oraz z kolędami w tle.

W tym roku mamy covidową wymówkę i choć niektórym jest naprawdę przykro z takiego obrotu spraw, duża część osób cieszy się, że wreszcie w te Święta odpocznie. Myślę, że czas pandemii jest niezwykle trudnym, pełnym niepewności, oraz lęku o zdrowie najbliższych, okresem w życiu wielu osób. Święta Bożego Narodzenia dla wielu rodzin będą wyglądały inaczej niż do tej pory. Są jednak i tacy, których niezmiernie cieszy taki obrót spraw. Sama myśl, że w tym roku nie będą musieli kupować masy prezentów i martwić się o to, że po raz kolejny nie trafią w czyjś gust, że nie ma wymogu odwiedzin kuzyna, za którym nigdy nie przepadali, napawa ich spokojem i komfortem psychicznym. Święta nie zawsze kojarzone są z ciepłem i dobrocią. To także konieczność odpowiadania na niewygodne pytania przysłowiowego wujka z Kanady, przymus jedzenia wszystkich potraw, jakie tylko zmieszczą się na stole oraz pomoc w pieczeniu ciast. Nie każdy z nas jest przecież urodzonym cukiernikiem.

Co najbardziej męczy tych, którzy nie znoszą Świąt? Porządki? Zakupy? Gotowanie? Przymusowe spotkania rodzinne? Myślenie o prezentach? I co ciekawe – dla osób, które lubią Święta, to wszystko właśnie jest największą atrakcją. Czekają na wspólne pieczenie pierniczków, pakowanie prezentów, ubieranie choinki. Myślę, że najbardziej męcząca jest, wcześniej już wspomniana, presja oraz obraz Świąt niczym z bajki czy reklamy telewizyjnej. Media mają w zwyczaju wyszczególniać to, co piękne i przyjemne dla oka. Wybiórczo karmią nas wykreowanym, wyimaginowanym obrazem Świąt. To powoduje, iż ludziom wydaje się, że nie może być dobrze. Musi być PERFEKCYJNIE. Zamiast skupić się na tym, że w Świętach najważniejsza jest miłość, bliskość drugiego człowieka, to ludzie spędzają długie godziny w kuchni, planują generalne porządki w domu, jednocześnie przy tym pracując, opiekując się dziećmi itd. I Święta tracą swoją magiczną moc a zaczynają kojarzyć się z natłokiem obowiązków, ogromną presją perfekcjonizmu oraz nieodpartym zmęczeniem i poczuciem bezsilności.

Czy Święta w ogóle są tematem, który porusza się podczas sesji z terapeutą? Pewnie! To klient wnosi na spotkania tematy, którymi chce się zająć i omówić wspólnie z terapeutą. Wbrew pozorom, bardzo często poruszany jest szeroko rozumiany temat okołoświąteczny. Jest to szczególny czas - zarówno w sensie pozytywnym, jak i negatywnym. Wiele osób odczuwa lęk i szereg trudnych emocji przed Bożym Narodzeniem. Sesja terapeutyczna to odpowiedni czas i miejsce na podzielenie się swoimi przemyśleniami, obawami w tym obszarze. Relacje rodzinne przy wigilijnym stole idealnie obnażają rodzinną strukturę oraz źródło schematów osobistych pacjenta. Terapeuta towarzyszy mu i i udziela adekwatnej, profesjonalnej pomocy.

Na szczęście, są również osoby, dla których te Święta są magicznym okresem w roku, napawającym ich szczęściem, bliskością z innymi, możliwością spotkania się z ludźmi, którzy na co dzień są niedostępni z różnych powodów. To czas przez wiele miesięcy wyczekiwany. W gabinecie psychologa poruszane są zarówno trudne tematy, jak i te bardziej przyjemne dla ucha i serca.

Od czego, albo do czego, chcielibyśmy uciec podczas Świąt? To kwestia bardzo indywidualna, lecz myślę, że przede wszystkim chcemy uciec od wysokiego tempa, zgiełku i chaosu, który często towarzyszy nam w okresie przedświątecznym. Szaleństwo zakupów, presja przygotowania dwunastu potraw, sprzątanie absolutnie każdego zakamarka domu, brak czasu na odpoczynek i czasu dla siebie, nie są czynnikami, które wprowadzają nas w przyjemny nastrój i motywują do działania. Wręcz przeciwnie - powodują frustrację i poczucie bycia niewystarczająco dobrym.

Chcemy uciec do strefy wewnętrznego komfortu, poczucia, że to co robimy jest wystarczające i nie mamy obowiązku gotowania do nocy czy mycia okien, pomimo ogromnego zmęczenia. Pragniemy spędzić ten czas z rodziną, w radości i spokoju. Chcemy odpocząć od codziennej pracy i nadmiaru obowiązków, a nie dodawać sobie coraz to kolejne. Warto jest zastanowić się nad tym, czego potrzebujemy, co jest dla nas ważne w Święta. Jeśli będziemy podążać za swoimi potrzebami, a nie naciskami z zewnątrz, osiągniemy spełnienie i satysfakcję.

Monika Jasielska, psycholożka i psychoterapeutka z Centrum Psychoterapii HELP. Absolwentka psychologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim oraz seksuologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS, obecnie w trakcie Profesjonalnej Szkoły Psychoterapii Instytutu Psychologii Zdrowia. Doświadczenie zawodowe zdobywała w prywatnych placówkach psychologicznych, Zakładzie Seksuologii Klinicznej Instytutu PTS oraz w Areszcie Śledczym w Warszawie.

  1. Psychologia

Czasem na samotne święta po prostu można mieć ochotę!

"Decyzja o spędzeniu samotnych świąt może okazać się dobra. Doświadczenie terapeutyczne wskazuje, że w otoczeniu rodziny często dochodzi w terapii do regresu". (fot. iStock)
Boże Narodzenie spędzone z dala od rodziny i bliskich nie zawsze jest koniecznością, wtedy zwykle bolesną. Bywa, że to świadomy wybór, podyktowany potrzebą serca i przekonaniem, że "samotne" nie zawsze oznacza "w osamotnieniu". Dokąd może zaprowadzić nas taki świąteczny eksperyment?

Mimo zmiany obyczajów, 2/3 Polaków wciąż Boże Narodzenie postrzega jako święta rodzinne i nie wyobraża sobie spędzić Wigilii w innym gronie. Owszem, coraz częściej w tym okresie wyjeżdżamy, ale wciąż: albo w gronie rodzinnym czy do rodziny, albo w tzw. pierwszy czy drugi dzień świąt. Inna sprawa, ile w tym nawyku czy lęku przed zmianą, bo jak wskazują badania przeprowadzone w listopadzie 2018 r. przez serwis Prezentmarzeń – dla 65 proc. respondentów okres Bożego Narodzenia oznacza stres. Badani mówią, że wywołuje go skupienie na przygotowaniach i prezentach, pośpiech, brak prawdziwego świętowania i ogólnie nie najlepsze relacje. Z tej perspektywy idealnym rozwiązaniem wydają się święta spędzane w samotności. Ale uwaga: samotności rozumianej jako wybór, a nie bolesne osamotnienie.

Czy to na pewno taki superpomysł – sprawdzam z pomocą psychoterapeuty POP Mateusza Ostrowskiego.

Jak to?

Kilka lat temu nasza redakcyjna koleżanka Lena zdumiała mnie informacją o tym, że w święta zostanie sama w domu. Nie mnie jedną, jak się potem okazało, bo wkrótce posypały się rady typu „może jednak pójdziesz do kogoś", a nawet zaproszenia na Wigilię. Z czasem ośmieliłam się zapytać, skąd ten pomysł. „O, to długa historia – odpowiedziała. – Po raz pierwszy coś zaświeciło mi się w głowie po przeczytaniu felietonu Kasi Miller w "Zwierciadle". Kasia wspominała swoje samotne święta z czułością. Ale wtedy żyła jeszcze moja mama i wszyscy spędzaliśmy święta razem”. Po odejściu mamy Lena nie miała ochoty na spotkania w odmienionym gronie rodzinnym i postanowiła spróbować, jak smakuje samotna Wigilia. Nie celebrowała jej, owszem, zjadła pierogi z kapustą, które ktoś jej sprezentował, ale był to jedyny element nawiązujący do uroczystej kolacji. Dwa kolejne dni spędziła na lekturze, drzemkach i spacerach. Kiedy dociekałam, czy naprawdę nie czuła się osamotniona, zaprzeczyła. „Wiesz – dodała – to innym było trudno uwierzyć, że nie było mi żal i smutno. Wątpili w moją szczerość, a mnie nie chciało się ich przekonywać”.

Mateusz Ostrowski tłumaczy, że to całkiem normalne, bo gdy wyłamujemy się ze schematu, to dochodzi do zmiany całego układu w otoczeniu. I co więcej, odnalezienie się w tej nowej sytuacji jest łatwiejsze dla przysłowiowej „czarnej owcy”, bo to ona podejmuje decyzję, niż dla tych, którzy zostali postawieni wobec niezależnego od siebie status quo. Nic więc dziwnego, że bliscy mogą nie najlepiej znieść naszą nieobecność przy świątecznym stole. Zwłaszcza jeśli nie wynika ona z konieczności (bo ktoś akurat ma dyżur w pracy) ani konsekwencji wyborów życiowych. Takie sytuacje, choć nadal trudne dla "opuszczonych", łatwiej zrozumieć. Inaczej, gdy muszą się zmierzyć z deklaracją: "W tym roku nie spędzam z wami świąt, bo wolę być sam". Nic dziwnego, że bliscy mogą poczuć się odrzuceni i rozczarowani, a nawet zranieni. I trzeba im dać do tego prawo i te ich uczucia "wziąć na klatę".

Z pozycji dorosłego

Bywa i tak, że decyzja o spędzeniu świąt z dala od bliskich jest dla nas w danym momencie dobra. I wcale nie jest to rzadki przypadek, bo z doświadczenia terapeutycznego Mateusza Ostrowskiego wynika, że na przełomie roku często dochodzi w terapii do regresu. W ciągu kilku dni spędzonych z rodziną odżywają lęki sprzed lat, nasilają się konflikty rodzice-dzieci (jakby czas się cofnął) powracają - wydawałoby się przepracowane – sprawy. To nic nowego, bo święta Bożego Narodzenia już pod koniec lat 60. XX wieku trafiły na listę najpoważniejszych stresorów opracowaną przez amerykańskich psychiatrów Thomasa Holmes'a i Richarda Rahe. Ciekawe jednak, że dotyczy to tylko dorosłych...

Podejmując decyzję o sposobie spędzenia świąt, warto więc odwołać się do figury Dorosłego zaczerpniętej z Analizy Transakcyjnej Erica Berne'a. Dorosły skupia się na faktach, zadaje pytania i weryfikuje potencjalne rozwiązania - w przeciwieństwie do kierującego się przede wszystkim emocjami Dziecka i normami - Rodzica. Jeśli ileś poprzednich wigilijnych wieczorów kończyło się kłótnią, jeśli znowu czuliśmy się nieszanowani i nieakceptowani, a fikcja szczęśliwej rodziny aż biła po oczach - warto zaryzykować święta sam na sam. I stanąć za sobą w środku (dając sobie na to przyzwolenie i jeśli trzeba, przechodząc żałobę po marzeniach) i na zewnątrz (konsekwentnie odpierając naciski). A samo spędzanie świąt w odosobnieniu potraktować jako eksperyment, który nie wiadomo, co przyniesie...

Tak właśnie było w przypadku Leny, która eksperymentowała przez dwa lata. Po czym - z pozycji Dorosłego - postanowiła spędzić kolejną Wigilię ze znajomymi (było nieoficjalnie, ale jednak odświętnie), a dalsze świąteczne dni z ojcem, jego nową partnerką oraz rodzinami braci. Mateusz Ostrowski widzi w tym nawiązanie do metody Josepha Campbella, amerykańskiego badacza mitów, znanej jako "Podróż bohatera". W skrócie polega ona na tym, że bohater wyrusza w świat w poszukiwaniu daru. Jeśli pokona wszystkie przeszkody po drodze i otrzyma ten dar, może wrócić z nim do domu i zmienić świat na lepsze. Jak twierdzi psychoterapeuta, odosobnienie jest ważne dla rozwoju, a w samotności może być łatwiej dostrzec cud, o którym w końcu przypominają święta Bożego Narodzenia. Jeśli jednak przeszkadza nam ich komercjalizacja i brak celebracji - może zamiast uciekać, spróbujmy wnieść trochę duchowości do rodzinnych relacji?

Bywa i tak, że decyzja o spędzeniu świąt z dala od bliskich jest dla nas w danym momencie dobra. (fot. iStock) Bywa i tak, że decyzja o spędzeniu świąt z dala od bliskich jest dla nas w danym momencie dobra. (fot. iStock)

Relacje sposobem na samotność

Rozmowa z Maciejem Orłosiem, ambasadorem akcji UNICEF Ponadczasowi

Przy okazji świąt, zwłaszcza Bożego Narodzenia, powraca temat samotności, która stała się bolączka naszych czasów. Co możemy na to poradzić? Ja sam nie doświadczyłem prawdziwej samotności, ale mogę sobie wyobrazić, że w czasie świąt może ona być bardziej dotkliwa niż na co dzień. Mam w rodzinie starszą osobę, jest już po 90-tce. Nie założyła własnej rodziny, nie ma dzieci, ale ma dalszych krewnych i świadomość, że oni są, jest dla niej bardzo ważna. Zapewnia, że sobie poradzi, jednak myślę, że poczucie, że nie jest sama, bo ktoś przyjdzie albo zadzwoni, albo np. zrobi zakupy, wiele jej daje. Może taką ogólną radą jest to, żeby podtrzymywać przyjaźnie, nie pielęgnować złości i ogólnie dbać o relacje.

Tłumaczymy, że trudno dziś utrzymywać bliskie relacji, bo nie mamy czasu na wizyty i długie rozmowy. Ale skoro ważna jest już sama świadomość, że gdzie tam ktoś jest, to chyba warto także podtrzymywać kontakt nawet na odległość? Myślę, że to ważne zwłaszcza dla osób, które mają ograniczoną mobilność i na co dzień mieszkają same. Jeśli mają takich nawet tylko telefonicznych znajomych, mają do kogo zadzwonić, podzielić się z nimi myślami, opowiedzieć o tym, co usłyszały, obejrzały. Dla kogoś, kto przez całe życie był aktywny i mimo upływu lat nadal ma aktywny umysł, nie ma nic gorszego niż zostać w pustce. Zdecydowanie, telefon jest dobrym pomysłem. Kiedyś prowadziłem spotkania w domach opieki i zauważyłem, że nawet osoby otoczone odpowiednią opieką, także medyczną, potrzebują czegoś więcej. Od osób kierujących jedną z placówek dowiedziałem się, że potrzebują wolontariuszy, którzy będą np. wychodzi z pensjonariuszami na spacer albo poczytają im książki.

A z kolei młodym wolontariuszom mogłoby to pomóc stworzyć nawyk budowania relacji i wychodzenia do ludzi - i kiedyś w przyszłości uchronić ich przed własną samotnością. Choć może to wyglądać myślenie interesowne, to wydaje mi się pewien sposób perspektywiczne... Pomaganie innym jest zdrowe dla pomagającego, udowodniono, że daje mu wiele satysfakcji czy wręcz poczucia szczęścia. Głęboko w to wierzę, ale wydaje mi się, że młodzi ludzie rzadko sięgają w wyobraźni tak daleko. Przyszłość jest dla nich abstrakcją, na zasadzie: „kiedy to będzie?”. I tu nie chodzi tyko o relacje, ale i zabezpieczenia przyszłości, oszczędności, polisy na życie.

Dziś wiele mówi się o byciu tu i teraz. I faktycznie jeśli tkwimy w przeszłości albo wciąż tylko planujemy, co będzie jutro, za miesiąc, za rok – to umykają nam okazje, by cieszyć się tym, co mamy. Jednak nie powinno nam przesłaniać perspektywy, że czas płynie. Dlatego cieszy mnie, że powstał program UNICEF Ponadczasowi. Zazwyczaj unikamy myślenia o swoim odejściu, a tym bardziej o tym, co będzie potem. W związku z tym w Polsce rzadkością jest sporządzanie testamentu, statystyki mówi, że wśród osób po 50-tce zrobiło to jedynie 13 proc. Polaków. A to także jest forma zadbania o relacje, bo dzięki temu można uchronić najbliższych przed komplikacjami w przyszłości. Przy okazji tej akcji przypominamy również, że w testamencie, poza rodziną, można uwzględnić inne osoby a także organizację. Jest ich tak wiele, że można wybrać tę, która jest najbliższa naszym wartościom. Ważne jest jedynie, żeby jej działalność opierała się na solidnych fundamentach, żeby była solidna i wiarygodna. Doskonałym przykładem jest właśnie UNICEF, który działa globalnie i ma na koncie wiele pozytywnych działań. W testamencie można ją uwzględnić w dowolnym zakresie i mieć zaufanie, że organizacja zrobi z tych pieniędzy dobry użytek. Fundusze z zapisów testamentowych ratują dzieci od śmierci i zapewniają im edukację. Warto zostawić po sobie piękne dziedzictwo.

  1. Psychologia

Po co nam tradycje bożonarodzeniowe? Co z nich czerpiemy? - wyjaśnia Wojciech Eichelberger

Święta Bożego Narodzenia kojarzą nam się z tradycją i rodziną. To głęboko zapisane w nas archetypy. (fot. iStock)
Święta Bożego Narodzenia kojarzą nam się z tradycją i rodziną. To głęboko zapisane w nas archetypy. (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Czy marketing przywłaszczył sobie tradycję bożonarodzeniową? Co będzie z choinką, białym obrusem, opłatkiem? Budzą trudne wspomnienia? I tak warto obchodzić święta – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta. Samotne w bloku, z nieznajomymi na jachcie czy z rodziną pod miastem – mogą być czasem niezwykłym. Musimy tylko poznać ich uniwersalną symbolikę.

Z dzieciństwa spędzonego w blokowisku we Wrocławiu pamiętam, że choinki świeciły w oknach u wszystkich sąsiadów: Karaimów, Ukraińców, rodzin pochodzenia żydowskiego, niemieckiego i litewskiego. W moim domu święta przynosiły spokój i radość, gości tak rzadkich jak zwierzaki mówiące ludzkim głosem. Pewnie dlatego kocham te święta.
Tradycja bywa dobra i zła, a świętowanie Bożego Narodzenia to na pewno dobra jej część. Poprzez swoją uniwersalną symbolikę ten czas dotyczy niezwykłego i wspólnego nam wszystkim wymiaru życia. Niezależnie od tego, co się wydarzy, niezależnie od tego, ile mamy lat i co myślimy, święta powtarzają się co roku. Podobnie pachną, niosą podobne smaki i wzruszenia. To daje nam namiastkę nieskończoności, odczucie uczestniczenia w czasie świętym, czyli w wieczności. To niezwykłe przeżycie. Ludzie skupieni na rozwoju duchowym doświadczają go świadomie. A ci, którym duchowość nie zaprząta głowy, po prostu wzruszają się, widząc te bombki, światełka, czerwoną czapkę Świętego Mikołaja i nos renifera Rudolfa.

Co nam daje kultywowanie świątecznej tradycji? Po co ten wysiłek, by o nią zadbać?
Powtarzalność i niezmienność zachowań, jakie pociąga za sobą dbałość o tradycję, zapewniają nam poczucie bezpieczeństwa. Święta stają się w tym naszym zwariowanym świecie czymś niezmiennym i pewnym. Wzmacniają to, co dziś bardzo cenne – poczucie więzi rodzinnych. Nasycają nas zarówno dobrym jedzeniem, jak też dobrą miłością i troską najbliższych. Bo oto oni – zaganiani i zmęczeni – dla nas się natrudzili i przygotowali prezenty. Czasem absurdalne, ale wykonali wysiłek. Dla nas ulepili pierogi, ugotowali barszcz, posprzątali. No i my też okazaliśmy im nasze przywiązanie, postępując podobnie. Ale bywa, że ta troska, te przygotowania zamieniają się w istną mordęgę. Goniąc za materialnym ideałem świąt, zapomina się, czym one są. Chcąc się pokazać, zrobić wrażenie, zmuszamy siebie i bliskich do wysiłku tak dużego, że kiedy wreszcie usiądziemy przy stole, brak nam sił, by świętować – zjeść chociaż jedną z tych 12 potraw, okazać bliskim miłość. Nie mówiąc już o tym, co najważniejsze, czyli o zadumie nad sensem duchowym tego czasu.

Tradycje bożonarodzeniowe, kultywowane z pokolenia na pokolenie, dają nam poczucie bezpieczeństwa. (Fot. iStock) Tradycje bożonarodzeniowe, kultywowane z pokolenia na pokolenie, dają nam poczucie bezpieczeństwa. (Fot. iStock)

Oj, masz chyba trudne gwiazdkowe wspomnienia?
Święta powinno się przygotowywać bardziej dla dzieci niż dla dorosłych. Dzięki temu dzieciaki nasiąkają dobrymi emocjami: zachwycają się światełkami, bombkami, smakami, zapachami, a kiedy dostają prezenty, są wniebowzięte. Czują się kochane, znajdują się w centrum uwagi. Są ładnie ubrane, uczesane, podziwiane, a więc ważne. I fajnie nasiąkać taką tradycją, która jest miłością, dobrem. Tym nasiąkać warto, bo potem się o tym pamięta i dąży do tego, aby przekazać swoim dzieciom i najbliższym ten dobry czas. Dzieci w nas, jeśli poczuły taką atmosferę świąt, kiedy dorosną, będą w święta pełne dobrych emocji i ochoty, by je okazać i przekazać – za sprawą kultywowania świąt – swoim dzieciom i swoim bliskim. Byle więcej takiej tradycji, takich świąt! Jeśli jednak jako dzieci byliśmy zmuszani, by brać udział w świątecznej mordędze, nie mamy takich odczuć. A ja jako chłopiec nieźle się zawsze wtedy umordowałem. Moja matka uważała bowiem, że przed świętami trzeba zrobić koniecznie wszystko, a więc m.in. wywiórkować podłogę.

Co to znaczy „wiórkować podłogę”?
Kiedyś drewniane podłogi nie były lakierowane czy olejowane, ale pastowane, a potem froterowane. W miarę upływu czasu zbierało się więc na drewnie wiele warstw pasty, co istotnie nie wyglądało najlepiej pod koniec roku. Trzeba więc było zedrzeć podłogę do żywego właśnie takimi stalowymi wiórkami, które kupowało się w sklepach metalowych. Czyściłem każdą deskę z osobna. Wywiórkowanie dużego pokoju to naprawdę była mrówcza praca.

Zadanie dla Kopciuszka! Ale też może jedno z pierwszych ćwiczeń uważności?
Na pewno można tak powiedzieć. Ale prawdą jest też, że kiedy dorastałem, proporcje świąt i codzienności były zaburzone, więcej było trudu niż radości, często nawet dla dzieci. W tamtych czasach jeden statek pomarańczy przypływał do Polski z Kuby, więc wszyscy staliśmy w kolejce, by je kupić. Kilogram tych owoców, pamiętam jak dziś, kosztował 85 złotych, czyli jedną dziesiątą pensji. Na szczęście dziś święta to czas frajdy dla dzieci. I dobrze, warto o to zadbać, by mogły nasycić się świętowaniem. Ale my też nie możemy być wykończeni, bo zabraknie nam cierpliwości, żeby okazać dzieciom miłość, nawet szczerze się uśmiechnąć. Trzeba ogarnąć dom, bo posprzątany nabiera rangi świątyni, ale też zachować umiar, żeby móc cieszyć się narodzinami tego naszego Boga-dziecka.

Choinkowy apel zwłaszcza do kobiet, bo to my napinamy się niemiłosiernie, że musi być „wiórkowanie”!?
Przygotowania do świąt to wielki sprawdzian dojrzałości dla każdego z nas (ale też dla całej rodziny), czy umiemy współpracować. W święta najważniejsza jest atmosfera. Trzeba o tym pamiętać, zwłaszcza w kuchni nie wolno się kłócić. Osoby uduchowione wiedzą, że jedzenie wchodzi w wibracje emocji, dlatego podczas gotowania powinna panować harmonijna atmosfera. To ważniejsze niż 12 dań. W klasztorach buddyjskich do pracy w kuchni oddelegowani są ludzie najwyżej duchowo rozwinięci. Byle kto nie może gotować dla innych, bo swoimi emocjami, niskimi wibracjami „zatrułby” jedzenie. W naszej tradycji też dbamy o pokój między domownikami, zwłaszcza przy przygotowaniu potraw wigilijnych, bo ta jest rodzajem komunii. Te dania spożywamy wspólnie przy jednym stole, w podniosłej atmosferze.

Możemy szanować nasze tradycje bożonarodzeniowe, jednak coraz częściej potrzebujemy zmiany i oderwania się od natłoku obowiązków. Dlatego wiele osób łączy święta z wyjazdem o odpoczynkiem. (fot. IStock) Możemy szanować nasze tradycje bożonarodzeniowe, jednak coraz częściej potrzebujemy zmiany i oderwania się od natłoku obowiązków. Dlatego wiele osób łączy święta z wyjazdem o odpoczynkiem. (fot. IStock)

Skoro tradycja jest tak ważna, to może nie jedźmy na narty w Alpy, usiądźmy przy wspólnym stole w domu w Łodzi czy Gdańsku?
Z dala od domu też można przeżyć coś cudownego. Tak się złożyło, że podczas którychś świąt Bożego Narodzenia znalazłem się w Wietnamie, i to w dodatku na statku wycieczkowym. Zwiedzaliśmy jeden z najsłynniejszych archipelagów. Niewielkie wyspy z wysokimi górami, wyglądające bajecznie i mistycznie. No i tam, na tym statku, było nas 12 osób z różnych krajów świata i razem zasiedliśmy do wigilii. Przygotowała ją obsługa statku. Trochę im się pomyliło z sylwestrem, ale było świątecznie, bo nastąpiło zbratanie przypadkowych ludzi z rozmaitych zakątków świata. Czar zadziałał, bo wszyscy zgromadzeni tam dorośli jako dzieci uczestniczyli w świętach, które dały im wiele radości, które rozgrzewały ich serca. Mieli wiele dobrych gwiazdkowych wspomnień, i to dobro tam nam oddali. To jedna z lepszych wigilii w moim życiu, bo nie kosztowała mnie żadnego wysiłku. Nie trzeba było sprzątać, pomagać w gotowaniu…

Uczestniczyłam w kilku wigiliach jako dodatkowy gość. W domu zawsze miałam choinkę choćby tylko dla siebie. Jednak samotne święta nie są łatwe, nawet gdy mamy serce pełne ciepłych wspomnień.
To prawda, ale i tak warto świętować prawdziwie, i to z ludźmi, bo tych można spotkać choćby na pasterce. Pamiętam pasterkę na Gubałówce w Zakopanem. To była piękna, mroźna, śnieżna i jasna, bo księżycowa, noc. I jak ci górale zaśpiewali, jak to się po górach poniosło. To było fantastyczne przeżycie. Uniwersalne, ponadreligijne. Także dlatego, że te symbole, jakie ożywają w Boże Narodzenie, są uniwersalne, żadna religia ich nie zawłaszczyła, bo nie można zawłaszczyć Boga. Te symbole, które tam się pojawiają, pochodzą z czasów przedchrześcijańskich i mają charakter ponadreligijny. Drzewo jest symbolem życia. Światło symbolizuje i Boga, i oświecony umysł. To czas mnóstwa świateł, nikt ich wtedy nie oszczędza, nie żałuje. Rozświetlone ulice, domy. Straszne ilości prądu zużywamy, bo musi być jasno, noc musi być rozświetlona, bo tak metaforycznie walczymy z ciemnością. Dobro walczy ze złem. Życie ze śmiercią. Wiedza z niewiedzą itd. Bardzo wiele można znaleźć znaczeń. Jeszcze przecież cisza.

„Cicha noc, święta noc […]”.
Właśnie, też ma uniwersalne znacznie. Bóg jest ciszą w tradycji chrześcijańskiej. Cisza jest symbolem oświecenia w buddyzmie i w innych tradycjach duchowych. Mamy jeszcze jeden symbol – dziecko, które się rodzi. Jest święte, bo pochodzi od Boga, od natury. Symbole tych świąt są ich siłą.

Potrzebujemy ich, by przypomnieć sobie o sprawach najważniejszych, odnieść je do siebie. Co jest we mnie światłem, co jest we mnie ciemnością? Ile istnieje we mnie ciszy? Czy ja ciszę znam? Czy może się jej panicznie boję? A to niewinne dziecko: ile we mnie niewinnej prawdziwej natury, z którą przyszłam na świat? Co ja z nią zrobiłam? W sensie psychologicznym i duchowym święta mają dla nas znaczenie, jeśli sami sobie się przyjrzymy poprzez te świąteczne symbole.

Tradycja jest ważna, a tu marketing nas z niej okrada, wykorzystując jej symbolikę, by zarobić!
Nie bez powodu wokół pełno reklam tradycyjnej wódki, tradycyjnych ciast itd. To dowodzi, że w odczuciu ludzi to, co tradycyjne, jest lepsze niż współczesne. Nie chcemy żywności wytwarzanej przemysłowo, bo się przekonaliśmy, że nam nie służy. Podobnie z innymi przestrzeniami życia, w których okazało się, że idąc za postępem, zgubiliśmy coś ważnego. Ale nie wszystko, co tradycyjne, wydaje się dobre. Tradycyjne wędliny tak, ale tradycyjne wychowanie dzieci, oparte na przemocy, na pewno nie. Polska nie podpisała ważnego traktatu o przeciwdziałaniu przemocy, bo uznano, że pozostaje niezgodny z tradycją. Ceniąc tradycję, cenić trzeba też postęp i skrupulatnie wybierać z tego, co dawne – jak z koszyka – to, co warto kultywować i przekazać kolejnym pokoleniom. Na pewno tym dobrem jest Gwiazdka…

Wojciech Eichelberger:
psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor Warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Styl Życia

Pierniki w butiku - rewolucja Igi Sarzyńskiej w Toruniu

 Wzrusza Toruń na Kopernika 14 działa od lipca 2019, w listopadzie dołączył do niego kolejny sklep – tym razem na Szerokiej, reprezentacyjnej ulicy Starówki. (Fot. Marta Sapała)
Wzrusza Toruń na Kopernika 14 działa od lipca 2019, w listopadzie dołączył do niego kolejny sklep – tym razem na Szerokiej, reprezentacyjnej ulicy Starówki. (Fot. Marta Sapała)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Słowo „wzruszać” ma wiele znaczeń. Iga Sarzyńska, założycielka piernikowego butiku „Wzrusza Toruń”, korzysta ze wszystkich. Z pomocą korzennego ciastka uruchamia emocje, a przy okazji dokonuje wizerunkowej rewolucji.

Najpierw była wizyta w Toruniu, spontaniczna, na przywitanie wiosny, siedem lat temu. Iga Sarzyńska przyjechała tu razem z siostrą, zachęcona czyjąś rekomendacją. Kameralny w sumie, zaprojektowany na ludzką skalę Toruń wydał jej się miastem idealnym do życia. Nigdzie nie mogła jednak kupić doskonałych pierników! To wtedy zaczęła kiełkować ta myśl.

A w tym czasie Iga miała jeszcze inne życie; poukładane, wypełnione po brzegi pracą. Torty, które powstawały w założonej przez nią Pracowni Artystycznej Sarzyński w Kazimierzu Dolnym, nie tylko cieszyły oczy (oraz podniebienia) klientów, ale i wygrywały nagrody w konkursach. Ona sama jeździła z warsztatami, wykładami, zasiadała w jury konkursów dla tortowych artystów. Sztuki wyrafinowanego dekorowania ciast uczyła się w Stanach i w Londynie. Gdy przyjechała z pomysłem na własną pracownię, właściwie nie miała w Polsce konkurencji. Potrafiła przez kilkanaście godzin lepić z cukrowej masy kwiaty piwonii i konwalii, jednak w pewnym momencie poczuła, że to już jej nie wystarcza. W końcu zawsze lubiła robić coś innego niż wszyscy, być o pół kroku do przodu.

Wzrusza Toruń na Kopernika 14 działa od lipca 2019, w listopadzie dołączył do niego kolejny sklep – tym razem na Szerokiej, reprezentacyjnej ulicy Starówki. (Fot. Marta Sapała) Wzrusza Toruń na Kopernika 14 działa od lipca 2019, w listopadzie dołączył do niego kolejny sklep – tym razem na Szerokiej, reprezentacyjnej ulicy Starówki. (Fot. Marta Sapała)

Najpierw były koguty

Ale jeszcze wcześniej jest piekarnia taty – najsłynniejsza w Kazimierzu Dolnym. Cezary Sarzyński wstaje codziennie do pracy o 4, bez budzika. Kwadrans po 7 wnosi do mieszkania zapach drożdżowej chałki. – Iguśka, Ania, Ola – woła – śniadanie! Piekarnia jest obecna w każdym momencie życia ich rodziny. Nie tylko wciska się do położonego piętro wyżej mieszkania; do piekarni zagląda się, wracając ze szkoły, bywa, że spędza się w niej całą noc, pracując nad tym, żeby rano można było wypełnić półki świeżym pieczywem na sprzedaż. Cezary Sarzyński dba o to, żeby córki jak najszybciej zapoznały się ze wszystkim, co dotyczy tego biznesu, a uważa, że nie ma na to lepszego sposobu niż praca. Wtajemniczenie przebiega stopniowo, od najprostszych, porządkowych prac po poznawanie technologii. Iga z siostrą najpierw zmiatają okruchy ze stolików, potem kelnerują, wreszcie mają przyjemność pracować ze słynnymi sarzyńskimi kogutami. Sypanie, mieszanie, zagniatanie, formowanie. Podczas jednej nocy z piekarni wyjeżdża nawet 1500, 2000 ptaków z drożdżowego ciasta. Strategia Sarzyńskiego procentuje do dziś. – Dzięki tacie i jego filozofii pracy potrafię dziś stanąć na każdym stanowisku – mówi Iga. Dlatego najpierw z toruńską ekipą dekoruje pierniczki, a potem zakłada na bluzkę w odcieniu pudrowego różu grafitowy fartuszek i staje za przeszkloną ladą. – A gdzie jest pani Sarzyńska? – pytają czasem klienci. – A tutaj, to ja – odpowiada Iga. – Dzień dobry.

Miedziano-cynamonowo-grafitowe wnętrze butiku Wzrusza Toruń przy Kopernika. (Fot. Agnieszka Pałtynowicz) Miedziano-cynamonowo-grafitowe wnętrze butiku Wzrusza Toruń przy Kopernika. (Fot. Agnieszka Pałtynowicz)

Słodko, nie za słodko

Pierwszy toruński butik powstaje w połowie 2019 roku na Kopernika, koło palarni kawy. Pudrowy róż, miedź, cynamon, szarość – to jego kolory. Na froncie jest szeroki miedziano-szklany kontuar, z tyłu robiona na zamówienie szafa, w której popakowane w celofan pierniczki, beziki i czekolady wyglądają jak ekspozycja w sklepie kolonialnym. Ten sam artysta wykuł metalowe czarne klosze do lamp, stylizowane na art déco. Na ścianach w odcieniu popiołu wisi jedynie kilka fotografii; na jednej z nich ubrana w fartuszek kobieta opiera się nagimi przedramionami o blat, za nią, na piekarnianych półkach, piętrzą się świeże drożdżówki. To babcia Igi, Krystyna. W Kazimierzu, rzecz jasna.

Kolejny punkt w Toruniu, na ulicy Szerokiej, otwarty w listopadzie, wygląda imponująco. Długie i wąskie wnętrze sięga kilkadziesiąt metrów w głąb, pod ścianami ułożonymi z gotyckiej cegły stoją wypełnione słodkościami regały, a drewniane, flirtujące z secesją wejście przypomina okienko na czekoladę. Ale Szeroka, choć po brzegi wypełniona słodyczą, nie mdli ani nie cukrzy. To eleganckie, dorosłe wnętrze pokazuje, że dziewczynka, która pod okiem taty lepiła drożdżowe koguty, bardzo się zmieniła. Wciąż korzysta z rodzinnego dziedzictwa, ale w Toruniu zdecydowanie idzie własną drogą.

– Gdy patrzę na to, co robiłam dziesięć lat temu, widzę, jak jestem daleko. Chcę intrygować, robić niebanalne, nowoczesne rzeczy – mówi Iga Sarzyńska. I to piernik właśnie, nie tort, idealnie się do tego nadaje. Łączy lokalne składniki z egzotycznymi. Jest plastyczny, pozwala więc na zabawę formą. Wyróżnia się trwałością. A do tego idealnie się wpisuje w historię Torunia. Niby małe ciasteczko, a tyle możliwości.

Toruńskie kamienice przypominają ciastka ustawione rzędem w witrynie cukierniczej. (Fot. Marta Sapała) Toruńskie kamienice przypominają ciastka ustawione rzędem w witrynie cukierniczej. (Fot. Marta Sapała)

Bez kompromisów

Pierwsze wzmianki o toruńskich piernikach pochodzą z XIV wieku, pisali o nich między innymi Ignacy Krasicki i Zygmunt Gloger. Sławę, porównywalną z Norymbergą (w pewnym momencie doprowadzono nawet prawnie do rozejmu między tymi dwoma miastami, zezwalając na wzajemną dystrybucję swoich wyrobów), Toruń zyskał jednak dopiero w XVII wieku. W szczytowym momencie było tu aż 65 mistrzów piernikarstwa. Dziś ślady po ich pachnącej korzeniami aktywności są rozsypane po całym Starym Mieście. W mieście są nie tylko dawne fabryczki, cukiernie i sklepy, ale i zwykłe kamienice, które wyglądają jak ciastka lukrowane albo oblane ciemną czekoladą. Jest też ulica Piernikarska, choć to nie przy niej, a przy Żeglarskiej są usytuowane lokalne sklepy z toruńskimi ciastkami – można w nich kupić zarówno lukrowane, puchate katarzynki, jak i płaskorzeźby odciskane z twardego ciasta. Raczej do podziwiania niż chrupania.
Dopiero Iga Sarzyńska podniosła piernikowe ciastko do rangi małego dzieła sztuki. Jej pierniki są nie tylko efektowne, ale i przepyszne.
Piernikowe ciasto dziś jest jej ulubionym – nie tylko ze względu na potencjał, jaki się w nim kryje, oraz trwałość, lecz także zapach. Iga sama opracowuje proporcje korzennej przyprawy. Są w niej: kardamon, cynamon, gałka muszkatołowa, goździki, ziele angielskie, imbir (ulubiony), no i pieprz. Od niego właśnie wzięło się słowo „piernik”. „Pierny” wypiek nie jest jednoznaczny. Zostawia na języku miodowe ukojenie, ale też delikatnie go drażni.

Dekorowanie piernikowych ciasteczek. (Fot. Marta Sapała) Dekorowanie piernikowych ciasteczek. (Fot. Marta Sapała)

– A wiesz, ile jest rodzajów piernikowego ciasta? – pyta Maciej Komorowski, partner Igi, i w życiu, i w zawodowym projekcie. I wylicza: inne na pojedyncze, ozdobne pierniczki, dekorowane lukrowymi kropkami i niteczkami. We Wzrusza Toruń jest cała kolekcja: od klasycznych domków po obwarzanki ozdabiane płatkami bławatków. Jeszcze inne jest na kostkę, rodzaj luksusowego piernego bruku, przekładanego własnoręcznie robioną malinową marmoladą albo marcepanem. Następne na chlebki piernikowe. Wyglądają jak małe razowce, zachwycają bogatym smakiem, zapachem i teksturą. Są jeszcze małe piernikowe serca, na wzór tych skandynawskich, sprzedawanych w puszkach, z ciemną czekoladą, na maśle. No i pachnący skórką pomarańczową i migdałami piernik staropolski, nastawiany, tak jak robiło się to w Kazimierzu u Sarzyńskich, dobre kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem. W Toruniu na Szerokiej będą też desery na bazie pierników.

Iga Sarzyńska podniosła piernikowe ciastko do rangi małego dzieła sztuki. W dodatku jej pierniki są nie tylko efektowne, ale i przepyszne. (Fot. Marta Sapała) Iga Sarzyńska podniosła piernikowe ciastko do rangi małego dzieła sztuki. W dodatku jej pierniki są nie tylko efektowne, ale i przepyszne. (Fot. Marta Sapała)

Wszystkie receptury Igi Sarzyńskiej łączy jedno: brak kompromisów. Jeśli miód, to prawdziwy, nie surogat. Na razie wielokwiatowy, od polskich pszczelarzy. Wkrótce pojawią się też inne smaki. Jeżeli konfitura, to robiona na miejscu, z owoców, które przyjeżdżają z zaprzyjaźnionych sadów spod Włocławka. Masło, nie utwardzany tłuszcz roślinny. Mąka? Z polskich młynów, żytnia, chlebowa, taka jest najlepsza. Czekolada? Bajeczna, aksamitna, od Cacao Barry. Latem Iga pojechała do laboratorium Oir Noir pod Paryżem, żeby samodzielnie ustalić, z jakich nut ma się składać. Ta, której używa w swoich wypiekach, została skomponowana z ziaren zebranych w Wenezueli, Ghanie, Tanzanii i na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Można w niej wyczuć owocowe nuty: ananasa, banana, truskawek.

Ważne są też opakowania – zaprojektowało je Parastudio, kolażami ozdobiła Aleksandra Morawiak, łódzka ilustratorka, która z wycinków papierowej rzeczywistości montuje kompozycje tak piękne, że nie sposób pozbyć się ozdobionych nimi pudełek. Jej prace są nie tylko na opakowaniach, do których sprzedawczynie we Wzrusza Toruń pakują pralinki i piernikową kostkę. Będą też ozdabiać papierowe futerały na czekoladę i szklane probówki na mieszankę korzeni do piernych ciasteczek, opracowaną przez Igę. Idealną pamiątkę z Torunia.

Przepiękne pudełka zaprojektowała ilustratorka Aleksandra Morawiak. (Fot. Marta Sapała) Przepiękne pudełka zaprojektowała ilustratorka Aleksandra Morawiak. (Fot. Marta Sapała)

Idze marzy się, żeby to właśnie jej pierniki – skomponowane z doskonałych produktów, pięknie zdobione, przepyszne – zaczęły się kojarzyć z Toruniem. Żeby ludzie specjalnie po nie przyjeżdżali. Tak jak zrobiła to ona sama. Z powodu Torunia i pierników otworzyła nowy rozdział w życiu. Gdy na wiosnę tego roku przeprowadziła się tu razem z Maciejem, znaleźli mieszkanie nad dawną fabryką Johanna Weesego, najbardziej znanego toruńskiego piernikarza. Od pierników trudno jej będzie uciec. A można powiedzieć, że Toruń tylko czekał, aż się pojawi w nim ktoś taki jak Iga Sarzyńska.

 

  1. Zwierciadło poleca

Rak jajnika: wcześniej wykrywać, leczyć najnowszymi metodami

Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Szybsze wykrywanie choroby oraz wdrażanie właściwego leczenia, zarówno chirurgicznego jak farmakologicznego - to najpoważniejsze wyzwania w leczeniu raka jajnika, o których rozmawiano podczas XXV edycji warsztatów edukacyjno-informacyjnych „Quo Vadis Medicina?”. Eksperci wskazywali także, że konieczne jest również upowszechnienie badań genetycznych, które pozwalają wdrożyć nowoczesne leczenie systemowe.

W kontekście raka jajnika szczególnie istotny jest drugi cel Narodowej Strategii Onkologicznej, czyli zwiększenie wykrywalności nowotworów we wczesnych stadiach. Od początku 2021 roku rozpocznie się wdrażanie standardów i akredytacji badań patomorfologicznych. Jak podkreśla prof. Piotr Rutkowski, kierownik Kliniki Nowotworów Tkanek Miękkich, Kości i Czerniaków w Narodowym Instytucie Onkologii w Polsce, niestety od 2010 roku rośnie zapadalność na 7 głównych nowotworów, w tym raka jajnika, co prawda w zróżnicowanym tempie, ale trend jest bardzo niepokojący. Optymizmem może napawać fakt, iż równocześnie poprawia się przeżywalność pacjentów. Pandemia spowoduje jednak, że wskaźniki w 2020 roku ulegną pogorszeniu.

Kluczowa wczesna diagnoza

Rak jajnika występuje głównie w krajach wysokorozwiniętych, na półkuli północnej. Choroba atakuje głównie kobiety starsze, szczyt zachorowań przypada na wiek 60-80 lat, a więc w leczeniu trzeba się mierzyć z problemami zdrowotnymi typowymi dla osób starszych. W ostatnich kilkudziesięciu latach śmiertelność z powodu raka jajnika spada, ale bardzo powoli.

Każda kobieta jest narażona na około 1,5 proc. ryzyko  zachorowania na raka jajnika w ciągu całego życia. Rak jajnika stanowi około 3,7 proc wszystkich nowotworów u kobiet, ale już ponad 4 proc. przyczyn  zgonów z powodu nowotworów. Rak jajnika jest  wyzwaniem przede wszystkim dlatego, że w zdecydowanej większości przypadków choroba jest rozpoznawana w zaawansowanym stadium. Rocznie w Polsce rozpoznaje się ponad 3 tysiące przypadków raka jajnika, z czego większość chorych ma trzeci i czwarty stopień zaawansowania choroby w momencie diagnozy.

Nowotwór rozwijający się w jajniku nie ma żadnych barier anatomicznych, które by ograniczały jego rozprzestrzenianie się. Komórki nowotworowe mogą swobodnie przemieszczać się w jamie brzusznej tworząc wiele ognisk przerzutowych. Większość ekspertów szacuje, że nawet 80 procent nowych przypadków raka jajnika dotyczy choroby zaawansowanej w trzecim i czwartym stopniu. Czwarty stopień oznacza chorobę z przerzutami do licznych narządów. Rokowanie jest dobre tylko przy wykryciu choroby w pierwszym stopniu zaawansowania, natomiast w najwyższych stopniach zaawansowania perspektywa pięcioletniego przeżycia jest bardzo zła.

Przy zastosowaniu odpowiedniego leczenia pierwszej linii około 80 proc. chorych, nawet w trzecim stopniu zaawansowania, uzyskuje remisję, czyli cofnięcie się choroby. Pomimo to u osób, które osiągnęły remisję aż w 85 proc przypadków następuje nawrót. Dalszy przebieg nowotworu polega na kolejnych nawrotach, których może być kilka, a nawet kilkanaście w całym przebiegu choroby. Kolejne rzuty choroby pojawiają się coraz częściej, a choroba prowadzi stopniowo do upośledzenia sprawności ogólnej, wyniszczenia i ostatecznie śmierci. Bardzo rzadko pomimo wdrożonego leczenia udaje się pacjentkom przezwyciężyć tą chorobę.

Dla skutecznego leczenia decydujący jest moment diagnozy oraz szybkie podjęcie leczenia pierwszej linii. Poprawę rokowania możemy uzyskać poprzez wyższą ogólną świadomość, tak aby pacjentki szybciej rozpoznawały u siebie niepokojące symptomy i zgłaszały się z nimi do lekarza.

Diagnostyka molekularna dla każdej pacjentki

Rak jajnika jest  często związany z mutacją w genach BRCA1 i BRCA2. W Polsce mamy dostęp do diagnostyki tych mutacji, dlatego każda pacjentka powinna mieć wykonane badanie genetyczne. Stwierdzenie mutacji otwiera drogę do zastosowania nowych leków. Ważne jest również przeprowadzenie badania u osób spokrewnionych, by sprawdzić, czy rodzina pacjentki należy do grupy wysokiego ryzyka zachorowania.

Jak ważna dla skutecznego leczenia raka jajnika jest wczesna diagnostyka, zwłaszcza genetyczna, zwraca uwagę prof. Mariusz Bidziński, kierownik Kliniki Ginekologii Onkologicznej w Narodowym Instytucie Onkologii w Warszawie.

Badania genetyczne od kilku lat są już w Polsce finansowane w zakresie badań realizowanych przy diagnostyce raka jajnika. Badania są wykonywane u pacjentek ze świeżym rozpoznaniem podejmujących leczenie oraz na podstawie analizy materiału archiwalnego, czyli pobranego przed kilkoma laty. Wykryte mutacje w genach pozwalają zastosować nowoczesne terapie.

Mimo dostępnego finansowania, badań genetycznych wykonuje się zbyt mało. W 2018 roku na raka jajnika zachorowało w Polsce 3568 osób. Tymczasem w 2019 roku diagnostykę genetyczną wykonano jedynie u 490 hospitalizowanych osób oraz dodatkowo przebadano także ponad 430 próbek materiału archiwalnego.

Inhibitory PARP – innowacyjna terapia raka jajnika

Jak wskazuje prof. Paweł Blecharz, kierownik Kliniki Ginekologii Onkologicznej w krakowskim oddziale Narodowego Instytutu Onkologii, przyszłością leczenia raka jajnika jest nie tylko właściwe leczenie chirurgiczne, ale także leczenie systemowe. Ograniczenia chirurgii w leczeniu raka jajnika związane są z rozsianym charakterem nowotworu. Leczenie to należy uzupełnić leczeniem systemowym, by móc dotrzeć do każdej komórki nowotworowej i skutecznie leczyć chorobę.

W Polsce dostępne są terapie celowane - w programie lekowym od lat znajduje się np. bewacyzumab, ale nadal w ograniczonym zakresie wskazań - węższym niż tego potrzebują specjaliści leczący raka jajnika. Program lekowy nakłada także inne ograniczenia, jak np. kryteria włączenia do programu.

W najbliższych kilku latach postęp w leczeniu raka jajnika jest możliwy do osiągnięcia dzięki  inhibitorom PARP. Badania kliniczne przynoszą bardzo obiecujące rezultaty w leczeniu podtrzymującym, po chemioterapii zarówno w pierwszej linii jak i w leczeniu nawrotów.

Od niedawna jest zarejestrowany nowy inhibitor PARP, czyli niraparib. Badania wykazały jego skuteczność w leczeniu całej populacji, nie tylko chorych z mutacją genów BRCA1/2. Za jego przyczyną przed inhibitorami PARP otwierają się zatem nowe horyzonty - leczenia podtrzymującego zarówno w pierwszej jak i w kolejnych liniach terapii niezależnie od statusu mutacji. Redukcja ryzyka nawrotu u badanych osób z mutacją genową leczonych nowym inhibitorem osiągnęła  60 proc., a w całej populacji było to 30 proc.

Profesor Blecharz ocenia, że dzięki nowym metodom leczenia czas przeżycia chorych z rakiem jajnika będzie się wydłużać. Poprawi się także jakość życia chorych. Bardzo ważny jest wzrost świadomości tej choroby, budowanie czujności onkologicznej wśród potencjalnych pacjentek, tak aby leczenie można było rozpoczynać na wcześniejszym etapie rozwoju nowotworu.

Wpływ pandemii koronawirusa na diagnostykę chorób nowotworowych

Wykrycie choroby w późniejszym stadium zaawansowania powoduje, że szanse radykalnego wyleczenia są znacznie mniejsze. Tymczasem od kwietnia 2020 roku działania profilaktyczne prowadzone na poziomie POZ "właściwie zamarły" - podkreśla prof. Bidziński. Z powodu pandemii diagnostyka i ustalanie ścieżki leczenia przedłużają się ponad terminy zapisane w pakiecie onkologicznym. Z uwagi na brak specyficznych objawów raka jajnika u wielu chorych poszukiwania przyczyn dolegliwości trwają nawet rok, zanim zostanie wystawiona karta DiLO. Jednocześnie w 2020 roku wyraźnie obniżyła się liczba kart DiLO, co pokazują raporty Narodowego Instytutu Onkologii.

Dane wskazujące wyraźny spadek leczonych chorych w okresie pandemii sugerują, że w najbliższych miesiącach znacznie powiększy się liczba chorych zdiagnozowanych w  zaawansowanych stadiach klinicznych nowotworów. Dlatego - mówi prof. Mariusz Bidziński - konieczne jest opracowanie nowej strategii profilaktyki i wczesnego diagnozowania, a także upowszechnianie wiedzy o możliwościach wczesnej diagnozy choroby nawet w okresie pandemii.

Partnerem relacji z XXV warsztatów edukacyjno-informacyjnych „Quo Vadis Medicina?” jest

 

Wszystkie działania niepożądane produktów leczniczych należy zgłaszać do Departamentu Monitorowania Niepożądanych Działań Produktów Leczniczych Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, Al. Jerozolimskie 181C, 02-222 Warszawa, tel. (22) 492-13-01, fax (22) 492-13-09, zgodnie z zasadami monitorowani bezpieczeństwa produktów leczniczych lub do podmiotu odpowiedzialnego za produkt, którego zgłoszenie dotyczy. Formularz zgłoszenia niepożądanego działania produktu leczniczego dostępny jest na stronie Urzędu www.urpl.gov.pl.

GSK Commercial Sp. z o.o., ul. Rzymowskiego 53, 02 - 697 Warszawa, tel.: 22 576 90 00, fax: 22 576 90 01, pl.gsk.com.

NP-PL-NRP-PRSR-200009, grudzień 2020