1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło poleca
  4. >
  5. Jak być liderem w pracy?

Jak być liderem w pracy?

Pokorny szef nie dąży do autopromocji, pracuje dla dobra firmy, a nie dla samego siebie, jest naturalnym liderem. (Fot. iStock)
Pokorny szef nie dąży do autopromocji, pracuje dla dobra firmy, a nie dla samego siebie, jest naturalnym liderem. (Fot. iStock)
Charyzma ma lepszą prasę niż pokora. Pewnie dlatego, że ta druga kojarzy się z uległością. Tymczasem to pokorni liderzy tworzą dobre środowisko pracy, w którym łatwiej osiąga się cele. Na czym polega ich wartość dla organizacji – pytamy trenerkę biznesu Magdalenę Giryn. 

Kiedy myślę o kompetencjach liderów, nie przychodzi mi do głowy akurat pokora. A podobno jest to cecha szczególnie im potrzebna...

Prawdopodobnie problem bierze się z tego, że w potocznym rozumieniu pokorny oznacza: pasywny, godzący się na wszystko. Ja używam tego pojęcia w innym znaczeniu, jakie nadał mu amerykański psycholog Robert Hogan, który w latach 80. XX opracował testy osobowości pod kątem przywództwa. Od tego czasu poddano im około 6 mln ludzi na całym świecie. Według Hogana pokora jest przeciwieństwem charyzymy, na którą składają się takie czynniki, jak: arogancja, manipulowanie, teatralność i fantazjowanie. Te cechy ujawniają się w zachowaniu danej osoby w sytuacji stresowej. I tak: nadmierna arogancja oznacza brak szacunku, manipulowanie to ciągłe przesuwanie granic, zbytnia teatralność charakteryzuje osobę niepanującą nad emocjami, a ponadnormatywne fantazjowanie ujawnia się w wymyślaniu niestworzonych historii.

Oczywiście menedżer potrzebuje charyzmy, ale jej nadmiar prowadzi do niekompetencji i zachowań groteskowych. Osoba pokorna widzi swoje błędy i przyznaje się do nich, bo postrzega je jako lekcje, a jest bardzo zainteresowana ciągłą nauką. Przywódcy z wewnętrzną pokorą pracują dla dobra firmy, a nie dla samych siebie. Słuchają informacji zwrotnej i przyznają się do błędów, a jeśli ich decyzja okaże się niewłaściwa – szukają innych rozwiązań. Ten ostatni element jest bardzo ważny, 
ponieważ aż 50 proc. decyzji w biznesie jest błędna. Skromni liderzy tworzą otwarte i przejrzyste środowiska pracy, ponieważ mają dobre relacje z podwładnymi i umieją docenić ich wkład. Hogan mówi, że pokorny szef to taki, po którym trudno zgadnąć, że to on, jeśli siedzi w grupie. Bo nie dąży do autopromocji, jest naturalnym liderem. O kimś takim pracownicy pamiętają latami, nawet jeśli ich drogi się rozeszły.

Jednak pokora nie ma na razie dużej wartości na rynku. Czy to dlatego, że nie możemy sobie wyobrazić pracy bez ciągłego udowadniania swoich kompetencji? 

Rzeczywiście, zwłaszcza na polskim rynku pracy ta wartość dopiero zaczyna się liczyć, bo pokutują efekty promowania przez wiele lat osób charyzmatycznych, pociągających tłumy. Takie osoby nastawione są niestety tylko na autopromocję. Wiedzą, jak dać się zauważyć i strategicznie zaspokoić potrzeby tych, którzy mogą dać im wpływy czy lepszy status. Hogan mówi, że charyzma to w gruncie rzeczy inna nazwa narcyzmu. Oznacza skupianie się na realizowaniu swoich potrzeb, swoich planów, swoich zadań, co wcale nie musi wiązać się z realizowaniem celów organizacji. Sądzę też, że boimy się mówić o pokorze, bo kojarzy się nam z pewną uległością, podporządkowywaniem się innym.

Pokora jest utożsamiana ze słabością.

W rozumieniu Hogana człowiek pokorny jest jak najdalszy od słabości. Trzeba nie lada odwagi, by publicznie przyznać się do błędu, zastanowić się, skąd on się wziął, i wyciągnąć lekcję na przyszłość.

Mówimy o liderach, a co to oznacza dla zwykłego pracownika, jako członka zespołu?

W zespole zawsze znajdzie się lider, niekoniecznie formalny. Człowiek, który nadaje ton grupie. Może być charyzmatyczny albo pokorny. Dla pracy całego zespołu dobrze jest, żeby nie zabrakło w nim ludzi pokornych. Właściwie dopasowani członkowie zespołu i odpowiednio przypisane im role pomogą osiągnąć ponadprzeciętne rezultaty, a regularna wymiana informacji sprzyja kreatywności i pozwala uniknąć złych decyzji. Dobry zespół to taki, który potrafi przekuć innowacyjny pomysł na produkt albo usługę, a jeśli napotka po drodze problemy – zdoła wspólnie wypracować odpowiednie rozwiązanie.

Jak nauczyć się bycia pokornym liderem? Od czego zacząć?

Jak zawsze pierwszy krok to poznanie siebie, dopiero wtedy możemy myśleć o pracy nad zmianą nawyków. Na przykład osoba nadmiernie podejrzliwa będzie w sytuacji stresującej automatycznie doszukiwała się kłamstwa we wszystkim, co usłyszy. Pracę nad zmianą powinna zacząć od kontroli nawykowego myślenia, czyli wziąć głęboki oddech i pomyśleć, że może jednak jest inaczej... Ktoś o wysokiej podatności na stres może wprowadzić stałe mechanizmy relaksacyjne, na przykład nastawić przypomnienie w telefonie, by co dwie godziny wychodzić na krótki spacer. Z kolei osoba, która ma wysoką stabilność, jest często głucha na sygnały i nie widzi zagrożeń, powinna starać się bardziej otworzyć na opinie i słuchanie innych, gdy sygnalizują, że pojawia się jakieś ryzyko. Z czasem przyniesie to efekty, bo choć temu, kto w testach osobowości ma maksymalny wynik na skali arogancji trudno będzie zostać pokornym liderem, to pewne elementy osobowości może wyćwiczyć. Czyli: po pierwsze, chęć zmiany, a po drugie, otwartość na feedback. Ważne, by ten feedback był szczery i budujący! Po spełnieniu tych warunków można iść krok dalej i pracować nad sobą podczas coachingu, na warsztatach czy sesjach rozwojowych.

Pokorę tak trudno jest wyćwiczyć, więc może łatwiej ją udawać?

Zawsze można udawać, ale jak długo ten nieprawdziwy obraz siebie jesteśmy w stanie utrzymać? Oczywiście jeśli ktoś jest bardzo zręczny w manipulowaniu, może potrwać, zanim rozpoznamy, że to tylko gra. Ale zasadniczo w zarządzaniu ludźmi fałsz, udawanie, nieprawda – wychodzą bardzo szybko. Wtedy pracownicy od razu tracą szacunek do swojego szefa, nie chcą z nim współpracować. Jest takie powszechne przekonanie, że pokorny przywódca nie zyska dużej popularności w naszych czasach. Niesłusznie.

Pokora to cecha, która pomaga wyczuć swoje mocne i słabe strony oraz ocenić potencjał zespołu. A to gwarancja sukcesu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Kaia Gerber i Cindy Crawford - córka i matka o swojej relacji

Cindy Crawford i jej córka Kaia Gerber wyglądają uderzająco podobnie. Nie bez powodu w Internecie mnożą się quizy – zadanie polega na tym, by je rozróżnić. (Fot. Getty Images)
Cindy Crawford i jej córka Kaia Gerber wyglądają uderzająco podobnie. Nie bez powodu w Internecie mnożą się quizy – zadanie polega na tym, by je rozróżnić. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Nie każda córka jest wpatrzona w matkę. Nie każda matka chce uczyć się od córki. Ale relację Cindy Crawford i Kai Gerber tak właśnie można opisać. Obie są supermodelkami, obie odniosły sukces i ciężko na niego pracują. Choć świat lubi widzieć w Kai kopię słynnej matki, ona coraz dobitniej udowadnia, że wzięła z niej to, co najlepsze, ale tworzy już swoją własną historię. 

Piękne, szeroko rozstawione migdałowe oczy w kolorze głębokiego brązu, mocno zarysowane kości policzkowe i opadające na ramiona błyszczące, kasztanowo-miodowe włosy – Cindy Crawford i jej córka Kaia Gerber wyglądają uderzająco podobnie. Nie bez powodu w Internecie mnożą się quizy – zadanie polega na tym, by je rozróżnić. I rzeczywiście, patrząc na zestawienie starych zdjęć Cindy i stylizowanych na vintage fotografii Kai, łatwo się pomylić. Sama Kaia przyznała w jednym z wywiadów, że jako dziewczynka miała potrzebę podkreślania swojej indywidualności i odmienności, także w wyglądzie (raz nawet obcięła sobie sama grzywkę „na Audrey Hepburn”, na której punkcie miała wtedy obsesję) – jednak teraz im więcej znajduje w sobie cech i zainteresowań, które łączą ją z mamą, tym bardziej jest dumna. Bo od zawsze ją podziwiała. Zresztą nie tylko ona.

Diament znaleziony wśród pól kukurydzy

Od początku się wyróżniała. Wiedziała, czego chce, punktualnie zjawiała się na planie zdjęciowym, nie kaprysiła, stroniła od używek. Przez ponad 30 lat kariery nie był z nią związany żaden skandal, czego nie uniknęły jej słynne koleżanki, jak Kate Moss czy Naomi Campbell. Pozostała wierna nie tylko swojemu wizerunkowi (nigdy nie eksperymentowała z kolorem włosów ani stylem ubierania), ale też instytucji małżeństwa (od 22 lat jest związana z biznesmenem Randym Gerberem) czy markom, z którymi współpracuje (między innymi Omedze – od 25 lat). Dla wielu osób Cindy Crawford nadal jest ucieleśnieniem klasycznej, nieprzemijającej urody i wzorem zdrowego, sportowego wyglądu.

Cindy Crawford z mężem Randy Gerberem, córką Kaią i synem Presleyem. (Fot. materiały prasowe Omega: Peter Lindbergh) Cindy Crawford z mężem Randy Gerberem, córką Kaią i synem Presleyem. (Fot. materiały prasowe Omega: Peter Lindbergh)

Wychowana w niewielkim amerykańskim miasteczku w hrabstwie DeKalb w Illinois jako nastolatka dorabiała, pracując przy zbiorach na pobliskich polach kukurydzy. To właśnie tam miała zostać zauważona przez jednego z lokalnych fotografów, który zrobił jej zdjęcia do regionalnej gazety. Dzięki temu dostała pierwsze zlecenia w Chicago. Pozowała do katalogów, reklam pasków i butów. Drzwi do wielkiego świata uchylił przed nią fryzjer, z którym pracowała przy jednej z testowych sesji i który polecił ją prestiżowej agencji Elite. Na jej prośbę w 1986 roku przeprowadziła się do Nowego Jorku. Wielkie miasto, tak dalekie od tego, co dobrze znała w DeKalb, początkowo ją przytłaczało. – To wszystko było dla mnie nowe. Nie potrafiłam nawet zatrzymać taksówki – wspominała z rozbrajającą szczerością w jednym z wywiadów. A świat mody pokochał ją właśnie taką. W tym samym roku trafiła na sesję okładkową do amerykańskiego „Vogue’a”, przed obiektyw słynnego fotografa Richarda Avedona. Miała zaledwie 20 lat, ale w różowej, satynowej bluzce i z nonszalancko przewiązanym szalem wyglądała jak bogini. Nie przeszkadzał w tym nawet słynny pieprzyk, którego tak nie lubiła (między innymi przez wyśmiewające ją z jego powodu szkolne koleżanki) i który chciała usunąć. Ale skoro zaakceptowała go wielka moda, postanowiła go zostawić.

Rozsądna supermodelka

– Uwielbiałam w okładkach Avedona to, że skupiały się na twarzy. Jedną z rzeczy, których mnie nauczył i które przekazałam Kai, była następująca rada: „Za każdym razem, kiedy patrzysz w obiektyw aparatu, miej w głowie jakąś myśl. Nie muszę wiedzieć jaką, ale nie chcę pustego wyrazu twarzy” – wspomina Cindy. Przełomem w jej karierze była kultowa już okładka brytyjskiego „Vogue’a” ze stycznia 1990 roku. Odpowiedzialny za nią był Peter Lindbergh. Dostał zadanie – sfotografować modelkę, która miała zostać twarzą nowej dekady. Niemiecki fotograf nie mógł i nie chciał decydować się na jedną. Postanowił pokazać, że piękna nie można zamknąć w sztywne ramy. Wybór padł na pięć nazwisk, które zdaniem Lindbergha były wówczas najbardziej inspirujące – Christy Turlington, Linda Evangelista, Naomi Campbell, Tatjana Patitz i oczywiście Cindy Crawford. Efekt zachwycił. Okładka była zaprzeczeniem wszystkiego, z czego słynęły lata 80., symbolem nowego początku. Zamiast przestylizowanych kobiet z natapirowanymi włosami i kolorowym, mocnym makijażem czytelnicy zobaczyli pięć naturalnych młodych dziewczyn pozujących w minimalistycznych stylizacjach na ulicy Nowego Jorku. Z czarno-białej fotografii biły świeżość i spokój. O modelkach na niej pozujących momentalnie zrobiło się głośno. Niedługo po ukazaniu się numeru odezwał się do nich George Michael z propozycją, by wystąpiły w teledysku do jego najnowszego singla, „Freedom! ’90”. Na plan w Londynie leciały pierwszą klasą najnowszego samolotu typu Concorde. Crawford razem z koleżankami stały się popsensacją, znanymi na całym świecie osobistościami i pierwszymi prawdziwymi supermodelkami. W efekcie ich gaże poszybowały do nieznanych wcześniej kwot. „Mamy z Christy [Turlington] takie powiedzenie: nie wstajemy z łóżka za mniej niż 10 tysięcy dolarów dziennie” – mówiła Linda Evangelista. A jednak to właśnie Cindy Crawford w 1995 roku została ogłoszona przez magazyn „Forbes” najlepiej zarabiającą modelką świata z roczną pensją wynoszącą blisko 9 milionów dolarów. Obecnie, po prawie trzech dekadach, tytuł ten należy do Kendall Jenner, jednej z pięciu sióstr z klanu Kardashian. Tuż za nią plasują się siostry Hadid i Cara Delevingne. Kaia, która we wrześniu skończyła 18 lat, znalazła się na miejscu 14., z trzema milionami dolarów rocznie na koncie. Popularne są też Hailey Bieber (née Baldwin), Iris Law (córka Jude’a) czy Adwoa Aboah. Tym samym nastała nowa era modelek, które oprócz nienagannej sylwetki, ślicznej buzi i wyczucia stylu, często mogą pochwalić się wpływowymi rodzicami i rozpoznawalnym nazwiskiem.

Zmiana warty

Kaia miała zupełnie inny start w branży niż Cindy. Otrzymała złoty bilet na wybiegi topowych światowych projektantów – największe marki niczym w blokach startowych czekały, aż skończy 16 lat. Zaledwie cztery dni po osiągnięciu ustawowego wieku, który pozwala modelce uczestniczyć w pokazach, zadebiutowała na wybiegu kolekcji Calvina Kleina 205W39NYC Rafa Simonsa. W tym samym sezonie (wiosna–lato 2018) chodziła między innymi w pokazach: Marca Jacobsa, Burberry, Alexandra Wanga, Coach, Prady, Chanel (który otwierała), Fendi, Moschino, Saint Laurent i Alexandra McQueena. Dużym przeżyciem musiał też być ten dla Versace, który w hołdzie dla Gianniego zamykały supermodelki lat 90., w tym jej mama. – Myślę, że tym, co pociągało mnie w modelingu, był fakt, że skoro i tak moje zdjęcia pojawiały się w gazetach z racji tego, czyją córką byłam, chciałam mieć na to jakiś wpływ. Ale mama nigdy mnie w tę stronę nie popychała – mówiła w jednym z wywiadów. Świat mody upomniał się o nią, już kiedy była dziewczynką. Nie mogła chodzić po wybiegu, ale za zgodą rodziców mogła przecież występować przed obiektywem. I tak już w wieku dziesięciu lat została twarzą kampanii Versace linii junior. Pięć lat później pozowała do zdjęć reklamujących zapach Daisy Marca Jacobsa i zadebiutowała jako aktorka w filmie „Sister Cities”. Od 2017 roku wszystkie drzwi stały przed nią otworem. Rok później odebrała prestiżową nagrodę Fashion Awards w kategorii modelka roku (z mównicy podziękowała rodzicom), a także, wspólnie z Karlem Lagerfeldem, stworzyła kolekcję KarlxKaia. Nic dziwnego, że praktycznie całą szkołę średnią zaliczyła online… Kaia Gerber ma wszystko, co jest wymagane, by być modelką – jest naturalnie piękna, wysoka, niebanalnie prezentuje się na zdjęciach i doskonale chodzi po wybiegu. Nie ma wątpliwości, że cenne umiejętności wyssała z mlekiem matki. Ma też coś, co zawsze się przydaje – zna ten biznes od podszewki. – Dla mnie modeling nie był obcym światem. Czułam, że go rozumiem. Wiedziałam, w co się pakuję, więc było to dla mnie zdecydowanie mniej przerażające. Bardzo cenię kobiety, takie jak moja mama i inne dziewczyny, które wchodząc do branży, nie wiedzą o niej nic. Miałam wyjątkowe doświadczenie, ale nieważne, jak dobrze byłabym przygotowana, wielu rzeczy i tak musiałam się nauczyć sama – przekonywała niedawno. Jak podkreśla, nigdy nie chciała specjalnego traktowania, a jeśli je jej oferowano, odmawiała. Jest na tym punkcie wręcz przeczulona. – Zawsze, ale to zawsze stawiam się na planie punktualnie. Zapamiętuję nazwiska i imiona wszystkich osób, z którymi pracuję. Czasem aż wychodzę z siebie, żeby pomóc innym – mówi z siłą. Jej predyspozycje i profesjonalizm pozwalają sądzić, że nawet jeśli nie byłaby córką Crawford, mogłaby osiągnąć w branży sukces. Tylko jej droga byłaby wówczas dłuższa i podobna do tej, którą musiała przejść jej matka. Świat, do którego wkroczyła Kaia, ma już niewiele wspólnego z tym, w którym zaczynała Cindy. Supermodelka lat 90. często podkreśla, że tak szalenie teraz ważnych mediów społecznościowych musiała się nauczyć od nastoletniej córki. Gdy ona stawiała pierwsze kroki w modelingu, na sesjach były wyłącznie aparaty analogowe. – Kiedy robisz zdjęcia na kliszy i nie ma monitora, cała uwaga skupiona jest na planie, na modelce. Wszyscy na ciebie patrzą, a ta uwaga sprawia, że starasz się jeszcze bardziej. Później wszyscy zaczęli gromadzić się wokół ekranu, a ja na planie zostawałam sama. To była dla mnie wielka zmiana – tłumaczy Cindy. Kaia w naturalny sposób rozumie technologiczne przemiany i łatwo się wśród nich odnajduje. Na Instagramie śledzi ją obecnie blisko sześć milionów osób. Jej mamę – o milion mniej.

Predyspozycje i profesjonalizm Kai Gerber pozwalają sądzić, że nawet jeśli nie byłaby córką Crawford, mogłaby osiągnąć w branży sukces.(Fot. materiały prasowe Omega: Peter Lindbergh) Predyspozycje i profesjonalizm Kai Gerber pozwalają sądzić, że nawet jeśli nie byłaby córką Crawford, mogłaby osiągnąć w branży sukces.(Fot. materiały prasowe Omega: Peter Lindbergh)

Modelowa rodzina

Pierwszą ich wspólną okładką był francuski „Vogue” z kwietnia 2016 roku. Chwilę potem pojawiły się w grudniowym numerze holenderskiego wydania. Tak samo w naturalny sposób rozpoczęła się współpraca Kai z prestiżową marką zegarków Omega, której Crawford jest ambasadorką. – Gdy miałam około sześciu lat, pojechaliśmy razem, rodzinnie, na igrzyska olimpijskie do Pekinu. Była to jedna z najlepszych wypraw z Omegą w życiu – wspominała Kaia w Paryżu, gdzie trzy lata temu firma ogłosiła współpracę z nastoletnią modelką. Na uroczystości wydawała się trochę wycofana, lekko przytłoczona, ale jednocześnie pewna siebie. Z nogami do nieba i rozświetloną blaskami fleszy twarzą robiła piorunujące wrażenie. Na miejscu odbyła się też premiera najnowszej kampanii Omegi, której twarzami została cała rodzina Gerber-Crawford (Cindy, Randy, Kaia i jej starszy brat Presley). By historia zatoczyła koło, fotografował ich nie kto inny jak Peter Lindbergh. Pytana, jak radzi sobie z sukcesem w tak młodym wieku i czy nie żałuje, że jej dzieciństwo było zbyt krótkie, uspokaja: – Od dziecka byłam najmłodszą osobą w pokoju, i to się nadal nie zmieniło. Mnóstwo czasu spędzałam z rodzicami i ich znajomymi. Można powiedzieć, że byłam dorosłą kobietą w ciele dziewczynki.  Już jako pięciolatka świetnie dogadywałam się z 50-latkami. Dorastając w sielskim i dostatnim Malibu, długo nie zdawała sobie sprawy z popularności matki. Cindy i Randy starali się wychować dzieci z dala od blasków fleszy. Pytany w szkole o zawód rodziców Presley twierdził, że mama nigdzie nie pracuje. Dopiero gdy supermodelka wystąpiła w jednym z odcinków popularnego serialu Disneya „Czarodzieje z Waverly Place” z Seleną Gomez, rodzeństwo uwierzyło, że mama jest sławna. Dla Cindy odpowiednie wykształcenie dzieci było priorytetem. Sama, uzyskawszy stypendium, zaczęła studia na Uniwersytecie Northwestern na kierunku technologia i inżynieria chemiczna, które zmuszona była jednak przerwać. Dzieci wysłała więc do dobrych szkół i zachęcała do czytania i samorozwoju. Kaia mówi biegle po francusku, jest prawdziwym molem książkowym, a w wypowiedziach czaruje elokwencją. W dodatku sprawia wrażenie skromnej i naturalnej. I choć znawcy trendów i ekonomiści wróżą jej nawet bardziej lukratywną karierę od matki, ona podchodzi do tego z dużą pokorą. Jak podkreśla, słowo „supermodelka” nie powinno być obecnie tak powszechnie używane. – Zdecydowanie uważam, że trzeba sobie na nie zasłużyć. Gdy ludzie tak o mnie mówią, myślę, że powinni dać mi jeszcze trochę czasu – tłumaczy. Przez długi czas konsekwentnie odmawiała wywiadów. – Co ma ciekawego do powiedzenia 16-latka?! – tłumaczyła. Dziś jest starsza i coraz bardziej otwiera się na swój temat, mówiąc na przykład, że… nie lubi uzewnętrzniać się przed innymi. W wywiadzie dla magazynu „i-D” wyznała, że taką niewidzialną barierę zbudowała też między sobą a mamą. Nie zwierzała jej się z problemów, nie dzwoniła, gdy była smutna. Kiedy jednak przełamała w sobie opór, okazało się, że mają nie tylko podobne przemyślenia, ale i doświadczenia. Od tego momentu bardzo się zbliżyły. – Mama jest otwarta na świat i ludzi. Ciągle chce się czegoś uczyć, zadaje mi mnóstwo pytań i nie jest w ogóle oceniająca. Potrafimy rozmawiać godzinami. Zrozumiałam, że nie musi być zawsze moją mamą, może być też przyjaciółką. Wspierać, a nie martwić się o mnie – mówi. Bo kiedy jesteś córką znanej osoby, masz łatwiej, ale i trudniej. Zderzasz się z cudzymi oczekiwaniami, z góry ukształtowanymi opiniami, a niekiedy i uprzedzeniami. – Czasem czuję, że najpierw muszę  ludzi rozczarować, by udowodnić, ile jestem warta – przyznaje Kaia. I udowadnia to z coraz lepszym skutkiem. – Nie dziękujcie mi za to, jak niesamowita jest moja córka – przekonywała Cindy, kiedy redaktorka „Vogue'a” pochwaliła profesjonalizm Kai. – Ona taka już się urodziła. To w ogóle nie jest moja zasługa. No, może odrobinę.

  1. Zwierciadło poleca

W biznesie bolesna lekcja dziś, może być szansą na lepsze jutro. Rozmowa z coachem Kamilą Rowińską

Każdy kryzys, jak już się z niego otrząśniemy, jest dla nas ważną lekcją. (Fot. iStock)
Każdy kryzys, jak już się z niego otrząśniemy, jest dla nas ważną lekcją. (Fot. iStock)
Teraz wszyscy siedzimy w szalupie ratunkowej i wiosłujemy w kierunku suchego lądu. Niedogodności i obniżki pensji psują humory, ale dzięki wyrzeczeniom możemy się dłużej utrzymać na powierzchni. 

Już jest źle, a nie wiemy, co będzie dalej. Wielu pracowników traci źródło dochodu lub dostaje niższe wypłaty. Wielu pracodawców nie wie, czy będą mieli na pensje dla osób, które zatrudniają, czy w ogóle ich firma się utrzyma. Co robić w sytuacji, która zmienia się z tygodnia na tydzień? Jak cokolwiek teraz planować? To prawda, zmiany są dynamiczne. Dlatego plany, jakie robią pracownicy samozatrudnieni czy przedsiębiorcy, muszą być krótkoterminowe. Większość moich klientów praktycznie co poniedziałek podejmuje decyzję, czy będzie dalej prowadziło swoją firmę czy nie, albo na jakich warunkach – ze względu chociażby na regulacje, które się pojawiają, czy tarcze antykryzysowe, o których co chwila słyszymy. Ale też ze względu na nowe rozporządzenia, na przykład to, które nakazuje zamknięcie gabinetów kosmetycznych, które z założenia są bardzo sterylnymi miejscami i w których przebywa niewiele osób, podczas gdy jednocześnie centra produkcyjne, w których przebywają tysiące, działają bez problemu. Trudno się z tym pogodzić i może to rodzić frustrację. Dlatego nie warto teraz wybiegać w przyszłość i robić strategie na lata, bo niczego sensownego nie wymyślimy. Żeby nie zwariować, dobrze jest skupić się na faktach, na tym, na czym teraz dokładnie stoimy. Podkreślam: na faktach, nie na gdybaniu, bo to będzie nam tylko zaciemniać obraz. Czyli stańmy ze sobą w prawdzie, po to, by móc podjąć jakieś działanie. 

Z obecną sytuacją najlepiej poradzą sobie niekoniecznie najwięksi albo najlepsi, tylko ci, którzy są teraz najbardziej zwinni, podejmujący szybkie decyzje i dostosowujący się do ciągle zmieniającej się sytuacji w kryzysie. 

Pierwsze, od czego ja sama zaczęłam i co radzę moim klientom, to obudzić się ze snu i ze stanu oczekiwania. Bo niektórzy nadal myślą: „Dobrze, to ja poczekam, co się wydarzy i wtedy dopiero coś zrobię“. No nie dopiero wtedy, ty już potrzebujesz coś zrobić. Być może już teraz potrzebujesz ogłosić upadłość – zamiast zaprzeczać tej sytuacji czy czekać, aż rząd rzuci ci jakieś koło ratunkowe, które utrzyma cię na powierzchni. Bo może to jest moment, kiedy będzie to najmniej kosztowne i jeszcze coś będzie można uratować na przyszłość. Wiem, że zaczynam od najbardziej pesymistycznego scenariusza...

Myślę, że zaczyna pani po prostu od jednego z wielu scenariuszy... Moim zdaniem jeśli wiemy, że w ciągu pół roku nie będziemy w stanie wywiązać się z zawartych umów, lepiej już teraz je wypowiedzieć. Mam tu na myśli umowy na wynajem lokali czy inne spore wydatki, które mogą nas potem pogrążyć finansowo, bo będziemy windykowani. Oczywiście trzeba też szukać oszczędności w samym przedsiębiorstwie, czyli ciąć koszty. Jedyny wydatek, jaki jest teraz uzasadniony, to wydatek konieczny, niezbędny. Żadne inne nie wchodzą w rachubę. I zastanówmy się, w jaki sposób możemy jeszcz uratować miejsca pracy. Być może trzeba pójść w jakimś zupełnie innym kierunku – nie mówię, żeby się od razu przebranżowić, ale by na przykład świadczyć inne usługi dla klientów, którzy już nam zaufali. Mam tu na myśli usługi, które oczywiście jesteśmy w stanie pełnić. 

Podam przykład: jestem klientką pewnej restauracji w Sopocie, która tego samego dnia, kiedy okazało się, że nikt nie może przyjść do nich na kawę czy obiad, wysłała do swoich klientów SMS-y z informacją, że dowożą w słoikach jedzenie, sterylnie przygotowane i zapakowane. Ludzie zaczęli zamawiać więc bitki, fasolki po bretońsku czy inne dania, restauracja piecze też na miejscu swój chleb oraz ciasta – i też oferuje ich dowóz pod sam dom. Niedawno wyszli z taką inicjatywą, że proponują klientom zrobienie dla nich zakupów według przygotowanej listy. Razem z mężem uznaliśmy, że jest to dla nas bardzo dobra opcja. Do tej pory mąż raz w tygodniu jechał na duże zakupy, ale skoro oni i tak zaopatrują się w produkty do swojej restauracji, to jest sensowne, by mniej osób pojawiało w sklepie, a oni przy okazji oni dodatkowo zarobili. Nigdy pewnie nie sądzili, że będą zarabiać robieniem zakupów, ale są na tyle kreatywni i na tyle waleczni, że nie zamykają się na żadne scenariusze.

Drugi przykład: zakład, w którym regularnie farbuję włosy. Tak jak wiele innych osób chciałabym mieć podtrzymany kolor, umówiłam się z moją fryzjerką, że spakuje mi wszystkie farby, wody, tonery, rękawiczki, pędzelki, folijki i miseczki, nada mi to kurierem i spotkamy się on line. I ona będzie mi na odległość świadczyć usługę farbowania włosów, tyle tylko że albo moimi rękami albo rękami mojego męża. Ktoś, kto jest podologiem, może zadzwonić do swoich klientów i przygotować dla nich za jakąś cenę paczuszki z rzeczami do pielęgnacji i rehabilitacji stóp. I na przykład publikować na swoim kanale na Youtube indywidualne masaże do domowej rehabilitacji. Wiadomo, nie jest to sytuacja idealna, która pokryje wszystkie koszty, ale być może pozwoli przetrwać.

Czyli musimy teraz obniżyć swoje oczekiwania. Nie możemy liczyć już na to, że nasze przychody pozostaną bez zmian albo warunki, w jakich pracujemy, się nie zmienią czy że wszystko szybko wróci do normy. Z drugiej strony na jednych rzeczach nie zarabiamy, a na innych oszczędzamy – na przykład na dojazdach do pracy. Poza tym nikt teraz nie inwestuje nie wiadomo ile w buty, sukienki czy płaszcze. Nie mamy okazji nawet ich założyć. Wracając do przedsiębiorców, oni muszą teraz poszukać nowych możliwości dla siebie z tymi zasobami, które już mają. Być może firma, która do tej pory szyła dla swoich klientów torebki, jest w stanie szyć dla nich coś innego. 

Podam przykład mojej firmy, która jest firmą szkoleniową. Do tej pory to ja głównie prowadziłam szkolenia z asertywności, budowania zespołu, sprzedaży i paru innych rzeczy. Nagle się okazało, że moi klienci potrzebują wiedzy na temat tego, jak wystartować w Internecie: jak budować swoje media społecznościowe, w jaki sposób ustawiać reklamy i z jakich narzędzi korzystać. Tym zajmuje się na co dzień mój dział marketingu, czyli zespół trzech dziewczyn. Ponieważ bardzo mi zależało na tym, by utrzymać ich stanowiska i na razie nie ruszać pensji, jeśli nie jest to konieczne, spytałam, czy poprowadzą szkolenia w zakresie ich wiedzy i praktyki: strategii czy social mediów. Cały zespół się zgodził i z dnia na dzień stały się trenerkami, konsultantkami, ludźmi, którzy dzielą się swoją wiedzą. Było to dla nich stresujące i poszerzające strefę komfortu, ale wszystkie dziewczyny powiedziały, że nie jest to czas na wybrzydzanie, na szukanie tego, co jest dla mnie wygodne, bo za chwilę nie będzie żadnego wyboru. Wszyscy stanęli na wysokości zadania i robią to, co jest konieczne i potrzebne, a nie być może to, co by woleli. Menadżer kawiarnii, który jeździ teraz na zakupy, przypuszczalnie nie marzył o tym, zatrudniając się w niej, ale dziś wszyscy walczymy o przetrwanie na rynku – tak długo, jak to ma sens. Mówię tu nie tylko o przedsiębiorcach, ale i o pracownikach, którzy powinni teraz jako zespół wspólnie zastanowić się, co mogę zmienić. Te najbardziej zgrane i proaktywne zespoły, budowane w czasach, kiedy było świetnie, w warunkach wspólnej misji, wartości i kodeksu honorowego, mają teraz największą szansę na to, by się obronić.

Słyszałam niedawno wypowiedź prof. Andrzeja Blikle. Wspominał historię fabryki, która kilka lat temu się spaliła. Jej właściciel zebrał pracowników i powiedział, że proponuje im, by wspólnie odbudowali fabrykę w rok. Do tego czasu wszyscy, niezależnie od stanowiska, dostali taką samą pensję. Dla wielu pracowników taka obniżka to może być największy cios – prawie wszyscy mamy jakieś kredyty i stałe wydatki. Teraz wszyscy siedzimy w szalupie ratunkowej i wiosłujemy w kierunku suchego lądu i jeżeli jest mało jedzenia, to mamy dwa wyjścia: albo je zjemy w takiej ilości jak dotychczas a potem nikt z nas nie będzie miał nic do jedzenia, jeśli podróż będzie długa, albo decydujemy się przejść na lekką dietę, uszczuploną o 15, 20 proc. dotychczasowej porcji. Pewnie obniży ona humor niektórym i spowoduje, że będzie wszystkim ciężej, ale dzięki niej dłużej się utrzymać na powierzchni w nieuszczuplonym składzie. W moim odczuciu lepszą opcją jest obniżyć teraz wynagrodzenia niż obudzić się w rzeczywistości, w której nikt nie dostanie wypłaty. 

Wspomnianą fabrykę rzeczywiście udało się odbudować po roku. Właściciel powiedział, że tak zgranego zespołu, jaki się utworzył dzięki temu, że wszyscy brali odpowiedzialność za firmę, nigdy nie miał. Może to zgranie zespołów będzie korzystnym efektem ubocznym obecnego zaciskania pasa? Każdy kryzys, jak już się z niego otrząśniemy, jest dla nas ważną lekcją. Oczywiście to lekcja bolesna, ale może być szansą na stworzenie czegoś lepszego. Bardzo dużo osób rozwija się w kryzysie, wchodząc na wyżyny swoich możliwości, przewartościowując swoje życie, ustalając swoją misję i odkrywając, że niektóre rzeczy nie mają takiego znaczenia, jakie im nadawali. I takie przebudzenie u niektórych osób może się pojawić. Obedrze nas ze złudzeń i uwypukli to, kim jesteśmy i jak się zachowujemy w trudnych sytuacjach. Nie jest sztuką być entuzjastycznym, optymistycznym, pomocnym czy hojnym w czasach dobrobytu. Sztuką jest odnaleźć się wtedy, kiedy robi się trudniej. Wtedy sprawdzamy, na kogo możemy liczyć i dla kogo możemy być oparciem. Jak pisała Wisława Szymborska: „Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono“. Jeżeli ktoś w poprzednich latach źle zainwestował swoje uczucia zawodowe lub nie chciał zauważyć, że pracuje w firmie, w której nie jest ważny albo jako szef pomijał, że jego zespół nie jest zaangażowany, ale nie chciało mu się tego zmieniać, bo to zawsze jest kłopotliwe – to wszystko wychodzi teraz. Dlatego bardzo polecam wszystkim, którzy mogą się teraz zdecydować na wsparcie terapeutyczne on line, by nad tym popracowali. Ja sama zorganizowałam niedawno webinarium z psychologiem na temat tego, jak radzić sobie z lękiem i znaleźć oparcie w sobie. Tym, którzy znaleźli się teraz w tragicznej sytuacji, najbardziej bym radziła, by zwrócili się do innych ludzi i opowiedzieli o tym, co przeżywają i co by im pomogło. Nie bójmy się powiedzieć: „Mogę robić to, to i to. Daj mi znać, jeśli wiesz, kto mógłby mi za to zapłacić“. 

Staram się szukać pozytywnych aspektów tej sytuacji: może to jest przebudzenie dla ludzkości, chwila próby albo jakaś forma inicjacji, która jak się przez nią przechodzi, jest męcząca, ale ostatecznie uczyni nas kimś bardziej świadomym, obecnym tu i teraz, wrażliwym na planetę i innych ludzi. Jest teraz masę dobra wokół, ludzie sobie pomagają i są wobec siebie życzliwi. Na przykład o wiele częściej pytają się innych: „jak się czujesz?”. To bardzo cenne, nie straćmy tego.

Kamila Rowińska, trenerka i coach. Prezeska i założycielka Fundacji Kobieta Niezależna. Autorka oraz współautorka książek o tematyce biznesowej i coachingowej, w tym bestsellerów „Kobieta Niezależna” i „Kobieta Asertywna”

 

  1. Styl Życia

Sport to zdrowie. Banał czy święta prawda?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Każdy sport, także ten uprawiany amatorsko, uczy konsekwencji i akceptowania monotonii. Każdy sport nakręca nasze ciało, ale potrafi też nakręcić karierę. Pokazuje, że w życiu i w pracy warto być wymagającym i uczciwym wobec siebie – przekonuje Sebastian Kotow, trener i wykładowca biznesu.

Każdy sport, także ten uprawiany amatorsko, uczy konsekwencji i akceptowania monotonii. Nakręca ciało, ale potrafi też nakręcić karierę. Pokazuje, że w życiu i w pracy warto być wymagającym i uczciwym wobec siebie – przekonujetrener i wykładowca biznesu

Kiedy chodziłam do liceum, jedna z nauczycielek krytykowała klasę sportową, ironizując: „Czego można się spodziewać po kimś, kto przez cały dzień skacze na główkę do basenu?”. Panował podział na mięśniaków i mózgowców... Od tego czasu wiele się zmieniło.
Współczesna nauka coraz bardziej pokazuje, że pewnego rodzaju umiejętności psychologiczne i umiejętności interpersonalne związane z inteligencją emocjonalną kształtują się m.in. przez sport. Kiedyś nie było takiej świadomości. Niby dzieciaki na lekcjach WF robią to samo co kiedyś, ale rozsądny trener już wie, że nie chodzi tylko o przysłowiowe kopanie piłki, lecz o umiejętność współpracy, komunikacji w grupie, przegrywania. Zwłaszcza to ostatnie jest ważne, bo nauczenie się radzenia sobie z niepowodzeniami na wczesnym etapie rozwoju jest olbrzymią wartością w dorosłym życiu. Ludzie przeżywają rozczarowania, kiedy im coś nie idzie, bo oczekują od życia samych sukcesów.

Trening pokazuje, jak przegrywać i podnosić się po porażce.
Poza tym to skakanie na główkę przez cały dzień, o którym mówisz, uczy samodyscypliny i ciężkiej pracy. Ja w ogóle jestem fanem ciężkiej pracy i nie wierzę w hasła typu „pracuj mądrze, a nie ciężko”. Oba elementy są potrzebne, nie znam ludzi, którzy osiągnęli coś wybitnego bez wysiłku. Ani w sporcie, ani w biznesie... Znakomity pływak, Michael Phelps, przez lata najlepszy na świecie, powiedział, że przez minione pięć lat nie pominął żadnego treningu. Igrzyska olimpijskie są co cztery lata, pomiędzy nimi jest nuda, samotność. To dopiero jest szkoła dyscypliny, wytrwałości i akceptacji monotonii, która prowadzi do sukcesu.

Czy sport to też zaufanie do zespołu?
Tak, ale przede wszystkim zaufanie do siebie. Ludzie nie ufają sobie, nie wierzą we własne możliwości. Deficyt poczucia własnej wartości jest bardzo częsty, widzę go i u sportowców i u prezesów korporacji, którzy są bardzo silni w roli zawodowej, ale mają mnóstwo ludzkich wątpliwości. Tymczasem nawet sport amatorski daje poczucie zdrowej dumy, zadowolenia. Wrócę jeszcze do tego skakania...

Jeśli uczę się pływać, najpierw trzymam się blisko brzegu, w końcu mogę już przepłynąć kilometr czy dwa i to pozwala mi zbudować wewnętrzne przekonanie o sprawczości. W efekcie pomaga mi tez przygotować się do egzaminu na studiach czy trudnej prezentacji w pracy. Bo mam już wyćwiczone, że najpierw muszę w coś włożyć trochę wysiłku, a potem regularnie to powtarzać, żeby osiągnąć zadowalający rezultat. Budowanie zaufania do siebie przez sport to jedna z moich fascynacji.

Sport ma w tej kwestii tak wielkie znaczenie?
Doświadczenia sportowe są cenne, bo są prawdziwe, a prawda ma niesamowitą moc. Nikt ci tego doświadczenia, tej wiedzy nie zabierze. Sport jest czarno-biały, nie ma tu przestrzeni na oszustwo, efekt weryfikujesz z samym sobą. Czasami wracam do zdjęć z zawodów Ironman, zrobionych w momencie, gdy przebiegam metę. Bardzo mnie inspirują.

Swoją przygodę ze sportem rozpocząłem dość późno, jako trzydziestolatek. Wcześniej uciekałem od wysiłku fizycznego, raz nawet oblali mnie z WF. A teraz zarażam do sportu innych ludzi, bo to buduje silną psychikę, poczucie własnej wartości. Zaczyna się od tego, że jesteś w stanie wstać na trening, a potem wchodzi to w nawyk. I kiedy życie daje nam w kość, to ten nawyk się odzywa i nasza odporność na trudności jest większa. Namówiłem na bieganie moją 17-letnią córkę. Na początku była bardzo na "nie", a teraz regularnie przedłuża dystans. Daje jej to nie tylko lepszą sylwetkę, ale też powód do dumy z siebie. Ja też jestem z niej bardzo dumny!

A co ciebie przekonało do sportu?
Przede wszystkim potrzeba bycia spójnym. Generalnie nie uważam się za mówcę motywacyjnego, uciekam od tego tematu, bo - jak mówiłem - wierze przede wszystkim w ciężką pracę, a motywacja przychodzi jako rezultat, a nie przyczyna, ale dostałem zaproszenie do przeprowadzenia wykładu motywacyjnego. I pomyślałem, że nie mogę wyjść do ludzi z nadwagą i mówić im, jak osiągnąć cele... Zacząłem więc biegać. Najpierw po pięć minut dziennie, ale potem tak się nakręciłem, że w ciągu dwóch miesięcy, przebiegłem 600 km. Miałem nawet taki pomysł, żeby przebiec 100 półmaratonów w roku. Opowiedziałem o nim Robertowi Korzeniowskiemu, a on mnie przywrócił do pionu. Dziś wiem, że to było głupie, bo organizm się zużywa, ale wtedy byłem bardzo dumny z tego projektu... Taki był początek i kiedy dziś mówię ludziom, co oznacza wysiłek, niepowodzenie, to wiem, o czym mówię, bo sam tego doświadczyłem. A ja wierze w moc autentycznego przekazu.

W sporcie pojawia się też aspekt rywalizacji. Z kim ty teraz rywalizujesz?
Najlepiej jest rywalizować z samym sobą, bo porównywanie się do innych jest wykańczające. Mówię oczywiście o sporcie amatorskim, bo życie i praca zawodowych sportowców to coś zupełnie innego. Ale ja zakończyłem już pewien etap sportowy i przeszedłem od tego napięcia, żeby być szybszym - choćby od samego siebie - do szukania przyjemności w sporcie. Podczas wszystkich zawodów, które ukończyłem, nawet jeśli byłem zmęczony - a podczas Ironmana można naprawdę być zmęczonym - nigdy nie przekroczyłem granicy, za która traci się z tego przyjemność. Przez każdy kilometr w wodzie, na rowerze, czy w biegu czułem przyjemność. Dziś wiem już też dużo o ludzkiej psychologii i fizjologii, wiem, że dzięki treningom wpływam na swoje nastawienie do życia,na poziom hormonów, dotlenienie organizmu, pozbycie się szkodliwego kortyzolu... Czasami nawet podchodzę do tego mechanicznie: idę pobiegać, bo wiem, że wtedy będę się czuł lepiej, że będę miał większą odwagę do działania, bo przecież jak każdy boję się różnych rzeczy.

Statystyki mówią, że ponad połowa pracowników jest niedopasowana do organizacji, w której są zatrudnieni. Jak wykorzystać radość sportowca w codziennej pracy?
Moim zdaniem w gruncie rzeczy nie ma żadnej różnicy między sportem a pracą. Kiedyś w prowadzonym przeze mnie szkoleniu wzięła udział osoba, która twierdziła, że nienawidzi swojej pracy i ludzi, z którymi pracuje. Poprosiłem, żeby wypisała po jednej stronie kartki powody, dla których lubi swoją prace, a po drugiej - dla których ją kocha. Trudno jej było rozpocząć, ale potem znalazła tyle powodów, jakby nagle zmieniła pracę (śmiech). Tymczasem zmieniło się tylko jej nastawienie. A nastawienie bardzo mocno wpływa na to, jak odbieramy rzeczywistość. Wystarczy, że poprosisz o opinię dwóch ludzi, którzy pracują w tym samym miejscu, i może się okazać, że jeden będzie zachwycony, a drugi będzie narzekał. Jestem przekonany, że jeśli ktoś zacznie uprawiać jakikolwiek sport, to i monotonna praca nabierze dla niego kolorytu. Dlaczego? Wpłynie to na biochemię jego organizmu. Po 20 minutach biegania mózg zaczyna inaczej pracować, wydzielają się endorfiny, czujesz się lepiej, idziesz z innym nastawieniem do pracy. W Stanach Zjednoczonych często mówi się: "happy people carry their own weather with them" (szczęśliwi ludzie noszą ze sobą własną pogodę). Ja patrzę na sport jako na narzędzie do osiągania różnego rodzaju celów życiowych. Najtrudniej jest zacząć. Tego własnie uczę podczas warsztatów. Potem ludzie piszą do mnie z wdzięcznością, że coś zaczęli, coś zmienili. To jest fascynujące!

Ale jeśli trenujesz samodzielnie, to właściwie nikt nie może cię sprawdzić. Możesz skłamać, możesz powiesić u siebie w pokoju czyjś medal...
Prowadzę warsztaty, które trwają dwa dni, po których cztery tygodnie uczestnicy dostają maile z zadaniami do wykonania. Uprzedzam, że certyfikat wystawiamy dopiero po zrobieniu tych zadań. I pojawia się pytanie, skąd wiemy, że oni je zrobili, czy ich jakoś śledzimy? "Nie, nie śledzimy. Wy deklarujecie, a my wiemy, czy to prawda" - tłumacze, ale to budzi niepewność i niedowierzanie. A w końcu mówię, że nas to nie obchodzi, bo każdy indywidualnie zapłaci najwyższą cenę za brak spójności: jeśli zrobi tak, jak radzę, to będzie miał wyniki, a jeśli pójdzie na skróty - niekoniecznie. Jeżeli ludzie oszukują, to tracą wiele energii życiowej, kłamstwo jest karą samą w sobie. Zresztą inni też czują autentyczność, a neuronauka przynosi dowody na to, że ci, którzy mówią o tym, co przeżyli naprawdę, wygrywają. Nie potrzebują strategii, pomysłów, marketingu... Sam, kiedy zaczynałem prowadzić warsztaty, zastanawiałem się, co robić, żeby mieć klientów. A kiedy skupiłem się na tym, na czym się znam, w co wierze, klienci sami zaczęli się do mnie zgłaszać, bo czują, że jestem prawdziwy, że to, o czym mówię, faktycznie mnie fascynuje. To wydaje się banalne, ale wszystko sprowadza się do uczciwości wobec siebie.

 

  1. Psychologia

Czy szczęście i pieniądze idą w parze? Rozmowa z dr Konradem Majem

Kiedy słyszymy „pieniądze”, myślimy, że szczęściem jest posiadanie, a zapominamy o innych sprawach. (fot. iStock)
Kiedy słyszymy „pieniądze”, myślimy, że szczęściem jest posiadanie, a zapominamy o innych sprawach. (fot. iStock)
Okazuje się, że nadal trzymamy pieniądze w szafach z pościelą, pod bielizną i ręcznikami. Tylko 60 procent z nas woli banki. Nasz dziwny, intymny stosunek do pieniędzy ma kulturowe źródło. Mówimy przecież: „leżeć na pieniądzach”, „siedzieć na pieniądzach” (pisze o tym Krzysztof Polak w antologii „Instrukcja obsługi tekstów. Metody retoryki”).

Beata Pawłowicz: Nie spytam cię jednak, czy masz w komodzie euro w serwetce, tylko: co dla ciebie jest symbolem szczęścia i pieniędzy? Dr Konrad Maj: No to powiem ci, że ta ławeczka, na której teraz właśnie siedzę. Sam ją tutaj zamontowałem, przyznaję, że w dość oryginalnym miejscu. Za moimi plecami było okno do garażu. Ale uznałem, że nie chcę patrzeć na swój samochód. Może dlatego, że nie jest dla mnie symbolem szczęścia. Choć powinien, bo gdy mówimy o pieniądzach, to szczęście kojarzy się nam z tym, co możemy mieć, czyli z samochodami, domami, jachtami, złotymi zegarkami, biżuterią. Kiedy słyszymy „pieniądze”, myślimy, że szczęściem jest posiadanie, a zapominamy o innych sprawach. Na przykład, jeśli na stoliku, wokół którego siedzą uczestnicy eksperymentu, położymy biznesową walizkę, to między zgromadzonymi zapanuje atmosfera rywalizacji. Potwierdza to eksperyment psychologiczny zespołu Aarona C. Kaya. Ludzie w takiej sytuacji nie byli skłonni do współpracy, nawet jeśli zadanie, które im powierzono, nie miało nic wspólnego z pieniędzmi ani z tą teczką. Ale jeśli na stoliku znalazł się plecak, wtedy biorący udział w eksperymencie chętnie zaczęli współdziałać. To pokazuje, jak bardzo silne są schematy, jakie mamy w głowie, a uruchamiają je określone bodźce fizyczne.

Dla mnie jednak szczęściem jest wolność. Oczywiście brak pieniędzy może ją ograniczać, ale czy pieniądze same w sobie ją gwarantują? No nie. Zawsze możemy pragnąć kupić coś, czego nie mamy i na co nas nie stać, willę w Saint-Tropez czy wyspę na Morzu Jońskim. Niezależnie też od stanu naszego konta wolność ogranicza zawsze stan naszego zdrowia. I dlatego ta ławeczka jest dla mnie symbolem szczęścia, a nie samochód czy dom, bo to dzięki niej czuję się wolny. Laptop i telefon często tu ze mną goszczą, ale nie zawsze, więc mogę na tej ławeczce odciąć się od świata, od bałaganu w domu, na który nie mogę patrzeć, ale nie chce mi się sprzątać, od studentów, sąsiadów, od wielu spraw.  Mam spokój, słucham szumu lasu i czuję się poza.

Czy jesteś szczęśliwy z tymi pieniędzmi, jakie masz? Z różnych badań, na przykład tych dotyczących zadowolenia z pracy, wynika, że bez względu na to, ile pieniędzy zarabiamy, zawsze chcielibyśmy zarabiać ich trochę więcej. No, może nie wszyscy tego chcą. A na pewno nie zawsze. Są na szczęście tacy, którzy nabierają mądrości, dystansu do pieniędzy. Im wystarczy tyle, ile mają. Czują się w pewnym momencie nasyceni zasobem swojego portfela i stanem konta. Wstają wtedy od stołu i kierują swoją uwagę ku innym sferom życia. I ten moment, moment nasycenia tym, co posiadamy, jest dobrym momentem, żeby zacząć inaczej myśleć o swoim życiu – szerzej. Zacząć rozwijać się wewnętrznie. Jeśli nie zrobimy tego, możemy do śmierci zarabiać, gromadzić pieniądze, ale w zasadzie nie mieć z nich żadnego dającego prawdziwą satysfakcję użytku. Jak twierdzi profesor Wojciszke, pieniądze dają niewiele szczęścia, ale szczęście daje wiele pieniędzy. Badania prowadzone w Stanach Zjednoczonych i Rosji pokazały, że poczucie szczęścia skutkuje większą zamożnością w przyszłości. Być może jest to związane z optymizmem, który towarzyszy ogólnej szczęśliwości. A tacy ludzie są chętniej zatrudniani, nie boją się wyzwań. Choć, jak się okazuje, nadmiar poczucia szczęścia bywa również niedobry, podobnie jak nadmierny optymizm. Jesteśmy wówczas skłonni do przeceniania swoich możliwości.

Wspomniałeś o „nasyceniu”, to mało precyzyjne określenie. Czy istnieje jakaś tabelka, jakiś sposób na to, by rozpoznać, kiedy mamy dość pieniędzy? Kiedy już możemy, a nawet powinniśmy przestać, bo teraz to już na pewno tylko łakomstwo pcha nas do pomnażania zasobów? Nie ma jasnej odpowiedzi, tabelki dochodów, w której można by sprawdzić, czy tyle pieniędzy, majątku, funduszy i ubezpieczeń już wystarczy do szczęścia. To zależy od tego, czy ktoś jest nastawiony na rywalizację, ma silną potrzebę osiągnięć, a więc myśli: „Co z tego, że mam pięć jachtów, gdy ktoś inny ma ich dwadzieścia?” albo: „Co z tego, że jestem liderem w województwie, skoro nie jestem najlepszy w Polsce?”. A jak jest najlepszy w Polsce, to myśli, że nie jest najlepszy w Europie i tak dalej. Odpowiedź zależy też w znacznej mierze od tego, czy ktoś myśli w kategoriach swojej firmy, interesuje go przede wszystkim to, żeby była najlepsza. Jeśli tak, to wtedy swoje osobiste szczęście spycha na dalszy plan. Inaczej jest, jeśli człowiek nie patrzy tylko przed siebie i w górę, ale też rozgląda się na boki, zastanawia: „Co ja robię z tym swoim życiem? Jaki użytek robię z pieniędzy?”. Niektórzy szybko dochodzą do tego, że najważniejsze jest pytanie: „Do czego są mi potrzebne te pieniądze?”. A nie: „Ile ich mam?”. Oni mają dystans do biznesu i potrafią realizować siebie niezależnie od dążenia do powiększania zasobów.

W mediach możemy czasem zobaczyć tych, którzy zajmują wysokie stanowiska, a na przykład grają w zespołach muzycznych, jak zastępca komendanta głównego policji, perkusista w heavymetalowym zespole, który wystąpił przed Metallicą, prezes PKP Cargo – wokalista innego zespołu, czy też Petr Čech, bramkarz reprezentacji Republiki Czeskiej, który dał koncert wraz ze swoim zespołem podczas Euro 2012. Czy oni to robią dla pieniędzy? Raczej nie. To odskocznia, sposób na pozostawanie sobą, pielęgnowanie pasji. Nie zatracili chęci realizacji siebie na rzecz pomnażania majątku.

Jak tę chęć zostania sobą ocalić? Jak nie zacząć przeliczać wszystkiego na pieniądze? Czytałam o eksperymencie, w czasie którego ludzie nastawieni na zarabianie nie mogli spokojnie słuchać muzyki, dopóki ich nie zapewniono, że dostaną za to pieniądze. Swoistą terapią w takiej sytuacji, gdy nic poza szelestem banknotów nie daje nam radości, może być daleka podróż. Kiedy siedzimy cały czas w pięknym skórzanym fotelu przy designerskim biurku, odbieramy telefony i mejle, żyjemy wpatrzeni w ekran laptopa, analizując Excela, czy coś mi rośnie, czy spada, możemy zapomnieć, że istnieje inny świat, że możliwy jest odmienny styl życia, inne wartości, za którymi można podążać. A to przekonanie, że jest tylko jeden możliwy sposób życia, jest szalenie niebezpieczne. Pomóc nam przestać w to wierzyć może właśnie wyjazd do miejsca, gdzie ludzie patrzą na świat inaczej.

Na początku możemy się tam bardzo wszystkiemu dziwić: „No, jak to, dlaczego oni nie mają Internetu? Dlaczego siedzą przy kawie w środku dnia, dlaczego się obijają? Przecież mogliby zarabiać dużo pieniędzy, mogliby otworzyć fajne firmy zajmujące się na przykład turystyką!”. Ale kiedy pobędziemy w takim miejscu dwa, trzy tygodnie, to zaczniemy rozumieć ten inny sposób myślenia, dostrzeżemy w nim plusy. Może nawet zaczniemy im zazdrościć tego czasu na picie kawy w środku dnia w kafejce na rynku miasteczka. Po takiej podróży zwykle wracamy odmienieni. Ale ten świat musi być naprawdę inny kulturowo, lifestylowo. Biznesmeni wyjeżdżają często do Nepalu, Indii czy gdzieś na południe, bo tam spotykają ludzi zdecydowanie inaczej definiujących szczęście. Zrobiła się nawet moda na takie wyjazdy.

fot. iStock fot. iStock

Ale czy zawsze jadą po szerszą perspektywę? Po alternatywę dla gonienia za zyskiem? Są tacy, którzy reklamują się nie tylko świadczącymi o ich kompletacji zawodowej skrótami, ale i czymś w rodzaju: w wolnym czasie jeżdżę motocyklem po Azji. Jak potwierdzają badania, szczęście daje robienie rzeczy, które nas mocno angażują, coś, co jest naszą pasją. Choć oczywiście latanie podczas wakacji na motolotni w Nepalu albo podróżowanie po Azji na motocyklu ktoś może traktować jako element autopromocji. Ludzie cenią tych, którzy zajmują się czymś ciekawym. Więc są zapewne biznesmeni, którzy myślą: „Powinienem robić coś, co przekona ludzi, że jestem ciekawą osobą”. I wymyślają, że wejdą na szczudłach na szczyt góry i przywiozą stamtąd zdjęcia albo pojadą psim zaprzęgiem na Antarktydę, tylko po to, żeby sobie to wpisać w CV w miejsce: „hobby, zainteresowania”. Ale znam i takich, którzy raz na jakiś czas biorą plecak i jadą w egzotyczne miejsca, bez rozgłosu i potrzeby informowania o tym klientów swojej firmy, po to właśnie, żeby oczyścić umysł.

Mamy na tyle obciążone zasoby poznawcze, że potrzebujemy od czasu do czasu się zresetować. Oczywiście można to zrobić, wyjeżdżając w weekend do domku pod miastem i pieląc ogródek. Ale można też, zwłaszcza gdy pracuje się intensywnie intelektualnie, wyciąć sobie miesiąc wolnego z kalendarza spotkań i konferencji, by pojechać do Ladakhu. Może tylko lepiej robić takie rzeczy częściej, ale krócej, żeby stres się w nas nie kumulował.

A więc nie kpijmy ze wszystkich, którzy ogłaszają, że robią coś niezwykłego w czasie wolnym? Oczywiście, o ile robią to z własnej, autentycznej potrzeby, a nie tylko po to, żeby przywieźć zdjęcie na słoniu czy na wielbłądzie. Nie tylko po to, żeby popisać się przed znajomymi albo zbudować na tym swój prestiż: „Jestem taką oryginalną osobą, która robi ciekawe rzeczy, jestem odważny”. Nie kpijmy z tych, którzy robią to dlatego, że chcą. Uważam, że nawet warto ich naśladować.

Czy ten styl życia, ciężka praca, która daje środki na niezwykły relaks, służący nie tylko ciału, ale i duszy, upowszechnił się już u nas? Myślę, że jeszcze jesteśmy za bardzo na dorobku, żeby tak myśleć. Skłonność do świadomego myślenia o urlopie, odpoczynku jako przestrzeni na rozwój i zrozumienie świata i siebie albo na zaznanie niezwykłej przygody jest jeszcze przed nami. Świadomy czas wolny stanie się możliwy, gdy dogonimy Unię Europejską także poziomem życia, a zapewne tak się stanie, bo wciąż spoglądamy na Zachód. Jeździmy na wycieczki, szkolenia, konferencje i porównujemy. Dlatego też nasz poziom szczęścia, wysoki bezpośrednio po uzyskaniu wolności w 1989 roku, zaczął się załamywać wkrótce potem, gdy zaczęliśmy korzystać z możliwości wyjazdów za granicę. Te wyjazdy doprowadziły nas do wniosku, że musimy mocno popracować, żeby zarobić i móc mieć też tak dobrze jak tamci. No i od ponad 20 lat intensywnie pracujemy. Być może właśnie z tego powodu jesteśmy „Zieloną Wyspą” na mapie światowego kryzysu. Wynika to z silnej motywacji Polaków. Spora część z nas uznała, że kryzys jest wyzwaniem, więc trzeba się zmobilizować i nie dać się mu. W innych państwach Europy ludzie raczej żądają od państwa, żeby zapewniło im ten sam poziom życia, jaki był przed załamaniem gospodarki, nie są skłonni nic specjalnego przedsięwziąć, by żyło się im tak dobrze jak przedtem.

W naszej kulturze głęboko jest zakorzenione to, że pieniądze muszą być wynikiem ciężkiej pracy, trudu w pocie czoła. Inaczej są podejrzane, a my tracimy w oczach współbraci. I to nasze dziedzictwo, cenienie ciężkiej pracy, nieliczenie na państwo, daje nam w czasie kryzysu duży plus. Tak, ale są badania, które pozwalają dostrzec różne skutki tego, co teraz dzieje się także u nas. Mam na myśli przechodzenie ludzi z myślenia prospołecznego na myślenie ekonomiczne. Na czym to polega, wyjaśnię na przykładzie. Uczestników pewnego eksperymentu ekonomisty behawioralnego Jamesa Heymana i psychologa Dana Ariely’ego poproszono o to, żeby kręcili kółka na ekranie komputera. Powiedziano im, że chodzi o sprawdzenie działania myszki. Pierwszej grupie za wykonanie tej pracy obiecano pięć dolarów, a drugiej pół dolara. No, i jak można się spodziewać, ci, którzy liczyli na pięć dolarów, kręcili tych kółek więcej. Ale sytuacja się zmieniła, kiedy powiedziano pierwszej grupie, że w zamian otrzymają czekoladkę wartą pięć dolarów, a drugiej grupie, że zapłatą będzie batonik wart pół dolara. Różnice w zaangażowaniu w pracę zniknęły. Obie grupy kręciły tym razem równą liczbę kółek. Dlaczego? Otóż batonik nie uruchamia myślenia finansowego, czyli o konkretnym zysku, ale myślenie społeczne. Batonik to prezent, kreślimy więc kółka z zapałem, bo ktoś jest miły i ma dla nas słodycze. A to staje się wartością dodatkową. Banknoty przestawiają nas na myślenie finansowe, wtedy konkretnie chodzi nam o zysk. Nic nas wtedy nie obchodzą relacje. Szelest pieniędzy już mamy w głowie połączony z taką postawą.

Można wyciągnąć z tego, co mówisz, różne wnioski. Goniąc za pieniędzmi, tracimy to szczęście, jakie dają nam ludzie. Taką zwyczajną radość robienia czegoś tylko dlatego, że to jest fajne. Ale z tego badania wynika też, że pieniądze mogą psuć efektywność pracy. Mówi się, że psują relacje, i coś w tym jest. Weźmy chociażby pod uwagę tych, którzy dorobili się nagle, wygrali fortunę na loterii. Jakoś nie słyszymy, by te fortuny pomnożyli, dokonali czegoś ważnego czy ciekawego. Badania również nie potwierdzają, aby byli bardziej szczęśliwi niż inni. Często ci, którzy otrzymali w nagły sposób pieniądze, trwonią je i psują sobie relacje z otoczeniem, wpadają w konflikty. Dlaczego? Gdy ktoś dostaje dużo pieniędzy, zaczyna się zastanawiać, jak inni go postrzegają? „Może oni mnie lubią, chcą ze mną być, bo mam pieniądze?”. Poza tym mnóstwo członków bliższej i dalszej rodziny przychodzi wtedy prosić o pomoc, a obdarzony przez fortunę odczuwa napięcie i zaczyna się zastanawiać: „Po co mi to było, tylko są z tymi pieniędzmi problemy”. Bywa, że nagle wzbogaceni inwestują w podejrzane interesy, bo liczą na swoje szczęście, dają się oszukiwać innym albo nieświadomie chcą pozbyć się kłopotu. Po zdobyciu dużej kwoty pieniędzy zmienia się im również osobowość, bo teraz nowobogaccy mogą na wiele więcej sobie pozwolić, a więc zaczynają czuć się lepsi, więcej warci niż reszta. Traktują ludzi instrumentalnie i tak tracą sympatię tych, którzy naprawdę ich lubili. Ci mówią teraz o nich z niechęcią: „Ma pieniądze i myśli, że jest nie wiadomo kim!”. Następuje przemiana z dwóch stron. Otoczenie się zmienia, patrząc na taką osobę, i ten człowiek się zmienia. Robi się bardzo niekomfortowo.

Wtedy pojawia się pytanie: „Co by było, jakbym nie miał pieniędzy?”. I rzeczywiście zdarza się, że gdy straci wszystko, to także zostanie sam. Znajomi pokombinują tak: „Już nie jest mi potrzebny, bo nic nie ma, a do mojego towarzystwa nie pasuje”. Wbrew pozorom ludziom wcale nie odpowiada towarzystwo bogaczy, stresują ich przez to porównywanie się. Wyobraźmy sobie, co się stanie, jeśli przyjaciółka czy przyjaciel nagle dorobią się fortuny i zaproszą swoich dawnych towarzyszy na spotkanie na jachcie. Jak oni będą się tam czuli? Nowi znajomi bogacza prowadzą rozmowy o biznesie, o kupnie następnego domu albo bentleya. To powoduje dyskomfort. Niebogata przyjaciółka będzie próbowała ukryć się przed nowymi znajomymi przyjaciela, żeby nikt jej nie zapytał, czym się zajmuje, w co inwestuje? No bo wtedy słabiutko by wypadła. Warto odnotować, że dla naszego poczucia szczęścia kluczową rolę odgrywa posiadanie bliskich relacji społecznych. I z ludźmi dobieramy się na zasadzie podobieństw, także stopy życia, choćby właśnie dlatego, by łączyła nas wspólnota tematów i nie było poczucia dyskomfortu. Ilość pieniędzy wpływa więc na to, z kim się przyjaźnimy, a z kim nie.

Spójrzmy też na drugi biegun – osoby, które w wyniku wypadków są sparaliżowane i jeżdżą na wózkach, nie powinny, jak nam się zdaje, być szczęśliwe. Badania jednak tego nie potwierdzają. Bo też jak mówi reguła adaptacji, mamy dużą zdolność przystosowywania się do niekorzystnych zmian. Znaczenie może także mieć jeszcze co innego – reguła dystansu. Mówi ona o tym, że zdarzenia z przeszłości wpływają na naszą radość z życia w mniejszym stopniu niż to, co dzieje się obecnie. Ludzie cenią bardziej przyszłość niż przeszłość. To ona zaprząta im głowy.

A teraz pytanie, które chyba najczęściej sobie zadajemy: jak być szczęśliwym, kiedy mamy na głowie kredyt? Podpisując umowę z bankiem, mieliśmy pracę, karierę. A teraz albo wszystko się zmieniło, tylko kredyt został, albo boimy się, że się zmieni i stracimy wszystko. Wiadomo, że najlepiej byłoby, gdybym podał proste rozwiązanie. Ale takiego nie ma. Zawsze jednak warto patrzeć na swoje życie w kategoriach ciemnej i jasnej strony. Nie da się całkowicie zapomnieć o tym, że mamy kredyty czy inne utrudnienia życiowe, ale koncentracja na nich powoduje, że nie dostrzegamy innych sfer życia, gdzie problemów i lęków mamy mniej. Dlatego najlepiej dla nas i naszego poczucia szczęścia, gdy uwagą obdzielamy rozmaite sfery życia. Nie można zapomnieć o zobowiązaniach, ale czy jedząc niedzielne śniadanie na tarasie z rodziną, powinniśmy o nich myśleć? To nie ma sensu.

Czasami w poradzeniu sobie z lękiem, jaki budzi w nas kredyt, a nawet w odzyskaniu radości życia, może nam pomóc dogłębne zastanowienie się nad tym, czego najbardziej się boimy? Zastanowienie się nad najbardziej negatywnym scenariuszem wydarzeń. Powiedzmy, że zostało nam jeszcze pół kredytu do spłacenia i myślimy: „Mam duże piękne mieszkanie, w dobrej dzielnicy, ale zostało mi dziesięć lat spłacania, jestem tym załamany, mogę nie dać rady”. Wówczas dobrze jest pomyśleć o naprawdę najgorszym, co może się stać: przychodzi komornik i decyduje o zlicytowaniu mieszkania. Niezbyt przyjemne, ale co wówczas tak naprawdę się stanie? Co się wtedy tak naprawdę wydarzy? Gdy zlicytują nasze mieszkanie, to dostaniemy część pieniędzy. Oczywiście nie będzie ich dużo, ale może wystarczy na kawalerkę w niedrogiej dzielnicy. Pytanie: czy ta sytuacja jest aż tak dramatyczna, żeby się zabić? No nie.

Jeszcze gorszy scenariusz: zostanie za mało pieniędzy nawet na kawalerkę. Co wtedy? Przecież mama, brat czy ktoś inny z rodziny ma dom i może nas przytulić. Wyobrażony scenariusz może nie jest fajny, ale czy to sytuacja, która przekreśla sens dalszego życia? No chyba nie. Możemy przecież zacząć budować swoje życie od nowa, u stryja w garażu także. Nasze szczęście mocno uzależnione jest od poziomu optymizmu i zamartwiania się. Tak zwana ruminacja objawiająca się rozpamiętywaniem doznanych klęsk na pewno nie wyciągnie nas z kłopotów. Cebulowa teoria szczęścia mówi, że składa się ono z trzech warstw – jedną z nich, najgłębszą, jest wola życia, mało podatna na wydarzenia, jakie nas spotykają. Dwie zewnętrzne warstwy nie są już tak odporne. Wpływają na nie bieżące oceny i doświadczenia oraz nasze ogólne poczucie dobrostanu.

  1. Psychologia

11 ćwiczeń na pewność siebie

Pewność siebie można i warto ćwiczyć. (Fot. iStock)
Pewność siebie można i warto ćwiczyć. (Fot. iStock)
Chcesz obudzić pewność siebie? Rozwinąć skrzydła i unieść się wysoko? Oto kilka sposobów, aby obudzić w sobie moc.

1. Siła wyobraźni

Wyobraź sobie taką wersję siebie, która pewnie się porusza, podejmuje inicjatywę, załatwia nawet najtrudniejsze sprawy, jest zadowolona z siebie, wygląda atrakcyjnie i traktuje się ją z szacunkiem. Spróbuj poczuć w sobie tę moc, odwagę i pewność. Oddychaj świadomie. Pomyśl, co mogłoby się zmienić w twojej pracy, związku, relacjach z ludźmi, gdybyś była bardziej przebojowa. Jeszcze dziś lub najpóźniej jutro zrób jedną z rzeczy, które odkładasz od tygodni. To nie tylko pozwoli ci poczuć ulgę, ale też zmotywuje cię do podjęcia innych ważnych działań.

2. Bez krytyki

Jeśli nie akceptujesz swojego wyglądu i wciąż na coś narzekasz, wysyłasz do świata sygnał: „Nie jestem atrakcyjna”. Co ciekawe, im bardziej jesteśmy krytyczne wobec swojego wyglądu, tym częściej nosimy rzeczy, w których nie jest nam do twarzy, co potwierdza tylko naszą samoocenę.

Po pierwsze: uznaj, że krytyka siebie nie ma sensu, i uwierz, że jesteś wyjątkowa. Wiem, to trudne, ale na początek po prostu powiedz to sobie na głos. Po drugie: ubrania i dodatki powinny podkreślać twoją osobowość. Zamiast krytykować siebie, skrytykuj swoje ubrania. Poznaj swój typ urody (jesteś jesienią, zimą, wiosną czy latem?) oraz sylwetki (jabłko, gruszka, wazon itd.), ale przede wszystkim ubieraj się w to, w czym czujesz się sobą.

3.  Eksperyment z alter ego

Kogo uważasz za odważnego i pełnego charyzmy? Wybierz jedną kobietę i jednego mężczyznę. Przypomnij sobie, jak wyglądają, jak się poruszają, w jaki sposób mówią. A teraz wciel się na chwilę w pierwszą z tych osób. Przejdź się po pokoju tak, jakbyś nią była. Jak to jest być w jej skórze? Po kilku minutach powiedz w myślach: „Teraz wracam do siebie”. Następnie wciel się w drugą z wybranych osób. Jak się teraz czujesz? Po kilku minutach powiedz w myślach: „Teraz wracam do siebie”. A teraz zapytaj siebie: „W czym ta osoba może mnie zainspirować? Jakie jej zachowanie chciałabym przetestować?”. Jedna reprezentuje twój kobiecy aspekt, druga – męski. Oba są ważne. A zatem jaki będzie pierwszy krok wyrażający twoją odwagę?

4. Pozycja mocy

Badania naukowe wykazały, że postawa ciała oraz mimika wpływają na emocje i samopoczucie. Okazało się, że jeśli staniemy na przynajmniej dwie minuty w „pozycji mocy”, czyli z prostym kręgosłupem, trzymając ręce na biodrach, we krwi zwiększy się poziom testosteronu, a obniży hormonu stresu – kortyzolu. W praktyce łatwiej nam będzie zaznaczyć swoje granice, wyrazić zdanie i odmówić, jeśli zajdzie taka potrzeba.

5. Wolniej niż zwykle

Jeśli chcesz zwiększyć pewność siebie, spróbuj mówić trochę wolniej i wyraźniej niż zazwyczaj. Osoba niepewna mówi często za szybko, ponieważ obawia się, że może zabrać komuś zbyt dużo czasu. Nie przesadzaj jednak z wolnym tempem, po prostu miej świadomość każdego wypowiadanego słowa. Daj sobie prawo do tego, by być w pełni wysłuchaną. A jeśli ktoś ci przerywa, powiedz, że chciałabyś dokończyć zdanie.

6. Więcej wiedzy

Jeśli masz wątpliwości, czy poradzisz sobie w pracy z nowym tematem, staraj się pogłębiać wiedzę, której ten temat dotyczy.

7. Ruch mocy

Chcesz poczuć się pewnie i zwiększyć poziom energii przed ważnym spotkaniem? Oto proste ćwiczenie: szybko pocieraj dłonią o drugą dłoń, wypowiadając w myślach lub na głos jakieś pozytywne zdanie, np.: „Budzę moją pewność siebie”.

8. Inicjatywa na dzień dobry

Nie czekaj na aktywność ze strony bliskiej osoby, przyjaciela czy pracodawcy. Zabierz głos, zaproponuj coś, zainicjuj zmianę. Nie uzależniaj swojej dobrej samooceny od tego, czy ktoś się z tobą zgadza, czy nie.

9. Trudność a wyzwanie

Zamiast mówić: „To jest dla mnie bardzo trudne”, możesz powiedzieć: „To dla mnie wyzwanie”. Czujesz w ciele i umyśle tę różnicę? Wyzwanie wyzwala energię do działania, a trudność ją blokuje.

10. Pewność w działaniu

Zapisz, jaki będzie twój pierwszy pewny krok w różnych sferach życia:
  • Pracy…
  • Relacji z samą sobą…
  • Rodzinie…
  • Związku…
  • Przyjaźni…
  • Pasji…

11. Jak szamanka

Czasami w wyniku trudnych sytuacji życiowych tracimy część wewnętrznej mocy. Aby ją odzyskać, poczuj się przez chwilę jak szamanka, która będzie przywoływała do swojego ciała odszczepione fragmenty własnej siły i sprawczości:

- pomyśl o okolicznościach, w których mogłaś stracić część swojej mocy (rozstanie, zwolnienie z pracy itp.).

- zaakceptuj to, co się stało, inaczej częścią swojej energii życiowej nadal będziesz karmić przeszłość. A przecież żyjesz tu i teraz.

- wybacz w myślach temu, kogo uważasz za kata, czyli oprawcę w tej sytuacji.

- wyobraź sobie, że twoja moc pod postacią białozłotego światła wraca do ciała. Odczuwasz tę świetlistą kulę szczególnie w obszarze splotu słonecznego. Oddychaj głębiej i bądź świadoma wszystkich odczuć.