Mam nadzieję… Zamiast marzyć, zacznij działać!

Tylko połączenie nadziei z wiarą pchnie nas do działania. (Fot. iStock)
Tylko połączenie nadziei z wiarą pchnie nas do działania. (Fot. iStock)

Mówi się, że nadzieja jest matką głupich. A może jednak jest też siłą, która pomaga? Po co nam nadzieja i dlaczego czasem trzeba ją porzucić, aby zrealizować marzenia, wyjaśnia psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

 

Spójrzmy na codzienne życie: ona ma nadzieję, że on się zmieni i wtedy będą szczęśliwi…
Jeśli ona nic nie robi w tej sprawie, a jedynie marzy i żyje wyłącznie nadzieją zmiany, to uprawia nadzieję naiwną, słusznie zwaną matką głupich albo marzycielstwem. Jest jak Kowalski, który codziennie gorąco i bezskutecznie modli się do Boga o wygraną na loterii. Aż w końcu współczujący Bóg wychyla się zza chmury i mówi: „Słyszę cię, Kowalski, ale nie mogę nic zrobić, dopóki nie kupisz losu!”. Naiwna nadzieja ukrywa więc lenistwo i obawę przed ryzykiem, jakie przyniosłoby każde konkretne działanie prowadzące do zmiany. Ale też owocuje jeszcze jednym grzechem, który może zawładnąć bez reszty duszą. Nie ma tego grzechu w katalogu grzechów głównych, choć moim zdaniem powinien być, a nazywa się „czekaniem na życie”.

Życie nadzieją i marzycielstwo to tyle co „czekanie na życie”?
Sposób na marnowanie rzeczywistego życia, które tylko tu i teraz jest naszym udziałem, na rzecz jego wiecznie oddalającej się w przyszłość iluzji. Marnujemy życie, gdy myślimy: „Zacznę żyć, jak on się zmieni”, „Zacznę żyć, gdy dzieci dorosną i pójdą z domu”, „Zacznę żyć na emeryturze”, „Zacznę żyć, gdy sytuacja polityczna się zmieni”. Marzenie o jakiejś zewnętrznej zmianie, która ma się w dodatku dokonać bez naszego udziału i wysiłku, a do tego jeszcze skłonić nas do zaangażowania się w życie, jest groźną mutacją naiwnej nadziei, matki głupich. Ci, którzy marzą i tylko leniwie czekają, na ogół nie doczekują się tego wymarzonego początku. Umierają, zanim zaczną żyć. Podobnie jak ci, którzy nie mogąc znieść trudnej rzeczywistości, marzą, że ich przyszłość stanie się szczęśliwa tak sama z siebie.

A nie stanie się? Przecież myśli też wpływają na rzeczywistość?
Jeśli ograniczymy się do samego marzenia, ten wpływ może być zgubny. Aleksander Sołżenicyn, rosyjski pisarz i zdobywca Nagrody Nobla, w swoich wspomnieniach z okrutnego komunistycznego gułagu doradzał tym, którzy znaleźli się lub mogą znaleźć w podobnej opresji, aby koncentrowali się na tym, co rzeczywiste. Na tym, by przeżyć ten jeden dzień. Ostrzegał też, że marzenia o powrocie do domu i do najbliższych będą ich tylko dramatycznie osłabiać. Bo w trudnych okolicznościach pięknymi wspomnieniami kreujemy wielki i dramatyczny kontrast pomiędzy wyobrażeniem a rzeczywistością, a przez to tylko bardziej cierpimy.

Twierdzisz, że gdy jesteśmy w tragicznej sytuacji, dobre wspomnienia i nadzieja na to, że one wrócą, tylko nas osłabiają?
Przyszłość kształtujemy wyłącznie, kiedy jesteśmy całkiem skupieni na tym, co tu i teraz. Dobrze naszej przyszłości wróży tylko pełne zaangażowanie, obecność w tym, co dzieje się tu i teraz. Jakość artykułu, który z tej naszej rozmowy powstanie, zależy od naszego zaangażowania teraz w tę rozmowę. Gdybym zaczął zastanawiać się nad tym, jak zostanie oceniony tekst, który powstanie z tego wywiadu w przyszłości, to rozmowa straciłaby na jakości. Niewielu z nas jednak wierzy w to, jak ważne jest bycie tu i teraz. Nie dostrzega wspaniałości dziejącego się tu i teraz spektaklu. Cóż za marnotrawstwo! Zarówno marzycielstwo, naiwna nadzieja, jak i nadmierna zapobiegliwość są matkami tych, którzy marnują życie.

Naiwna nadzieja jest jak kobieta, która siedzi bezczynnie w oknie, umęczona, szara i tylko czeka na księcia z bajki?
Tak, ale też jeszcze do niedawna zbiorowy los kobiet nie dawał im nawet naiwnej nadziei. Oczekiwanie na cud, o którym marzy twoja kobieta w oknie, pojawiło się niedawno, początkowo tylko jako znieczulacz, automanipulacja pozwalająca znosić sytuację, której znosić się nie powinno. Można by więc powiedzieć, że nadzieja jest też matką i zarazem narkotykiem słabych, uzależnionych i pozbawionych możliwości działania. Takim objawowym leczeniem, które likwiduje odczucie dyskomfortu, ale też pozbawia motywacji do działania, czyli tego, co mogłoby doprowadzić do realnej zmiany swojego losu na dobre. Naiwna nadzieja pomaga znosić opresję, zwalnia z konieczności podjęcia ryzyka, działania, by swój los poprawić.

Życie jedynie nadzieją i marzycielstwo to sposób na marnowanie życia. Rzeczywistość raczejnie zmieni się sama, bez naszego udziału i wysiłku. (Fot. iStock)
Naiwna nadzieja i marzycielstwo to sposób na marnowanie życia. Rzeczywistość raczej nie zmieni się sama, bez naszego udziału i wysiłku. (Fot. iStock)

No, ale dziś mamy równouprawnienie, możemy same stać się swoimi rycerzami i iść szukać szczęścia, o którym marzymy.
Tak, ale też dopiero niedawno kobiety przestały żyć naiwną nadzieją, że mężczyźni sami z siebie abdykują z patriarchalnego tronu, że pojawią się szlachetni rycerze na białych koniach, którzy zwrócą kobietom godność i prawo do szczęścia. Dzięki temu zaczęły działać same, a pierwsze zwycięstwa umocniły ich wiarę w sens dalszego działania. Dzięki temu obserwujemy wspaniałą masową ucieczkę kobiet z mentalnych okowów nabytego w trakcie tysięcy lat zniewolenia syndromu wyuczonej bezradności.

Ale czy nadzieja nie może nas popchnąć do konkretnych działań? Poszłam na terapię, ponieważ miałam nadzieję, że uwolni mnie od cierpienia.
Nadzieja może, a nawet powinna popchnąć nas do działania. Jeżeli tak się stanie, to znaczy, że nie była to naiwna nadzieja czy marzycielstwo. Dla jasności i w kontraście do nadziei naiwnej trzeba by tę nadzieję, która pcha do działania, nazwać – wiarą. Lub nadzieją, która wynika z żywej wiary. Tylko połączenie nadziei z wiarą pchnie nas do działania. Wiara to silne przekonanie, że nadzieja się zmaterializuje. W twoim wypadku było to przekonanie, że w znacznym stopniu dzięki psychoterapii uwolnisz się od cierpienia. Takie dające siłę do działania przekonanie może wypływać z doświadczenia, z intuicji albo z uczucia, na przykład miłości. Tobie Pan Bóg nie musiał przypominać, że jeśli chcesz wygrać los na loterii, to powinnaś przynajmniej go kupić. Nie utknęłaś w nawykowej, wyuczonej bezradności.

À propos syndromu wyuczonej bezradności – czytałam, że trzeba właśnie nadziei, żeby nie czuć się bezradnym.
Potrzebne jest nam wtedy raczej poczucie sprawstwa, czyli wpływu na swoje życie. Jeśli widzę, że moje działania dają dobre skutki, to działam. Ale jeśli byłem poddany przemocy, która mnie pozbawiła poczucia wpływu na swój los, tylko siedzę w oknie i marzę. Nie wierzę, że mogę coś zmienić, i po prostu o tym cudownym świecie, gdzie mi dobrze, tylko marzę.

A ty miewasz nadzieję?
Odpowiem ci tak: Dante Alighieri, autor „Boskiej komedii”, radząc: „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie…”, porusza temat nadziei naiwnej, czyli tej, która nader często jest ekspresją lęku przed przemijaniem i śmiercią. Ostrzega nas przed ucieczką, przed tymi fundamentalnymi lękami w marzenia o wiecznym trwaniu naszego „ja”, o niebiańskiej szczęśliwości itp. Pewien uczeń Buddy miał szczęście usłyszeć w tej sprawie arcyważną wskazówkę. Zapytany przez Buddę: „Dlaczego praktykujesz medytację?”, powiedział: „Bo chciałbym osiągnąć szczęście”. I wtedy usłyszał odpowiedź swojego nauczyciela: „Jeśli chcesz osiągnąć szczęście, to najpierw porzuć »ja«, które chce osiągnąć szczęście, potem porzuć potrzebę osiągania czegokolwiek, a na koniec porzuć wyobrażenie szczęścia, które nosisz w swoim umyśle. Tylko wtedy będziesz szczęśliwy”. A więc Budda, podobnie jak Dante, tylko innymi słowami, doradza porzucenie wszelkiej nadziei. Dlatego w kłopotliwych sytuacjach zamiast marzyć, wybieram działanie i zazwyczaj tę trudniejszą opcję.

Dlaczego akurat trudniejszą?
Bo wtedy opuszczam swoją strefę komfortu, a jak pisaliśmy niedawno, to, co trudne, stymuluje rozwój i otwiera nowe możliwości.