1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Temat miesiąca: Przełamując role

Temat miesiąca: Przełamując role

Ilustr. Martyna Wójcik-Śmierska
Ilustr. Martyna Wójcik-Śmierska
Matka pyta dziecko, jak żyć. Dziecko dyktuje ojcu, co ma robić. Świat stanął na głowie? Kiedyś role w rodzinie były jasno określone, dziś stają się płynne, czasem wydają się karykaturalne, co rodzi niepokój o przyszłość rodziny. Czy istotnie jest się czego bać?

Co jak co, ale zmiany mamy ostatnio jak w banku. To, co wczoraj wydawało się stałe, dzisiaj już nie obowiązuje. Zawirowania, często radykalne i dotąd nie do pomyślenia, to globalny trend we wszystkich dziedzinach życia – od polityki po rodzinę. Zanim zdążymy je oswoić, już musimy konfrontować się z kolejnymi. Bo świat pędzi dziś w niespotykanym dotąd tempie i niespecjalnie ma ochotę się zatrzymać. A wraz z nim galopuje rodzina. No a galopując – co nieuniknione – zbacza z utartego szlaku. To z kolei wywołuje obawy, że oto upada podstawowa komórka społeczna.

Spokojnie. Kasandryczne przepowiednie wieszczące koniec rodziny słychać było już na początku ubiegłego wieku. Słynny przedwojenny socjolog Stanisław Rychliński, stypendysta Fundacji Rockefellera, po powrocie ze Stanów przestrzegał przed amerykańskim trendem, polegającym na rozluźnieniu rodzinnych więzów i na osłabieniu grup oraz instytucji stojących na straży rodziny. Z niepokojem punktował odpowiedzialne za to amerykańskie zjawiska społeczne. Jakie? Dobrze nam teraz znane. Atomizację życia, osłabienie nakazów moralnych i sąsiedzkiej wspólnoty, zawodową pracę kobiet, odciągającą matki i żony od domowych powinności, słabą kontrolę rodziców nad dziećmi, upadek autorytetu matek i ojców. W ten sam ton uderzała w latach 60. Barbara Łobodzińska, autorka książki pod wymownym tytułem „Manowce małżeństwa i rodziny”.

I co? Rodzina przetrwała. Czy ma się dobrze? Ma się inaczej. W tym czasie przeszła długą drogę od modelu wielopokoleniowego do dwupokoleniowego. Musiała przyswoić równouprawnienie kobiet i mężczyzn, rewolucję obyczajową, seksualną i kulturową. Zmieniła formę – kiedyś tworzyło ją małżeństwo, dziś coraz częściej są to luźne związki. Skorygowała też cele – kiedyś chlubiła się licznym potomstwem, dziś w planach jest jedno, co najwyżej dwójka dzieci, a bywa, że para decyduje się na bezdzietność. Dawniej małżeństwa trwały dozgonnie, dziś jedna trzecia kończy się rozwodem. I zmiana zasadnicza, czyli dotycząca ról w rodzinie – kiedyś ojciec decydował, miał posłuch, uczył, jak żyć, matka zajmowała się domem i dziećmi, a dzieci nie miały prawa głosu. Dziś to one są w centrum, one decydują, dyktują warunki, mówią „nie”, a nawet uczą rodziców.

(…)

Więcej w październikowym numerze magazynu Zwierciadło.

Wydanie 10/2017 dostępne jest także w wersji elektronicznej.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Najstarsi, najmłodsi, jedynacy - jak role w rodzinie wpływają na nasze życie?

Rodzice mniej lub bardziej świadomie, przydzielają nam określone role w rodzinie. Zależne są one od ich oczekiwań, niespełnionych marzeń, a także etapu życia, na którym się znaleźli w momencie naszych narodzin. (Ilustracja: iStock)
Rodzice mniej lub bardziej świadomie, przydzielają nam określone role w rodzinie. Zależne są one od ich oczekiwań, niespełnionych marzeń, a także etapu życia, na którym się znaleźli w momencie naszych narodzin. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Mama i tata – dali ci życie i kochali najmocniej, jak potrafili. Ale też, mniej lub bardziej świadomie, przydzielili ci w rodzinie określoną rolę, zależną od własnych oczekiwań, niespełnionych marzeń, a także etapu życia, na którym się znaleźli w momencie twoich narodzin. Sprawdź, czy nadal ją pełnisz.

Którym dzieckiem z kolei jesteś w rodzinie? Kiedyś to było jedno z najważniejszych pytań, jakie zadawali terapeuci pacjentom podczas zbierania wywiadu. Role dziecka w rodzinie były zaś dokładnie opisane w psychologicznych poradnikach. Od tego czasu trochę się zmieniło. Na przykład najstarsze dziecko, kiedyś owoc eksperymentów młodych rodziców, dziś często jest wynikiem przemyślanej decyzji. Środkowe – bywa, że jest dziełem przypadku, kiedy para po wielu staraniach, wspomagana nowoczesną medycyną, wreszcie spodziewa się dziecka, a po roku, dwóch, zupełnie niespodziewanie na świat przychodzi kolejny potomek. Najmłodsze to nierzadko owoc pogodzenia się rodziców po czasowej separacji albo nowe dziecko w nowym związku. Jedno nie zmieniło się jednak wcale: nasze życie w dużym stopniu naznaczone jest (a może nawet napiętnowane) niewidzialnym, ale bardzo silnym wpływem rodzinnych oczekiwań i głęboko zaszczepioną lojalnością wobec rodziców.

Najstarszy – ten duży

Co do najstarszego dziecka rodzice mają jasne oczekiwania i konkretne plany: prestiżowa szkoła, zawód, a w przyszłości odpowiedzialność za kontynuowanie rodzinnych tradycji i pomnażanie majątku.

Elżbieta od wczesnego dzieciństwa była przygotowywana do przejęcia rodzinnej firmy. – Wiadomo było, że to ja będę kierowała biznesem po ojcu, ale również, że będę zajmowała się rodzicami na stare lata. Młodsza siostra często wypomina mi, że nie muszę martwić się o pracę, ale kiedy mama miała operację, oczywiste było, że ja wrócę z wakacji, żeby odebrać ją ze szpitala.

Najstarsze dziecko zwykle pełni rolę zastępczego rodzica dla rodzeństwa; to do niego dzwonią mama czy tata, żeby pożalić się na niesfornego syna, poprosić o pomoc przy chorym dziecku drugiej córki. To ono czuje się odpowiedzialne za organizację rodzinnych spotkań czy ulokowanie oszczędności rodziców.

„Ustąp, bo jesteś starsza” – ile razy w dzieciństwie Magda słyszała to zdanie? Starsza to znaczy mądrzejsza, bardziej odpowiedzialna, niesprawiająca kłopotów, radząca sobie sama. Tak jest do dziś. Kiedy umierał tata Magdy, to ona, a nie o rok młodszy brat, musiała być tą najsilniejszą, a gdy raz pozwoliła sobie na słabość, usłyszała: „Ty nie dajesz rady?!”. Bo najstarsze dziecko przez całe życie jest „na celowniku”: jego sukcesy odbierane są jako oczywistość, za to porażki surowo punktowane.

Większość moich pacjentów, którzy z różnych powodów zerwali kontakty z rodziną, to właśnie najstarsze dzieci. – Wybrałam partnera z konserwatywnego środowiska – opowiada Dorota. – Moja rodzina była niekonwencjonalna. Łudziłam się, że ktoś z tzw. normalnego domu zapewni mi poczucie bezpieczeństwa, którego tak bardzo brakowało mi w dzieciństwie.

Kiedy sześć lat po ślubie jej mąż odszedł do innej kobiety, Dorota przez dwa lata utrzymywała to w tajemnicy przed rodziną. Wstydziła się o tym powiedzieć, bała się, że zostanie odrzucona.

Ale bycie najstarszym ma też dobre strony. Pierworodni to zwykle ludzie odnoszący sukcesy: samodzielni, odważni, z pasją realizujący swoje plany, odpowiedzialni. Można na nich liczyć. Wiedzą, czego chcą, i potrafią o siebie walczyć. A kiedy pogodzą się, że jak każdy, mają prawo do słabości, świat staje przed nimi otworem.

Środkowy – poszukiwacz

Kiedy słyszę zdanie: „Mam trzydzieści parę lat i nie wiem, kim jestem” – mogę w ciemno obstawiać, że pacjent jest środkowym dzieckiem w rodzinie. Jego miejsce od momentu narodzin nie jest jasno określone; nigdy nie zaznało przywilejów jedynaka czy najstarszego, a jak już było najmłodsze, to bardzo boleśnie przeżyło detronizację. Od dzieciństwa musi walczyć o pozycję, bywa, że próbuje dogonić najstarsze albo zdominować najmłodsze. Często pełni rolę rodzinnego rozjemcy, który bardziej dba o dobrą atmosferę niż o własne potrzeby.

– Moja starsza siostra ciągle kłóci się z mamą, za to najmłodsza bez skrupułów wykorzystuje ją do pomocy przy dzieciach – żali się Ania. – A ja muszę wysłuchiwać skarg wszystkich trzech.

Kiedy Ania zaszła w ciążę, po raz pierwszy poczuła, że ona i jej sprawy mniej obchodzą rodziców niż życie sióstr. To było dla niej bardzo bolesne. – Mama przez całą ciążę nie zapytała mnie, jak się czuję, a kiedy powiedziałam, że będę miała dziecko i nie chcę się stresować problemami sióstr, wszystkie się na mnie obraziły.

Środkowe dziecko często jest w rodzinie niewidzialne. Zdarza się – jak w przypadku jednego z moich pacjentów – że rodzice mylą jego imię, nie pamiętają o urodzinach, bagatelizują stan zdrowia.

– Od dzieciństwa bałam się, że kiedy zgubię się w sklepie, rodzice nie będą mnie szukać – mówi Irena. – Dziś wybieram mężczyzn brylujących w towarzystwie, bo mogę się ukryć w ich cieniu.

Matylda od lat leczy się z powodu bezpłodności. Po pół roku terapii przyznała się, że boi się urodzić dziecko: obawia się, że przestanie być wtedy najważniejsza dla męża: – Nigdy dla nikogo nie byłam tak ważna, jestem jego żoną, przyjaciółką, a trochę małą córeczką. Nie chcę z tego rezygnować.

Środkowe dzieci są doskonałymi przyjaciółmi i partnerami. Empatia to ich mocna strona. Potrafią być świetnymi słuchaczami, troskliwymi opiekunami, dużo dają i niewiele oczekują w zamian. Cierpliwie znoszą brak zainteresowania i uwagi, rzadko się obrażają. Choć łatwo ich zranić, zwykle nie bywają agresywni. Kiedy pewnego dnia budzi się w nich ciekawość, żeby poznać prawdę o sobie, dowiedzieć się, kim naprawdę są, pojawiają się w gabinecie terapeuty i są bardzo zmotywowanymi pacjentami. Ich zapał do pracy i tempo, w jakim odkrywają swoje wnętrze, są naprawdę imponujące.

Najmłodszy – wojownik

Kiedyś był rodzinną maskotką, wiecznym dzidziusiem, oczkiem w głowie całej rodziny. Dziś bywa samotnym wilkiem chodzącym swoimi drogami albo wojownikiem z dewizą: „Ja im pokażę, na co mnie stać”. Jest sprytny i przebiegły, nic dziwnego, bywa bowiem, że ma czworo rodziców (mamę, tatę i starsze rodzeństwo), którzy, każde na swój sposób, chcą go wychowywać. Jeśli miał szczęście (lub pecha) przyjść na świat jako nowe dziecko w nowej rodzinie, pełni podwójną rolę: najmłodszego i jedynaka. Uff! Naprawdę należy mu się współczucie.

Monika jest niewiele starsza od dziecka swojej najstarszej siostry. – Właściwie razem się wychowywałyśmy – opowiada. – Kiedy dzieciaki w szkole pytały, czy Asia (wnuczka mojej mamy) jest moją siostrą, myślałam, że zapadnę się pod ziemię. Mama traktowała nas jednakowo, za to tata powtarzał, że muszę zastąpić mu syna. Jak niby miałam to zrobić?

Wymagania ojca i pobłażliwość mamy sprawiły, że Monika od lat leczy się na nerwicę. Rodzice często kłócili się z jej powodu. Od ojca wiele razy słyszała, że dla niej nie zostawił matki. Bo najmłodsze dziecko często bywa kartą przetargową pomiędzy rodzicami. Jego motto życiowe to stać się kimś, kto zasługuje na podziw. – Musiałam im udowodnić, że warto było mnie urodzić, choć czasami czułam, że gdyby mnie nie było, gdyby coś mi się stało, naprawdę by im ulżyło – żali się Ewa, którą rodzice poinformowali o rozwodzie w dniu jej osiemnastych urodzin.

Bywa też, że najmłodsze z desperacją umacnia się w roli nieporadnego dziecka, upominając się w ten sposób o uwagę rodziny. Na przykład Beata. Już nie pamięta, ile razy zmieniała kierunek studiów. Mieszka ciągle w domu rodziców, pozwala im się utrzymywać. Oddaje się swojej pasji – malowaniu. Choć nigdy nie sprzedała żadnego obrazu. – Oni twierdzą, że moje malowanie to dziecinada – mówi. – Skoro tak, to niech mnie utrzymują. Mnie się do pracy nie spieszy.

Wielu moich pacjentów cierpiących z powodu dolegliwości psychosomatycznych to najmłodsze dzieci w rodzinie. Zwracanie na siebie uwagi poprzez chorobę to sposób dobrze im znany od dzieciństwa i prawie zawsze skuteczny.

Weronika ma trójkę małych dzieci. Nigdy nie pracowała zawodowo, a przy dzieciach pomagają jej teściowie, bo często choruje. – To nie moja wina, że łapię wszystkie infekcje, które dzieci przynoszą z przedszkola. Kiedy jestem chora, mam wreszcie czas, by zająć się tym, co naprawdę lubię.

Weronika pisze wiersze, ale pewnie nigdy ich nie opublikuje. Samo pisanie jest dla niej największą frajdą.

Najmłodsze dziecko jest świetnym manipulatorem. Od rodziny, przyjaciół i partnera potrafi wiele wyegzekwować, ale w głębi duszy cierpi na brak bezwarunkowej miłości i akceptacji. Jego ból bywa tak wielki, że trudno do niego dotrzeć. Rzadko trafia na terapię. Częściej u terapeuty pojawiają się jego bliscy z prośbą o pomoc czy poradę. Jest jak nieoszlifowany diament. Pod maską twardziela lub wiecznego dziecka ukrywa swój prawdziwy potencjał. Gdyby tylko chciał go odkryć…

Jedynak o wielu twarzach

Bywa odpowiedzialny, samodzielny, nad wyraz dojrzały i niezależny. Ale też towarzyski, łatwo nawiązujący kontakty. Czasami despotyczny, mający jedyną słuszną wizję świata. Jak kameleon potrafi zmieniać kolory, wcielać się w różne role.

Lidka marzy o silnym, niezależnym mężczyźnie, ale z lęku przed odrzuceniem wybiera na partnerów nieudaczników. – Michał jest na moim utrzymaniu, choć jego rodzina ma fortunę – opowiada. – Niech mu pani powie, że to mężczyzna powinien utrzymywać dom i rodzinę.

Kiedy zgadzam się spełnić jej oczekiwania, w jej oczach widzę przestrach. Domyślam się, że zależność od kogokolwiek jest dla niej nie do przyjęcia.

Agata wychowywana była tylko przez matkę. Ojca nie znała. – Odszedł od mamy, kiedy dowiedział się o ciąży – mówi.

Agata wybiera na partnerów starszych mężczyzn. – Pewnie myśli pani, że szukam tatusia – mówi przekornie. – Faceci w moim wieku nie wiedzą, czego chcą. – A czego ty chcesz? – pytam. – Ja mogę żyć sama, nie muszę uwieszać się na kimkolwiek.

Jedynacy mają swój własny świat, potrzebują przestrzeni, której nie dzielą z nikim. Dla otoczenia bywają nie lada zagadką. Tajemniczy, intrygujący, nieodgadnieni. Z jednej strony chodzą własnymi drogami, z drugiej lubią być doceniani i podziwiani. Odporni na zranienia, ale kiedy ktoś dotknie ich do żywego, niełatwo zapominają. Zaradni i samodzielni, rzadko proszą o pomoc, ale kiedy problem naprawdę ich przerasta, zdarza im się uciekać w chorobę. Napięciowe bóle głowy to ich pięta Achillesa. Łatwo odnoszą sukcesy zawodowe, w życiu prywatnym nie mają takiego szczęścia. Starzejącymi się rodzicami opiekują się z mniejszą empatią niż najstarsze dzieci w rodzinie. Częściej zapewnią ekskluzywny dom opieki (na który bez trudu zarobią), niż wezmą do siebie. Jakby mieli pretensję do rodziców, że przyszło im żyć bez rodzeństwa.

Edyta od pół roku mieszka za granicą, ale jej mama o niczym nie wie. Kiedy pytam zdziwiona, jak udaje jej się to utrzymać w tajemnicy i dlaczego to robi, odpowiada: – Moja matka wykorzystałaby to przeciwko mnie. Wolę być zaniedbującą, ale hojną córką niż wyrodnym dzieckiem, które porzuciło własną matkę.

Odkryj rolę, jaką przydzieliła ci rodzina - ćwiczenie

Przejrzyj rodzinny album i wybierz zdjęcie, na którym jesteś ty jako dziecko i cała twoja rodzina. Jeśli nie masz takiego zdjęcia, narysuj swoją rodzinę tak, jak ją zapamiętałaś. Teraz przyjrzyj się kolejno dzieciom i na podstawie zdjęcia lub rysunku spróbuj wyobrazić sobie los każdego z nich. Możesz wymyślić najbardziej nieprawdopodobną historię albo bajkę. To twoja bajka, twój los, twoje rodzinne błogosławieństwo albo przekleństwo. Jesteś już dorosła, możesz zmienić swój scenariusz. Dla ułatwienia najpierw wymyśl go na nowo. Potem uwierz, że zmiana zawsze jest możliwa. Wszystko zależy jedynie od ciebie.

  1. Psychologia

Bohater czy maskotka – jakie role z dzieciństwa nieświadomie odgrywamy?

Role, w których tkwimy od dziecka, przenoszą się później na wiele naszych zachowań (fot. iStock)
Role, w których tkwimy od dziecka, przenoszą się później na wiele naszych zachowań (fot. iStock)
Jeśli czujesz, że zawsze musisz być silna i nie umiesz prosić o pomoc, albo uważasz się za życiową niedorajdę, której nigdy nic się nie udaje, być może pora porzucić starą rolę. Tę, którą w dzieciństwie przydzielili ci rodzice.

Nie przypuszczałaś, że grasz jakąś rolę? Większość z nas gra. Obsadzili nas w nich rodzice. Zupełnie nieświadomie, z własnej bezradności, lokując w nas swoje niezrealizowane marzenia, lęki i frustracje. I choć jesteśmy już dorośli, być może jedno z rodziców albo obydwoje już nie żyją – tkwimy w swoich rolach, jak strażnik na warcie, bo, choć bywa trudno, ten scenariusz jest nam najlepiej znany, a przez to bezpieczny. Samo uświadomienie sobie, jaką rolę zwykle grasz w życiu – sprawi, że łatwiej zrozumiesz, dlaczego masz taką pracę, jaką masz, dlaczego wybrałaś na partnera akurat tego mężczyznę i co stoi na drodze do twojego szczęścia. Według Ewy Czarneckiej, terapeutki z Ośrodka Psychoterapii „Na Zawiszy”, najpopularniejsze role, w jakich obsadzają nas rodzice, to: Rodzinny Bohater, Kozioł Ofiarny, Rodzinna Maskotka i Niewidzialne Dziecko. Oto ich krótka charakterystyka:

Rodzinny Bohater

Magda trafiła do mnie miesiąc po śmierci ojca. Przyszła skierowana przez lekarza pierwszego kontaktu, który nie miał pomysłu, jak poradzić sobie z jej chronicznym przeziębieniem.

– Nie rozumiem, co wspólnego ma psycholog z katarem, ale może pani mi powie, co robię nie tak, że nie mogę wyjść z tej paskudnej infekcji – mówi Magda. – Nie mogę teraz chorować. Muszę zająć się mamą, bratem i bratową. Dla nich śmierć taty to prawdziwa tragedia.

– A dla pani? – pytam.

– Dla mnie też – patrzy na mnie zdziwiona. – Ale przecież ktoś musi to wszystko ogarnąć.

– Pani Magdo, pani choroba to wyraźny komunikat ciała, że musi pani odpocząć, zadbać o siebie, pozwolić, by teraz panią ktoś się zaopiekował – tłumaczę.

– Ale przeziębienie to przecież nie choroba – oburza się.

Magda jest klasycznym przykładem Rodzinnego Bohatera. To zwykle najstarsze dziecko albo jedynak. Odpowiedzialny, wzorowy uczeń. Nad wiek dorosły, nadmiernie przykładny, dziedzic rodu. Pomocnik w domowych sprawach i obowiązkach. Rodzic swoich rodziców. Chce być kimś i jest nieszczęśliwy, gdy tak się nie dzieje. Bardzo się stara, aby zasłużyć na uznanie, podziw, a tym samym – na miłość. Doskonale wyczuwa potrzeby innych, ale nie zna własnych lub je lekceważy. Bywa, że nie zakłada własnej rodziny, by nadal móc opiekować się rodzicami, rodzeństwem, ich dziećmi. Pozwala na obciążanie siebie po to, by innym było lżej. W ogóle nie zajmuje się sobą. Nie potrafi się bawić, odpocząć, zwolnić. Nie czuje zmęczenia, nie zauważa symptomów ciała, które alarmuje: „Zajmij się sobą”. Hamuje wyrażanie złości, sprzeciwu i niezgody na bycie źle traktowanym. Odpoczywa dopiero… w szpitalnym łóżku, chory na wrzody żołądka albo na serce. Nawet wtedy martwi się bardziej o innych niż o siebie. W końcu od dzieciństwa jest podporą dla bliskich, powodem do dumy.

Terapia Magdy nie będzie łatwa. Rezygnacja z roli Bohatera to dla niej rezygnacja z poczucia własnej wartości, przyznania sobie prawa do akceptacji, miłości, utrata dotychczasowego sensu życia. Czeka nas wiele miesięcy ciężkiej pracy, a przełomem będzie dzień, w którym Magda zaakceptuje swoją słabość, fakt, że ona czasami również potrzebuje opieki, pomocy. Zrozumie, że nie jest już dzieckiem, które musi spełniać oczekiwania rodziny, że ma prawo do swojego szczęścia, dbania o własne potrzeby, przyznania, że czegoś nie chce, nie może, nie potrafi.

Kozioł Ofiarny

To negatyw Rodzinnego Bohatera. Rolę tę obejmuje zwykle drugie lub środkowe dziecko w rodzinie. Kozioł Ofiarny – inaczej Buntownik, Outsider, Wyrzutek – nie jest w stanie konkurować ze starszym bratem lub siostrą, dorównać im doskonałością, siłą, odpowiedzialnością. Z tego powodu czuje się odsunięty i szuka wsparcia poza domem, często wśród rówieśników z tzw. marginesu społecznego. Buntowniczy, skłonny do zachowań destrukcyjnych, bezustannie czuje się winny. Wierzy, że to przez niego rodzina jest nieszczęśliwa; ojciec pije, a matka choruje. Bywa, że dla potwierdzenia owego przekonania sprawia poważne kłopoty wychowawcze: wagaruje, kradnie, zażywa narkotyki, pije, popada w konflikty z prawem. Pełni rolę rodzinnego odgromnika: wyraża gniew, agresję, wściekłość za innych członków rodziny. Bierze na siebie wszystkie ich grzechy i niepowodzenia. Wszyscy winią jego: „To przez ciebie ojciec jest taki nerwowy”. Największą karą, jaką wymierza rodzicom za brak miłości, jest „zepsucie” samego siebie.

Iza zgłosiła się na terapię z powodu depresji, na którą zachorowała po rozwodzie z mężem. Dzieci zostały z ojcem. Nastawiane przez niego przeciwko matce. Mąż walczył o podwyższenie alimentów. Kiedy zapytałam, czy próbowała dochodzić swoich praw, odpowiedziała: „Mąż ma rację, ja nie nadaję się na matkę”. Wiele sesji zajęło mi, by pokazać Izie, że w dorosłym życiu powiela rolę Kozła Ofiarnego, że w przypadku rozwodu rzadko wina leży po jednej stronie, że nie jest wcale złą matką. To nie sąd odebrał jej dzieci, ale mąż, który, tak jak kiedyś rodzice, wbijał jej do głowy: „To przez ciebie nam się nie udało”.

Rodzinna Maskotka

To zwykle najmłodsze dziecko w rodzinie, biegłe w skupianiu uwagi wszystkich na własnej osobie. Przymilne, urocze, błyskawicznie rozładowuje napięcia poprzez żart czy inny sposób „rozbrojenia” mamy i taty. Gra swoją rolę, nawet kiedy mu smutno albo się boi. Ma poczucie, że kiedy nie może komuś poprawić humoru, staje się niepotrzebna, jak porzucona przytulanka. Uśmiecha się, nawet gdy opowiada o czymś przykrym. Czuje się kimś tylko wtedy, gdy znajduje się w centrum uwagi. Maskotka pozornie beztroska, radosna i szczęśliwa, w głębi serca czuje się smutna i opuszczona. Choć pozornie uwielbiana przez rodzinę, rzadko traktowana jest poważnie. Kiedy dorasta, rodzina ma pretensje, że jest taka niedojrzała.

Kasia zgłosiła się do mnie po pomoc, gdy od ponad roku nie była w stanie zakończyć pisania pracy magisterskiej. Choć od dawna miała swoje mieszkanie, codziennie jeździła do domu rodziców, by tam, w swoim pokoju, przy szeroko otwartych drzwiach ślęczeć nad laptopem. Kiedy zapytałam ją, dlaczego jeździ pisać pracę do rodziców, odpowiedziała, że oni motywują ją do pracy. Kiedy spytałam, jak to robią, odpowiedziała: – Mama chodzi na palcach i ucisza tatę, a on mruczy pod nosem: „Przecież ona i tak tego nie skończy. Będzie wieczną studentką”. Najtrudniejszym etapem terapii było ustalenie, czy Kasia rzeczywiście chce dorosnąć. Profity z bycia Maskotką są całkiem spore, a dorosłe życie wymaga odpowiedzialności, zadbania o siebie, konieczności podjęcia pracy.

Niewidzialne Dziecko

Monika od lat boryka się z nadwagą. Na pierwszej sesji sprawiała wrażenie nieobecnej, duchem i ciałem. Siadła na brzegu krzesła i pozostała w tej pozycji do końca spotkania, choć widziałam, że jest jej niewygodnie. Mówiła cicho, czerwieniąc się co chwila na twarzy. Szybko okazało się, że Monika przyszła do mnie niechętnie, za namową męża. Sama nie czuła, by jej nadwaga stanowiła jakikolwiek problem. Dla niej jest jak tarcza ochronna, za którą może zniknąć. Tak jak w dzieciństwie.

Monika gra rolę Niewidzialnego Dziecka. To często najmłodsze dziecko w rodzinie. Aniołek, niesprawiający kłopotów. Nigdy niczego nie chce, o nic nie prosi. Izoluje się, przed awanturami ucieka w swój wymyślony świat (fantazje, książki, muzykę). W kontaktach z ludźmi Dziecko jest wycofane, nieśmiałe, źle radzi sobie w grupie. Zwykle ucieka od trudnych sytuacji, zamyka oczy i udaje, że nie ma problemu, że nic się nie stało. Czuje się bezwartościowe, niegodne uwagi, samotne. Nieprzystosowane do realnego życia, zagubione i zdezorientowane. Czasami wolałoby, żeby naprawdę go nie było, bo czuje, że wtedy jego rodzina byłaby bardziej szczęśliwa.

Jak pracować z rolami?

1. Przypomnij sobie rodzinne opowieści, popytaj krewnych, jakim byłaś dzieckiem. Pooglądaj zdjęcia z dzieciństwa. Podpytaj bliskich o różne sytuacje, które szczególnie zapamiętali. Dowiedz się, jak reagowałaś w trudnych momentach, jak okazywałaś radość, złość itp.

2. Na podstawie zebranych informacji stwórz portret psychologiczny siebie jako małej dziewczynki.

3. Przeanalizuj swoje zachowania w dorosłym życiu. Które z nich pasują idealnie do twojego portretu z dzieciństwa? Może nadal jesteś nieśmiała albo uległa? Może przez całe życie tkwisz w roli silnej kobiety i boisz się okazać słabość?

4. Zachowania, które przeszkadzają ci w codziennym życiu, a wynikają z roli przydzielonej ci przez rodziców, możesz zmienić. Jednym ze sposobów jest wypróbowywanie, na początku trochę na siłę, zachowań z przeciwległego bieguna tych typowych dla twojej roli, np. w miejsce siły – okazywanie słabości, proszenie o pomoc.

5. Na początku swoje nowe zachowania wprowadzaj w obecności ludzi, którzy nie znają cię dobrze albo nie są dla ciebie tak bardzo ważni jak rodzina czy przyjaciele.

6. W rodzinie, zwłaszcza pochodzenia, prezentuj siebie w nowym wydaniu powoli i licz się z tym, że to nie będzie wcale łatwe. Być może dla mamy czy taty na zawsze pozostaniesz Maskotką czy Rodzinnym Bohaterem. Ważne, że ty sama już nie chcesz nimi być.

  1. Psychologia

O pierwszeństwie partnera przed dzieckiem

Mąż jest pierwszy i zawsze powinien być pierwszy, bo to jest twój partner, mężczyzna, którego wybrałaś, który powinien cię obchodzić, podobać ci się, zachwycać tobą, a ty nim. (Fot. iStock)
Mąż jest pierwszy i zawsze powinien być pierwszy, bo to jest twój partner, mężczyzna, którego wybrałaś, który powinien cię obchodzić, podobać ci się, zachwycać tobą, a ty nim. (Fot. iStock)
W wielu małżeństwach pojawienie się dziecka zaburza naturalną kolejność „karmienia”. To, co najważniejsze, czyli nasz czas, uwagę, troskę, dostaje maluch, a nie partner. I związek zawisa na włosku. Psychoterapeutka Katarzyna Miller wyjaśnia, że dzieci są o wiele szczęśliwsze w domu, w którym rodzice skupiają się najpierw na sobie.

Co się dzieje ze związkiem mężczyzny i kobiety, gdy pojawia się dziecko?
Zacznijmy od tego, że najczęściej dzieje się to za szybko. Ile znasz par, które sobie założyły, że pożyją sobie jako młodzi, zakochani w sobie i nieobciążeni dodatkowymi obowiązkami, że będą sobie jeździć w podróże, balować, zostawać poza domem, na ile chcą? A ile par wiąże się ze sobą tylko dlatego, że pojawiła się ciąża? Wtedy w ogóle nie mają czasu na to, by nacieszyć się sobą. A ile małżeństw by ze sobą nie było, gdyby nie dziecko? Ja nie chcę powiedzieć, że życie ma być przyjemnością, ale ono ma być przyjemne. Obowiązki, zadania, praca – też mogą być przyjemne. Nie chodzi o to, żeby unikać wszelkiego wysiłku, tylko żeby podejmować się zadań, których wykonanie sprawia nam satysfakcję. Na początku małżeństwa gotowanie i pranie sprawiało mi przyjemność, więc to robiłam, a gdy przestało, skończyłam z tym. Jeżeli nie umiesz żyć i marzysz tylko o tym, żeby stworzyć z kimś dom, do którego on wniesie tę lekkość i pogodę ducha, to się możesz przeliczyć.

Chcesz powiedzieć, że nie dajemy sobie pożyć wspólnie w przyjemności, tylko od razu bierzemy na głowę obowiązki, czyli dziecko…
Dokładnie tak. I wiesz, co się dzieje…? Oczywiście są mądre dziewczyny, które chwalą swoich mężów za to, że od początku zajmują się dziećmi, ale zwykle jest tak, że facet, który się boi wziąć dziecko na ręce, zamiast być zachęcanym do tego, jest strofowany, że robi to nie tak. Więc natychmiast przestaje próbować. Nie chce być uważany za fajtłapę ani czuć się jak fajtłapa. A fajna żona zamienia się – nawet nie w matkę, ale w mateczkę.

I co on się do dziecka zbliży, to ona go ofukuje, że teraz dziecko musi pospać albo że źle je trzyma…
Ona, po pierwsze, robi tak, bo chce być królową na jakimś polu, po drugie, nie wierzy w siebie i w to, że na innych polach jest ważna i potrzebna, a po trzecie, nie zbudowała z ojcem dziecka silnej więzi. Bardzo często kobiety po to mają mężów, żeby mieć dzieci, żeby nad kimś górować. Bo dzieci są dla wielu osób po to, by mieć coś swojego. Znacznie trudniej, niż urodzić dziecko, jest dogadać się z facetem, szczególnie że ludzie są zwykle niedojrzali i bardzo często dobierają się na zasadzie: ktoś chciał, trafił się, wychodził mnie sobie, wyjął mnie z domu, rozwiódł mnie z mężem albo podobał mi się bardziej niż ktoś inny, co nie znaczy, że podobał mi się najbardziej ze wszystkich albo że się sprawdziliśmy i do siebie pasujemy. Sami siebie nie znamy i niezbyt dobrze czytamy innych, w związku z tym, jak się komuś uda trafić na kogoś dla siebie dobrego, to albo Bozia pomaga, albo intuicja. A to przecież jest najważniejsze, by najbliższą więź mieć ze swoim partnerem.

Bo on najpierw jest partnerem, a dopiero później ojcem twoich dzieci?
Właśnie. Mąż jest pierwszy i zawsze powinien być pierwszy, bo to jest twój partner, mężczyzna, którego wybrałaś, który powinien cię obchodzić, podobać ci się, zachwycać tobą, a ty nim. Powinniście najpierw zbudować bazę, na której dopiero stanie wasz dom, czyli cała reszta, w której też mieszczą się dzieci. Wy jesteście tu dorośli, dzieci są dziećmi. One mają przyjść do domu, w którym jest dwoje kochających się, w miarę mądrych, w miarę zadowolonych i w miarę lubiących się ludzi. W dodatku takich, którzy uważają, że posiadanie dziecka nie jest udręką, nie jest poświęceniem ani hodowaniem sobie kogoś, kto mi będzie herbatę na starość podawał…

I nie jest jedynym szczęściem w życiu.
Tak jak nie jest jedynym szczęściem w życiu mieć udany związek. Jest wielkim szczęściem, ale nie jedynym.

Czyli komu należy się palma pierwszeństwa?
Kiedyś było tak, że pan domu dostawał przy stole najlepsze kąski, co nie do końca było sprawiedliwe, bo jak mordę pruł, to wszyscy siedzieli cicho. Zresztą dziś też tacy tyrani się zdarzają, tylko oni znęcają się z racji tego, że są tyranami, wtedy dodatkowy pretekst dawała im pozycja. Dziś to już, na szczęście, minęło, starszym odebrało się władzę, ale oddało się ją młodym, którzy są, niestety, durni. Młodość nie może, nie powinna rządzić!

Dziś najlepsze kąski dostają dzieci.
I nie wiedzą, co z nimi zrobić. Młodzi nie chcą mieć przyjemnego życia, tylko chcą samej przyjemności. I jeśli się uczą, że nie muszą na nią zapracować, tylko mogą ją dostać, to sobie roszczą do niej prawo. A już najlepsze kąski dostają chłopcy. I znów mamy to samo – kobiety wychowują synów w kulcie patriarchatu.

To jaki powinien być podział kąsków przy stole?
To nawet nie o kąski chodzi, tylko o kolejność. Powinno być tak, że my, jako para, zasiadamy do stołu z dziećmi. I gdybym to ja przy tym stole rozlewała rosół, tobym zaczynała od męża, a on powinien zaczynać ode mnie. Dopiero potem wlewamy rosół do talerzy dzieci. Uwaga, jaką się sobie poświęca, troska o siebie, jaką się przejawia na zewnątrz, powinna być skierowana na partnera, bo dzieci to widzą i w takim domu już jest dobrze. Jeżeli obserwują, że tata o nic nie dba, a mama dba o nich nadmiernie, to ich świat się wykrzywia. Rodzice mają wzajemnie o siebie dbać, mają być dla siebie uprzejmi i mili, co nie znaczy, że mają się nie kłócić, tylko nie wciągać w te kłótnie dzieci. Powiedzieć: „To nie wasze sprawy, mama i tata muszą sobie teraz coś wyjaśnić”.

W sumie, jakby to wziąć na logikę, mąż był pierwszy, bez niego nie byłoby dzieci. Dlaczego teraz miałby być nieważny lub mniej ważny?
To przecież z nim chcę porozmawiać o dzieciach, to z nim chcę się zastanowić, co robimy w ogóle w naszym życiu, to z nim chcę wypocząć, to z nim chcę się bawić. Owszem, z dziećmi też chcę wypocząć i się pobawić albo iść do filharmonii, ale to dlatego, że on nie lubi filharmonii. Jeśli podobał nam się ten okres zakochania, kiedy byliśmy dziewczyną i chłopakiem, to przedłużmy go, pokażmy drugiej osobie, że ją kochamy. Tymczasem dziewczyny odstawiają na bok swoją kobiecość, dziewczęcość i dziecko w sobie na rzecz bycia mamuśką. Kobieta powinna mieć czas dla siebie, bez dzieci i bez męża, ale też czas dla męża, bez dzieci. Dzieci nie czują się skrzywdzone, kiedy rodzice zamykają drzwi do swojego pokoju, tylko kiedy nie są zauważane i ważne. Każdy jest ważny, ale powinien być na swoim miejscu. Uważam, że rodzice nie zawsze powinni mieć takie samo zdanie, skoro mają inne. Wtedy mówią dzieciom: „Tata ma takie zdanie, ja takie, ale wspólnie postanowiliśmy, że…”. Czyli w skrócie: nie skłócicie nas.

Żeby wszystko stało na swoim miejscu, jaka powinna być kolejność? Najpierw…
…ja, potem mój partner, a potem dzieci. Jasne jest, że dzieci zostają na zawsze naszymi dziećmi, a partner nie zawsze musi być partnerem do końca życia. Jeśli rozstajemy się, bo było mi z nim niedobrze, to oczywiście z tego zaszczytnego miejsca go wystawiamy, ale nadal pozostaje ojcem mojego dziecka. Dopóki jednak on jest moim partnerem i nie zamierzam się z nim rozstawać, to wspólnie ten dom budujemy, jesteśmy tym fundamentem, mamy siebie wspierać i być sobie potrzebni. Pójdziesz na bal z partnerem, a nie z dzieckiem, do łóżka też. Poza tym dzieci dorastają, mają rówieśników, swoje sprawy, przestaniemy być dla nich tak ważne. Dzieci powinny wiedzieć, że są tylko dziećmi.

Wiesz, że wiele matek nie zgodzi się z tym, co mówisz? Żyjemy w czasach, kiedy to mężczyźni zawodzą, a dzieci są jedynym, co nam się udało.
Ale my nie mówimy tu o wyższości męża nad dzieckiem, tylko o jego pierwszeństwie. To jedno. Inna kwestia jest taka, że mamy teraz nadopiekuńcze mamusie. To oznacza tyle, że matki żyją życiem dzieci, a nie swoim. A dlatego to robią, bo nie mają mężów, z którymi jest im dobrze. A nie mają mężów, z którymi jest im dobrze, między innymi dlatego, że pozwalają mężczyznom na wszystko, a w zamian dostają od nich figę z makiem. I to jest taki zaplątany układ, w którym kobiety godzą się na bycie traktowanymi źle przez mężczyzn, bo oni są wartością wyższą według nich, niezależnie od tego, że mamy równouprawnienie i niezależnie od tego, ile kobiet powie: „Wolę być sama niż z kimkolwiek”.

Zauważ, co się dzieje, kiedy siedzi sześć panienek przy herbacie i wchodzi jeden facet. Przynajmniej połowa z nich poleci mu herbatę zrobić albo zapyta: „Jadłeś coś?”, „A może byś tu usiadł? Bo tu jest takie cudowne miejsce”. Nie będą dalej zajmowały się sobą, a niech on sobie sam radzi, tylko zaraz pojawi się słodka minka, zmieniony głosik, całym ciałem się zwrócą w jego kierunku… Dlatego jeżeli kobiety mówią, że dzieci są dla nich najważniejsze, to przepraszam bardzo, ale jest to po prostu zmyła.

Zmyła?
Nieprawda i rodzaj usprawiedliwienia. To bardzo pogmatwany temat. Wystarczająco długo pracuję z kobietami, mężczyznami również, ale nade wszystko z dziećmi tych kobiet i tych mężczyzn, żeby widzieć, co się dzieje. Jak bardzo nie sięgamy do rozwiązań, tylko przyklepujemy problemy. Jeśli kobietom jest nie najlepiej w związku, to – dziś coraz częściej niż ich matki – odchodzą. Tyle tylko, że one się rozwodzą dopiero wtedy, kiedy ledwo co żyją, natomiast bardzo długo wytrzymują stan swojego niespełnienia. I pozwalają na to, by było tak, jak jest, nie wymagając i nie domagając się, ale też nie biorąc, tylko oceniając, krytykując i wypłacając. Trzeba się nauczyć brać, a nie mordę drzeć, kiedy się nie dostało. Trzeba brać i nie mieć pretensji. Trzeba siebie kochać, trzeba być egoistką, ale ponieważ mamusie tak nas wychowują, żebyśmy nie były egoistkami, to dla kogo my tymi egoistkami nie będziemy? Dla faceta. Bo jemu trzeba usłużyć, jemu trzeba umilić, jego trzeba omamić, że jestem taka kochana. A przecież nie jestem aż taka kochana, jestem trochę fajna, trochę zołza, a trochę leniwa. Przynajmniej takie powinnyśmy być. Z zezwoleniem na swój egoizm, ale i na egoizm męża.

Mężczyźni to potrafią.
I tego się, moje drogie, od nich uczmy. Tymczasem kobiety prędzej dokładnie wyliczą, czego to nie robi ich mężczyzna, jak jest dla nich niemiły, nieadorujący czy nieczuły. Dobrze, kochanie, to powiedz, kiedy ostatnio powiedziałaś mu dobre słowo? Ale za co ja mam mu je mówić? No może za to, że jeszcze, kurde, z tobą jest? Że nie polazł na widok twojej niezadowolonej miny. Ja wiem, że jak ja mam niezadowoloną minę, to mój Edek mnie nie znosi, z tym że ja to robię świadomie, bo nie mam zamiaru się uśmiechać, kiedy nie mam humoru. A niech mnie wtedy nie znosi, ja też go czasem nie znoszę. Ale ja się tego nie boję, że on mnie nie znosi. A one nie są w stanie wytrzymać tego, że on ich nie lubi, bo za sobą nie stoją. W jego oczach szukają potwierdzenia tego, że są coś warte. A przecież ja, ty, my  jesteśmy warte same z siebie.

Ale kiedy związek się nie udaje i się rozstają, mówią: „przynajmniej mam dzieci”.
Dzieci nie są do posiadania. Poza tym te kobiety nadal nie mają tego, na czym najbardziej im zależało. Ale tego nas nauczyły mamy. Nie bierz, tylko dawaj. I jeszcze: jak będziesz miła, skromna i grzeczna, to ci dadzą. A nie dadzą. Mało tego, będziesz miła i grzeczna, ale z coraz bardziej zaciśniętymi ustami. Aż wreszcie walniesz pięścią w stół, a on zdziwiony: „Ale co się stało?”. A ty, że ci się uzbierało. „Ale przecież nic nie mówiłaś?”. No właśnie… Jeżeli mama nie pozwalała brać, bo to egoizm, to ty musisz sprytnie dawać po to, żeby dostać. Ale to jest strasznie zawiłe, bo ten, co dostał, nie wie, że ma oddać.

Czyli, po pierwsze, nie mówimy, czego chcemy, a po drugie, nie chwalimy partnerów i nie dziękujemy im, jak już to od nich dostaniemy. Bo się facet rozpuści. Najlepiej, jakby się sam wszystkiego domyślił. I tego też nauczyły nas mamy.

Wprawdzie kobiety decydują się dziś na rozwód, częściej niż ich matki, ale to, co robią przed rozwodem, robią tak samo. Nie mogą już wytrzymać w małżeństwie, ale albo nic o tym mu nie mówią…
…albo mówią o tym bez przerwy. I kto jest winny? No przecież on. Gdyby umiały sobie wytłumaczyć, że nie tyle są winne, co współodpowiedzialne za sytuację, do której doszło, byłoby im łatwiej to przepracować. Przecież zależy nam na tym, by mieć kogoś, kogo obchodzimy, a nie kogoś, kto jest winien tego, jak ci jest. No, chyba że odwrotnie

Katarzyna Miller 
psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). 

  1. Psychologia

Dorosły, rodzic, czy dziecko? - Którą z tych ról „zabierasz” ze sobą do pracy?

Czy do pracy wolisz zabrać dziecko, czy dorosłego? W zależności, na którą rolę się zdecydujesz,  tak będzie wyglądała twoja komunikacja. (fot. iStock)
Czy do pracy wolisz zabrać dziecko, czy dorosłego? W zależności, na którą rolę się zdecydujesz, tak będzie wyglądała twoja komunikacja. (fot. iStock)
Dorosły, rodzic i dziecko to trzy stany naszego ja, którymi posługujemy się w kontaktach z innymi ludźmi. Wydaje ci się logiczne, że do pracy „zabierasz” ze sobą właśnie dorosłego. Niestety! Znacznie częściej jesteś w firmie rodzicem lub dzieckiem.

Twórca analizy transakcyjnej Eric Berne uważa, że każdy kontakt między ludźmi to tzw. transakcja: akcja i reakcja, bodziec i odpowiedź na niego. Transakcje przebiegają między stanami naszego Ja. Każdy dysponuje trzema stanami Ja: są to Dorosły, Rodzic i Dziecko. Podczas jednej transakcji do głosu mogą dojść wszystkie te stany, czasem kolejno, a czasem np. dwa naraz. Efekt? Podczas jednej rozmowy może się spotkać – i próbować dogadać – aż sześć „osób”…

– Jeśli chcesz, aby twój przekaz naprawdę trafił do słuchacza, musisz zdecydować, z którego poziomu i do jakiego stanu Ja słuchacza się zwrócisz; który stan Ja słuchacza i własny najlepiej się sprawdzi w danej sytuacji – mówi Katarzyna Platowska, psycholożka i socjoterapeutka. - Kiedy przeżywamy emocje i mamy z nimi problem, aktywizuje się Ja Dziecko. W tym stanie zgromadzone są nasze potrzeby, pragnienia, intuicja, kreatywność. Ja Dziecko wyraża też złość, lęk i domaga się szybkiego zaspokojenia swoich potrzeb.

Transakcje między ludźmi można podzielić na równoległe i skrzyżowane. Z równoległymi mamy do czynienia wtedy, gdy odpowiedź na bodziec pochodzi od tego stanu Ja rozmówcy, do którego ten bodziec skierowaliśmy. Przykład: ty jako Rodzic przemawiasz do Dziecka rozmówcy; on z poziomu Dziecka odpowiada twojemu Rodzicowi. Może też być tak, że ty z poziomu Dorosłego komunikujesz coś Dorosłemu i odpowiedź uzyskujesz od Dorosłego.

Najlepiej spotkać się na tym samym poziomie, np. w komunikacji Dorosły–Dorosły albo Rodzic–Rodzic – uważa Platowska. – Wtedy kontakt daje najwięcej satysfakcji, jest najbardziej owocny. Podkreśla podobieństwa, zbliżone opinie, to, że podobnie postrzegamy sytuację. Takie transakcje dają poczucie bezpieczeństwa, potęgują identyfikację z grupą i ułatwiają współpracę.

Nieoczekiwana zmiana ról

Może się jednak zdarzyć, że przemawiasz do rozmówcy z poziomu Dorosłego do Dorosłego, a on odpowiada nam z poziomu Rodzica lub Dziecka (to chyba najczęstsza konfiguracja). Np. zwracasz jako Dorosły uwagę koleżance: „Na spotkanie przychodzimy punktualnie”, a ona odpowiada na to z poziomu Rodzica: „Pouczanie mnie to nie twoja rola”.

– Taka wymiana może zakończyć się kłótnią, robieniem sobie wyrzutów lub rywalizacją potrzeb i emocji (rywalizują Dzieci) albo opinii i wartości (rywalizują dwaj Rodzice) – przestrzega psycholożka. – W efekcie transakcja ulegnie zerwaniu. Może być kontynuowana tylko wtedy, gdy stany Ja rozmówców się „spotkają” na jednym poziomie (np. Dziecko–Dziecko) lub w układzie równoległym (np. Dziecko–Rodzic, Rodzic–Dziecko). Przemawianie do Dorosłego, kiedy osoba jest w stanie Dziecka, to rzucanie grochem o ścianę. Dorosły jest w tej chwili nieobecny. Trzeba doprowadzić do komplementarnej relacji.

Wszystkie te stany Ja bywają trochę jak nieproszeni goście: pojawiają się i przejmują kontrolę nad naszym zachowaniem, a odbywa się to poza naszą świadomością. Wiele codziennych zdarzeń w firmie może przypomnieć coś z przeszłości i wywołać automatyczną reakcję. Ten spadek, ten bagaż z przeszłości może się w każdej chwili uaktywnić. Ale jak rozpoznać, w jakim stanie Ja jesteśmy?

– Obserwuj siebie i innych. Analizuj, jaki wzorzec najczęściej powtarza się w twoim zachowaniu. Ale patrz także na zachowanie ludzi. Działają jak zwierciadło w odpowiedzi na twoje zachowanie – tłumaczy Platowska. – Jeśli ktoś się przeciw tobie nieracjonalnie buntuje, to prawdopodobnie działasz z pozycji Rodzica, a on odgrywa rolę Dziecka. A gdy to ty czujesz bunt, pewnie „włączyło się” twoje krnąbrne Dziecko itd.

Wyobraź sobie: powierzono ci kierowanie projektem. Co myślisz? Gdy przychodzi ci do głowy: „O, super, coś nowego, nie będę się nudzić” – reagujesz stanem Ja Dziecko (podobnie, gdy myślisz: „Nie dam sobie rady”). Gdy mówisz: „Muszę zobaczyć, co mnie czeka, poznać warunki, może pogadać z kimś, kto już coś takiego robił” – odzywa się Dorosły. A Rodzic powie: „Jak się nie zmobilizuję, to nic nie osiągnę”.

Rodzic najczęściej odzywa się, kiedy jesteśmy w konflikcie, w stanie niepewności – uważa Platowska. – W tym stanie zgromadzone są normy, zakazy, nakazy, reguły, przekonania i opinie. Wszystkie zostały przez nas przejęte „żywcem” w dzieciństwie od osób dla nas ważnych, np. rodziców, dziadków, w okresie, kiedy dziecko nie kwestionuje tego, co mówią dorośli, tylko to „nagrywa” i uwewnętrznia – czyli do około szóstego roku życia. W stanie Rodzic myślimy i zachowujemy się tak, jak zachowywały się ważne dla nas osoby, kiedy byliśmy dziećmi.

Rodzic - normatywny lub opiekuńczy

Stan Rodzic występuje w dwóch wariantach: opiekuńczym i normatywnym. Opiekuńczy niesie pomoc, troszczy się o innych, wspiera ich, motywuje i radzi. Kładzie rękę na ramieniu, uśmiecha się, jego głos jest ciepły, postawa otwarta. Normatywny ustanawia granice, strzeże norm, określa hierarchię wartości, nakazuje, zakazuje i ustala reguły. Marszczy brwi, używa palca wskazującego, krzyżuje ręce na piersiach i ma przenikliwy wzrok.

Negatywnym aspektem Rodzica Opiekuńczego jest Ratownik. On nie tyle pomaga, ile wciska pomoc. Nie pyta, czy jest potrzebna, czy jej chcemy. Pomaga i już. Wyręcza też w trudnych obowiązkach, zamiast udzielić wskazówki i pozwolić uczyć się na błędach. Odbiera odwagę do samodzielności, wzmacnia bierność i poczucie braku kompetencji. I czuje się niedoceniany, bo oczekuje wdzięczności, a jej nie dostaje. To plus przemęczenie często prowadzi do agresji i złości wobec otoczenia.

Negatywny aspekt Rodzica Normatywnego to Oprawca. Jego celem jest trzymanie norm dla samych norm, a nie dlatego, że są potrzebne; a także mówienie, co wolno, a czego nie wolno, bez tłumaczenia, czemu to służy. Jego komunikaty to: „Masz to zrobić i koniec”, „Zrób to, bo ja tak mówię”. Czasami są to normy niemożliwe do zastosowania. Celem Oprawcy jest krytyka, karanie, poniżenie i pomniejszenie innych.

 
– Obie postaci Rodzica są potrzebne i w swych pozytywnych aspektach przykładają się do naszego funkcjonowania między ludźmi. Aspekty negatywne, gdy poświęcimy im energię i uwagę, mogą być raniące, stresujące i prowadzić do sytuacji, w których źle się czujemy – ostrzega psycholożka.

W większości firm jest najwięcej Rodziców – tych mówiących, co i jak powinno być wykonane. Ale uwaga: wiecznie pouczający Rodzic, który zawsze wie lepiej, jest dla otoczenia niestrawny. Jeśli mamy tendencje, by występować w roli Rodzica, lepiej wybrać wariant Opiekuna, czasem przechodząc do postaci Normatywnej – by współpracownicy nie weszli nam na głowę.

Dorosły to najbardziej dojrzała forma kontaktowania sie ze światem. Reaguje na to, co tu i teraz. Działa prosto, bez iluzji. Widzi rzeczywistość bez filtra emocji. W świecie zawodowym najlepiej funkcjonuje z pozycji Dorosłego

Dziecko - spontaniczne, przystosowane lub zbuntowane

Kiedy przeżywamy emocje i to z nimi mamy problem, aktywizuje się Ja Dziecko. W tym stanie zgromadzone są nasze potrzeby, pragnienia, intuicja, kreatywność, emocje i odczucia. Dziecko jest otwarte, autentyczne, pełne zaangażowania, obdarzone twórczym umysłem, wykracza poza schematy. W sposób nieskrępowany wyraża swoje emocje, potrzeby i myśli, ze światem kontaktuje się na poziomie wrażeń. Ale wyraża też złość, gniew, strach i domaga się niezwłocznego zaspokojenia swoich potrzeb. Taki stan nazywany jest Dzieckiem Spontanicznym.

– Potrafi i kocha się bawić, podczas burzy mózgów jest niezastąpione, ale nie jest dobrym partnerem w interesach, bo jest samolubne, skoncentrowane na sobie. Źle podejmuje decyzje zawodowe, bo ma skłonności do ryzyka, nie bierze odpowiedzialności i nie potrafi ocenić, jakie będą skutki. Inni często postrzegają je jako aroganckie, impulsywne – dodaje psycholożka.

Kiedy zaczynamy szukać sposobu na zaspokojenie naszych potrzeb, tak, by współdziałać z otoczeniem, brać pod uwagę potrzeby innych ludzi, stajemy się Dzieckiem Przystosowanym. To właśnie ten stan sprawia, że się nie spóźniamy do pracy, bo nie chcemy się narazić na naganę szefa. Dostosowujemy się do reguł i zasad grzecznościowych, przestrzeganych norm. To ten rodzaj stanu Dziecka pozwalający nam na funkcjonowanie w różnych warunkach, np. służbowych właśnie, i pozostanie sobą.

Kiedy jednak przesadzimy, stajemy się Dzieckiem Podporządkowanym. Jego sposobem na życie jest uleganie. Taka osoba w dzieciństwie była nagradzana za to, że się podporządkowywała. I dalej to robi. Nie będzie kwestionować poleceń szefa, nawet jeśli zobaczy w nich błąd. Nie musi rozumieć otrzymanych poleceń. I tak je wykona. Jeśli coś się nie uda, bierze winę na siebie, ale nie bierze odpowiedzialności. Jest wpływowa, powtarza opinie innych, nie zdradzając własnej. W działaniu nie kieruje się własnymi potrzebami, ale oczekiwaniami otoczenia. Ma poczucie winy i jest przesadnie skrupulatna w wypełnianiu obowiązków. Często w pracy przyjmujemy postawę Dziecka Podporządkowanego – to wszystkie szare myszki, osoby, które przepraszają, że żyją, są perfekcjoinistami i nie potrafią odmawiać, to Podporządkowane Dzieci.

Drugim negatywnym przejawem tego stanu jest Dziecko Zbuntowane. Jest zawsze na „nie” – a im bardziej się naciska, tym większy opór stawia. Trzaska drzwiami, bywa agresywne i prowokacyjne, niezadowolone, szuka zaczepki i ma problem z zaakceptowaniem autorytetów. – Taka osoba na złość mamie odmrozi sobie uszy – mówi Platowska. – Odmówi wzięcia udziału w obozie integracyjnym, choć jest ciekawa, co będzie się działo. I wbrew pozorom wcale nie jest taka niezależna – konieczny jest jej ktoś, komu będzie mogła się przeciwstawić.

Dorosły jako przewodnik

– Dorosły to najbardziej dojrzała forma kontaktowania się ze światem – mówi psycholożka. – Reaguje na to, co tu i teraz. Działa prosto, bez iluzji, bez zakładania z góry, że coś ma być jakieś. Widzi rzeczywistość bez filtra emocji. W świecie zawodowym najlepiej funkcjonujemy z pozycji Dorosłego.

Dorosły potrafi oddzielić fakty od opinii. Zadaje jasne pytania i jasno się wyraża. Jest rzeczowy i konkretny. Nastawiony na dowiadywanie się weryfikuje to, co widzi i słyszy. Zbiera dane, analizuje je i przetwarza spokojnie, na chłodno. I to nie tylko dane ze świata zewnętrznego: – Dorosły to ktoś w rodzaju przewodnika, tłumacza pomiędzy innymi formami. Łączy potrzeby Dziecka i normy Rodzica. I robi z nich użytek.

– Decyzje podjęte przez Dorosłego mają największe szanse powodzenia – uważa psycholożka. – Ale niestety nie ma idealnych Dorosłych, zawsze występuje Dorosły z domieszką Dziecka lub Rodzica. W towarzystwie tego ostatniego czujemy się najbezpieczniej. W towarzystwie pierwszego lepiej się bawimy. A najdoskonalszy, najbardziej efektywny dialog prowadzimy wtedy, kiedy kontaktuje się ze sobą dwóch Dorosłych.

Dorosły nie ma negatywnego aspektu. Jednak gdy Dorosły nie ma w sobie odrobiny Dziecka, jest sztywny, nie umie wypoczywać, przedkłada obowiązki nad przyjemności, jest rzeczowy do bólu i nie jest przyjemnie z nim przebywać. – Dorosły to platforma, z której powinniśmy wybierać „reprezentację” do kontaktów z innymi – radzi psycholożka. – Kiedy chcemy porozmawiać o normach, ale rozmówca jest np. w stanie Dziecka i odpowiada z poziomu emocji, przemawianie do Dorosłego mija się z celem. Świadomie, a więc z pozycji Dorosłego wybieram kontakt przy użyciu stanu Ja Rodzic. W ten sposób mam szansę dotrzeć do rozmówcy, bo najprawdopodobniej odpowie z poziomu Dziecka i w ten sposób stworzymy transakcję równoległą.

Dorosłemu prezentuj się jako Dorosły, komuś w stanie dziecka jako Rodzic Normatywny (kiedy trzeba je przywołać do porządku) lub Opiekuńczy (gdy trzeba dać mu poczucie bezpieczeństwa). Zbuntowanemu Dziecku lepiej odpowiedzieć jako drugie Dziecko, a następnie przenieść ciężar kontaktu na inną płaszczyznę (zacząć od rozmowy o uczuciach i przejść do rozmowy o faktach). Z Rodzicem najlepiej dogada się drugi Rodzic lub Dorosły, choć często, gdy ktoś przemawia do nas z pozycji Rodzica, „włącza się” nasze Dziecko.

  1. Psychologia

Na ile ufasz swoim bliskim?

Na czym polega zaufanie? Czy ufając zyskujemy poczucie bezpieczeństwa i pewności? (fot. iStock)
Na czym polega zaufanie? Czy ufając zyskujemy poczucie bezpieczeństwa i pewności? (fot. iStock)
Jak wygląda nasze zaufanie w relacji z partnerem, w rodzinie, w społeczeństwie? - Rozwój zaufania to zmniejszanie niepewności dotyczącej siły związku – mówi psycholog Katarzyna Popiołek z Uniwersytetu SWPS w Katowicach.

W życiu społecznym jesteśmy nieufni. A w rodzinie?
Z badań profesor Krystyny Skarżyńskiej wynika, że rodzina jest sferą, w której obdarzamy się największym zaufaniem. Natomiast nasze zaufanie do innych ludzi, do instytucji, władzy jest niewielkie. Wygląda na to, że popadamy w ekstrema – obcym nie ufamy wcale, natomiast bliskim czasem za bardzo. Niedobry jest kompletny brak zaufania do ludzi – gdy jesteśmy podejrzliwi, gdy uważamy, że inni dbają wyłącznie o własny interes – ale zgubna okazuje się też postawa absolutnego zaufania: gdy spodziewamy się, że zawsze wszystko będzie przebiegało zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Najlepszy okazuje się oczywiście arystotelesowski złoty środek.

Na czym polega złoty środek w bliskich związkach?
Na tym, że na początku przyjmujemy założenie: wierzę w uczciwość i wiarygodność partnera. Takie założenie jest rozsądne, bo nie mamy jeszcze doświadczeń. A zaufanie to funkcja doświadczeń, które zdobywamy w relacjach z drugą osobą. Kiedy kogoś dopiero poznajemy, mamy wiele wątpliwości, no bo nic o nim nie wiemy. Ale wątpliwości powinna zastąpić wiara, że partner jest uczciwy. Dajemy rodzaj kredytu, świadomi, że możemy doznać zawodu. Bez tego nie da się zbudować trwałego związku. Można powiedzieć, że rozwój zaufania to zmniejszanie niepewności dotyczącej siły związku. W miarę jak czyny potwierdzają nasze zaufanie, gdy przekonujemy się, że partner udziela nam wsparcia, zachowuje się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, jest wrażliwy na nasze potrzeby, przejawia pozytywne działania, zaufanie do partnera się stabilizuje. I wtedy nie potrzebujemy już ustawicznych dowodów jego wiarygodności. Co więcej – jeśli nawet zdarzy się, że on coś przeskrobie, to uznamy, że jego zachowanie jest przejściowe i nie powinno być przyczyną konfliktu. To nie oznacza, że mamy wszystko w związku akceptować. Zasada ufności to nie nakaz wyłączenia rozsądku.

No a kiedy wchodzimy w związek z podejrzeniami, nieufnością?
To mamy kłopot. Czeski terapeuta Miroslav Plzak odwołuje się tu do innej silnej obawy, jaką jest lęk o życie. Wiemy, że jest kruche, ale to nie znaczy, że z lęku o jego utratę nie będziemy wychodzili z domu. Podobnie jest z zaufaniem – z lęku o jego utratę nie możemy zadręczać partnera kontrolą, nadzorem.

Przykładem braku zaufania jest zazdrość.
Człowiek zazdrosny żąda od partnera dowodu wierności. Taki dowód jest jednak faktycznie i logicznie niemożliwy. Nie da się udokumentować wierności, najwyżej można komuś udowodnić, że był niewierny. Jeśli nawet zamknę się w domu i powiem: „popatrz, jestem tylko twój”, zazdrośnik powie: „dobra, dobra, ale zdradzasz mnie w myślach”. Dlatego droga osoby zazdrosnej jest zawsze drogą w labiryncie. Jak powiedział Szekspir, zazdrośnicy są w szponach zielonookiego potwora.

Z takim bagażem nie warto zaczynać związku? Dobrze jest zacząć od aktu zaufania o niewielkim stopniu ryzyka. Na przykład poprosić o spełnienie jakiegoś małego oczekiwania, które stosunkowo łatwo będzie zrealizować. I zobaczyć, czy ta osoba to uczyni.

 
W relacji rodzice – dzieci postępować podobnie?
Tak. I podobnie jak w relacji z partnerem musimy zacząć od próbnego zaufania. Powinniśmy jednak pamiętać, że pokusa, na jaką wystawiamy dziecko, nie powinna być duża. Sprawdźmy, czy dotrzyma obietnicy, czy powie prawdę, zacznijmy od kredytu zaufania. Ale na początku ten kredyt powinien być adekwatny do możliwości jego spłaty, tak jak w ekonomii.

A jeśli się przekonamy, że partner nas zawiódł, że dziecko zrobiło coś, czego nie chcieliśmy?
Często zawiedzione zaufanie jest sygnałem, że chcieliśmy czegoś niemożliwego albo że coś jest nie tak w naszych relacjach. W bliskich związkach przyczyną może być tak zwany syndrom ciepłej wody. Ktoś siedzi sobie w ciepłym basenie, jest mu dobrze, a na dworze czeka partner i marznie. Może być tak, że czujemy komfort kosztem partnera. Czasami fakt, że ktoś zawiódł nasze zaufanie, może być sygnałem, że nie robimy czegoś, co jest potrzebne drugiej stronie. Ale jeśli kłamstwa się powtarzają, obietnice nie są dotrzymywane, uciekajmy. Z kimś, kto kilkakrotnie zawiódł zaufanie, nie ma sensu budować związku.

A jeśli tym kimś jest dziecko?
Dziecko dopiero się uczy, jak nie zawodzić zaufania i jak je okazywać. Jeśli tu coś nie gra, to znaczy, że popełniliśmy jakiś błąd. Na przykład sami na tym polu źle funkcjonujemy – kłamiemy, ile się da. A może mamy zbyt wygórowane wymagania niemożliwe do spełnienia i dziecko dla świętego spokoju obiecuje, a potem nie dotrzymuje słowa, bo wymaganie było nierealne.

Jakie korzyści mamy w życiu z zaufania?
Uważam, że bez zaufania człowiek może zginąć, bo w trudnych chwilach nie będzie miał do kogo się udać po pomoc. Stała nieufność prowadzi do samotności i niszczy nas samych.

Powinniśmy ufać, ale i nie zawodzić zaufania, bo dostajemy to, co dajemy.
Działają tu dwa prawa: tak zwane prawo bumerangu – co wysyłam, to do mnie wraca. Ale nie zawsze tak jest. Wtedy trzeba zastanowić się dlaczego. Nie wszyscy zasługują na zaufanie, a my czasami nie chcemy tego widzieć. Drugie prawo to tak zwany efekt Rosenthala. Jeśli uważam, że ktoś jest nieuczciwy, to jestem wobec niego nieufna, kontrolująca. A taka postawa często wywołuje u tej osoby zachowania, o które właśnie ją podejrzewałam. Powinniśmy zatem dawać kredyt zaufania, ale jak się okaże, że ktoś nas zawiódł, bądźmy ostrożni w dalszych kontaktach.

Ale najpierw czyńmy innym to, co i nam miłe.
Gdy czasem słyszę: „nie ufam nikomu, bo wszyscy mnie zawiedli”, to jestem prawie pewna, że przyczyna leży w tym, kto to mówi. Pamiętajmy, że czas też gra rolę w budowaniu zaufania. Im dłuższy dobry związek, tym większy bank zaufania. Dlatego tak bardzo boli, gdy zdradzi przyjaciel. Mamy wtedy poczucie, że cały nasz bank został obrabowany. Ale z drugiej strony – myślimy sobie: „przez tyle lat ten ktoś nas nie zawiódł i teraz, po jednym złym doświadczeniu, mamy kończyć znajomość?”. I najczęściej, nawet przy dużym wykroczeniu, wybaczamy. Dobrze mieć bank z dużym kapitałem zaufania.

Katarzyna Popiołek - dr hab. psychologii społecznej, profesor Uniwersytetu SWPS Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. Zajmuje się problematyką relacji międzyludzkich, szczególnie relacji pomocy i wsparcia, oraz specyfiką zachowań w sytuacjach kryzysowych. Jest autorką wielu publikacji naukowych, współtwórczynią Instytutu Współczesnego Miasta.