1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Usłyszeć siebie

Usłyszeć siebie

Kiedy ostatnio dźwięczała ci w uszach cisza? Słyszałaś skrzypienie śniegu? Bicie własnego serca? Własne myśli? Czułaś pulsującą w żyłach krew? A czy nie jest aby tak: Wchodzisz do domu – włączasz telewizor, wsiadasz do samochodu – nastawiasz radio. Słuchawki na uszach w autobusie i na spacerze. Przyznajmy, zakrzykujemy nawet święta, które wymagają ciszy (wszak rodzi się Dzieciątko),a jednocześnie bardzo tej ciszy pragniemy. Czujemy, że w niej tkwi źródło odnawialnej siły.

Jest taki niezwykły film dokumentalny Philipa Groninga „Wielka cisza”. Nie ma w nim muzyki, dialogów, akcji, jest natomiast dużo – cztery godziny – przenikliwej ciszy. Właściwie cały film jest ciszą, ponieważ opowiada o klasztorze Kartuzów w Alpach Francuskich, w którym obowiązuje jedna z najbardziej ścisłych reguł w Kościele rzymskokatolickim. Mnisi, odcięci od świata, modlą się, medytują, śpiewają, pracują, a wszystko to w powtarzalnym nieśpiesznym rytmie.

Na początku wprowadzono ten film w jednej kopii do jednego kina w Warszawie. I stało się coś niesamowitego. Po bilety do kina Muranów zaczęły ustawiać się długie kolejki, jakich nie widziało się przed kasami kin od dawna. Trzeba było zamówić więcej kopii, zorganizować więcej seansów. W rezultacie ten surowy, prosty film, którego bohaterem jest cisza, obejrzało ponad 80 tysięcy widzów.

Kierownik kina Muranów Adam Trzopek opowiada, że był bardzo ciekaw reakcji widzów. A oni nie dość, że nie wychodzili w trakcie seansu, to jeszcze sprawiali wrażenie, jakby chcieli zostać w kinie dłużej.

– To było niezwykle ciekawe, obserwować, jak ludzie wpadali do kina roześmiani, rozgadani, z telefonem przy uchu, a opuszczali je w skupieniu, zamyśleniu.

Na czym polega fenomen „Wielkiej ciszy”? Myślę, że między innymi na tym, że odwołuje się do jednej z naszych silnych potrzeb – potrzeby wyciszenia się, często stłumionej. Wielu ludzi w ogóle nie potrafi jej w sobie odkryć. Innym niezbędny jest jakiś bodziec, choćby taki film właśnie.

Tak cię uczyli od lat,Tylko krzykiem zdobywa się świat

Maciej Kałkus, dyrektor artystyczny „Gazety Wyborczej”, potrzebę wyciszenia się odkrył sam, i to wcześnie, bo już jako student Akademii Sztuk Pięknych. Studenckie życie zaczął jednak od wejścia w artystyczny luzacki świat. Jakaś impreza, wszyscy, on też, mocno wstawieni, a z nim dzieje się coś takiego, jakby widział siebie z zewnątrz. „Co ja tu robię?”, myśli. Wstaje i wychodzi.

– Nagle dotarło do mnie, że takie życie jest bez sensu. Ale to nie było tak, że ja coś wykalkulowałem. To się zadziało samo. Na krótko zostałem totalnie odepchnięty przez środowisko, zresztą nie dziwię się moim kolegom, bo zachowałem się jak idiota. Mieli prawo zinterpretować moje zachowanie jako pogardę, brak akceptacji.

Maciek powiedział: „Dość, nie chcę tak żyć”, choć jeszcze wtedy nie wiedział co dalej. Przez jakiś czas nie mógł się odnaleźć. Dwa lata wcześniej zmarł mu ojciec, zabrakło więc w jego życiu kogoś, kto by pasował go na mężczyznę. Miotał się. Był nawet u psychiatry, dostał tabletki, ale intuicja podpowiadała mu, że branie prochów to ostatnia rzecz, jaką w takiej sytuacji należy robić. Czuł, że powinien skonfrontować się ze swoim wewnętrznym cierpieniem.

– Widocznie musiałem najpierw przeżyć dezintegrację, żeby potem się posklejać. Miałem szczęście, bo spotkałem Wojciecha Eichelbergera, zacząłem chodzić na terapię, pracować nad sobą.

Cały czas szukał jednak odpowiedzi na pytanie: Jak pogodzić studia, a potem aktywne uprawianie zawodu grafika – który zawsze go pasjonował, ale który jednocześnie jest niezwykle absorbujący i stresujący – z codziennym życiem? Wychowany został w wierze katolickiej, chodził do kościoła, jednak czegoś mu brakowało. Dopiero, kiedy przeczytał książkę „Trzy filary zen” Philipa Kapleau, odkrył, że tym czymś jest cisza. To było to poszukiwane przez Maćka narzędzie i zarazem język, którego używa już 30 lat.

 – Ważne, żeby każdy z nas odnalazł swój język – mówi Maciek. – I żeby się nie zrażać, że na początku nie jest łatwo, bo cisza stanowi niewygodę dla ego, które przed nią się broni. W ciszy ujawnia się cała głęboko ukryta sfera cierpienia, ego robi więc wszystko, żeby to cierpienie zagłuszyć. Ploteczki, chi, chi, cha, cha, kawka, ucieczki w pracoholizm, nałogi, agresja, seksoholizm. Wszystko, byleby tylko nie chwila samotności. Osiągnęliśmy w tym mistrzostwo.
Z kolei Henri J.M. Nouwen, holenderski pisarz, wykładowca uniwersytecki, duchowy autorytet, uważa, że życie, w którym brakuje centrum ciszy, jest zagrożone destrukcją. W książce „Z samotności” pisze: „Jeśli uzależnimy się od rezultatów swoich działa  jako jedynego kryterium naszego samookreślenia, staniemy się zachłanni i niedostępni, a bliźnich będziemy traktować raczej jak wrogów, których należy trzymać na dystans, niż jak przyjaciół, z którymi dzielimy dary życia. W ciszy możemy stopniowo odsłonić iluzję swojej chęci posiadania i odkryć w samym centrum własnego »ja«, że naszą istotą nie jest to, co zdobędziemy, lecz to, co zostało nam dane”.

Tego naprawdę ci brak, Ona jedna prawdziwy ma smak

Renata Jankowska, architektka, odczuła potrzebę ciszy bardzo intensywnie po dość burzliwym, choć też – jak podkreśla – pięknym okresie młodości. Wcześniej płynęła z nurtem wydarzeń, trochę bezrefleksyjnie, ale nie czuła się z tym wygodnie. W pewnym momencie odkryła medytację, której podstawą jest pozostawanie w ciszy.

– Poczułam, jakbym powróciła do domu z dalekiej podróży. To było doświadczenie, które zmieniło moje życie. Ono rozpoczęło długi proces prowadzący poza tajemnicę „ja”.

Renata uważa, że współczesny człowiek coraz bardziej pragnie ciszy, ponieważ przeczuwa istnienie innego wymiaru życia, a w jego świadomości panuje kompletny zamęt.

– Jesteśmy przytłoczeni nadmiarem informacji, schematów, gotowych kalk. Patrzymy na świat z poziomu głowy. W ciszy nasza świadomość powoli schodzi do poziomu serca, a stamtąd widać i ludzi, i rzeczy takimi, jakimi są. Działając z tego poziomu, pozbywamy się złudzeń dotyczących siebie, innych, świata i krok po kroku uwalniamy się od naszego głównego balastu, czyli egoizmu.

Dla Renaty, praktykującej katoliczki, cisza ma wymiar religijny. Jest przestrzenią dla modlitwy, medytacji chrześcijańskiej i – jak to określa Renata – działania Ducha Świętego.

Dlaczego cisza jest w modlitwie tak ważna? Julia Fiedorczuk na internetowej stronie katolickiego Biura Literackiego pisze: „Dlatego, że jedynie milcząc, stajemy się prawdziwie obecni – dla siebie i dla Boga. Wiadomo, że nieobecni nie mogą się spotkać! Trzeba zatem »porządnie« zanurzyć się w milczeniu, by stać się obecnym najpierw dla siebie samego. Jest to warunek spotkania z Bogiem. Błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty celnie zauważa: »Bóg jest przyjacielem milczenia. Potrzebujemy milczenia, byśmy mogli dojść do duszy«”.

Zdaniem Renaty Jankowskiej pułapką jest jednak myślenie, że pozostawanie w ciszy prowadzi natychmiast do osiągnięcia spokoju i wewnętrznej wolności.

– To nieraz trudny, burzliwy proces, który może trwać całe życie.

Ojciec Jan Bereza, twórca Ośrodka Medytacji Chrześcijańskiej w Lubiniu, dzieli praktykowanie ciszy na to przed burzą i po burzy.

– W ciszę wchodzimy nie po to, żeby zapaść w letarg, ale żeby zrobić porządek ze swoim życiem. Dlatego czasem zanurzenie się w ciszę paradoksalnie najpierw wywołuje dużo hałasu w nas samych, ale to tylko stan przejściowy. Potem możemy już osiągnąć tę ciszę, której nikt nie jest nam w stanie odebrać. Bliskie są mi słowa Ojców Pustyni, którzy mówili, że jeżeli chcesz poznać Boga, musisz najpierw poznać samego siebie. Ale także słowa Edwarda Stachury: „Nie poznawszy siebie, nie przeraziwszy się sobą, zaprawdę z piekła nie wyjdziesz”. Samego siebie poznaje się w ciszy. Dlatego właśnie ciszę i samotność od wieków wykorzystywano w różnych tradycjach i religiach do tego, aby przemieniać ludzkie serca.

Dlaczego zatem uciekamy w hałas?

Renata Jankowska: – Ponieważ wydaje się nam, że zewnętrzny szum, informacje z radia, telewizji porządkują nasz wewnętrzny chaos. A one tylko przygłuszają kłębiące się w nas problemy, z którymi nie umiemy się skonfrontować. Od dzieciństwa jesteśmy przyzwyczajani do życia w hałasie, który jest niejako naszym naturalnym, bo jedynym znanym, środowiskiem. Rodzice starają się zorganizować swoim dzieciom jak najwięcej zajęć, bo sądzą, że dziecko nieustannie stymulowane lepiej rozwija się intelektualnie. Ale intelektualna strona człowieka to nie wszystko. Powinniśmy przyzwyczajać dzieci do zabawy w ciszy, bez grającego w tle radia czy telewizora.

Sza, cicho sza, czas na ciszę,Tę, którą w swym sercu słyszysz

Maciek Kałkus stara się praktykować ciszę (w zen mówi się „siedzieć”) codziennie.

– Wiadomo, praktyka czyni mistrza. łatwiej doświadczać dobrodziejstw wyciszenia, gdy praktykuje się je regularnie. Jeśli tylko od czasu do czasu – trzeba za każdym razem przekraczać ograniczenia ego, które podżega: Nie rób tego, po co masz się męczyć.

Maciek przyznaje, że jemu potrzebna jest także praktyka grupowa. Bo jak się pozostaje w ciszy samemu, to istnieje więcej możliwości ucieczki, trudno narzucić sobie dyscyplinę, można wstać, powiedzieć: a, to już wystarczy.

 
Cisza grupowa jest dyskomfortowa, bo narusza intymność, ale też narzuca pewne reguły zachowania, które ułatwiają zanurzenie się w niej. Maciek jeździ do ośrodka zen w warszawskiej Falenicy. Praktykuje „siedzenia” dwudniowe raz w miesiącu i tygodniowe co pół roku.

– Trzeba podchodzić do tych praktyk uczciwie. Kiedyś ktoś przyszedł do naszego ośrodka na kilkudniowe zazen  z ulicy. I nagle zniknął. Potem okazało się, że na macie zostawił list: „Tu jest gorzej niż w piekle”. Ludzie przychodzą czasami do ośrodka, żeby uciec od rzeczywistości, a to przecież nie o to chodzi. Rzeczywistość też jest prawdziwa. Cisza może być początkiem, który pomaga się w niej odnaleźć.

Renata stara się, tak jak zalecają mistrzowie, pozostawać w ciszy dwa razy dziennie po 20, 30 minut. Kilka razy do roku wyjeżdża także do Ośrodka Medytacji Chrześcijańskiej w Lubiniu (prowadzonego dzisiaj przez ojca Maksymiliana).

– To niezwykłe miejsce. Pozwala łączyć ciszę z codziennym życiem. W Lubiniu można nie tylko medytować, ale także razem z ojcami benedyktynami pracować, spożywać posiłki. Benedyktyni pokazują, że cisza może być wprzęgnięta w codzienność, że to nie jest tak: skupienie albo praca.

Ojciec Jan Bereza: – Święty Benedykt zapisał w regule klasztoru półtora tysiąca lat temu, że ma to być miejsce dla mnichów, ale i dla gości, którzy powinni znaleźć tu ukojenie. I od tamtego czasu ten ideał jest praktykowany. Goście mogą uczestniczyć w naszych wspólnych modlitwach, posiłkach, pracy. Nie ma sztywnych zasad ich pobytu, ustala się je w każdym przypadku z prefektem. Można pozostawać we wspólnocie, w samotności, można umówić się z zakonnikiem na duchową rozmowę, wziąć udział w medytacjach.

Ojciec Jan mieszka w klasztorze w Lubiniu 25 lat i widzi, jak bardzo zmieniła się motywacja przyjeżdżających tu ludzi. 20 lat temu chcieli przede wszystkim pogłębić swoją wiarę. Teraz jest więcej osób zagubionych, poszukujących, które stanęły na rozdrożu i pragną coś ze swoim życiem zrobić. Najwięcej przyjeżdża warszawiaków.

– Myślę, że jest to związane z ceną, jaką płaci się dziś za życie w wielkim mieście, pełne hałasu, zbyt dużej aktywności, stresu. Ale ten hałas i cywilizacyjne osiągnięcia – w postaci telefonów, komputerów – docierają nawet do klasztorów, przynajmniej w Polsce. Na Zachodzie rezygnuje się z osiągnięć cywilizacji, wraca się do reguły klasztoru w pierwotnym rozumieniu, do prostoty życia, do ciszy.

Podejdź i zanurz się w nią, Kryształową i czystą jej toń

Na ostatnim festiwalu filmowym w Gdyni zagadnęłam reżysera Krzysztofa Krauzego o pomysły na nowe filmy. Odpowiedział: – Mam ich wiele. Problem nas, twórców, nie polega na braku pomysłów, tylko na tym, żebyśmy chcieli przez jakiś czas pobyć w ciszy. Bo pomysły właśnie wtedy się rodzą. I zapytał zaczepnie: – A kiedy ty siedziałaś nad tekstem w ciszy?

Renata i Maciek podkreślają, że cisza uczy uważności. A uważność powoduje, że człowiek po prostu o wiele szybciej i sprawniej działa.

Maciek Kałkus: – Moje doświadczenie jest takie, że cokolwiek dostaję z zewnątrz, jest nietrwałe, nieważne. Natomiast to, co wychodzi ze mnie i z ciszy, jest zdecydowanie bardziej efektywne i nie powoduje konfliktów ze światem. Praktykowanie ciszy nie gwarantuje mi oczywiście, że nie będę popełniał błędów, ale daje szansę te błędy poprawić. Pozwala na chwilę być widzem swojego życia, zdystansować się od wielu problemów, zobaczyć, czy nikt nie narusza moich granic, odpowiedzieć sobie na ważne pytania. Cisza hołubiona daje siłę do zmaga  z problemami dnia codziennego. Ja w każdym razie nie znam innego sposobu duchowej regeneracji. Można też praktykować ciszę aktywnie. Latem dojeżdżam do pracy (kilkanaście kilometrów) na rowerze, pracuję w ogródku. W takich prostych czynnościach też można odnaleźć kosmos.

Renata Jankowska: – Nie odczuwam potrzeby oglądania telewizji, ale to nie znaczy, że straciłam zainteresowanie tym, co się dookoła dzieje. Wręcz przeciwnie – śledzę wydarzenia, czytam, jestem na bieżąco i wszystko ciekawi mnie dużo bardziej. Po latach praktyki doszłam do tego, że nie dzielę życia na ciszę i codzienność. Cisza nie odciąga nas bowiem od życia. Ona montuje nas w samym jego środku.     

Śródtytuły pochodzą z tekstu piosenki „Cisza jak ta” autorstwa Andrzeja Mogielnickiego z repertuaru Budki Suflera.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Zazdrość i wolność w związku – co tracimy próbując zawłaszczyć partnera?

Posiadanie znajomych przez naszego partnera dobrze o nim świadczy. Jeśli ludzie obojga płci go lubią to znaczy, że fajny z niego człowiek. Trzeba się raczej bać, gdy ludzie się od niego odsuwają, a nie wtedy gdy do niego lgną. (fot. iStock)
Posiadanie znajomych przez naszego partnera dobrze o nim świadczy. Jeśli ludzie obojga płci go lubią to znaczy, że fajny z niego człowiek. Trzeba się raczej bać, gdy ludzie się od niego odsuwają, a nie wtedy gdy do niego lgną. (fot. iStock)
Wiele osób, wiążąc się z kimś na stałe, ucina kontakty towarzyskie, zwykle z przyjaciółmi przeciwnej płci, często pod wpływem partnera... i odbywa się to powoli, prawie niezauważalnie. Partner nie daje drugiej połówce przestrzeni w związku, a ta połówka pozwala na to lub nie... Jak powstaje proces zawłaszczania i kiedy możemy mieć powody do niepokoju? – wyjaśnia psycholożka Dorota Krzywicka.

Biada tym, którzy po znalezieniu partnera odcinają go od jego znajomych i przyjaciół! Ten błąd popełniają ludzie którzy:

1. Żywią bezsensowne przekonanie, że od momentu zostania parą wystarczy im ich własne towarzystwo. Nie wystarczy. Czujemy się kompletni gdy pełnimy równolegle kilka ról: partnera, przyjaciela, znajomego, rodzica lub dziecka (dla własnych rodziców) itd. Oczywiście w różnych okresach czasu i sytuacjach w każdą z nich jesteśmy zaangażowani mniej lub bardziej, ale dobrze gdy nie ograniczamy się do jednej. Zamknięcie w jednej roli jest frustrujące o czym świetnie wiedzą wszyscy, którzy z jakichś powodów muszą w niej tkwić - albo pracować 14 godzin na dobę albo siedzieć tylko w domu i pilnować dzieci (oraz garów, pralki i odkurzacza), ale cierpią też ci, którzy tylko „balują” ze znajomymi – bycie non-stop imprezowiczem też po jakimś czasie przestaje wystarczać do szczęścia.

2. Uważają, że całe szczęście zaczerpną z jedynej, ukochanej osoby. Nie zaczerpną, bo nikt nie jest w stanie być jedynym źródłem szczęścia. Zadowolenie z życia bierze się z różnych sytuacji, bo ona np. nie zagra z nim w piłkę, a on nie pogada o nowych trendach w modzie, ją nie interesuje dyskusja o wyższości motoru Suzuki nad Hondą, on zaśnie oglądając komedię romantyczną, ona najlepiej relaksuje się w SPA, on na siłowni – lista różnych drobnych przyjemności, których każde z pary potrzebuje, a których spełnienia nie sposób oczekiwać od partnera jest nieskończona i jedno jest pewne – potrzebni są nam do towarzystwa inni ludzie, bo jeden człowiek (nawet najfajniejszy) nie udźwignie takiego obciążenia.

3. Żyją w lęku, że ktoś ukradnie im skarb. Tutaj potencjalnymi złodziejami są znajomi nie tej samej płci co „skarb”. Ten lęk miewa różne źródła. Wywołują go np.

- przykre doświadczenia z przeszłości - zaczyna działać zasada: „Kto raz się sparzył, ten na zimne dmucha” – głupie, bo przecież w kuchni parzymy się nie jeden raz, a mimo to gotujemy dalej.

- tkwiący w głowie stereotyp „Przyjaźń między osobnikami różnej płci jest niemożliwa, zawsze ma podtekst seksualny” – absurdalne, nie wszyscy jesteśmy nadpobudliwi seksualnie, nie wszystkim „tylko jedno w głowie”. Podejrzanym o zbytnie „rozseksualnienie” otoczenia jest raczej ten kto żywi takie przekonanie, a nie ci, których on się obawia (zgodnie z zasadą „Każdy sądzi według siebie”…).

- niska samoocena – ktoś, kto wątpi w swoją wartość czuje się zawsze zagrożony, bo przecież inni są lepsi, mądrzejsi, piękniejsi itd., więc partner tylko wtedy zostanie przy „wybrakowanym egzemplarzu”, gdy nie będzie widział „pełnowartościowych”. W tej sytuacji najlepiej byłoby trzymać partnera w piwnicy, bo uniemożliwienie mu kontaktu z przyjaciółmi odmiennej płci nic nie da, świat jest pełen osobników płci odmiennej.

- niska lub błędna ocena partnera – pogląd, że nasza druga połowa to wymagający nieustannego dozoru „pies na baby” albo „niestała trzpiotka” rzeczywiście popycha do czujnego sprawdzania z kim, gdzie i po co się spotyka, ale zamiast tracić energię na kontrolę jego kontaktów chyba sensowniej zużyć ją na zastanowienie się po co MY się z nim spotykamy?

Pozytywy posiadania przyjaciół przez naszego partnera

O tym, że dzięki nim nie musimy grać z nim w piłkę albo chodzić na romantyczne filmy, czyli uszczęśliwiać w każdej minucie życia już było i chyba każdy zgodzi się, że to bezcenne. Poza tym znajomi dają nam odsapnąć - nie musimy po raz dziesiąty słuchać tej samej historii, do której partner uwielbia wracać, są inne uszy, które nas odciążą, inni pośmieją się z jego ukochanego dowcipu, który nas już tylko denerwuje. Kolejny plus - partner z pogaduszek ze znajomymi wraca do nas zadowolony, bo miał przed kim błyszczeć, roztaczać pawi ogon – my ten ogon znamy na wylot, wiemy gdzie przetarty, gdzie podmalowany farbkami, więc wyszedłby na głupca próbując nas nim olśnić. Chwała znajomym, że od czasu do czasu są widownią w tym teatrze jednego aktora – większość ludzi lubi sobie czasem „poaktorzyć”, a jak to zrobić w związku, w którym partnerzy znają się jak łyse konie? Kolejna korzyść to fakt, że posiadanie znajomych przez naszego partnera dobrze o nim świadczy. Jeśli ludzie obojga płci go lubią to znaczy, że fajny z niego człowiek. Trzeba się raczej bać, gdy ludzie się od niego odsuwają, a nie wtedy gdy do niego lgną.

I jeszcze jeden plus – w każdym związku, nawet najfajniejszym, czasem coś zgrzyta. Reakcje na zgrzyt: albo kłótnia czyli mówimy za dużo, albo foch czyli w ogóle nie mówimy, albo chcemy pogadać, ale nie z „wrednym” partnerem (bo nie chodzi o rozwiązanie problemu tylko o wyżalenie się komuś, ponarzekanie - jak to zrobimy to nam ulży). Do kogo pójść? Jeśli partner pójdzie na „wyżalanki” do własnych rodziców to jest ogromne ryzyko, że jemu i nam na drugi dzień złość przejdzie, wszystko między nami wróci do normy… ale teściowie będą pamiętać „krzywdy” wyrządzone ich ukochanemu dziecku. Trudno się potem dziwić, że zaczną na nas krzywo patrzeć (co skutkuje tym, że my na nich z czasem będziemy patrzeć tak samo). Jeśli pójdzie do naszych rodziców może być jeszcze gorzej, bo krytykując ich dziecko krytykuje ich, wykazuje producentowi wady produktu. To już jest gol samobójczy. Tylko przyjaciele wysłuchają, pocieszą i nie będą robić afery czyli jest ulga bez przykrych konsekwencji. Warto mieć taką „grupę wsparcia”.

Największym jednak pozytywem jest to, że dzięki ludziom otaczającym nas i naszego partnera rozwijamy się i wzbogacamy związek. Szczególne przydatnymi w rozwoju osobami są właśnie te, które najczęściej kasujemy z życia partnera/partnerki – przedstawiciele płci przeciwnej, a im atrakcyjniejsi (zewnętrznie lub wewnętrznie) tym lepiej! Oni są jak szczupak w stawie pełnym karpi. Karpie czując zagrożenie szybciej rosną, podwajają muskulaturę, stają się rybą z prawdziwego zdarzenia, a nie gnuśnieją w bezruchu, stając się skarlałą i obrośniętą tłuszczem byle jaką rybką. Potencjalny „drapieżnik” wśród znajomych nie ma budzić panicznego lęku tylko motywować do starań. Świadomość, że musimy dbać o naszą atrakcyjność, bo nasz partner otoczony jest innymi ludźmi, popycha nas do dbałości o ciało i duszę. Nie pozwala „spocząć na laurach”, uznać że zostanie oficjalną parą zakończyło etap wkładania wysiłku w podobanie się wybrankowi/ wybrance. Bez tego wysiłku stajemy się z czasem do bólu przewidywalni więc nudni, bezbarwni, nijacy, wtapiamy się w tło, zamiast zawsze być dla ukochanej osoby barwnym akcentem skupiającym uwagę i wywołującym pozytywne emocje.

Wszyscy wiemy, że konkurencja jest zdrowa w gospodarce – tak samo jest zdrowa w związku. Widząc zadbane koleżanki partnera mądra kobieta nie traci czasu na zazdrość, tylko wykorzystuje go na zadbanie o siebie. Mądry mężczyzna nie obrzydza swojej kobiecie wysportowanych kolegów mówiąc o nich z pogardą „mięśniaki”, tylko bierze się za siebie. Słuchając toczącej się wartko rozmowy partnera z przyjaciółkami kobieta nie obgryza z wściekłości paznokci tylko zapamiętuje co warto poczytać, co obejrzeć, poszerza SWOJE horyzonty, a nie próbuje zawęzić ich partnerowi (mężczyznę obowiązuje ta sama zasada). Dobrze, że są „szczupaki”! Dzięki nim chce nam się dbać o siebie, a tym samym o związek.

Dla tych, którym przykład stawu z rybami nie przemawia do wyobraźni, przykład drogowy - „konkurencja” w postaci odmiennej płci jest jak wyboisty, chropawy brzeg szosy celowo w ten sposób zrobiony, by obudzić kierowcę, któremu przysnęło się za kółkiem i za chwilę wypadnie z trasy. „Konkurencja” budzi zasypiających w związku, więc cieszmy się, że jest!

Kiedy warto odciąć przyjaciół/ przyjaciółki?

Nigdy. Jeśli widzimy, że przyjaciele/ przyjaciółki stają się dla naszego partnera ważniejsi niż my, to nic nam nie da odizolowanie go od nich. Bo problem nie tkwi w nich tylko w naszym związku. Braku dobrej więzi nie uleczymy zamykając się przed światem. Co z tego, że partner nigdzie nie wyjdzie sam, z nikim się nie spotka, tylko z nami będzie chodził na spacer, do kina, a najlepiej, żeby siedział w domu i nigdzie nie wychodził, bo przecież wszędzie czai się „wróg”? Stanie się przez to milszy, cieplejszy, rozmowniejszy, czulszy, bardziej zainteresowany naszą osobą? Nie, i on i my staniemy się sobie jeszcze bardziej obcy, bo zgorzkniejemy, zanudzimy się, wszystkie nasze wady tylko rozkwitną a nie znikną, problemy zwiększą się a nie zmniejszą. Jeśli między partnerami wszystko gra to nikt się między nich nie wciśnie, nawet, gdy otacza ich tłum. Warto więc dokładać starań, by zawsze grało.

A gdyby jakiś „szczupak” zaczął nachalnie podskubywać naszego partnera to nie czynimy wyrzutów „podskubywanemu” ani nie uciekamy przed drapieżnikiem tylko dajemy mu delikatnie do zrozumienia: „Odpłyń na rozsądną odległość, jestem tu i też mam zęby”.

  1. Styl Życia

Noc Kupały – słowiańskie święto miłości

Noc Kupały (fot. @hanna.dola)
Noc Kupały (fot. @hanna.dola)
To jedno z najstarszych świąt słowiańskich, które do dnia dzisiejszego rozpala wyobraźnię. Dawniej obrzędy związane z przesileniem Słońca podczas najkrótszej nocy w roku (z 20 na 21 czerwca) rozpoczynały cykl zwyczajów letnich. Dziewczęta przygotowywały wianki z kwiatów i ziół, które puszczały na rzekę. Chłopcy rozpalali ogniska symbolizujące oczyszczenie. Urządzano huczne zabawy, śpiewano i tańczono do rana, o północy wyruszano do lasu na poszukiwania kwiatu paproci. O tym, w jaki sposób dziś można świętować Noc Kupały opowiadają popularyzatorki współczesnej słowiańszczyzny - Hanna Dola i Wiktoria Korzeniewska. 

Słowiańskie Koło Roku

Dawni Słowianie mieli własny kalendarz obrzędowy i obchodzili święta, które wyznaczały rytm zmieniających się pór roku: przesilenia zimowego, nadejścia wiosny i początku lata; uroczystości związanych z cyklem wegetacyjnym zbóż i drzew owocowych oraz ceremonię poświęconą zmarłym. Dziś wiemy przede wszystkim, w jaki sposób wyglądały obchody poszczególnych obrzędów, ponieważ zewnętrzna strona dawnych rytuałów była przez wiele wieków pielęgnowana, a wiedza o nich przekazywana z pokolenia na pokolenie. Stosunkowo niewiele wiemy natomiast o znaczeniu konkretnych elementów obrzędu i możemy jedynie się domyślać, co oznaczał dla naszych przodków, przed czym miał chronić lub co wybłagać u bogów. Jan Stanisław Bystroń, polski etnograf, autor półrocznika “Etnografia Polski” zapisał: “część dawnych praktyk zachowała się otrzymując nową oprawę interpretacyjną. Jeżeli do tych trzech podstawowych składników: form antycznych, staropogańskich czy słowiańskich i chrześcijańskich dodamy jeszcze drobne specyficzne cechy regionalne - będziemy mieli zarys polskich obrzędów ludowych”.

Sobótkowe obrzędy: rozpalanie ognisk i puszczanie wianków

Noc Kupały, najbardziej popularny i najpowszechniej obchodzony do dnia dzisiejszego cykl obrzędów, to również najbardziej widowiskowe starosłowiańskie święto, które przypada na dzień (a dokładniej wieczór i noc) letniego przesilenia. Dlaczego to właśnie obchody sobótkowe cieszą się tak wielkim zainteresowaniem? “Dawniej była to bardzo ważna tradycja, na tyle ważna, że nie udało się jej zniszczyć ani nawet zmodyfikować, jak miało to miejsce w przypadku innych świąt. Jest ona zgodna z naturalnym cyklem rocznym i dzięki temu silnie oddziałuje. Poza tym na pierwszy rzut oka jest to tradycja oparta na zabawie, a jak wiadomo każdy powód do zabawy jest dobry” - tłumaczy Hanna Dola, artystka zakochana w kulturze słowiańskiej.

“Sporą zasługę ma również w tym osławiony kwiat paproci, ponieważ dla wielu jego poszukiwania są romantyczną wizją letnich romansów. Dzieje się tak zapewne za sprawą obowiązku poszukiwania owego kwiatu nago. A komu udało się go odnaleźć, ten dostawał niezmierzone bogactwo i mądrość. Choć niektóre źródła donoszą, iż kwiat ten miał być w rzeczywistości owocem chciwości i egoizmu, ponieważ znaleźć można było go jedynie samotnie, a czerpać korzyści tylko pod warunkiem zachowania go dla siebie. O samej obecności demonów w miejscu jego wzrostu nie wspominając. Uważam, iż niezależnie od tego, czy uczestniczymy w obrzędach, czy skupimy się na wiankach i poszukiwaniu kwiatu paproci, każda droga do pobudzenia wewnętrznej słowiańskości jest dobra.”

Rytuały kupalnocki koncentrowały się głównie na kulcie wody i ognia - dwóch żywiołach, które dla dawnych Słowian miały moc oczyszczania. Pierwszym ze znanych i kultywowanych do dnia dzisiejszego rytuałów są “wianki”, które traktowano jako przepowiednię zamążpójścia. Puszczanie na wodę wianków uplecionych z magicznych ziół i kwiatów miało pierwotnie (prawdopodobnie) na celu pozyskanie życzliwości wody i demonów, które zamieszkiwały w rzekach i jeziorach. Od tego dnia bowiem można było bezpiecznie zażywać kąpieli we wszystkich otwartych akwenach.

Drugi obrzęd kojarzony dziś z Nocą Kupały nawiązuje do kultu ognia. O zmierzchu nad wodami, na wzgórzach, miedzach i polanach rozniecano wielkie ogniska. Wierzono, że w zasięgu dymu płynącego z ogniska okolicznym polom nie będą grozić burze i grady. Wokół ognisk odbywały się tańce i przeróżne popisy, zwłaszcza skakanie pojedynczo lub parami przez ogień. Parze, której udało się wspólnie przeskoczyć przez ognisko, wróżono szybkie zaślubiny. Wspólnym skakaniem przez ogień pieczętowano również przyjaźnie czy żegnano spory; przekraczanie ognia miało zapewniać szczęście, zdrowie i dobrobyt. W wielu rejonach Polski część ognia zabierano do domów, aby dzięki temu zapewnić ochronę, a przez popielisko przeprowadzano bydło, by dzięki temu ustrzec je przed chorobami.

Magiczne zioła i kwiat paproci

Wiadomo również, że podczas kupalnocki nie obowiązywało prawo obyczajowe, którym kierowano się przez pozostałą część roku i tej nocy młodzi mieli przyzwolenie na miłosne igraszki i inicjację seksualną. Skakanie w parach przez ognisko, wyławianie wianków puszczanych przez młode dziewczęta, a także poszukiwanie legendarnego kwiatu paproci miało bardzo zmysłowy charakter. W trakcie kupalnocki zbierano także określone zioła, którym przypisywano magiczne właściwości. Kobiety przewiązywały się bylicą, zrywały dziurawiec, nazywany zielem świętojańskim i jego odmianę, znaną jaką dzwonki Matki Boskiej, które miały zapewniać ochronę przed dziwożonami (istotami demonicznymi zamieszkującymi nad wodami lub w lasach) bylicę białą, rosiczkę, rutę, szałwię, dziewannę i ciskały je w płomienie. Pozostałe zioła zabierano do domów, zatykano we wszystkie kąty, umieszczano w oborach i stodołach. Szukano również kwiatu paproci, która - według powszechnych wierzeń - miała zakwitać na krótko tylko w noc świętojańską, a ten któremu uda się ów kwiat odnaleźć mógł liczyć na szczęście i dobrobyt.

Święto miłości

Magiczny i miłosny charakter sobótkowych rytuałów sprawiły, że kupalnocka nazywana była słowiańskim świętem miłości i przez kościelnych moralistów traktowana jako rozrywki diabelskie i rozpustne. W przeciwieństwie do wielu innych słowiańskich świąt, które w ciągu wieków religia chrześcijańska dostosowała do swoich wymogów (Szczodre Gody - Boże Narodzenie, Jare Gody - Wielkanoc), kupalnocka przekształcona w wigilię św. Jana Chrzciciela zachowała obrzędy związane z dawnymi wierzeniami. Tam, gdzie nie udało się ich wytępić, starano się powiązać ich obchodzenie z kultem popularnego świętego, który doskonale się nadawał na patrona związanego z wodą.

“Noc Kupały to dla mnie wyjątkowy czas - opowiada Hania. “W ostatnich latach celebrowałam to święto podwójnie, biorąc udział w „Wiankach” czyli imprezie tematycznej poświęconej obrzędom Kupalnocki organizowanej cyklicznie przez Grodzisko Owidz. Natomiast właściwy dzień przesilenia letniego spędzam nad wodą w gronie najbliższych.

Każdy z tych sposobów świętowania ma swoją magię. W Grodzisku zazwyczaj jest tłumnie, a całość wydarzenia przeplatają obrzędy prowadzone przez zaprzyjaźnionego Żercę (nazwa kapłana w religii słowiańskiej – red.) i tematyczne warsztaty oraz historyczne turnieje. Imprezę uświetniają grupy rekonstrukcyjne, co pozwala odnieść wrażenie przeniesienia do wczesnego średniowiecza, w którym słowiańskie tradycje były nieodzownym elementem ludzkiego życia. Niezmiernie cieszy mnie obserwacja jak słowiańska kultura odradza się w dzisiejszych czasach. W takim miejscu jak Grodzisko jest to najlepiej widoczne, ponieważ na obrzędzie rokrocznie zbiera się coraz więcej uczestników i obserwatorów. Grodzisko Owidz, by dotrzeć do szerszej publiczności, organizuje swoją Kupalnockę w najbliższy weekend.

Dlatego w dzień przesilenia zbieram się z najbliższymi i celebrujemy je krok po kroku, zgodnie z tradycją i naszymi możliwościami. Zaczynamy od pożegnania Jarowita (jeden ze słowiańskich bogów – red.) po pracowitej dla Niego wiośnie i w tym celu, o zachodzie słońca, palimy jego symboliczną kukłę. Następnie wzniecamy ognisko żywym ogniem (rozpalanie ognia za pomocą dwóch deseczek – red.) i przenosimy na mniejsze ogniska rozpalone w kręgu, w których palimy zebrane wcześniej zioła. Z ziół pleciemy wianki i przepasamy się bylicą. Świętujemy całą noc, a szczególnym momentem jest kąpiel w jeziorze, rzece lub morzu, potem zabawa trwa do rana. Moim ulubionym elementem Nocy Kupały jest palenie ziół w ogniskach. Unoszący się zapach, przy akompaniamencie śpiewu oraz tańca, działa energetycznie i oczyszczająco. Oczywiście poszukiwania Kwiatu Paproci to również ciekawa tradycja, ale jeszcze ani razu nie udało mi się go znaleźć.”

Noc Kupały współcześnie

Słowiańskie święto funkcjonuje dziś pod wieloma nazwami - kupalnocka, palinocka, sobótki, noc świętojańska - i celebrowane jest do dnia dzisiejszego na terenie Polski pod różnymi postaciami. “W obchodach Nocy Kupały najważniejsze jest to, abyśmy robili to dokładnie, w taki sposób, w jaki chcemy i czujemy - tłumaczy Wiktoria Korzeniewska, autorka książki “Czerwona baśń”, która na swoim blogu i instagramowym koncie Slavic Book opowiada o współczesnej słowiańskości i stara się dostrzegać jej przejawy we współczesnym życiu.

“Noc Kupały to święto miłości, nasze słowiańskie walentynki - celebrując je, kontynuujemy tradycje naszych przodków, ale także tworzymy to święto na nowo - w naszych sercach i umysłach.”

Osoby zainteresowane rodzimowierstwem i wierzeniami dawnych Słowian mogą wziąć udział w organizowanych w wielu miejscach kameralnych wydarzeniach Nocy Kupały i przekonać się, w jaki sposób sobótkowe obrzędy mogły wyglądać w dawnych czasach albo wybrać się na duże imprezy, które organizowane są między 19 a 21 czerwca w całej Polsce. (pełną listę wydarzeń można znaleźć na facebookowej stronie “Kalendarz Imprez Słowiańskich”).

Muzeum Mitologii Słowiańskiej w Owidzu 19 czerwca organizuje dziesiątą edycję “Wianków na Grodzisku”, całodziennego wydarzenia, w trakcie którego będzie można nauczyć się wyplatania wianków i koszyków z korzenia sosny, wziąć udział w warsztatach tworzenia słowiańskich motanek, talizmanów i ziołowych kadzideł, nauczyć się średniowiecznych tańców, wysłuchać wykładów i udać się na wspólne poszukiwanie kwiatu paproci.

W sobotę 19 czerwca Muzeum Narodowe w Gdańsku zaprasza “Noc Kupały w Etno”, wydarzenie, podczas którego będzie można nauczyć się motania słowiańskich lalek obrzędowych, wziąć udział w grze terenowej “Magiczny kwiat paproci”, wysłuchać tradycyjnych pieśni ludowych i zasiąść (a może nawet poskakać) przed ogniskiem.

Noc Kupały odbędzie się w tym roku także po raz kolejny na Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie. Na dziedzińcu powstanie replika osady wczesnośredniowiecznej, w której prezentowane będą dawne rzemiosła oraz obrzędy związane z letnim przesileniem, pokazy walk i koncerty.

W niedzielę, 20 czerwca, skansen w Maurzycach zaprasza na Sobótki. W trakcie wydarzenia odwiedzający będą mogli poznać tradycje i zwyczaje związane z tym świętem, wykonać własny wianek, zdobyć wiedzę na temat pozyskiwania i przetwarzania ziół, wysłuchać pieśni obrzędowych i uczestniczyć w zabawie tanecznej.

Natomiast 22 czerwca w Poznaniu nad rzeką Wartą w ramach sobótkowej nocy odbędą się warsztaty z plecenia wianków, gimnastyki słowiańskiej, koncerty i pokazy ognia.

Ale celebrować obchody Nocy Kupały można na wiele różnych sposobów. Wiktoria Korzeniewska wyjaśnia: “Świętować możemy przede wszystkim w sercu i potraktować Noc Kupały jak symbol kontynuowania tradycji naszych przodków. Zamiast ogniska możemy zapalić świecę, zamiast nocnego do lasu w poszukiwaniu kwiatu paproci, możemy zrobić to w wyobraźni, na przykład medytując albo sięgając do książek - tutaj z pomocą przyjdzie Józef Ignacy Kraszewski i jego „Kwiat paproci”. Świetnym pomysłem na świętowanie Nocy Kupały jest nauka plecenia wianka: instrukcje znajdziemy naYouTube, a kwiaty możemy przynieść z łąki lub kupić w kwiaciarni.”

I dodaje: “Jeżeli nie macie możliwości lub ochoty wyjścia ze znajomymi na ognisko, plecenie wianków, czy dołączenia do zorganizowanego specjalnie z tej okazji wydarzenia, najlepszym sposobem na świętowanie Kupalnocki będzie przede wszystkim dowiedzenie się więcej na jego temat. Sięgnięcie do źródeł naukowych i poczytanie o słowiańskich tradycjach, przekonanie się, ile wiemy o tym święcie i jakie znaczenie miało dla naszych przodków. Jeżeli jednak nie jesteście fanami naukowych przekazów, to możecie sięgnąć do powieści i wspólnie z fikcyjnymi bohaterami celebrować to święto na kartkach książek. Motyw Nocy Kupały znaleźć można w powieści Marty Krajewskiej "Idź i czekaj mrozów" oraz w drugim tomie serii "Kwiat Paproci" Katarzyny Bereniki Miszczuk - "Noc Kupały" (to autorska wizja Polski, która nigdy nie przyjęła chrztu i opis Nocy Kupały, która mogłaby być świętowana dziś przez nas, gdyby nie wydarzenia sprzed tysiąca lat). W powieści "Sub Rosa" Anny Jurewicz Noc Kupały również pokazana jest we współczesnym ujęciu i świętowana na Uniwersytecie Magii na Łysej Górze.”

  1. Kultura

"Sweat" – o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Jeśli pokazujesz na Instagramie jedynie swoje radości i sukcesy, to w pewnym momencie staje się to nudne. Dlatego robisz krok dalej i zaczynasz szukać, czym by tu jeszcze poruszyć fanów (kadr z filmu
Jeśli pokazujesz na Instagramie jedynie swoje radości i sukcesy, to w pewnym momencie staje się to nudne. Dlatego robisz krok dalej i zaczynasz szukać, czym by tu jeszcze poruszyć fanów (kadr z filmu "Sweat" w reżyserii Magnusa von Horna, w kinach od 18 czerwca). (Fot. materiały prasowe)
Zamknięci w wirtualnej rzeczywistości mamy złudzenie, że kontrolujemy swoje życie. Co się stanie, kiedy pozbędziemy się tej iluzji? O filmie „Sweat” Magnusa von Horna rozmawiają filmolożka Grażyna Torbicka i psycholożka Martyna Harland.

Martyna Harland: Z najnowszych badań IQS wynika, że prawie połowa dziewcząt w wieku 10-15 lat chce zostać w przyszłości instagramerkami, tiktokerkami, youtuberkami. Z kolei większość ich matek odnosi się do tego negatywnie. Z drugiej strony jeśli ktoś ma coś do powiedzenia, ma talent albo jakiś inny zasób, to dlaczego nie?
Grażyna Torbicka: Oczywiście, to jest również sposób na życie, jednak bycie influencerką samo w sobie nie jest stymulujące. Moim zdaniem talent, żeby mógł się rozwinąć, musi mieć jeszcze pewne zaplecze, również to edukacyjne. Nie mam nic przeciwko influencerkom, pod warunkiem że w tym, co mają do powiedzenia, jest jakaś merytoryka czy doświadczenie, którym się ze mną dzielą.

Bohaterka filmu „Sweat”, Sylwia Zając (w tej roli Magdalena Koleśnik) dzieli się swoim doświadczeniem, czyli treningiem fizycznym, i jest w tym dobra. Wydaje mi się też, że daje innym to, czego sama nie dostała od matki, czyli pełną akceptację: „uwierz w siebie, dasz radę, możesz się zmienić”. I to jest jej zasób.
To bardzo dobrze nakręcony portret, przez cały czas jesteśmy bardzo blisko bohaterki. I właściwie tak jak ona, żyjemy w jej telefonie komórkowym i widzimy kolorowy świat pełen uśmiechów. Sylwia wie, że ma wpływ na tych, którzy ją oglądają. Dlatego jeśli myje zęby, to robi to tylko drewnianą ekologiczną szczoteczką. A jeśli zamawia kolejną porcję jedzenia diety pudełkowej, to nigdy w plastikowych opakowaniach. Jest świadoma swojej roli.

To jest bardzo waleczna dziewczyna. Widać, że stanęła na własnych nogach, tak jak mówisz, wykorzystując media społecznościowe do tego, żeby zaistnieć. Nie pamiętam, czy Sylwia ma jakieś wykształcenie, ale uważam, że to, co robi, czym się zajmuje, jest po prostu złudne. Bo nie daje jej żadnego fundamentu. Czy ona inwestuje w siebie, w sensie rozwoju? Mam co do tego wątpliwości.

Mówisz dokładnie tak jak matki dziewcząt z badania, o którym wspominałam. Te kobiety wolałyby, żeby ich córki poszły na studia, z kolei córki – instagramerki – nie widzą takiej potrzeby. Edukacja uniwersytecka nie daje dziś gwarancji na zdobycie wymarzonej i dobrze płatnej pracy.
Ale po studiach też możesz zostać influencerką, tyle że masz już jakiś fundament. Chodzi mi o kontakt z tak zwanym realem. Uważam, że ten film pokazuje nam dziewczynę, która poświęcając się istnieniu w mediach społecznościowych, traci kontakt ze światem rzeczywistym. Dla mnie ta historia zaczyna się dopiero w połowie filmu, kiedy następuje atak stalkera, obserwującego Sylwię pod domem. Wtedy gdy dziewczyna nawiązuje z nim emocjonalny kontakt. Dostrzega, że jej bratnią duszą – bo równie samotną jak ona – jest jej prześladowca. Ten film dotyka mnie najbardziej właśnie w tym momencie, bo widzę tu kunszt Magnusa von Horna, czyli reżysera, który nas zaskakuje.

Według mnie to najlepsza scena tego filmu.
Bo ona cię trzyma. Może ci się podobać lub nie, ale łapie cię emocjonalnie i długo nie wypuszcza. Sylwia widzi, że skrzywdziła człowieka, który jest bezbronny. Dla mnie ważna była również scena, gdy główna bohaterka sprowadza do domu chłopaka, którego chce wykorzystać do tego, żeby postraszył jej prześladowcę. Jednak chłopak myśli, że skoro go zaprasza, to może dojdzie między nimi do czegoś jeszcze...

Pomyślałam wtedy, że jest odpowiedzialna za to, co się stało, i poczułam wstyd, że tak myślę. Ale właśnie tak pokazał to Magnus von Horn…
On pokazał nam to w ten sposób, żeby podkreślić brak logiki w zachowaniu Sylwii. Ta dziewczyna żyje w wirtualnym świecie, który wykreowała, i sądzi, że wszystko będzie się w nim działo tak, jak ona sobie zaplanuje. Tymczasem rzeczywisty świat ma dotyk i ten dotyk jest czasem czuły, a czasem mocniejszy, gwałtowny, a nawet brutalny i bolesny. Sylwia dopiero zaczyna się o tym przekonywać. Uwidacznia to także scena w telewizji śniadaniowej, kiedy dziewczyna ewidentnie przestaje kontrolować sytuację. Widzi rozdźwięk między swoim wyobrażeniem a tym, jak jest naprawdę.

Bardzo nie podobało mi się to, jak prowadzący potraktowali Sylwię, było mi jej żal. Uważam, że obroniła się w tym momencie swoją autentycznością. Jakby właśnie wtedy zdała sobie sprawę ze swojej słabości i z tego, że to OK być słabą.
Pytanie, w jakim stopniu Sylwia się zmieni. Czy inaczej spojrzy na swoje życie? A może pomyśli, że to był kolejny genialny krok marketingowy, dzięki któremu dostanie więcej lajków...

A ja w nią wierzę!
I ja mam nadzieję, że Sylwia jednak coś zrozumiała, bo dotknęła nieszczęścia drugiego człowieka.

Dla kogo ten film mógłby być terapeutyczny? Moim zdaniem „Sweat” jest świetny dla nastolatków i młodych dorosłych. Po to, żeby pokazać im, że mają prawo do słabości, a nie tylko do bycia „najlepszą wersją siebie”. I że warto kontaktować się z tym, co trudne i niewygodne w życiu, ale za to prawdziwe. Co piąty nastolatek ma dzisiaj objawy depresyjne, a media społecznościowe potęgują to zjawisko…
„Sweat” może być istotny dla młodych osób, bo pokazuje pułapkę, w którą wpadają, żyjąc wyłącznie w świecie wirtualnym. Jednak robi to nie z perspektywy rodzica czy innego dorosłego, ale kogoś takiego jak oni. Zresztą sama widzę, jak reagują widzowie w wieku naszej bohaterki, jak im się „Sweat” podoba i jak mocno go przeżywają...

A co czułaś, gdy Sylwia wrzuciła do sieci filmik, na którym płacze? Co myślisz o mówieniu nie tylko pozytywnych rzeczy o sobie w przestrzeni Internetu? Dzisiaj jest taki trend, żeby mówić o swoich słabościach, ludzie przeżywają na Instagramie żałobę, mówią o swoich kompleksach. Dla mnie to zdecydowanie za dużo, nie chcę tego czytać, mam w sobie opór.
Myślę, że jeśli pokazujesz na Facebooku czy Instagramie jedynie swoje radości, sukcesy i zdobycze, to w pewnym momencie staje się to nudne. Dlatego robisz krok dalej i zaczynasz szukać, czym by tu jeszcze poruszyć fanów. Aż dochodzisz do relacji z własnego pogrzebu. Sztuka filmowa też przechodziła ten etap i nie chcę teraz porównywać mediów społecznościowych do sztuki, ale powiem tyle, że powraca dobrze znane hasło: „wszystko na sprzedaż”. Nasza bohaterka już wie, że nie musi być idealna. Teraz czas przekonać się, czy ludzie ją taką zaakceptują. Ciekawa jestem, czy widzowie ją pokochają.

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

  1. Psychologia

Jak losy kobiet w rodzinie wpływają na twoje życie?

Badanie własnych korzeni jest niezwykle inspirujące, pozwala w pełni zrozumieć, kim naprawdę jestem, skąd się wywodzę, jakie mam zasoby, z których mogę czerpać, a jakie obciążenia, na które trzeba uważać. (fot. iStock)
Badanie własnych korzeni jest niezwykle inspirujące, pozwala w pełni zrozumieć, kim naprawdę jestem, skąd się wywodzę, jakie mam zasoby, z których mogę czerpać, a jakie obciążenia, na które trzeba uważać. (fot. iStock)
Czy wracając do losów swoich przodkiń, wzmacniam się? Czy życie prababek wpłynęło na mój portret? - z psychoterapeutką Małgorzatą Lipko rozmawia Katarzyna Droga.

Czy losy przodkiń wpływają na nasz charakter lub problemy?
Często wydaje nam się, że to, jak wygląda nasze życie, zależy w zupełności od nas. Tymczasem, gdy przyjrzymy się losom rodzin w kontekście systemowym, można zauważyć wiele podobieństw, wręcz powtarzających się faktów w kolejnych pokoleniach. Badanie własnych korzeni jest niezwykle inspirujące, pozwala w pełni zrozumieć, kim naprawdę jestem, skąd się wywodzę, jakie mam zasoby, z których mogę czerpać, a jakie obciążenia, na które trzeba uważać.

Nie wyobrażam sobie, aby w procesie terapeutycznym pominąć z pacjentem kontekst systemowy – otoczenie, w którym dorastamy, przekazy transgeneracyjne „wyssane z mlekiem matki” mają na nas ogromny wpływ. Kształtują system wartości, sposób przeżywania, patrzenia i komunikowania się ze światem, a wreszcie – obraz samego siebie (to najpierw od najbliższych dowiadujemy się, jacy jesteśmy).

Jakie znaczenie dla kobiety może mieć fakt, że jej matka, babka i prababka nie realizowały swoich ambicji zawodowych, a poświęciły się wychowaniu dzieci?
Jeśli ta kobieta pragnie zrealizować ambicje zawodowe, może przeżywać nieświadomy wewnętrzny konflikt pomiędzy lojalnością wobec własnego systemu (do którego przynależy i jest jego potomkinią) a własnymi pragnieniami, które nie są w zgodzie z wzorcami rodzinnymi – choć ma do nich prawo. Wybór, przed jakim stoi, jest dramatyczny – jakkolwiek bowiem by zdecydowała, wyklucza w sobie część siebie, co rodzi w efekcie frustrację, złość, smutek, a te często prowadzą do depresji, poczucia niespełnienia w życiu.

Jeśli spróbuje pogodzić te obszary, może przeżywać poczucie winy, że robi coś dla siebie, a w tym czasie powinna być przy dzieciach, dbać o dom itp.Realizując model Matki Polki, niechęcią obdarza kobiety, które pracują i dbają o swój obszar rozwoju zawodowego. Często, żeby poczuć się lepiej, rywalizuje, wyższościowo ocenia i użala się nad biednymi, „niezaopiekowanymi” mężami i dziećmi tychże żon… Tak naprawdę im zazdrości, ale nie ma odwagi wyjść ze schematu, w którym tkwi – staje się jego uciemiężoną niewolnicą, palącą na stosie powinności swoje potrzeby, pragnienia, marzenia i fantazje.

Decydując się na kontrę do wzorca systemowego, czyli: „będę singielką i w pełni poświęcę się karierze zawodowej” – odcina się od kobiet w swoim systemie, patrzy na nie z pogardą. Zdecydowanie bliżej jej do mężczyzn, którzy są dla niej autorytetami, wzorcami. Jednak nie szanując kobiet, nie może od nich czerpać, być z nimi blisko, cieszyć się z bycia kobietą. Z impetem wchodzi w świat męski – chętnie zakłada „męskie buty”. Odżegnuje się od kobiecości, bo ta kojarzy jej się ze słabością, poświęceniem, zbytnią emocjonalnością, brakiem ambicji, tanimi serialami… Nie chce, żeby ktoś ją tak postrzegał – staje się zimna, skoncentrowana na sobie, i w efekcie – samotna.

Czy fakt, że narzeczony babki zaginął albo że druga babka była żoną zdradzaną – może jakoś ukształtować losy wnuczki czy córki? Jak?
Jeśli tak było, córka i wnuczka wychowały się z przekazem systemowym: „Mężczyznom nie można ufać”. Konsekwencje takiego przekazu mogą być przeróżne. Począwszy od powtórzenia losów babki czy matki, po różnego rodzaju wariacje na ten temat, typu: „stanę się narzędziem sprawiedliwości i zemszczę się na mężczyznach za krzywdę babki, matki…”, „nie zaufam żadnemu mężczyźnie, nie dam się skrzywdzić – nie zwiążę się z nikim”, „będę czujna – będę go sprawdzać, kontrolować”, „będę się o niego bać, skupiać się na nim, żeby nic mu się nie stało”, „mężczyzna jest słaby – nie ma co traktować go poważnie, jak zawiedzie, nie będę rozpaczać”.

Niejednokrotnie w swojej pracy terapeutycznej widziałam skutki takich wariacji. Jeśli kobieta jest związana w sposób szczególny ze swoją babką, która utraciła narzeczonego, istnieje prawdopodobieństwo, że powtórzy jej los, czyli że dobierze sobie partnera, który też w pewien sposób ją opuści. Forma może być nieco inna, ale sam fakt utraty będzie obecny. Przykłady: babka straciła pierwszego męża, UB zamordowało go podczas przesłuchiwań. Jej wnuczka traci narzeczonego miesiąc przed ślubem – zabijają go bandyci okradający dom. Innej kobiecie rozpadają się związki partnerskie po dwóch latach, traci mężczyzn podobnie jak ojca, którego ledwie pamięta, bo umarł nagle na zawał serca, gdy miała dwa lata. Kobieta przychodzi z problemem braku akceptacji przez rodzinę jej narzeczonego, który jest wyznawcą innej wiary, okazuje się, że babka popełniła mezalians, wiążąc się z mężczyzną z klasy niższej. Podobnie z sytuacją doświadczania zdrady. Z lojalności do zdradzonej babci, systemu – wnuczka wybiera mężczyznę, który nie będzie jej wierny, a nawet jeśliby chciał, to ona go do tego nieświadomie sprowokuje – żeby się „wypełniło”…

Małgorzata Lipko: psychoterapeutka, trenerka, współzałożycielka Ośrodka Psychoterapii i Rozwoju Osobistego FENIKS.

  1. Psychologia

Od jakich emocji uciekasz będąc w związku?

Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje? (fot. iStock)
Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje? (fot. iStock)
Miłość nie oznacza odczuwania nieustannie tego samego. Jej bogactwo wynika z pozwolenia sobie na przyjmowanie tego, co się pojawia, bez oceniania, co jest dobre, a co złe. Kiedy jesteś świadoma emocji, które wywołuje w tobie partner, masz szansę na poznanie siebie.

Najbliższe nam osoby pełnią dość niewdzięczną rolę: to na nie projektujemy swoją bezsilność, swoje lęki, pustkę i wszystko to, do czego nie chcemy się przyznać. One niejako zgodziły się wyświetlić obraz nas samych, naszych przekonań, tego, w co wierzymy, co sobie wyobrażamy. Właśnie z tego powodu wiele związków się nie udaje albo nie trwają one długo, ponieważ w którymś momencie już nie możemy wytrzymać patrzenia na siebie poprzez partnera, czujemy tyle lęku przed bólem wywołanym niektórymi emocjami, że wolimy odejść, zamiast pozwolić sobie czuć. Dlatego to, w jaki sposób reagujemy na ból wywołany niektórymi uczuciami, pokazuje nam, jak wyglądają nasze relacje.

Powiedz STOP

Zwróć uwagę, jak reagujesz na niechciane emocje: czy pozwalasz sobie poczuć jądro bólu, czy wręcz przeciwnie – kurczysz się i zamykasz? Jeśli denerwujesz się na partnera lub irytują cię niektóre jego zachowania, możesz być pewna, że to upomina się o uwagę emocja, której nie chcesz odczuwać. Kiedy świadomie przyznasz się, że to, co czujesz, jest twoje, możesz otworzyć serce na tego człowieka, a potem na to, co czujesz. I tym samym uzdrowić siebie. Jeśli wpadłaś w sidła wewnętrznego dialogu, w którym krytykujesz cały czas partnera, to najwyższy czas powiedzieć „STOP” i zadać sobie pytanie: Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje?

Cios w czułe miejsce

Jeśli miałabym jednym zdaniem odpowiedzieć na pytanie, jaka jest recepta na szczęśliwy związek, powiedziałabym: „Bądź wdzięczna za to, co jest, a szczęśliwych dni w twoim związku będzie coraz więcej”. Ta prosta rada jest niczym magiczne zaklęcie, które każdy ma w zasięgu ręki. Jednak do momentu, kiedy nie przejmę odpowiedzialności za to, czego doświadczam, będę nieustannie wciągana w te same tryby, schematy będą się powtarzać, to, z czym nie chcę się skonfrontować, będzie domagało się uwagi poprzez stwarzanie okoliczności, w których nie będę mogła więcej przeoczyć uczucia, przed którym uciekam. Jedynym antidotum na tę sytuację jest przyjęcie tego, co czuję, uznanie, że to po prostu chce być zauważone i zaakceptowane. Tylko tyle.

Jeśli na przykład boimy się odrzucenia w związku, wchodzimy w relacje, które nie dadzą nam satysfakcji, albo żyjemy cały czas w lęku przed odrzuceniem. Wówczas partner może swoim zachowaniem zmuszać nas niejako do przyznania się do bólu, ponieważ jeśli chronimy się przed bólem, zawsze otrzymamy cios właśnie w to miejsce.

Ty, on i lęk

Przyjąć to, co czuję, nie oznacza rozpamiętywania starych historii i na ich podstawie tworzenia nowych. Przyjęcie oznacza pozwolenie na odczuwanie bez dołączania złowieszczych treści, przestawienie się na czyste odczuwanie. Mroczne historie przyklejają się do nas wtedy, kiedy to, co czujemy, uznajemy za złe. Wtedy tak naprawdę odrzucamy część siebie. Ale ta część chce na nowo zostać przyjęta, abyśmy mogli stać się całością, oddychać bez wstrzymywania powietrza, żyć bez ciągłego napięcia wynikającego z potrzeby kontroli, zburzyć mur, który wybudowaliśmy z lęku przed pełnym doświadczaniem siebie.

W słynnej książce „Biegnąca z wilkami” Clarissa Pinkola Estés pisze: „Jeśli jesteś w związku z osobą, którą bardzo kochasz, nigdy nie będziecie szli we dwójkę, będziesz w trójkącie: ty, on i lęk”. Dlatego jedyne, czego potrzebujesz, to zaakceptować to, co czujesz, a wtedy emocje, nie tylko lęk, przestaną mieć nad tobą władzę, a ty będziesz gotowa, aby prawdziwie rozluźnić się i otworzyć z ufnością serce na partnera, który już nigdy cię nie zawiedzie.

Dorota Hołówka, prezeska Stowarzyszenia Nowa Psychologia, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą Somatic Experiencing.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się