1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Agnieszką Holland: "Za rzadko wychodzimy poza nasz własny punkt widzenia"

Agnieszką Holland: "Za rzadko wychodzimy poza nasz własny punkt widzenia"

Agnieszka Holland (Fot. BeW)
Agnieszka Holland (Fot. BeW)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dzisiaj urodziny ma Agnieszka Holland, z tej okazji przypominamy wywiad z archiwalnego numeru "Zwierciadła". W szczerej rozmowie reżyserka wyznaje, czy w pracy bywa tyranem, jakie ma zdanie o psychoterapii i jak ocenia polskie kino.

Dostała pani kiedyś lanie?
Raz mama uderzyła mnie ścierką. Nie pamiętam już nawet za co, ale bardzo się wtedy na nią obraziłam, bo w gruncie rzeczy zostałam przez nią wychowana w poczuciu, że mam rację, a także prawo do afirmacji oraz samorealizacji.

Ojciec wychowawczo się nie udzielał?
On zawsze był mniej obecny, poza tym dość szybko umarł – miałam wtedy 13 lat. W domu nie było przyzwolenia na nielojalność, kłamstwo – tu moja mama była bardzo krytyczna, miałam za to dużo swobody opartej na wzajemnym zaufaniu – tak rodziła się moja wiara w to, że mogę i potrafię.

Czy była pani kiedykolwiek pacjentką psychoterapeuty?
Tak, w pewnym momencie życia, w Paryżu, udałam się do psychoterapeuty. To był, pamiętam, bardzo trudny dla mnie okres, niemal depresyjny, i pomyślałam sobie: „Może taka pomoc mi się przyda?”. Ale od razu muszę powiedzieć, że ta historia po prostu nie bardzo wypaliła.

Jako reżyser przejęła pani rolę terapeuty?
Pewnie trochę tak (śmiech). Była to, owszem, dosyć ciekawa pani psychoterapeutka, ale Francuzka. I szybko wyszło na jaw, że trudno leczyć się u cudzoziemca. Gdy zaczęłam opowiadać jej o mnie i o historycznych okolicznościach, które sprawiły, że moje życie potoczyło się tak, a nie inaczej, zauważyłam, że ona słucha tych wszystkich egzotycznych nowinek z ogromnym zainteresowaniem. Po dwóch sesjach, chcąc utrzymać jej uwagę, zaczęłam kontynuować to, co potrafię najlepiej, czyli opowiadać jej o ciekawych sekwencjach ze swojego życia, i obserwowałam, jak ona jako zainteresowany widz bierze udział w moim „filmie”.

A po trzeciej sesji?
Pomyślałam sobie: „jak to jest możliwe, żebym to ja płaciła za to, za co normalnie płacą mnie?” (śmiech). Odniosłam wrażenie, że nie jestem w tej relacji szczera, ponieważ zamiast w rolę pacjenta weszłam w rolę dobrego opowiadacza. To był mój ostatni raz. Czy cokolwiek mi to wszystko dało? Być może pomogło mi to w uruchomieniu w sobie pewnego mechanizmu, swego rodzaju gotowości na spotkanie terapeutyczne z drugą osobą. Do psychoterapii nigdy już nie powróciłam, ale myślę, że jest to dziedzina pożyteczna, mogąca pomóc wielu osobom.

Trzeba jednak bardzo rzetelnie sprawdzać, kogo się wybiera?
Oczywiście, bo to jest bardzo delikatna materia, a możliwości kontroli np. ze strony Towarzystwa Terapeutycznego ograniczone. Widziałam, głównie w Stanach, przykłady, kiedy niekompetentny czy też osobowościowo niewłaściwy dla danego człowieka terapeuta albo wręcz wykorzystujący sytuację do nabijania sobie kasy, żeruje mniej lub bardziej świadomie na człowieku. I zamiast pomóc, może zaszkodzić.

W serialu „Bez tajemnic”, którego reżyserii się pani podjęła, terapeuta niesie na swoich plecach potężny życiowy bagaż. Poszłaby pani do takiego?
Pewnie nie (śmiech). Ale... jednocześnie taki terapeuta, w związku z tym, jak ciężki bagaż niesie, sprawia wrażenie, że jest w stanie zrozumieć więcej. W „Bez tajemnic” pokazany jest ważny problem: na ile uprawianie psychoterapii stygmatyzuje czy też stwarza kłopoty psychologiczne i życiowe u samego terapeuty. Widać, że Andrzej – w tej roli świetny Jerzy Radziwiłowicz – średnio radzi sobie ze swoim własnym życiem, w myśl przysłowiowego „szewc bez butów chodzi”. Myślę jednak, że wbrew pozorom może być skuteczny.

A nie ma pani poczucia, że w Polsce bezkrytycznie zachłysnęliśmy się psychoterapią?
Chyba nie, choć nie prowadziłam badań socjologicznych. Wydaje mi się, że Polakom psychoterapia jest bardzo potrzebna, zarówno ta zbiorowa, jak i indywidualna, dlatego, że ani nasza szkoła, ani kultura, ani również Kościół nie są osadzone na introspekcji, a sama spowiedź nie zawsze wystarcza. Mimo tej naszej katolickości widzę zbyt mało rozliczania się człowieka samego ze sobą. Za rzadko wychodzimy poza nasz własny punkt widzenia, więc nasza empatia, zrozumienie kontekstu, korzeni własnych problemów – jest niedorozwinięta. A dobra psychoterapia właśnie tego potrafi nauczyć, bo poza zadaniem terapeutycznym pełni także funkcję pedagogiczną, poznawczą. O ile się orientuję, a rozmawiałam z paroma polskimi psychoterapeutami, są to ludzie świadomi i kompetentni, na dość wysokim poziomie zawodowym. Nie sądzę więc, żeby po Polsce hulała banda hochsztaplerów. Takich „specjalistów” widzę raczej w dziedzinie znachorstwa bądź opracowywania wizji katastrof lotniczych. Na pewno więcej narcyzów możemy spotkać wśród polityków niż wśród psychoterapeutów. Narcyzm uważam zresztą za jeden z głównych naszych współczesnych psychicznych mankamentów, prawdziwie niebezpieczny.

Na jakim fundamencie buduje pani relacje z ludźmi?
Ja mam specyficzny zawód – nie można go uprawiać bez automatycznego autorytetu, to troszeczkę – tak jak mówił kiedyś Andrzej Wajda – mieszanka dwóch komponentów, kaprala i poety. To znaczy trzeba być człowiekiem twórczym i mieć wizję dzieła, które się tworzy, a jednocześnie siłę, która pozwoli narzucić ludziom swoją wolę i do pewnego stopnia nimi manipulować.

Prosta droga do szaleństwa?
Tak, choć, jak widać, jeszcze się jakoś trzymam (śmiech). Ale to jest tak, że ludzie świadomie poddają się tej manipulacji, ponieważ wiedzą, że praca filmowa, zwłaszcza na linii reżyser–aktor ma swoje reguły, które, dodam, nie są sztywne, bo każdy wypadek jest zawsze trochę inny. Niemniej uczestnicy tej gry akceptują pewną hierarchię, w której ja jestem jak dowódca w jednostce wojskowej i nie ma szans na to, że każdy może przyjść i stwierdzić: „nie no, ja bym to zrobił zupełnie inaczej, bo mi się to w ogóle nie podoba”. Nie ma takiej możliwości, bo wtedy po prostu wszystko by się rozpadło. Jest to zatem stosunek hierarchiczny, ale z zachowaniem silnego działania zbiorowego, w którym każdy może odcisnąć swoje piętno na efekcie końcowym i od każdego mniej lub więcej coś zależy, co widać na ekranie. Chodzi o to, by wydobywać z ludzi najlepsze, co mają do zaoferowania. Jeżeli mają jakieś talenty i właściwości, to trzeba spowodować, żeby wyszły one na jaw, a ludzie na ogół dają z siebie to, co najlepsze, jeżeli mają poczucie sensu i czują się docenieni. W związku z tym obowiązkiem reżysera, producenta czy kierownika produkcji jest stworzenie takiej atmosfery, w której ekipa się otwiera.

Agnieszka Holland, Michalina Olszańska oraz James Norton. Na planie filmu 'Obywatel Jones'. (Fot. BeW)
Agnieszka Holland, Michalina Olszańska oraz James Norton. Na planie filmu "Obywatel Jones". (Fot. BeW)

A co pani robi z anarchistami?
Anarchista nie może zmieścić się w ekipie filmowej. Nie ma dla niego szans. Musi znaleźć sobie inną pracę.

Często mówi pani ludziom „do widzenia”?
Nie, bo na ogół oni idą do tego zawodu ze świadomością, gdzie i jakie są granice, a ja również o tym nie zapominam. Oczywiście, zdarzają się reżyserzy, którzy wykorzystują swoją władzę, powodując tym samym, że ludzie stają się strasznie nieszczęśliwi.

Wypatraszając ich do rosołu?
Tak. Albo żerują na ludziach, przekraczając granice ich bezpieczeństwa prywatnego, zachowując się chamsko, bardzo arbitralnie i tyrańsko. Co ciekawe, czasami osiągają przy tym świetne rezultaty, co widać wyraźnie np. w teatrze. Ale taka postawa jest dla mnie nie do przyjęcia, wierzę, że ludzkie życie jest cenniejsze niż efekt, który się osiąga.

Gdy przyjmowała pani propozycję reżyserowania „Bez tajemnic”, co panią targnęło? Rozsądek? Szósty zmysł?
Na pewno u mnie jest to zawsze instynktowne, muszę czuć, że mam coś do powiedzenia w sprawie i że będzie to dla mnie ciekawe doświadczenie, bo wtedy jest nadzieja, że zainteresuje także innych. „Bez tajemnic” to jest trochę takie ćwiczenie stylistyczne, eksperyment: bardzo dobrze napisany scenariusz, dużo ludzkich spraw i minimalistyczna forma, w której wyraźnie można skupić się na aktorze i tekście. Jurka Radziwiłowicza, który od początku jest z tym serialem związany, cenię, Maćka Stuhra, który zastąpił teraz Krysię Jandę, znam i bardzo lubię. Doszły dwie kobiety – Agata Kulesza jako życiowa partnerka terapeuty i Karolina Kominek jako histeryczna pacjentka Maćka. Agata ma w sobie taki rodzaj wolności, humoru i światła, a jednocześnie jest tak świetną i inteligentną aktorką, że może zagrać wszystko. Wybierając ją do tej roli, wiedzieliśmy, że swoją ludycznością na pewno rozrusza Jurka. Wyszło to naprawdę fajnie i cieszę się, że się na ten serial zdecydowałam.

A jak dużo propozycji pani odrzuca?
Bardzo często odmawiam amerykańskim producentom ze względu na nieciekawe scenariusze. Jeśli chodzi o serial, to warunkiem są też fajni ludzie, którzy go robią. To mała inwestycja, miesiąc życia, np. w Stanach, za to można popróbować innego stylu. Natomiast jeśli chodzi o film fabularny, to są na ogół już trzy lata życia – wtedy muszę mieć dodatkowo jakąś motywację wewnętrzną, szczególnie w moim wieku, gdy ten czas robi się już taki krótki. To musi być naprawdę coś ważnego.

A czy w polskiej filmografii powstaje jeszcze coś, co jest w stanie panią ubawić?
Myślę, że humor jest najbardziej osobistą rzeczą w człowieku. „Rejs” jest dla mnie śmieszny, w „Misiu” są bardzo zabawne kawałki. Być może PRL bardziej się do tego nadawał? Mam wrażenie, że śmiech w tamtych czasach bardzo nam wszystkim pomagał. A teraz? Bierze mnie raczej purnonsens, humor anglosaski czy tradycyjny żydowski, którego kontynuatorem jest Billy Wilder, potem Woody Allen. Na pewno nie jestem w ogóle wrażliwa na tzw. rechot męski, czyli coś tam o jajach, cycach, pedałach. To mnie w ogóle nie bawi. Nie jestem pewna, czy przez ostatnie 10 lat choć raz uśmiechnęłam się na jakimś polskim kabarecie. O współczesnych polskich komediach już w ogóle nie wspomnę. Są żenujące, choć na pewno robią je czasem zdolni ludzie. Problemem jest chyba fakt, że prawdziwy humor wymaga pracy wielu osób. Mało jest takich pojedynczych geniuszów. Przy amerykańskim Saturday Night Show pracuje ogromny team ludzi. U nas na pewno zdolnym do stworzenia komedii człowiekiem jest Julek Machulski, ale jeśli on sam jest sobie żeglarzem, sterem i okrętem? Nigdy nie widziałam całego „Świata według Kiepskich”, ale te strzępki, które podejrzałam w Internecie, mają potencjał, chociażby ze względu na obecność tak świetnych aktorów, jak Rysio Kotys czy Andrzej Grabowski. Wie pani, komedia filmowa to ambitne zadanie, trudno utrzymać poziom przez dłuższy czas.

Podjęłaby się pani takiego zadania?
Podjęłabym się. To nie byłaby komedia „uhahaha”, a pewnie lekki wczesnoallenowski absurd. Miałam nawet ze dwa takie projekty, ale nigdy nie udało mi się ich sfinansować. Nikt nie da mi pieniędzy na komedię. Mam łatkę tragika. I żadna terapia tu nie pomoże (śmiech).

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Agnieszka Holland o najnowszym filmie "Szarlatan"

Agnieszka Holland:
Agnieszka Holland: "Może istnieją osoby kryształowe, nie wiem. Dla mnie największą tajemnicą jest dobro, szlachetność i odwaga, bo to o wiele trudniejsze niż konformizm". Fot. materiały prasowe
Ma intuicję. Jej filmy, także te historyczne, zawsze są trafnym komentarzem naszych czasów. Sama Agnieszka Holland przyznaje: – Robię coś nie dlatego, że uważam się za wyjątkową reżyserkę, ale dlatego, że kiedy temat mnie wybierze, traktuję cały proces jako obowiązek.

Korzystałaś kiedykolwiek z usług znachora?
Nie. Raz tylko przy dolegliwościach kręgosłupowych pomagała mi tak zwana szeptunka.

Ale najnowszy „Szarlatan” to nie pierwszy twój kontakt zawodowy z tą tematyką.
Na początku wieku zrobiłam film „Julia wraca do domu”, w którym był wątek kogoś podobnego do znanego uzdrowiciela Harrisa. Brałam też udział w projekcie Sydneya Pollacka o brazylijskim uzdrowicielu Arigó, niepiśmiennym robotniku, w którego nagle wstąpiły talenty uzdrowicielskie, co zostało sfotografowane i opisane w latach 60. Mieliśmy całkiem ciekawy scenariusz, ale w rezultacie nic z niego nie wyszło. Przy okazji Arigó zaczęłam dokumentować różne szamańskie i alternatywne metody leczenia.

Czy ten tajemniczy świat cię jakoś fascynuje?
Kiedyś mnie fascynował. W szkole filmowej zetknęłam się z parapsychologią badaną naukowo. Jeden z kolegów szykował film na ten temat, a ja mu asystowałam. Potem, gdy byłam asystentką Zanussiego przy „Iluminacji”, dokumentowałam różne zjawiska niewytłumaczalne za pomocą fizyki, które reżyser chciał wykorzystać w filmie. W związku z tym byłam w kontakcie z rosyjskimi różdżkarzami, astrologiem, chiromantką i jasnowidzem. W sowieckiej Rosji skwapliwie korzystano z badań nad ludźmi o specjalnych zdolnościach, istniał nawet w Leningradzie instytut techniczeskoj parapsychologii. Wtedy dość skrupulatnie zbadałam te irracjonalne obszary.

I co wyszło ci z tych badań?
Że w tym wszystkim jest dużo szarlatanerii i oszustwa, zwłaszcza wśród uzdrowicieli i znachorów. Ale niewątpliwie są takie zjawiska, których nie jesteśmy w stanie wytłumaczyć za pomocą aktualnego stanu wiedzy, a które są faktami, można je nawet zmierzyć amperomierzami. Źródło energii jest w człowieku, jednak nie wiadomo, skąd się tam bierze. Ale to nie znaczy, że kiedyś nie zostanie to poznane. I wtedy może się okazać, że pojawią się kolejne tajemnice i kolejne. A człowiek ma taką pychę, że wszystko wie, uważa stan wiedzy, który jest w jego współczesności, za ostateczny. Tymczasem tak nie jest.

Bohater twojego nowego filmu, Jan Mikolášek, nie jest uzurpatorem, on naprawdę zna się na tym, co robi.
To, co on robi, nie jest szamaństwem, ale swego rodzaju talentem, który opiera się na dwóch umiejętnościach. Na diagnozowaniu chorób na podstawie oglądu moczu – analiza moczu wspomaga diagnozę także w dzisiejszych czasach, ale on diagnozował, po prostu patrząc. Przeszedł różne próby, które udowodniły, że jego diagnozy były w 90 proc. trafne. Drugą umiejętność – być może jako syn ogrodnika – miał od dziecka, a potem rozwinął ją podczas I wojny światowej, gdy próbował wykorzystywać zioła w leczeniu ran. Potem dało mu to odwagę, by leczyć siostrę. Uratował ją przed amputacją.

Prawdziwy Mikolášek żył i uzdrawiał w ubiegłym wieku w Czechach. Nadal żywa jest tam jego legenda?
Częściowo. Korzystałam z konsultacji u najlepszych czeskich zielarzy i oni mówili, że stosują do dzisiaj recepty Mikoláška, że on jest dla nich wzorem. Był wybitnym zielarzem i diagnostą, miał spektakularne efekty i to zbudowało jego popularność.

Dlaczego więc w tytule nazywasz go szarlatanem? To określenie ma jednoznacznie negatywne konotacje.
Szarlatanem nazywała go propaganda komunistyczna po śmierci jego protektora politycznego, premiera, a później prezydenta Czech, Zápotockiego. Zápotocký był w obozie koncentracyjnym, wyszedł z niego w strasznym stanie, groziła mu amputacja i Mikolášek go z tego wyciągnął. Dopóki więc żył prezydent, to Mikolášek miał parasol ochronny.

Ivan Trojan i Juraj Loj w 'szarlatanie'. (Fot. materiały prasowe) Ivan Trojan i Juraj Loj w "szarlatanie". (Fot. materiały prasowe)

Człowiek w szponach systemu to twój ulubiony temat. Dlatego zajęłaś się tą historią?
Zajęłam się nią dlatego, że jest gęsta od wątków. Reżim czecho­słowacki nie mógł znieść kogoś, kto się nie mieścił w jego klatce. Im bardziej osobowość była wybitna, niepodległa, niezależna – tym silniej ją miażdżono. Można to zresztą powiedzieć o każdym systemie totalitarnym. Drugi wątek, który mnie zainteresował, to cena, jaką człowiek płaci za swój wyjątkowy talent, czyli to, do jakiego stopnia staje się on więźniem tego daru, do jakiego stopnia daje mu to poczucie bezkarności, boskości i rodzi myślenie typu: „Skoro potrafię coś wielkiego, to zwykła moralność mnie nie obowiązuje”. Kolejny wątek to bardziej uniwersalne pytania o walkę między dobrem i złem, między talentem a pychą. Ciekawe, że pycha może zmusić człowieka do wyparcia swojej tożsamości seksualnej. I kolejne pytanie tego filmu: jak wielką moc ma natura, kiedy się do niej podłączamy?

Na Mikolášku wielkie piętno odciska jego geniusz. Ten bohater budzi sympatię, ale krystaliczny nie jest.
Urzekła mnie w tym scenariuszu właśnie ta niejednoznaczność bohatera. O ile w przypadku „Obywatela Jonesa” czy „Gorejącego krzewu”, mimo że niektóre postaci w tych filmach są ambiwalentne, wiadomo, gdzie jest dobro, a gdzie zło, to tutaj wszystko jest znacznie bardziej poplątane, bohaterem targają sprzeczności. I właśnie ta jego walka o to, żeby nakarmić swoje superego, wydawała mi się ciekawa.

Robiłaś już filmy o geniuszach: Rimbaudzie, Verlainie, Beethovenie. Co takiego cię w nich pociąga?
Bo to wielcy artyści, ale też postaci pełne sprzeczności: gwałtowności i słabości, wrażliwości i bezwzględności. Talent to dar, ale i ogromny ciężar, z którym człowiek w swojej słabości i kruchości trudno sobie radzi. Zawsze interesowała mnie cena, jaką się płaci za bycie geniuszem. Inni moi bohaterowie, jak Palach czy Jones, płacili jeszcze za odwagę.

Mikolášek płaci też za inność, jest gejem.
Każda inność, wielkość, czyli skrajność, jest pewnego rodzaju lustrem, w którym się oglądamy, które zmusza nas do stawiania sobie różnych pytań. A niektóre pytania na własny temat są bardzo niewygodne. To prosta weryfikacja tego, co jest dla nas ważne, a co nieważne.

Ten film jest pełen pytań, a nie ma w nim odpowiedzi. Nie wiemy nawet, jak się kończy. Czy to znaczy, że jesteś w takim momencie życia, w którym masz coraz więcej wątpliwości niż pewności?
I tak, i nie. Wydaje mi się, że moje poczucie tego, co jest dobre, a co złe – albo przynajmniej co jest dążeniem do dobra – nie zmieniło się od mojej młodości. Podobnie jeśli chodzi o konformizm, podłość, prześladowania słabszych – tu moja busola jest niezmienna. Zawsze bardziej interesowały mnie komplikacje niż uproszczenia. A żyjemy w takiej epoce, która wszystko upraszcza, akurat ostatnie dziesięciolecie przoduje w upraszczaniu ludzkich historii, motywacji i charakterów. Uproszczenia są wygodne, nawet u tych, których zawodem powinna być komplikacja; myślę tu o myślicielach, komentatorach, dziennikarzach, artystach – o politykach nawet nie wspomnę. Nie czuję się z tym komfortowo, bo sama wpadam w pewien rodzaj manicheizmu. Ludzie nie chcą komplikacji, wybierają to medium, które odpowiada ich tożsamościowym poglądom. I w związku z tym zniknęła agora, na której spotykałyby się różne poglądy i opinie. Wszystko jest interpretacją, fake news ma taką samą wagę jak zweryfikowany fakt. To bardzo niebezpieczne, oznacza koniec demokracji.

Przyzwyczaiłaś widzów do tego, że swoimi filmami komentujesz to, co się dzieje w Polsce, na świecie. A na festiwalu w Berlinie powiedziałaś wprost, że „Szarlatan” jest bezinteresowny, że nie ma w nim żadnych politycznych konotacji. A jednak są. Homoseksualizm to ostatnio jeden z głównych tematów politycznych.
Kiedy pięć lat temu Marek Epstein przysłał mi ten scenariusz, nie przypuszczałam, że w Polsce nastąpi odgórna i zmasowana nagonka na osoby homoseksualne, nawet mi się to nie śniło. Wydawało się, że wszystko idzie na świecie w kierunku włączania mniejszości w system praw, którymi cieszy się większość. Prawdopodobnie jednak mam jakąś intuicję [śmiech].

To też studium psychologiczne bohatera, który w młodości został zmuszony do zastrzelenia człowieka. Zło rodzi zło?
Myślę, że zło rodzi się często z lęku przed śmiercią i bezradnością w obliczu śmierci. W filmie jest scena, której nie chcę zdradzać, ale która dobitnie to pokazuje. Mikolášek zawsze w obliczu śmierci – czyli na przykład wtedy, gdy nie umiał pomóc, a wiedział, że ktoś zaraz umrze – wpadał w furię, wściekłość. To kolejny wątek filmu – lęk przed śmiercią, nad którym bohater całe życie chciał zapanować.

Mikolášek pomaga, ale jest też bezwzględny. Idzie pod prąd, ale jest konformistą. Każdy z nas nosi w sobie jakiś cień?
Może istnieją osoby kryształowe, nie wiem. Dla mnie największą tajemnicą jest dobro, szlachetność i odwaga, bo to o wiele trudniejsze niż konformizm, układanie się z życiem na swoich warunkach. Ci, którzy wybierają dobro, są dla ludzi jakoś podejrzani. Podejrzany jest altruizm, podejrzana jest odwaga. Czy dobro podszyte jest jakimś cieniem? Myślę, że tak, ale mnie zawsze fascynowały postaci, w których gen odwagi i szlachetności zwycięża. Bo to wcale niełatwe, po drodze jest bardzo dużo różnych pułapek. Generalnie człowiek jest kruchym bytem, zostało to opisane w literaturze, uczy tego choćby psychoanaliza.

Dla wielu możliwość wyboru to najcięższa kara. Na ogół wolimy, żeby ktoś decydował za nas.
W ostatnim czasie to postawa powszechna, taka frommowska ucieczka od wolności. To znaczy od własnego osądu i wyborów. W momencie, kiedy świat się bardzo komplikuje, kiedy coraz więcej w nim zagrożeń i wyzwań zmuszających nas do trudnych wyborów, chętnie składamy te decyzje na ręce kościołów, władców, szczególnie takich, którzy mówią, że mają receptę na lęki.

Musimy w coś wierzyć, żeby żyć?
Bardzo trudno żyć bez poczucia sensu. Zupełny nihilizm prowadzi, myślę, do głębokiego smutku. A jeśli chodzi o leczenie, to uważa się, że wysoki poziom wiary w to, że uda się przezwyciężyć chorobę, jest pomocny. Ale z drugiej strony wiemy dobrze, że są choroby, przy których nawet największy optymizm nie pomaga wygrać z losem. Więc prosta naiwna wiara w to, że nasza wola może zmienić rzeczywistość, jest zwyczajną ułudą.

A wiara, czy raczej przekonanie, że to, co robisz, na przykład film, jest dobre, pomaga?
Mam conradowskie podejście do swoich projektów. To znaczy robię coś nie dlatego, że to wyjdzie albo że uważam się za wyjątkową reżyserkę, tylko dlatego, że kiedy jakiś temat mnie wybierze, traktuję cały proces jako rodzaj obowiązku. Kiedy zaczynam jakąś działalność, czy to artystyczną, czy społeczną, zdaję sobie sprawę z tego, jak to jest niepewne i jak w gruncie rzeczy łatwo jest to zniszczyć, przegrać w boju ze złymi siłami, które się przeciwko temu sprzęgły. Ale nawet wiedząc, że wygrana jest mało prawdopodobna, uważam, że powinnam iść do końca.

Romantycy przedkładali „czucie” nad „mędrca szkiełko i oko”. A tobie co jest bliższe?
Według mnie dobra i zdrowa jest równowaga między elementami racjonalnym i irracjonalnym, wiedzą i intuicją, doświadczeniem weryfikowalnym i takim ze sfery wyobrażeń. Teraz obserwujemy przechył w stronę irracjonalizmu. Ludzie łatwo podważają autorytety naukowców, kwestionują ewidentne wynalazki ludzkości, jak szczepionki, fakt przestaje być faktem, a staje się opinią. To taki ciemny romantyzm naszych czasów, w którym odchodzimy od rozumu. Absolutnie tego nie popieram, bo może być groźne. Ale z kolei racjonalizm, który wyklucza sferę duchową i tajemnicę, też wydaje mi się głupi.

Sięgniesz jeszcze po taki temat? Polecam ci książkę „Boginie z Žítkovej”, obsypaną nagrodami i opartą na faktach powieść Czeszki Kateřiny Tučkovej, opowiadającą o zielarkach niszczonych przez system. Byłyby tam same kobiece role!
Rzeczywiście muszę teraz pomyśleć o filmie z kobietą w roli głównej. A takie tematy? Nie stanę się nagle mistyczką. One trochę mnie znajdują, bo okazuje się, że oto mam gotowość się nimi zająć. W tym też tkwi jakaś tajemnica.

Wróciłaś już na dobre do pracy?
Miałam teraz kręcić dla Apple’a serial w Paryżu, ale odwołali z powodu koronawirusa. Od początku lockdownu jestem w Bretanii, piszę, staram się myśleć, czytam, chodzę na plażę. Miło jest nie pracować bez przerwy, tak intensywnie jak przez ostatnie lata, i mieć niespodziewane wakacje.

Agnieszka Holland rocznik 1948. Wybitna polska reżyserka, nagrodzona Złotym Globem (za film „Europa, Europa”), Złotymi Lwami w Gdyni (za „Gorączkę”, „Kobietę samotną”, „W ciemności”, „Obywatela Jonesa”), Srebrnym Niedźwiedziem w Berlinie (za „Pokot”), nominowana do Oscara za film „W ciemności”. Najnowszy „Szarlatan” wszedł do kin 9 października.

  1. Kultura

"Szarlatan" Agnieszki Holland czeskim kandydatem do Oscara

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Oparty na faktach "Szarlatan" w reżyserii Agnieszki Holland został wybrany jako czeski kandydat do Oscara w kategorii najlepszy pełnometrażowy film międzynarodowy. O statuetkę powalczy m.in. z obrazem "Śniegu już nigdy nie będzie" Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta.

We wtorek 13 października, Czeska Akademia Filmu i Telewizji wybrała swojego kandydata do Oscara w kategorii najlepszy pełnometrażowy film międzynarodowy. Reprezentantem Czech został dramat "Szarlatan" w reżyserii Agnieszki Holland. Obraz polskiej reżyserki zadebiutował podczas tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie, gdzie uznano go za jeden z najlepszych tytułów tegorocznej edycji, a od 9 października film można również oglądać na ekranach polskich kin. To czwarta, po "Gorzkich żniwach" (1985), "Europa, Europa" (1990) i "W ciemności" (2011), szansa Agnieszki Holland na Oscara.

"Szarlatan" to znakomita, nieszablonowa i niesłychanie zmysłowa opowieść o mężczyźnie, który zapragnął okiełznać naturę. Twórczyni „Obywatela Jonesa” i „Pokotu” gromadzi tu najważniejsze wątki swojej twórczości: bierze na warsztat postać geniusza, obserwuje relacje człowieka z przyrodą, przygląda się wierze, która czyni cuda i po raz kolejny jest naszą przewodniczką po paradoksach XX wieku. A kreśląc zaskakującą love story, przypomina, jak łatwo miłość może zmienić się we własne przeciwieństwo.

Choć rozgrywa się w przeszłości, „Szarlatan” jest filmem jak najbardziej współczesnym – podobnie jak jego bohater, zielarz Jan Mikolášek, dla którego remedium na ludzkie cierpienie jest natura. Jej potężne moce zdolne są uzdrowić ciało, ale w filmie Holland to także przestrzeń prawdziwej wolności dla ducha. Tylko w łączności z nią możemy zrozumieć i zaakceptować to, kim naprawdę jesteśmy. Alchemiczna niemal wiedza o właściwościach ziół, jaką posiadł Mikolášek, i jego zdumiewający dar przenikania do ludzkiego wnętrza sprawiają, że do jego kliniki ciągną tysiące potrzebujących. Ale ten dar ma także swoją ciemną stronę.

Przywołując legendarną postać czeskiego zielarza, reżyserka wydobywa na światło dzienne jego tajemnice, emocje i pragnienia, na które jedynym lekarstwem jest fanatyczne oddanie pracy. „Szarlatan” pokazuje, że talent bywa przekleństwem, a władza zawsze łączy się z pychą. Tworząc fascynującą, pełną sprzeczności postać uzdrowiciela, Agnieszka Holland ucieka od odpowiedzi na pytanie, czy był ludowym lekarzem czy zwykłym oszustem. Prawda, która ją interesuje, dotyczy naszej wiary w cuda, tęsknoty za autorytetem, pragnienia, by żyć w zgodzie z naturą – także naszą własną.

Kadr z filmu 'Szarlatan' (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Kadr z filmu 'Szarlatan' (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Kadr z filmu 'Szarlatan' (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Kadr z filmu 'Szarlatan' (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Kadr z filmu 'Szarlatan' (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

W walce o statuetkę Akademii Filmowej "Szarlatan" zmierzy się m.in. z polskim kandydatem, czyli "Śniegu już nigdy nie będzie" Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta. 93. ceremonia wręczenia Oscarów zaplanowana jest na 25 kwietnia 2021 roku. Nominowanych poznamy natomiast 15 marca.

  1. Zwierciadło

Hanna Banaszak: "Mam za co dziękować"

"Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud". (Fot. Agata Preyss)
Przed dziesięciu laty zachwyciła się wierszem Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. Od tego czasu Hanna Banaszak myślała o płycie, na której opowie o człowieku i o planecie dźwigającej jego zło. Nagrała ją, bo wierzy w przebudzenie. „Stoję na tobie, Ziemio”, z jej autorskimi kompozycjami, właśnie się ukazała.

Pomyślałem, że pani płyta idealnie trafia w czas.
Zaczęłam ją tworzyć dziesięć, a może 11 lat temu. Tak się złożyło, że przerwałam tę pracę, ale rok temu postanowiłam skończyć. I rzeczywiście, trafia w swój czas. Zawsze trafiłaby, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, ktoś coś dewastuje, roznieca ogień. Oczywiście, jest mnóstwo ludzi, którzy chcą coś dla planety zrobić, podczas gdy inni nawet nie myślą o następnych pokoleniach, które też przecież mają do niej prawo. Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud. Obchodzi mnie świat, obchodzi mnie Polska. Starałam się unikać moralizatorstwa. Do odbiorców należy ocena, czy to się udało. Nikogo nie pouczam, nie mówię: „Zobacz, co zrobiłeś”. Tekstami Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Josifa Brodskiego, Witolda Gombrowicza, Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz opowiadam o tym, co i mnie boli. Im dłużej żyję, tym bardziej męczy mnie ludzkość. Mimo wszystko ta płyta jest wołaniem o przebudzenie.

Można zatrzymać człowieka w jego obsesji czynienia zła?
Można to próbować robić większą uważnością, szacunkiem, edukacją, czułością i próbami zrozumienia, pokorą w stosunku do niego, nieocenianiem, głębszym słuchaniem… Zaczynając od siebie, mamy większe szanse na lepsze relacje. Dobrze jest się sobie przyjrzeć. Pracuję teraz nad książką o sobie, nie wiem, czy ją wydam, ale chciałam popatrzeć na siebie z dystansu, na dziecko, dziewczynkę, kobietę.

Jaka była ta dziewczynka?
Długo była nieśmiała, co trochę komplikowało jej życie. Mimo to miała dość duże poczucie własnej wartości. Potem przez przypadek zaczęła się jej muzyczna droga. Gdzieś zaśpiewała, ktoś ją zauważył, a ona wciąż nie przypuszczała, że to będzie jej zawód. Po prostu podążała za własną muzykalnością i miłością najpierw do dźwięków, a niedługo potem także do treści.

Tę nieśmiałość zamieniła pani później na osobność?
Lubię oddalać się od ludzi, co nie znaczy, że nie bywam z nimi blisko. W moim życiu to się odbywa pół na pół – obcowanie z samotnością jest twórcze i rozwijające, ale bycie z ludźmi daje też poczucie wspólnoty. Zwłaszcza gdy miewamy psychiczne upadki, potrzebujemy drugiego człowieka. Dobre bycie z ludźmi jest ważne, bo możemy się w sobie nawzajem przeglądać i uczyć, a także obdarzać niezbędnym do życia współodczuwaniem oraz czułością i serdecznością.

A jakie marzenia miała pani, będąc tamtą dziewczynką?
Nie przypominam sobie swoich marzeń. Może tylko jakieś błyski [śmiech]. W podstawówce bardzo chciałam zaśpiewać na szkolnej akademii. Jednak nikt nie wiedział, że śpiewać potrafię, a moja nieśmiałość nie pozwoliła mi się o to upomnieć. Marzyłam o dalekich podróżach, co na początku mojej kariery częściowo udało mi się zrealizować, ale zawsze były to wyjazdy połączone z koncertami. Obecnie, po milionach kilometrów, które przemierzyłam, większą atrakcją dla mnie jest zostać niż wyjechać.

W co była pani wtedy zasłuchana?
Uwielbiałam amerykańskie filmy musicalowe, z Ginger Rogers, Fredem Astaire’em, Marilyn Monroe. W domu było tylko radio i nieco później telewizor. Nie było jednak adapteru, z którego można odtwarzać płyty. Czasem udawało się złapać Radio Luxembourg, gdzie prezentowano muzykę z Zachodu, ale strasznie trzeszczało. Rodzice słuchali w nim też Radia Wolna Europa. Nie mogę powiedzieć, że swoją muzykalność kształtowałam na słuchaniu muzyki, może w pewnym stopniu. Największą muzyką była przyroda. Umiłowaniem przyrody zaraziła mnie mama. W dzieciństwie z naszego małego mieszkania wyjeżdżałam z rodzicami na całodniowe wycieczki za miasto. W okolicach Poznania jest mnóstwo pięknych miejsc. Jeździłyśmy do Puszczykowa, nad Jezioro Kierskie, i zwiedziłyśmy wszystkie okoliczne lasy.

Od kiedy stoi pani twardo na ziemi?
Dość wcześnie poczułam, że stoję na niej świadomie, ale nigdy nie przestałam mieć poczucia, że jestem w drodze. To ona jest istotna. Takim znaczącym przebudzeniem był rok 1980, kilka zdarzeń. Pierwszym był wypadek – spadłam z windą w stołecznym hotelu Warszawa. Miałam 23 lata, początek mojej popularności. Dwa dni wcześniej nakręciłam recital telewizyjny. Bardzo chwalono mnie za muzykalność. Polska telewizja chciała mnie wysłać na nauki do Londynu, ale nagle wszystko stało się nieaktualne. Szybko zrozumiałam, że tzw. sukcesy z piękną perspektywą nieoczekiwanie mogą się urwać. To dobra lekcja na początku kariery, bo od razu uczy dystansu i tłumi samozachwyty.

Miałam skomplikowane złamanie nogi. Recital oglądałam już po operacji w szpitalu, trzy tygodnie później. Mój powrót do zdrowia trwał około pół roku. Byłam po drugiej operacji i wciąż leżałam w szpitalu, kiedy umarł na serce mój ojciec, dla mnie wzór pracy i uczciwości. Wtedy stałam się dorosła. No i pojawiła się Solidarność, a wraz z nią nadzieja. To, co się działo, było wzniosłe i budujące. W lipcu 1981 roku graliśmy przez miesiąc z kabaretem Tey Zenona Laskowika w teatrze muzycznym w Gdyni. Na naszych występach pojawiały się znane solidarnościowe nazwiska, które po spektaklu odwiedzały nas za kulisami. Zdawałam sobie sprawę, że uczestniczę we fragmencie historii, dlatego wnikliwie się przyglądałam. To przykre, ale u niektórych z tych osób już wtedy dostrzegłam rodzącą się zawiść. To też mnie czegoś ważnego nauczyło. Że zawiść jest przyczynkiem do mniejszych i większych wojenek. Że ludzie nie umieją żyć skromnie, obrastają w tworzone mity, a w rzeczywistości są małymi nieszczęściami.

Mniej więcej wtedy, na początku lat 80., zdecydowała się pani na karierę solową.
Ha, ha, to raczej kariera zdecydowała się na mnie. Sama do mnie przyszła. Miałam dużo szczęścia, ale i nieskromnie powiem – talentu. Zaczęłam śpiewać muzykę i teksty, którymi mnie obdarowali wybitni twórcy. To były piękne piosenki dla młodej dziewczyny, ale w pewnym momencie dojrzałam do czegoś więcej i tu pojawił się Jonasz Kofta, który pozwolił mi się przeobrazić w artystkę znacznie dojrzalszą. Odtąd zaczęłam stawiać na głębsze treści i ich wiarygodny przekaz. Wiedziałam już, czego nie chcę.

Pani już nie chciała tamtej zalotnej?
Nie, bo z biegiem czasu stawała się coraz bardziej infantylna, a infantylizmu nie znoszę. Udało mi się wywalczyć prawo do scenicznego rozwoju. Ludzie, w tym także młodzi, przychodzą na moje koncerty, chociaż prawie nie ma mnie w mediach. Niektórzy napotkani przechodnie czasem mnie pytają, czy jeszcze śpiewam, a przecież nawet na chwilę nie przestałam, tylko ograniczyłam kontakt z mediami, które, zgodnie z moją filozofią uprawiania tego zawodu, specjalnie do niczego nie były mi potrzebne i raczej mnie męczyły, niż cieszyły. Mimo to publiczność wciąż obdarza mnie entuzjazmem, co znaczy, że chyba swój zawód wykonuję rzetelnie. Zwolennicy czynią mi wielki zaszczyt, odwiedzając mnie na koncertach. Mam dla nich czułość. Jestem wdzięczna. Ale nie traktuję śpiewania jako wielkiej misji, po prostu zapraszam do dialogu. Skoro dostałam od losu muzykalność, wrażliwość na słowo i udało mi się coś zrozumieć, to mam za co dziękować.

Fot. Agata Preyss Fot. Agata Preyss

Kiedy sobie pani uświadomiła, że może liczyć tylko na siebie?
To akurat uświadomiłam sobie dość wcześnie. Wiedziałam, że odpowiadam za całe moje życie. Nigdy nie oczekiwałam od nikogo pomocy. Musiałam sobie radzić. Dlatego nigdy nie rozpaczam z powodu chwilowej zawodowej ciszy. To zawsze świetny czas na tworzenie i głębsze przemyślenia.

Rekompensowała pani córce to, czego sama nie miała?
Córkę też nauczyłam odpowiedzialności za siebie. Nie posiadam wiele, ale do wszystkiego doszłam sama. To wielka wartość w życiu. Dając dziecku za dużo i za wcześnie, robi mu się krzywdę. Bo jaki ma mieć wtedy cel? Kiedy człowiek dorobi się czegoś sam, to szanuje innych, życie i świat.

Przez wiele lat pilnowała pani prywatności córki. A teraz?
Uważam, że to odrębny człowiek i nie mam prawa opowiadać o nim bez jego zgody. Zawsze tak uważałam, nawet jak Agata była małym dzieckiem. Niedawno zapytałam ją jednak, czy mogę coś czasem o niej napomknąć. Odpowiedziała: „Mamo, ja już urosłam, a ty sama masz wyczucie, gdzie jest granica”. Moja córka jest dziś mądrym i głębokim człowiekiem. Ma też wspaniałego synka, mojego ukochanego wnuka.

Jest znaną fotografką. Jak patrzy na mamę przez oko obiektywu?
Bardzo pięknie współpracuje. Potrafi stworzyć taką atmosferę, że osoba fotografowana czuje duży psychiczny komfort, co podczas sesji jest szalenie ważne, bo to dość intymna sytuacja. Kiedy czasami razem pracujemy, mogę rozjaśnić emocjonalnie twarz, zapomnieć o wszystkim, co problemowe, wyciszyć się. Poza tym Agata robi wspaniałe zdjęcia i zawsze w tym szuka piękna. Jak od dawna obserwuję, ludzie lubią z nią obcować zarówno w pracy, jak i w życiu.

Lubi panią na scenie?
Kiedyś powiedziała, że jest ze mnie dumna. To wielki komplement usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Czasem słucha moich nagrań, przy niektórych nawet się wzrusza. Pamiętam, że kiedy ją urodziłam, powiedziałam sobie, że muszę tak śpiewać i dobierać repertuar, żeby moje dziecko nigdy nie musiało się za mnie wstydzić.

Co to znaczy: „Jestem sałatką z twardych jesiennych orzechów”? To z pani wiersza.
Dalej jest tam jeszcze – „i świeżo zielonych listków”. To znaczy, że jestem silna i w drodze do mety, czyli nie stronię od świadomości śmierci. Staram się ją w sobie oswoić. Jednak te listki dopowiadają, że wciąż się czegoś uczę i miewam młodzieńczą nadzieję.

Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania? Że scena mogłaby któregoś dnia się skończyć, widzowie – odmówić uwagi?
Scena tak, bo trochę nią jestem zmęczona, ale twórczość nie, ponieważ to paliwo dla mojej wyobraźni, napęd do spełnionego istnienia. Kocham tworzyć, różne zresztą rzeczy. A gdyby mnie opuścili widzowie, przyjęłabym to z godnością i poszukała innego zajęcia. Nie mam z tym problemu. W życiu jestem gotowa na różne ewentualności. Jestem dość mocno zahartowana.

Walczy pani o publiczność? Gusta się zmieniają, publiczność się zmienia.
Ale mówimy cały czas o tym samym – chcemy coś pięknego przeżyć, coś zrozumieć, kochać, dawać, brać… Rolą artysty jest proponować siebie widzowi, a nie dostosowywać się do jego niekoniecznie trafnych oczekiwań. Prawdziwy artysta nie wychodzi naprzeciw gustom. Raczej pracuje nad kolejnym ciekawym zaskoczeniem. To dużo trudniejsza droga, ale gdy się uda, przynosi znacznie większą satysfakcję. Ja tylko dbam o to, aby nie stawać się artystką przebrzmiałą, żeby być człowiekiem współczesnym.

Współczesnym, czyli jakim?
Takim, który dostrzega to, co dzieje się wokół niego teraz, i który do tego „teraz” ma prawo. Nie uważam, że jak się skończy ileś tam lat, to wypada się powoli wycofywać z wszystkiego. No, chyba że się tego pragnie albo nie ma się nic do powiedzenia. Dopóki jednak mamy siłę i coś sensownego do przekazania, to trzeba to robić.

Czy artysta może nie zauważyć, że przekracza granicę profesjonalizmu?
Tak, to się może zdarzyć, zwłaszcza gdy człowiek traci orientację na swój temat, a w zamglonym lustrze widzi tylko swoje piękne wspomnienie o dawnej sobie. Mam nadzieję, że zgodnie ze słowami piosenki Młynarskiego wyczuję, „kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni”, i odejdę, zanim zacznę wzbudzać litość. Wierzę, że na razie tak się jeszcze nie dzieje…

Zdarza się pani patrzeć na młodych wokalistów i myśleć: „Nie tędy droga”?
Dla każdego, kto długo chce istnieć na scenie, podstawą jest być utalentowanym, pracowitym i innym niż wszyscy. To pozwala rozłożyć karierę na długie lata. Kiedy zaczynałam, stawiało się na robienie waloru z prawdy o sobie. Przykro mi to mówić, ale obecnie najczęściej odnoszę wrażenie, jakbym słuchała wokalistów z tej samej taśmy produkcyjnej. Czasem trudno odróżnić zarówno głosy, jak i wygląd. Prawie każdy kogoś naśladuje, próbuje komuś dorównać, zaśpiewać tak jak jego idol. Czasem mu nawet dorównuje, tylko po co. Szkoda, że tego rzetelnie się nie uczy. Indywidualizm w sztuce to zasada ponadczasowa. Kilka ciekawych, dobrze zapowiadających się młodych osobowości na szczęście jest. Ale na pewno mniej niż w czasach, gdy ja zaczynałam.

Kiedy w 1976 roku zaśpiewała pani „Summertime”, mówiono, że narodziła się polska gwiazda.
Ja też na początku śpiewałam znane kompozycje, ale zawsze to robiłam inaczej, od siebie. Gdy miałam 16 lat, jeden z moich starszych kolegów, muzyk Michał Szóstek, pokazał mi Gershwina, którego prawie nie znałam. Zagrał „Summertime” i od razu się w tym utworze zakochałam. Michał grał, ja śpiewałam tak, jak czułam. Nie znałam innych wersji, więc w głowie nie miałam żadnych porównań. Nie znałam nawet wykonań Elli Fitzgerald ani Janis Joplin. Dlatego z łatwością zbudowałam interpretację własną.

Hanny Banaszak na scenie i w życiu są różne?
Nie przypuszczam, ale nie mnie to oceniać. Staram się zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem. Na scenie próbuję interpretować to, czym inspiruje mnie codzienność, a w życiu – czerpać energię ze scenicznego spełnienia. Specjalnie też nie zmieniam się wizualnie. Nie stosuję masek, staram się przekazywać prawdę.

Jakie wspomnienia, osoby, myśli pojawiają się, kiedy śpiewa pani piosenkę?
Coraz częściej brakuje mi ludzi z mojego świata. Jedni odeszli, inni odchodzą, a reszta, która została, czuje się coraz bardziej osierocona. Czasem śpiewam dla nich, myślę o nich. Odrywam się od dość smutnej rzeczywistości dźwiękami, które im posyłam na scenie.

A gdyby tak uciec światu, zgiełkowi?
Ja już trochę uciekłam. Od lat przecież jestem obok, a nie w mateczniku artystycznych zdarzeń. Sama tak wybrałam i tak mi się podoba. Podążam własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem i nie jest mi z tym źle.

Amerykański poeta William S. Merwin, z którym rozmawiałem dla „Zwierciadła”, napisał w wierszu: „Ostatniego dnia świata chciałbym zasadzić drzewo”. Co zrobiłaby pani ostatniego dnia świata?
Przeprosiłabym za nas, bo drzewo nadziei na lepsze jutro byłoby już zasadzone.

Hanna Banaszak, ur. w 1957 r. Karierę wokalistki rozpoczęła pod koniec lat 70. Teksty i muzykę tworzyli i tworzą dla niej: Wasowski, Przybora, Kofta, Matuszkiewicz, Młynarski, Satanowski, Pawluśkiewicz, Preisner i inni. Nagrała kilkanaście płyt. Od kilku lat swe recitale dopełnia własnymi kompozycjami i tekstami. Wydała tomik wierszy, ma w dorobku trzy wystawy fotograficzne. Uhonorowano ją licznymi nagrodami i wyróżnieniami, m.in.: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i Bursztynowym Słowikiem.

  1. Kultura

Grzegorz Damięcki - aktor "Belfra" i "Watahy" prywatnie

Grzegorz Damięcki zagrał ostatnio główną rolę w serialu „W głębi lasu”. (Fot. Bartosz Krupa/East News)
Grzegorz Damięcki zagrał ostatnio główną rolę w serialu „W głębi lasu”. (Fot. Bartosz Krupa/East News)
Musiałem poczekać na swój czas. Bo kamera jest bezlitosna, prześlizguje się po twarzach bez doświadczenia, twarzach, które nic nie przeszły, a zatrzymuje się na tych, które już coś w życiu widziały – mówi Grzegorz Damięcki. 

Powiedział pan, że bardzo lubi moment, kiedy może wcielić się w rolę kogoś, kim prywatnie nie chciałby pan być. Czy w przypadku prokuratora Kopińskiego, głównego bohatera serialu „W głębi lasu”, też tak było?
Oj, tak! Nie chciałbym przeżywać problemów i dylematów mojego bohatera, kogoś, kto mierzy się ze stratą siostry i czuje się odpowiedzialny za jej śmierć. To, co wydarzyło się w pewnym lesie w jego młodości, nie daje mu spokoju przez całe dorosłe życie. Wciąż próbuje rozwikłać zagadkę sprzed lat i zyskać choćby namiastkę równowagi i spokoju. Wyobrażam sobie, że to musi być straszny ciężar, ale wejście w jego skórę było fascynujące. Zresztą im dłużej uprawiam ten zawód, tym częściej myślę, że jego główną zaletą jest możliwość sprawdzania, co ja bym zrobił w takiej sytuacji. Jeśli ta sytuacja jest skrajna, to podwójnie ciekawe. Uważam, że człowiek z natury nie jest zaprogramowany na bohaterstwo. Więc wcielając się w jakiegoś herosa, przenoszę się do czasów dzieciństwa. Bo w piaskownicy mogłem być, kimkolwiek chciałem.

Czyli zawód aktora daje panu możliwość powiedzenia „sprawdzam” samemu sobie.
Kiedy ma się do czynienia z postacią kontrowersyjną, z jakichś względów głoszącą kontrowersyjne tezy, trzeba postarać się bardziej. Paradoksalnie widz musi ją polubić. Trzeba go omotać. Dać postaci krwiobieg. To się da zrobić (przynajmniej ja tak mam) tylko wtedy, kiedy naprawdę się z tym człowiekiem utożsamię, przepuszczę jego myślenie przez siebie, przez swoją wrażliwość. Wtedy może powstać ktoś, kto do widza przemówi. Trzeba solidnie „użyć” całego siebie, fizycznie i emocjonalnie.

A czy zdarzyło się, że za którymś razem, mówiąc sobie rolą „sprawdzam”, zaskoczył pan siebie, bo czegoś się pan po sobie nie spodziewał?
Długo grywałem bohaterów tylko pozytywnych, romantycznych lekkoduchów. Ale wersja „romantyk” niczego niespodziewanego we mnie nie wyzwoliła. Kiedy z czasem pojawiły się inne propozycje, jak na przykład: „Belfer”, „Szóstka” czy „Nielegalni”, patrzyłem już na świat i zawód z innej perspektywy. Z zaskoczeniem odkryłem w sobie pokłady zła i agresji. Byłem zszokowany tym, do czego się dogrzebałem. Nawet się tego trochę przestraszyłem. Przenoszenie mroków Grzegorza Molendy [bohatera serialu „Belfer”] utrudniało mi funkcjonowanie w domu. Musiałem nauczyć się czegoś zupełnie nowego – porzucać swojego bohatera przed progiem mieszkania…

A jak się pan siebie przestraszył, to co pan dalej z tym nowym sobą zrobił?
Poświęciłem trochę czasu, żeby zrozumieć, co się dzieje. A niełatwo się sobie przyglądać. Nie należę do ludzi patrzących w lustrzane odbicie z zachwytem. Raczej ciągle siebie sabotuję wątpliwościami. I w zasadzie wszystko toczy się w mojej głowie. Przy całym swoim zamknięciu, milczeniu i nieśmiałości jestem dobrym słuchaczem. Z wiekiem coraz lepszym. Widzę też coraz więcej dobrego, ale i złego, w innych i w sobie.

Chyba jest w panu coś z malkontenta...
Czy ja wiem? Mimo wszystko wciąż wierzę w człowieka. Teraz też ufam, że po tym dziwnym czasie będziemy lepsi. Nauczyłem się również składać sobie życie z drobiazgów. Zwykle przepuszczamy je, bagatelizujemy. Czekamy na spektakularne wydarzenia, które na ogół nie następują. Jestem taką mieszanką wierzącego i niedowiarka.

Co pana nauczyło, że nie warto czekać w życiu na fajerwerki?
Długo żyłem pod kloszem. W PWST słyszałem, że czeka mnie błyskawiczna kariera… Nic takiego nie nastąpiło. Chyba długo dojrzewałem. To dojrzewanie przyspieszyło, kiedy zaczęli odchodzić ważni dla mnie ludzie. Osoby drogowskazy. Wcześniej mogłem do nich uciec, ukryć się za ich plecami. Dojrzewanie w moim przypadku to także wszystkie źle odbyte lub niedokończone rozmowy, błędne wybory. To mnie ukształtowało. I odłożyło się na mojej twarzy. Po nieprzespanych nocach, schrypnięty i wściekły przystąpiłem kiedyś do próbnych zdjęć. Nie powiem, że było mi wszystko jedno, ale zwyczajnie nie miałem siły i wiary w sukces. A jednak dostałem tę rolę. Uprawiam zawód pełen paradoksów. Im dłużej zaklinałem telefon, tym uporczywiej milczał. Kiedy odpuściłem, zaczął dzwonić. Kamera zwykle prześlizguje się po twarzach bez doświadczenia, a sprzyja tym, które coś przeżyły, bo one potrafią więcej opowiedzieć.

Agnieszka Grochowska i Grzegorz Damięcki w serialu „W głębi lasu”, najnowszej produkcji Netflixa bazującej na książce Harlana Cobena. (Fot. materiały prasowe/ Krzysztof Wiktor) Agnieszka Grochowska i Grzegorz Damięcki w serialu „W głębi lasu”, najnowszej produkcji Netflixa bazującej na książce Harlana Cobena. (Fot. materiały prasowe/ Krzysztof Wiktor)

Nie tylko młodość ma sens...
W teatrze bez starości młodość pozbawiona jest amunicji. W filmie jest tak samo. Producenci to zrozumieli, bo do polskich ambitnych seriali zaprosili ludzi teatru, filmowców i pisarzy. A ci przynieśli ze sobą nowe spojrzenie, postawili na psychologię postaci, na pracę koncepcyjną, na dialog międzypokoleniowy. Udowodnili, że aktor musi mieć czas. Że nie można stawiać na pośpiech i że mają ambitny, artystyczny cel. Ja się w tym świecie odnalazłem. Bardzo pomogło mi doświadczenie pracy w teatrze, pracy ze starszymi aktorami.

Słychać i czuć, że bardzo lubi pan swoją pracę, ale jednocześnie mówi pan, że nie jest do tego zawodu przyspawany, że wyobraża sobie życie poza aktorstwem.
Nie wyobrażam sobie trwania w zawodzie tylko dla pieniędzy. Zawsze tak było. Jestem artystą. Lepszym, gorszym, ale ciągle artystą. Dopóki będę w sobie czuł głód sztuki, dopóty będę miał poczucie, że robię coś wartościowego. Ale jeśli stwierdzę, że przestałem kochać ten zawód albo on przestał kochać mnie, pójdę sobie.

Dokąd?
Mógłbym być stolarzem. Imponuje mi humanizm tego zawodu. Pracy w stolarni towarzyszy głęboka filozofia. Jest cała masa sposobów na przechowywanie i łączenie drewna. To daje dużo czasu na refleksję i wbrew pozorom wcale nie działa się w hałasie. Sporo ciszy i koncepcyjnego myślenia. Może za 50 lat ktoś powie na przykład: „Jakie mądre krzesło, jaki sprytny taboret”.

Ma pan już jakiś sprytny taboret na swoim koncie?
Z kilku przedmiotów mogę być chyba dumny.

Muzyka jest też bliską panu dziedziną.
Od czasów licealnych zbieram winyle. Stare amerykańskie płyty cudownie pachną skwaśniałą tekturą i ten boski trzeszczący dźwięk. Krążę po małym antykwariacie, włączam Milesa Davisa i patrzę, jak młodzież go odkrywa. Genialne. Taki świat kojarzy mi się ze spokojem i umiarem.

A no właśnie — umiar. Umiaru uczył pana sam mistrz Gustaw Holoubek.
Po szkole teatralnej robiłem w Ateneum zastępstwo, maleńki epizod, jedno zdanie. Przygotowywałem się intensywnie, bo bardzo chciałem zaistnieć. Wyszedłem na scenę i wykonałem coś w stylu „bitwa pod Grunwaldem Matejki”. Po spektaklu wezwał mnie do siebie mistrz Holoubek i powiedział „Synu, zlituj się, na rany Chrystusa”. Zapamiętałem te słowa na całe życie. Pamiętam także o sile kropki, o której mówił pan Gustaw.

Grzegorz Damięcki, aktor filmowy i teatralny. Od 1991 r. gra w warszawskim teatrze Ateneum. Pochodzi z wielopokoleniowej rodziny aktorskiej. Znany m.in. z seriali: „Belfer”, „Szóstka”, „Wataha” czy „Nielegalni”. Właśnie zagrał główną rolę w serialu „W głębi lasu”.

 

  1. Kultura

Richard Gere o jubileuszu "Pretty Woman", medytacji i spotkaniu z Dalajlamą

Richard Gere (fot. East News)
Richard Gere (fot. East News)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W serialu „MotherFatherSon” gra toksycznego rodzica. Prywatnie w kwietniu w wieku 71 lat znów został ojcem i zapewnia, że nie zamierza ingerować w życiowe wybory swoich dzieci. Nam Richard Gere mówi o sile, którą daje mu medytacja zen, o spotkaniach z Dalajlamą, ale też o... jubileuszu „Pretty Woman”. 

W dwóch słowach. Jak byś sam się określił?
Irytujący marzyciel...

Czyli kto?
Facet, który w kinie wciąż szuka czegoś więcej niż jedynie kasowych produkcji. Wierzy w magię filmów, które mogą poruszać, skłaniać do refleksji, ale również wywoływać dyskusję i wpływać na myślenie ludzi, przygotowywać grunt pod zmiany społeczne, dając przykład tego, że jeden człowiek naprawdę może zrobić coś sensownego dla innych.

Zacznijmy więc od magii kina. Mija 30 lat od premiery najsłynniejszej komedii romantycznej wszech czasów "Pretty Woman". Podobno Julia Roberts musiała cię namawiać, byś w tym filmie zagrał. Dlaczego?
Obawiałem się, że już na dobre zostanę zaszufladkowany jako etatowy amant, a wielbicielki nie dadzą mi spokoju. Po „Amerykańskim żigolaku”, w którym wcieliłem się w faceta do towarzystwa, taka opcja, mimo że grywałem już wtedy różne postaci – była bardzo prawdopodobna. Nigdy nie czułem się żadnym symbolem seksu, ale w wywiadach przypinano mi taką etykietkę. Moja żona Alejandra też tego nie rozumie, mówi, że wyglądam tak samo jak faceci, których mija na ulicy... (śmiech!) Poza tym ten film nie wydawał mi się wtedy ważny, nikt nie miał wobec niego wielkich oczekiwań. Pierwotny scenariusz był raczej depresyjny: opowiadał o osobach z dwóch różnych, ale równie okropnych światów. Zamiast happy endu było rozstanie w ciemnej uliczce po wypełnieniu umowy. Brrr! Dopiero gdy scenariusz przejął Disney, historia nabrała znanego dziś bajkowego charakteru. Stała się współczesną wersją Kopciuszka. Ostatecznie zgodziłem się w tym zagrać, bo to chwytający za serce film o nadziei, o tym, że zwycięża miłość, a kasa nie daje szczęścia. To także historia o potrzebie akceptacji i o tym, że można zmienić swoje życie.

A nie przeszkadzało ci, że "Pretty Woman" to opowieść o uprzedmiotowieniu kobiety, o kupieniu jej przez bogatego mężczyznę? Sama Julia Roberts twierdzi, że dziś, w dobie ruchu #MeToo taki film o męskiej dominacji już by nie powstał.  Zapewne tak. Chociaż sądzę, że postać Vivian można interpretować wielorako. Owszem, nie jest kobietą niezależną w sensie materialnym i wybiera wygodne życie u boku bogatego mężczyzny, którego darzy jednak uczuciem. Z drugiej strony jest bohaterką, która osiąga swoje cele, a o to przecież chodziło w emancypacji, by kobieta miała wybór. Vivian robi ze swoją seksualnością to, co chce. Wkracza dzięki temu do innego świata, ale nie jest w nim tylko dekoracją. Bierze z niego to, co dla niej najlepsze. Wybiera ostatecznie miłość, ale nie jest nigdzie powiedziane, że to wyklucza dalszy jej rozwój, inwestowanie w naukę, w siebie. Rozmawiałem o tym z Garym Marshalem, reżyserem filmu, który, niestety, niedawno odszedł, i myślę, że ta historia nie jest wcale taka oczywista.

Kadr z filmu 'Pretty Woman' (fot. BEW PHOTO) Kadr z filmu "Pretty Woman" (fot. BEW PHOTO)

Kiedyś jednak byłeś innego zdania. Czy ta zmiana myślenia ma jakiś związek z buddyzmem zen, którego jesteś wyznawcą i praktykiem?
Chyba coś w tym jest. Rzeczywiście stałem się człowiekiem bardziej świadomym siebie i świata. Zen zakłada odrzucenie różnych uprzedzeń, które towarzyszą nam na co dzień i wpływają na to, w jaki sposób odbieramy rzeczywistość. One po prostu nas ograniczają. Zen podkreśla rolę powrotu do „tu i teraz”. Dlatego nie zagłębiam się w przeszłość ani nie analizuję różnych wersji przyszłości. Skupiam się za to na teraźniejszości i czerpaniu radości ze zdarzeń, które dzieją się w dokładnie tej chwili. Chcąc żyć zgodnie z założeniami zen, kiedy jesz, powinieneś tylko jeść, a nie rozmyślać w tym czasie o tym, co stało się w pracy, czy o tym, co masz zrobić po obiedzie. Gdy zaś idziesz na spacer do lasu, powinieneś zwracać uwagę na przykład na korony drzew, a nie zajmować się pisaniem wiadomości w komórce. Zen odrzuca również tworzenie granic pomiędzy samym sobą a światem zewnętrznym. Chodzi o uzyskanie poczucia jedności z całym wszechświatem i wszystkimi jego elementami. A prowadząca do tego medytacja to rodzaj oczyszczenia umysłu, przyzwolenia na niekontrolowany przepływ myśli, rodzaj relaksu, odstresowania.

No dobrze, a tak konkretnie jak to się przekłada na twoje życie?
Znalazłem spokój, przestałem się szarpać sam ze sobą, zaakceptowałem siebie. Nie gonię za rolami, pieniędzmi, tak zwaną karierą, całym tym celebryckim blichtrem, imprezami, kobietami. Kiedyś czytałem, co o mnie piszą w mediach, i mocno to przeżywałem, porównywałem się z innymi aktorami. Chciałem się wybić, zaistnieć. Dziś już tego nie robię, nie muszę, nie potrzebuję. Żyję wygodnie, ale bez luksusów. Nie potrzebuję drogich, podkreślających status gadżetów. Ani zainteresowania paparazzich. Lubię pobyć sam, w ciszy. Mogę też żyć dłuższy czas bez pracy na planie i nie jest to dla mnie jakąś tragedią. Życie jest ważniejsze od kina! Ciekawsze, prawdziwsze. Ważniejsza od filmów jest moja rodzina, ważniejsze jest praktykowanie zen, ważniejsze są misje humanitarne, w których biorę udział. To nie znaczy, że już nie podoba mi się zawód aktora. Wykonuję go z pokorą, bez nadawania mu zbyt wielkiego znaczenia. Właściwie to jestem zaskoczony, że moja kariera trwa tak długo. Nigdy nie była przemyślana, niczego nie kalkulowałem. Jestem farciarzem, bo udało mi się pracować ze znakomitymi reżyserami, aktorami i scenarzystami.

Życiowy minimalizm i ograniczenia, które propaguje buddyzm, nijak się mają do stylu życia w Hollywood. Nie czułeś rozdwojenia? 
Medytować i włączać świadomość można wszędzie. I w Hollywood, i na pustyni. Na pewno jeśli chodzi o drobne, praktyczne strony życia, to jest to pewien problem. Takie na przykład komary...

Słucham?
Komary – czasem nieźle potrafią człowiekowi dokuczyć. Buddyzm naucza szacunku dla każdej formy życia. Tak więc nie powinniśmy komarów zabijać. Staram się oczywiście tego przestrzegać, ale nie jestem też masochistą. (śmiech!) Jakiś dziennikarz zarzucił mi kiedyś, że nie żyję w ubóstwie i mam dochodową restaurację, chociaż sam jestem wegetarianinem. Ale przecież to nie stan posiadania jest najważniejszy, tylko cel, na który wydajemy nasze uczciwie zapracowane pieniądze, i sposób, w jaki żyjemy. Założyłem fundację „The Gere Foundation”, która walczy o wyzwolenie Tybetu spod chińskiej okupacji, ale zajmuje się także międzynarodowymi misjami humanitarnymi. Podczas kryzysu w Kosowie w 1999 roku odwiedziłem uciekinierów w Macedonii, w ubiegłym roku wsparłem organizację charytatywną „Open Arms”, która uratowała przeszło 170 imigrantów na Morzu Śródziemnym. Angażuję się także w działalność organizacji „Survival International”, wspierającej ginące plemiona Ameryki i Afryki w walce o ich prawo do zachowania odrębnej kultury. Dzięki temu mam poczucie, że robię coś wartościowego. Ale i dzięki kinu mogę robić coś dobrego dla innych. Na przykład zgodziłem się zagrać bezdomnego w filmie „Poza czasem” po to, by zapewnić praktyczną pomoc osobom w takim samym położeniu, w jakim znalazł się mój bohater. W rozmowach z brytyjskim dystrybutorem powiedziałem, że zależy mi, aby ten film pomógł lokalnym grupom bezdomnych. Kiedy go kręciliśmy, bardzo głęboko odczułem, jak to jest żyć na marginesie społeczeństwa, jak to jest być niewidocznym dla innych. Bezdomność może spotkać każdego. Dlatego trzeba troszczyć się o drugiego człowieka, patrzeć sobie w oczy, słuchać i być wysłuchanym. Bardzo szanuję papieża Franciszka za jego działania na rzecz ubogich. Podobnie jak Dalajlama ma serce pełne współczucia i nie wyróżnia siebie na tle reszty świata.

Podobno dobrze znasz Dalajlamę. Nie zdziwił się, czego hollywoodzki aktor szuka u niego?
On wie, że ludzie przyjeżdżają do niego po to, by pomógł im uwolnić swoją świadomość od cierpienia. Jego Świątobliwość zaskoczony był jedynie tym, że jako aktor, który chce uwiarygodnić swoich bohaterów w złości czy smutku, muszę najpierw jako osoba prywatna uwierzyć w ten smutek czy gniew. Nie zapomnę momentu, gdy mu o tym powiedziałem. Długo i przenikliwie patrzył mi w oczy, po czym wybuchnął niepohamowanym śmiechem. Dopiero później zrozumiałem, że kiedy gram w filmie, który odnosi się do jakiegoś fragmentu rzeczywistości, to tak naprawdę jest ona niczym innym, jak funkcją mojego własnego umysłu. Na jednym z seminariów z Dalajlamą omawialiśmy sytuację, kiedy postrzegamy dane zdarzenie w sposób czysty, czyli bez jakichkolwiek projekcji czy udziału pamięci. To jest bardzo krótki moment skupienia na chwili, który powinniśmy w sobie trenować i rozwijać. Kiedy do akcji wkracza mózg, zaczyna wszystko oceniać w granicach tego, co jest mu już znane.

Ostatnio często grywasz ojców. W "Kolacji", którą widziałam w Berlinie, oraz w serialu BCC First "MotherFatherSon" nie najlepiej radzisz sobie jednak z rodzicielstwem. W tym ostatnim grasz bohatera, którego wyśrubowane oczekiwania wobec syna, wrażliwego chłopaka o skłonnościach autodestrukcyjnych, doprowadzają do dramatu. Ciekawi mnie, jakim ty sam jesteś ojcem. Masz już 20-letnia syna Homera, a ostatnio znów zostałeś szczęśliwym tatą.
Jestem późnym ojcem. Homer przyszedł na świat, gdy skończyłem 50 lat. Z moją ówczesną żoną nazwaliśmy go Homer James Jigme, co po tybetańsku oznacza „nieustraszony”. To jednak ja sam siebie powinienem tak nazwać, bo nie zdawałem sobie sprawy z tego, co mnie czeka. Teraz znów doświadczam stanu bycia ojcem dla mojego 2-letniego synka Aleksandra i właśnie narodzonego drugiego maleństwa. No i razem z Alejandrą wychowujemy także jej 7-letniego synka z poprzedniego związku.

Kadr z serialu 'MotherFatherSon' (fot. materiały prasowe) Kadr z serialu "MotherFatherSon" (fot. materiały prasowe)

Masz jakieś plany wobec swoich synów?
Między Homerem, który ma dziś 20 lat i jest dorosły, a moimi młodszymi chłopcami, jest 18 i 20 lat różnicy. Prawie całe pokolenie. Kiedy Homer się urodził, byłem młodszy i bardziej skupiony na pracy. Poświęcałem mu więc mniej czasu. I bardzo tego żałuję. Wiem, że już tego błędu nie popełnię. Na pewno też nie popadnę w nadopiekuńczość. Chcę być blisko nich, zwłaszcza teraz, kiedy są mali, i pomagać mojej żonie Alejandrze w ich wychowywaniu. Wiem, że przyjdzie czas, kiedy wyfruną z gniazda, a wcześniej zmierzą się z okresem buntu, kwestionowania różnych autorytetów, z moim włącznie. Jestem na to przygotowany. Na pewno nie będę im niczego narzucać, bo nie uważam, że wychowujemy dzieci dla siebie, a dla świata. Będziemy się z żoną starali wyposażyć ich w jakiś system wartości, który jest nam bliski, ale wskazać także alternatywy. To, co z tego zaakceptują i przejmą, będzie już zależało od nich. Chciałbym tylko, by czuli, że mogą na nas liczyć w każdej sytuacji, także wtedy gdy postawią na inne wartości. Cieszyłbym się, gdyby wyrośli na ludzi tolerancyjnych, otwartych na innych i żyjących w zgodzie z naturą. Reszta: rodzaj szkół, wybór zawodu, partnera, wykształcenie – to już ich sprawa i ich życie. Nie wymagam, by byli tak jak ja aktorami, buddystami ani aktywistami jak moja żona Alejandra. To tylko jedna z alternatyw, jeden z wielu pomysłów na życie. Ich mogą być zupełnie inne i uszanuję je.

Nowe małżeństwo sprawiło, że stałeś się bardzo rodzinnym człowiekiem...
Tak, znalazłem spokój u boku Alejandry, ale wybacz, nie będę o tym opowiadał. Chcę, by nasze życie prywatne było prywatne. Myślę, że moje wcześniejsze związki nie przetrwały także dlatego, że nie potrafiłem oddzielać spraw osobistych od tego, co pojawiało się w mediach. Życie na świeczniku zniszczyło, niestety, wiele całkiem dobrze rokujących relacji.

Twoje dzieci zapewne pochłaniają cię bez reszty. Do tego potrzebna jest dobra forma. Jak udaje ci się ją utrzymać?
Uwielbiam się starzeć. Mój tata ma 95 lat i wciąż bardzo sprawny umysł. Fizycznie jest trochę wolniejszy, ale wciąż się porusza samodzielnie. Dążę do tego rodzaju długowieczności. Czuję, że wciąż, mimo siedemdziesiątki na karku, mam niezłą kondycję umysłową i fizyczną. Do tego jestem wegetarianinem. No i moi synowie nieustannie dodają mi energii.

Masz jeszcze czas i warunki, żeby medytować?
Każdy oddech otwiera nową możliwość. Tak, medytuję codziennie i tobie też to polecam. Ciągłość codziennej praktyki jest czymś, czego bardzo potrzebuję. Stało się to moim nawykiem. Jest to praktyka cierpliwości i pełnego kontaktu ze swoim umysłem. Większość z nas nie doświadcza tego stanu. Żyjemy dość powierzchownie. A ja nie chcę, by moje życie przeciekało mi przez palce. Czuję, że mam jeszcze sporo przed sobą...