1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Maja Ostaszewska: Staram się mieć do siebie dystans

Maja Ostaszewska: Staram się mieć do siebie dystans

Maja Ostaszewska w sesji dla Zwierciadła (fot. Agnieszka Kulesza & Łukasz Pik / Complete Artists)
Maja Ostaszewska w sesji dla Zwierciadła (fot. Agnieszka Kulesza & Łukasz Pik / Complete Artists)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Choć często obsadza się ją w rolach kobiet pozornie słabych, daje im siłę, jasność i autoironię. Ma swój wyraźny, niezależny głos. Połączyć podzielone? Uważa, że to misja możliwa.

 

W serialu „Diagnoza” grasz kobietę, która straciła pamięć. Jak się przygotowujesz do takiej roli?
Miałam dużo spotkań z neuropsychologiem, sporo czytałam o emocjonalności takich osób. W pierwszym sezonie jest scena, w której ktoś nagle pokazuje mojej bohaterce zdjęcia dzieci, być może jej dzieci. Ona nic nie czuje. Ma totalne poczucie winy. Ludzie bez pamięci czują ogromny stres. Chcą wiedzieć, kim są, ale boją się tej wiedzy. Zachowują się irracjonalnie. Są łagodni, wzbudzają empatię i nagle wybuchają. Pojawiają się im projekcje. Anna, którą gram, dowiaduje się, że jest neurochirurgiem. Miałam ciekawe lekcje z konsultantami medycznymi. Na planie nie mamy dublerów, wszystko robimy sami. Oglądamy przebiegi prawdziwych operacji. Nauczyłam się kilku szwów chirurgicznych, jak operować narzędziami. Lubię role wymagające szczególnych przygotowań.

Jesteś dociekliwa?
Taką mam osobowość. Lubię się dobierać do postaci, nawet wejść odważnie w niewygodę. Lubię postaci złożone. Wyruszam z nimi w podróż. Chcę wiedzieć jak najwięcej.

Z Harper z „Aniołów w Ameryce” w spektaklu Krzysztofa Warlikowskiego wyruszasz nawet w przestrzeń kosmiczną. Lubisz tę postać?
Uwielbiam. Jest nieszczęśliwa, ma męża kryptogeja, który nie poświęca jej uwagi, jest uzależniona od leków, ale jest też marzycielką. W mroku zawsze odnajdzie coś jasnego. Warlikowski często obsadza mnie w rolach kobiet niby-wykolejonych, niby-przegranych, ale widzących trochę więcej, umiejących dotknąć tajemnicy, mających w sobie światło. Tak było z Trudą w „Krumie”, Kordelią w „Opowieściach afrykańskich według Szekspira”, Odettą we „Francuzach”. Krzysztof ma genialną intuicję. Jego spektakle powstają bardzo długo, ale kiedy startujemy z premierą, poruszany temat jest jednym z najbardziej palących w Polsce czy w Europie. „(A)pollonia” ciągle jest porażająco aktualna. Kiedy zaczynaliśmy próby „Francuzów” wg Prousta, nie mogliśmy wiedzieć, jak silne będą lęki o rozpadającą się Europę, wartości, do których jesteśmy przywiązani. Na całym świecie widzowie są przejęci, płaczą. W kwietniu zaczynamy próby do „Pakujemy manatki” Hanocha Levina: pogrzeby, tematyka trumienna i wszyscy myślą o wyjeździe… Ale Warlikowski ma też dystans, ironię. Sama lubię się śmiać nawet w trudnych sytuacjach. Staram się mieć do siebie dystans. Moje bohaterki też go chyba mają.

A lubisz siebie zaskakiwać?
Żeby aktorstwo było świeże, musimy szukać nowego, dawać się zaskakiwać. Mam szczęście do reżyserów, którzy tak pracują. U Krystiana Lupy, mojego mistrza, proces twórczy zawsze zaczynał się od improwizacji. W moim ukochanym filmie „Body/Ciało” Małgorzaty Szumowskiej sekwencje terapeutyczne były w dużej mierze improwizowane. Zrobiłam kurs psychodramy, by wiarygodnie pozorować sesje terapeutyczne dziewczyn. Nie były aktorkami. Małgośka fenomenalnie pracuje z amatorami. Prowadzi ich jak w dokumencie, jakby ich podglądała. Musiałam wykreować silną, charakterystyczną bohaterkę i nie zagrywać się przy tych całkowicie naturalnych dziewczynach. Nazwałabym to aktorstwem przezroczystym: bardziej jesteś, niż grasz.

To twój najważniejszy film?
Jakoś mi najbliższy. Ważnym doświadczeniem był „Katyń”. Wychowałam się na filmach Andrzeja Wajdy. „Panny z Wilka” oglądałam parędziesiąt razy. W Katyniu został zamordowany mój pradziadek, a bohaterka, którą grałam, miała historię podobną do mojej prababci. Nie uwierzyła, że jej mąż został zabity, została sama z córką. Tak jak moja bohaterka pojechała szukać go pod granicę. Ale trudno porównywać „Body/Ciało” i „Katyń”. Każdy film wnosi coś nowego do mojego życia. Każdy jest nauką. Bardzo świadomie decyduję, w jakie projekty wchodzę. Nie chcę odcinać kuponów, powtarzać się. Potrzebuję wyzwań, poczucia, że się rozwijam.

Maja Ostaszewska w sesji dla Zwierciadła (fot. Agnieszka Kulesza & Łukasz Pik / Complete Artists) Maja Ostaszewska w sesji dla Zwierciadła (fot. Agnieszka Kulesza & Łukasz Pik / Complete Artists)

Pierwszym reżyserem, z którym spotkałaś się na planie, był Steven Spielberg…
Zdałam egzamin do szkoły teatralnej, a po miesiącu trafiłam na casting do „Listy Schindlera”. Sporo studentów zagrało wtedy u Spielberga i wszyscy mamy go w CV [śmieje się]. Jest uroczym człowiekiem, szanującym każdego niezależnie od trudności zadania. Miałam scenę z Benem Kingsleyem, moim idolem. Kiedy miałam 12 lat, ojciec zabrał mnie na „Gandhiego”. Grając, Kingsley zlał się z postacią Gandhiego. Właśnie był, a nie grał. Taki rodzaj aktorstwa pokochałam. Gandhi do dziś pozostał dla mnie idealnym bohaterem walki o wolność i niezależność. Odważnej, konsekwentnej, ale całkowicie pozbawionej agresji. Myślę o nim dzisiaj, w obliczu podziałów, jakie są w Polsce i na świecie, głębokiego kryzysu wartości. Już nie możemy tylko milczeć, zamykać się w swoich światach. Słyszę często od kolegów, że wypowiadają się poprzez swoją twórczość, to wystarczy. Ja czuję, że już nie. Bycie osobą publiczną to rodzaj przywileju i odpowiedzialności. Dlatego tak bardzo angażuję się w sprawy społeczne, obywatelskie, działam charytatywnie. Uważam, że powinnam mówić.

Popularność to misja?
Przez lata słowo „misja” kojarzyło mi się z kabotyństwem, dziś rozumiem je jako świadomość środków, którymi dysponujemy. Możemy docierać do ludzi, starać się otwierać ich serca. Artyści powinni mieć wrażliwość na drugiego człowieka, na niesprawiedliwość, sprzeciw wobec okrucieństwa, rosnącej fali nacjonalizmu, ksenofobii. Paradoksalnie ludzie chętniej słuchają nas niż specjalistów. Od 20 lat współpracuję z fundacjami walczącymi z niehumanitarnym traktowaniem zwierząt. Angażowałam się w walkę przeciwko potwornemu traktowaniu zwierząt w chowie przemysłowym, ubojowi bez ogłuszania, w kampanie antyfutrzarskie. Wielokrotnie  współpracowałam z prof. Andrzejem Elżanowskim, który wnosi swoją wiedzę, a ja wiem, jak ją przekazać, by zwrócić uwagę na problem.

Kiedy ujęłaś się za kimś po raz pierwszy?
To we mnie było od zawsze. Pewnie dlatego, że sama doświadczyłam agresji i nietolerancji ze strony dzieci. Nie chodziłam na religię. Trochę inaczej wyglądałam. Straszyły mnie piekłem, księdzem, duchami. Wszystkie dzieci wywołują duchy i myśmy też to robili. Okazało się, że duch „nie chce odejść”. Dzieci uznały, że to moja wina, bo jestem niechrzczona. Okropnie mnie straszyły. Również z powodu inności zrzuciły mnie ze schodów, miałam pęknięty łokieć, złamany nos. Miałam 11 lat. Rodzice zawsze dużo ze mną rozmawiali. Dlatego, odkąd pamiętam, jestem wyczulona na nietolerancję. Musimy z nią walczyć poprzez rozmowę, uświadamianie, edukację. Kiedy ojciec [Jacek Ostaszewski, muzyk, współzałożyciel grupy Osjan] rozpoczął współpracę z Ośrodkiem Badań Twórczości Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu, a w Karkonoszach, w Przesiece, powstawał ośrodek buddyjski, wynieśliśmy się tam razem z rodzinami wielu przyjaciół. Kwitło cudowne życie towarzyskie, wędrowało się od domu do domu. Trzymaliśmy się razem. Artyści, nauczyciele buddyjscy, mnisi. Odwiedzali nas barwni ludzie z całego świata. Chodziliśmy ubrani kolorowo. Ludzie nie rozumieli naszej inności, może się jej bali.

Jeździłaś z ojcem na koncerty?
Tak. Kiedyś zabrał nas do Jarocina. Podekscytowani w ogóle nie chcieliśmy spać, a koncert był strasznie późno. Siedzieliśmy z rodzeństwem za sceną i… zasnęliśmy w trakcie koncertu. Mój brat Kuba, który jest muzykiem, kompozytorem, więcej jeździł z ojcem na Jazz Jamboree. Ja jeździłam na warsztaty, które ojciec prowadził. Przyjeżdżali na nie aktorzy z całego świata. Mogłam ich podglądać. W Przesiece mieszkaliśmy trzy lata.

A twój rodzinny Kraków?
Oglądałam spektakle Kantora, wszystko, co działo się w Starym Teatrze. Odkąd pamiętam, rodzice zabierali mnie do filharmonii. Oglądałam filmy Herzoga, Bergmana. W liceum chodziłam ubrana na czarno, czytałam Dostojewskiego, Baudelaire’a, Lautréamonta. Byłam dość egzaltowana. Kiedy zdałam do szkoły, wydawało mi się, że od razu będę grała Nastazję Filipowną. A kazano mi wykonywać banalne ćwiczenia: pokazać, jak się pije kawę, albo skakać jak małpa po gałęzi. To było rozczarowujące i strasznie mnie denerwowało. Irytowałam część tradycyjnych profesorów. Byłam dość pyskata, miałam własny, mocno ukształtowany jak na młodą osobę gust. Odrzucałam propozycje rozwiązań aktorskich, w które nie wierzyłam. Przez pierwszy rok byłam na wylocie. Dzisiaj wiem, że to była świetna szkoła, że to umiejętność – w pełnym szacunku dla człowieka, z którym się nie zgadzam – przeprowadzić zadanie tak, by nie mieć poczucia zdrady samej siebie. A poza tym, już po buddyjsku, dobrze z pewnej pychy zejść niżej i wrócić do tych pierwszych, podstawowych kroków. W szkole fantastycznie prowadzili mnie ukochani profesorowie: Ania Dymna, Jan Peszek, Olga Szwajgier, no i Krystian Lupa. Pozwolili zrozumieć, że aktor musi dać sobie przyzwolenie na błąd, kompromitację, nawet porażkę. Choć długo się tego uczyłam. Dzisiaj nie czuję potrzeby spełniania oczekiwań wszystkich, „oto nasza ukochana wymagająca artystka”… Kiedy coś takiego do mnie dociera, robię coś na przekór. Na przykład wchodzę w jakiś projekt komercyjny. Musimy ciągle wybijać się ze strefy komfortu. Poszukiwać.

Całą krakowską grupą przyjechaliście do Warszawy. Z Grzegorzem Jarzyną współtworzyliście TR Warszawa, odmieniając oblicze teatru. Teraz jesteś w zespole Nowego Teatru Krzysztofa Warlikowskiego. Same indywidualności. Łatwo być w takiej grupie?
Jestem bardzo szczęśliwa, że jestem w tym zespole. To moi przyjaciele, jesteśmy ze sobą blisko. Kiedy nie mamy prób czy wyjazdów, potrafimy całymi tygodniami siebie nie widzieć. Ale możemy na siebie liczyć, bo łączą nas pewne wartości, zarówno te artystyczne, jak i społeczne. Świat nas obchodzi. Są w tym zespole koledzy, którzy wspaniale się wypowiadają: Magda Cielecka, Maciej Stuhr, Andrzej Chyra, Jacek Poniedziałek. Magda Popławska angażuje się w sprawy zwierząt. To dla mnie ważne, bo jednak nie całe środowisko rozumie, że powinno się zabierać głos. Gdybyśmy wszyscy zaczęli głośno mówić, coś by się zmieniło. Mój ukochany autor, John Maxwell Coetzee, pisze o programowej ignorancji. Można by zrozumieć, że nie wiedziałeś. Ale nie, że nie chcesz wiedzieć, kiedy temat leży na stole.

Zawsze ci się chce? Masz siłę?
Wiele zawdzięczam moim dzieciom. One mnie motywują. W tych jasnych główkach, w ich postrzeganiu świata w pozytywnych barwach jest nadzieja. Bardzo wierzę w najmłodsze pokolenie. Kiedy jestem załamana, rozmawiam ze swoimi dziećmi. Prof. Paweł Machcewicz kilka lat temu zaprosił mnie do współpracy z Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku. Nagrałam film promujący przyszłą ekspozycję, po czym audioprzewodnik po wystawie. Chciałam dobrze poznać muzeum. Jeździłam tam wiele razy. Kiedyś zabrałam dzieci. Zrozumiały, że wojna to coś najstraszniejszego i trzeba zrobić wszystko, aby do niej nie doprowadzić. Zrozumiały, chociaż nie pokazałam wszystkiego, bo nie są jeszcze gotowe np. na tematy związane z Holokaustem czy Wielkim Głodem na Ukrainie. Obejrzały część ekspozycji o narodowym socjalizmie i faszyzmie. Na koniec usłyszałam: „Mamo, przecież ten nacjonalizm, ten faszyzm jest strasznie głupi, kompletnie bez sensu…”. To proste, cudowne dziecięce zdanie pokazało, że one zupełnie nie rozumieją takich motywacji. Tak jak nie rozumieją ksenofobii, homofobii. Uczą się w szkole polsko-francuskiej. Od początku doświadczają wielokulturowego świata. Oby szybko rosły. Najważniejsze, by rozmawiać. Często zbyt wiele energii skupiamy na tym, co złe, co kto haniebnego powiedział, tłuczemy to w mediach społecznościowych. Tracimy czas na spór.

To co robić?
Marek Edelman mówił, że jak jest źle, należy skupić się na zrobieniu czegoś dobrego, nawet małego, krok po kroku. Nie odpowiadajmy agresją na agresję. Zachowajmy jasność. Kiedy pod Teatrem Powszechnym były protesty Obozu Narodowo-Radykalnego (o którego delegalizację ciągle apeluję) przeciwko spektaklowi „Klątwa”, spędziłam tam trochę czasu. Któregoś razu przyjechała ich młodzieżówka. Zobaczyłam bardzo młode dziewczyny i chłopaków, poprzebieranych. Zobaczyłam w ich oczach zaciętość, która wynikała z zagubienia, niewiedzy. Protestowali, nawet nie bardzo wiedząc przeciwko czemu, bo nikt z nich nie widział spektaklu. Mają potrzebę wspólnoty, potrzebują idei. Są przestraszeni, niepewni. Potrzebują wykreować wroga, żeby móc się zjednoczyć w grupie. Zastanawiałam się, dlaczego nie znaleźli dla siebie innego miejsca. Może nikt ich nie porwał? Nie zaproponował nic innego, żeby poczuli się bezpiecznie? Pomyślałam, że lepiej byłoby z tą młodzieżą pogadać niż mówić, jacy są okropni, bezmyślni. Zamiast wykpić, lepiej spróbować zrozumieć.

Chciałabyś zszywać społeczeństwo? Tak jak się nauczyłaś zszywać rany?
Tak, chociaż to niełatwy czas. Bliska jest mi buddyjska idea pracy nad sobą dla dobra innych. Inaczej świata nie zmienimy. Musimy być zawsze otwarci na dialog, konsekwentni. Mieć otwarte oczy na wszystko, co podłe, niegodziwe, ale nie możemy stawać się sfrustrowani. Musimy zarażać pozytywną energią. Potrzebne są czułość, wzruszenie, umiejętność dostrzeżenia piękna. Czasem wystarczy pójść na spacer i zobaczyć, jak jest pięknie. Wróciłam teraz z Dolomitów, gdzie byłam z rodziną. Symbolicznie znalazłam się ponad problemami, ponad smogiem, w którym się dusimy. Znów poczułam przestrzeń. Oddech. Miałam chwilę dla siebie i ludzi, których kocham. Doładowałam baterie i wróciłam „gotowa na wszystko”…

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Znamy 20 tytułów nominowanych do Nagrody Literackiej Nike

Finał tegorocznej edycji konkursu o Nagrodę Literacką Nike odbędzie się 3. października. (Ilustracja: FB @Nagroda Literacka Nike)
Finał tegorocznej edycji konkursu o Nagrodę Literacką Nike odbędzie się 3. października. (Ilustracja: FB @Nagroda Literacka Nike)
Ogłoszono listę 20 nominowanych książek do Nagrody Literackiej Nike 2021. Jakie tytuły w tym roku mają szansę zdobyć polski odpowiednik literackiego Nobla?

Nagroda Literacka Nike to nagroda za książkę roku. Przyznawana jest corocznie, od 1997 roku, za najlepszą książkę roku poprzedniego, a jej pierwszym laureatem był Wiesław Myśliwski. Celem nagrody jest promocja literatury polskiej, ze szczególnym zwróceniem uwagi na powieść, choć w konkursie startować mogą wszystkie gatunki literackie (w tym autobiografie, eseje, pamiętniki) i humanistyka o wybitnych wartościach literackich.

Podstawowym warunkiem udziału w konkursie jest samodzielne autorstwo książki oraz wydanie książki w roku minionym. Zwycięzca otrzymuje nagrodę pieniężną w wysokości 100 tys. złotych i statuetkę zaprojektowaną przez Gustawa Zemłę. Wśród laureatów poprzednich edycji byli między innymi: Czesław Miłosz, Tadeusz Różewicz, Jerzy Pilch, Dorota Masłowska, Olga Tokarczuk i Mariusz Szczygieł. Natomiast w zeszłym roku, wyborem jury, laureatem nagrody został Radek Rak za książkę „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, a Nagrodę Nike Czytelników dostała Joanna Gierak-Onoszko, za reportaż „27 śmierci Toby'ego Obeda”.

Nagroda Literacka Nike 2021 - nominacje

W czwartek, 10 czerwca, na łamach tradycyjnego i cyfrowego wydania "Gazeta Wyborcza" przedstawiła nominacje do Literackiej Nagrody Nike 2021. W jubileuszowej, 25. edycji konkursu, o nagrodę powalczą książki:

  • „Panny z Wesela” Monika Śliwińska
  • „Kajś” Zbigniew Rokita
  • Zastrzał albo trochę” Robert Pucek
  • Podwójne wahadło” Jacek Podsiadło
  • „Najlepsze miasto świata” Grzegorz Piątek
  • Sztuka bycia niepotrzebnym” Edward Pasewicz
  • Bezmatek” Mira Marcinów
  • Książka o śmieciach” Stanisław Łubieński
  • Bestiariusz nowohucki” Elżbieta Łapczyńska
  • Lajla znaczy noc” Aleksandra Lipczak
  • Ludowa historia Polski” Adam Leszczyński
  • Tab_s” Justyna Kulikowska
  • Długie spacery nad Olzą” Jerzy Kronhold
  • Odmieńcza rewolucja” Joanna Krakowska
  • Skrywane” Michał Komar
  • Strażnicy fatum” Bożena Keff
  • Halny” Igor Jarek
  • „Zaświaty” Krzysztof Fedorowicz
  • Pomarli” Waldemar Bawołek
  • „Fuerte” Kasper Bajon

Wyboru dokonało jury, w którym w tym roku zasiedli: Teresa Bogucka, Przemysław Czapliński, Maryla Hopfinger, Inga Iwasiów, Dariusz Kosiński, Iwona Kurz, Tadeusz Nyczek, Magdalena Piekara i Szymon Rudnicki.

Finał tegorocznej edycji konkursu odbędzie się 3. października, natomiast listę siedmiu finalistów poznamy na początku września. Decyzję o przyznaniu nagrody jury podejmuje w dniu jej ogłoszenia i wręczenia. Jej fundatorami są „Gazeta Wyborcza” i Fundacja Agory.

  1. Kultura

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” – nowa wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” - to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość będzie można podziwiać niebawem na wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość była prezentowana na najważniejszych europejskich wystawach i doceniania przez krytyków sztuki z wielu krajów. Także dziś obrazy i fascynujące losy malarki wzbudzają duże zainteresowanie publiczności, a wiele dzieł Bilińskiej trafiło do kanonu polskiej sztuki. Jednak całokształt twórczości i biografia artystki wciąż czekają na opracowanie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)

Celem wystawy jest prezentacja możliwie najszerszego wyboru prac malarskich i rysunkowych Bilińskiej (w tym dzieł do tej pory nieznanych), pochodzących z polskich i zagranicznych muzeów oraz kolekcji prywatnych. Głównym wątkiem wystawy będzie artystyczna kariera Bilińskiej, wiodąca od pierwszych prób malarskich w Warszawie poprzez naukę w paryskiej Académie Julian ku udziałowi w międzynarodowych wystawach sztuki.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)

Prezentacja będzie poruszać zagadnienia natury artystycznej, takie jak akademizm w twórczości Bilińskiej, portret jako preferowany przez nią temat malarski czy technika pastelu, w której wypowiadała się równie często jak w malarstwie olejnym. Inne kwestie, które zamierzamy podjąć, to samoświadomość artystki i jej widzenie pozycji twórcy w świecie, wyrażające się m.in. w kreowaniu własnego wizerunku w autoportretach.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Niezwykle interesujące są również wątki biograficzne: pokonywanie przez malarkę materialnych i osobistych trudności na drodze do zawodowego sukcesu czy jej relacje towarzyskie i uczuciowe. Twórczości Bilińskiej nie sposób przedstawić bez zarysowania ograniczeń, jakich w XIX wieku doświadczały kobiety w ramach instytucji sztuki i kształcenia artystycznego oraz ze względu na normy i oczekiwania społeczne.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Ta znakomita malarka i jednocześnie silna kobieta może być interesującą postacią. Kobieta, która zmagała się z przeciwnościami losu (w niedługich odstępach czasu zmarł ojciec artystki, jej przyjaciółka i narzeczony), poważna choroba serca i w rezultacie przedwczesna śmierć uniemożliwiła realizację jej marzenia – planowała otworzyć w Warszawie szkołę malarstwa dla kobiet, wzorowaną na uczelniach paryskich. Bilińska obsypana za życia nagrodami, zapomniana po śmierci, ostatnio cieszy się coraz większym zainteresowaniem. W dobie coraz intensywniejszych badań nad twórczością kobiet artystek końca XIX wieku malarka jawi się jako jedna z najlepszych reprezentantek pokolenia artystek wychodzących z zapomnienia.

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893”, Muzeum Narodowe w Warszawie, 25 czerwca – 10 października 2021