1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Małgorzata Foremniak: "Najważniejsze jest życie w zgodzie ze sobą, nie pod czyjeś dyktando"

Małgorzata Foremniak: "Najważniejsze jest życie w zgodzie ze sobą, nie pod czyjeś dyktando"

Małgorzata Foremniak w sesji dla Zwierciadła (fot. Weronika Kosińska)
Małgorzata Foremniak w sesji dla Zwierciadła (fot. Weronika Kosińska)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Od lat na topie, mimo że nie pozuje na ściankach, nie wrzuca zdjęć na Facebooka, ba – nawet nie ma tam prywatnego konta. – Chcę być królową swojego życia – śmieje się Małgorzata Foremniak. A już na poważnie dodaje: – Dla mnie najważniejsze jest życie w zgodzie ze sobą, a nie pod czyjeś dyktando.

Małgorzatę Foremniak nazwano kiedyś polską Michelle Pfeiffer. Jest równie piękna co utalentowana. Nie zdobyła co prawda Złotego Globu, ale może dlatego, że do Kalifornii miała daleko.

Urodziła się w Radomiu, wychowała nieopodal, w małym miasteczku Jedlińsku. Po studiach aktorskich w Łodzi wróciła do Radomia. Mieszkała tam i pracowała w miejscowym Teatrze im. Jana Kochanowskiego do 1992 roku. W tym czasie wyszła za mąż, urodziła córkę Olę, ale jej pierwsze małżeństwo wkrótce się rozpadło.

– Gdy Ola miała trzy latka, postanowiłam wyjechać z rodzinnego miasta do Warszawy, wynająć mieszkanie, znaleźć pracę, czyli zacząć wszystko od nowa – wspominała w wywiadzie dla „Zwierciadła” w 2007 roku.

Znalazła pracę w teatrze Kwadrat, gdzie grała – m.in. u boku Jana Kobuszewskiego, Wojciecha Pokory i Stanisławy Celińskiej – do 1999 roku. Występowała też w Teatrze Telewizji, filmach (zadebiutowała w „In flagranti” Wojciecha Biedronia). Ale największą popularność przyniosły jej role w serialach: „Bank nie z tej ziemi”, „Radio Romans”, „Matki, żony i kochanki”, „Tajemnica Sagali”, a przede wszystkim „Na dobre i na złe”. Dzięki roli ciepłej, wrażliwej i czułej doktor Zosi na długie lata wkradła się w serca widzów. Wielką popularność przyniósł jej także udział w drugiej edycji „Tańca z gwiazdami” w TVN (w 2005 roku). Tańczyła w parze z Rafałem Maserakiem, doszli do finału, zajęli drugie miejsce. Show oglądało wtedy pół Polski. Ludzie żyli ich romansem, na początku domniemanym, bo para wszystkiemu zaprzeczała. Paparazzi nie odstępowali ich na krok, nie dawali żyć, nawet po wyjściu z ukrycia. Związek nie przetrwał, a jego zakończenie było burzliwe.

Od 2008 roku Małgorzata Foremniak jest jurorką kolejnego show „Mam talent” i nadal ma swoich zagorzałych fanów. Dowodem jej popularności są cztery Telekamery, zaproszenie do odciśnięcia dłoni na Promenadzie Gwiazd w Międzyzdrojach, reprezentowanie Polski w sztafecie niosącej ogień olimpijski, bycie twarzą marek kosmetycznych i odzieżowych. Jednak popularność miała także gorzki smak. Przez kilka lat nękał ją stalker. Udało mu się wkraść w jej życie prywatne i namieszać w zawodowym. Przypłaciła to depresją. Sprawa skończyła się w sądzie.

Ma za sobą i inne trudne doświadczenia: dwa rozwody, śmierć byłych mężów – pierwszy, ojciec Oli, zginął w wypadku samochodowym, drugi, Waldemar Dziki, zmarł po ciężkiej chorobie w 2016 roku. Kilka lat temu odeszli też jej ukochani rodzice.

Wrażliwa na krzywdę innych, szczególnie dzieci. Przed laty w szpitalu, w którym znalazła się jej kilkuletnia wówczas córka, poznała dziewczynkę z domu dziecka. Tak przejęła się jej losem, że postanowiła wziąć ją na wychowanie. A kiedy dowiedziała się, że dziewczynka ma brata, wzięła też jego. Razem z Waldemarem Dzikim byli ich rodzicami zastępczymi. Dzisiaj Milena i Patryk są już dorośli.

Od lat Małgorzata Foremniak udziela się charytatywnie w Fundacji Spełnionych Marzeń. Była ambasadorką UNICEF.

Krytyka doceniła jej rolę w filmach „Zmruż oczy” Andrzeja Jakimowskiego i „Czerwony Pająk” Marcina Koszałki. Ona sama ceni także te w „Avalon”, „Bożych skrawkach”, „Pitbullu”, „Jabłku”. Jest też aktorką teatralną. Gra w spektaklach „Imię” w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza i „Być jak Elizabeth Taylor” w reżyserii Jakuba Przebindowskiego. Ale ta najważniejsza rola, na miarę jej urody i talentu, jeszcze przed nią.

 

Jak reagujesz na rewelacje na swój temat w plotkarskiej prasie i na portalach internetowych?
W ogóle nie reaguję, bo wiem, że nie daję powodu do ich tworzenia. Rzadko bywam na środowiskowych imprezach, chodzę tylko na wybrane premiery filmowe, teatralne, wystawy. Plotkarskie media nie za bardzo mają o czym pisać, więc wymyślają jakieś historyjki.

Ostatnio huczało o twoim romansie z Pawłem Delągiem. W każdej plotce jest ziarenko prawdy...
…w tej nie ma nawet pół ziarenka.

To skąd się wzięła?
Pewnie stąd, że gramy razem w sztuce „Być jak Elizabeth Taylor”. Ja – Elizabeth Taylor, Paweł – Richarda Burtona. Burzliwy związek. Spektakl obfituje w skrajne emocje: gorące namiętności, ale i kłótnie, dochodzi nawet do rękoczynów. Widocznie gramy na tyle wiarygodnie, że robi się z nas parę na życie [śmiech].

Plotki są wyznacznikiem popularności. Niektórzy artyści sami je kreują.
Taki widocznie jest ich wybór i pomysł na podsycanie zainteresowania swoją osobą. Dla mnie natomiast najciekawszym sposobem jest autentyczność, bycie prawdziwym. Uważam, że tym można zdobyć aprobatę i zaufanie widza.

Popularność w zawodzie aktora nie jest ważna?
Jest ważna, ale to nie znaczy, że trzeba pojawiać się wszędzie. Nie zabiegałam o popularność. Przyszła wraz z moimi rolami. Widzowie zapamiętali mnie i polubili. Wciąż odbieram tego dowody. Popularność jest przyjemnym uczuciem. Spotyka się dużo fajnych ludzi, przeżywa ciekawe sytuacje, ma się więcej możliwości doświadczania świata. Zaczyna być dotkliwa wtedy, gdy przekracza granice prywatności. Kiedy rozpoczynałam pracę, nie funkcjonowała cała ta maszyneria internetowa, nie przeliczało się popularności na liczbę kliknięć. Teraz obecność w Internecie i reklama to naczynia połączone. Bycie wszędzie w mediach przynosi różne konsekwencje. Można nad tym nie panować.

Ty panujesz?
Mam agenta. Nie mam prywatnego Facebooka ani Twittera. Nie czuję potrzeby informowania ludzi o moim życiu, robienia sobie zdjęć i wrzucania ich do sieci. Wiem, że dla niektórych takie zachowanie oznacza zawodowe samobójstwo, bo dzisiaj uważa się, że jeżeli artysty nie ma w mediach społecznościowych, to nie istnieje. Dlatego powinien się dostosować, bo inaczej zginie. A to nieprawda. Nie opisuję w Internecie każdego dnia, a mimo to żyję i pracuję. Wolę taką wersję siebie. I nie jestem w tym wyjątkiem.

Może gdybyś była bardziej obecna, dostawałabyś więcej propozycji pracy?
Nie narzekam, mam pracę. Medialną obecność staram się balansować. „Wyskakiwanie z lodówki” może przynieść niekiedy więcej szkody niż pożytku. Wszystko zależy od tego, kto jaki obiera kierunek w tym zawodzie i jak chce się w nim spełniać. Ja szukam ciekawych wyzwań. A czasem graniem chcę się pobawić.

Jesteś jedną z najbardziej lubianych aktorek. Co robisz, żeby zaskarbić sobie sympatię widzów?
Nic szczególnego. Miałam dużo szczęścia. Trafiły mi się role w serialach i filmach, które widzowie polubili i które odniosły sukces. Poza tym, a może przede wszystkim, nie staram się być kimś innym, niż jestem. Jestem taka sama zarówno prywatnie, jak i wtedy gdy udzielam się medialnie. Zbytnie zajmowanie się tym, aby inni mnie lubili, byłoby niewspółmierne do czasu, jaki zabrałabym sobie, by przeżywać własne życie, skupiając się na jego istocie. Pracuję najlepiej, jak umiem, i na tym się koncentruję.

A jak radzisz sobie z nieustanną oceną, której podlegasz jako aktorka?
Nie wierzę, że można zupełnie się tym nie przejmować. Podobnie jak tym, że raz mamy pracę, a innym razem długo na nią czekamy. Aktor, który mało gra, czuje się gorszy. A to, czy dostajemy pracę, zależy przecież od wielu czynników. I nie zawsze jest tak, że ci, którzy dużo grają, są najlepsi. To piękny, ale i okrutny zawód. Znam przyjemność bycia na fali i gorzki smak tego, że ktoś w ciebie nie wierzy. Jeśli nie ma się poczucia własnej wartości, można się podłamać.

Małgorzata Foremniak w sesji dla Zwierciadła (fot. Weronika Kosińska) Małgorzata Foremniak w sesji dla Zwierciadła (fot. Weronika Kosińska)

Jesteś silna? Bo wydajesz się delikatna i wrażliwa.
Gdybym nie była silna, to w tym zawodzie bym nie przetrwała. Delikatna tak, ale nie krucha. Czasem jestem wręcz nadwrażliwa. Życie z taką cechą nie zawsze bywa komfortowe, ale nie zamieniłabym swojej cienkiej skóry na grubszą. Wrażliwość pozwala mi wnikliwiej doświadczać otaczającego świata. Potrafię się częściej nim zachwycać. To bardzo dla mnie cenne.

Powiedziałaś jakiś czas temu, że nie chcesz już być samarytanką. Udało się?
Kiedyś uważałam, że pomaganie to moje przeznaczenie, że po to się urodziłam, żeby służyć innym. No a potem się okazało, że moja duchowa morfologia jest w tragicznym stanie [śmiech]. W relacjach z ludźmi musi być wymiana, a nie jednostronne dawanie.

Co masz na myśli?
Każdy z nas żyje w jakiejś małej grupie, mikrospołeczności. Mijamy się w pracy, poza nią. Warto siebie wzajemnie zauważać. Tak zwyczajnie. Tak po prostu. Sprawiać sobie przyjemności, być życzliwym w drobnych rzeczach, gestach, w dobrych słowach. One nic nie kosztują, a dużo wnoszą, rozjaśniają dzień. Nie być tylko biorcą, ale umieć się odwzajemniać, okazywać sobie wdzięczność.

Od jakiegoś czasu jesteś sama. Bycie singielką to wybór czy konieczność?
A co to znaczy być singielką?

No jak to co! Żyć w pojedynkę, bez partnera.
Nie mam partnera, ale nie jestem sama. Po moich raz bardziej, raz mniej udanych związkach przyszedł czas, by stworzyć ten najważniejszy związek – samej ze sobą. To proces, a raczej umiejętność, która wymaga czasu. Na początku to niekomfortowe, trudne, ale potem przychodzą spokój i przyjemność przebywania we własnym towarzystwie. Nie zakładam jednak, że będę sama. Nawet nie mam takiego zamiaru. Mam czym podzielić się z drugą osobą i jestem otwarta na historię, jaką ktoś inny wniósłby do mojego życia. Po prostu nie pojawił się jeszcze ten Jaś, dla którego Małgosi zabiłoby szybciej serce [śmiech].

Jak myślisz, dlaczego tak trudno znaleźć dzisiaj prawdziwą miłość mimo tak wielu ułatwień w kontaktach międzyludzkich?
Trudno znaleźć prawdziwą miłość, bo być może sami nie jesteśmy nią prawdziwie wypełnieni. Karmimy się substytutami, jak choćby tymi „ułatwieniami w kontaktach międzyludzkich”. Czy elektroniczna wymiana zdań i obrazków tworzy prawdziwe więzi między ludźmi? Jak można poczuć drugiego człowieka, skoro nie patrzymy mu w oczy, nie czujemy jego energii? Jak odczytamy w nim rozterkę, zagubienie, wątpliwości, skoro nie widzimy mowy jego ciała? Jak możemy podzielić się z nim radością, zachwytem, pięknem, jeśli nie możemy dotknąć jego ręki? Życie to przeżywanie, a nie opisywanie. Chowamy się za opisem, na własną zresztą zgubę.

Małgorzata Foremniak w sesji dla Zwierciadła (fot. Weronika Kosińska) Małgorzata Foremniak w sesji dla Zwierciadła (fot. Weronika Kosińska)

Gdzie, jeśli nie w miłości, szukać napędu do życia? W pracy?
Miłość i praca dają kopa. Jeśli nie ma miłości, uciekamy w pracę, jeśli nie ma pracy, miłość kuleje. A jeśli szwankuje jedno i drugie albo brak obu? Wtedy często nakładamy maski i udajemy, że jest fajnie. Zastanawiam się, dlaczego cokolwiek musi być napędem do życia. A może życie jest napędem samo w sobie? Może właśnie te szczegóły, niepozorne skrawki codzienności, są prawdziwym imperatywem do życia? Bo często to właśnie ta codzienność podtrzymuje nas, scala, gdy niespodziewanie runą nasze życiowe koncepcje. Jeśli nawet wszystko stracimy, zawsze mamy siebie i tę chwilę, w której właśnie jesteśmy. A z dwóch składników można już coś „ugotować”. Przeczytałam kiedyś zdanie: „Zapisz swoje myśli w ciągu dnia, a dowiesz się, kim naprawdę jesteś”. Zaparłam się i notowałam dwa dni, wykonując codzienne obowiązki.

I czego się dowiedziałaś?
Że mało jestem obecna w chwili, która się wydarza, bo albo analizuję to, co już się zdarzyło, albo kark mam spięty tym, czy się wyrobię. I te ciągłe przebąkiwania o braku tego, braku śmego. Aż trudno było mi uwierzyć, co ta moja głowa produkuje. To bardzo trzeźwiące doświadczenie.

Co ci dało?
Postanowienie, że skupiam się na jednej czynności w danej chwili, jestem w niej całą sobą i robię to tak, żeby znaleźć w tym zadowolenie. Proste i działa.

Interesowałaś się zawsze rozwojem duchowym, pracowałaś nad sobą. Czy ta wiedza się sprawdziła, czy może w zderzeniu z rzeczywistością przyniosła rozczarowanie?
Zawsze interesowała mnie podróż w głąb człowieka, czym jest nasze serce, a czym umysł, co takiego powoduje, że jesteśmy szczęśliwi albo nie. Czytam, zapisuję. Zadaję sobie pytania i szukam na nie odpowiedzi. To niekończący się proces. Nie ma mowy o rozczarowaniu. Poznaję mechanizm działania samej siebie. Bo chcę być królową swojego życia [śmiech]. Dzięki temu, że jestem teraz sama, mam czas, żeby się sobie poprzyglądać. Kiedy byłam w związkach, zajmowałam się relacją, partnerem, a siebie przesuwałam na dalszy plan. A teraz mam na to przestrzeń.

Ale praca nad sobą to nie sielanka.
Oj, nie. Jak odkryje się jedną warstwę, to spod niej wyłania się kolejna. Jest co robić. Ale warto się potrudzić, bo można dokonać wielu odkryć.

Co takiego odkryłaś?
Że w życiu trzeba nauczyć się odpuszczać. Kurczowe trzymanie się naszych założeń sprawia, że jesteśmy coraz bardziej sztywni, a przez to mało szczęśliwi. Że warto marzyć, ale też mieć świadomość, że przyszłość tworzy się tylko z chwili teraźniejszej. Że jeżeli jesteśmy zbyt pochłonięci tym, co widzi nasze oko i czego oczekuje świat zewnętrzny, stajemy się niewolnikami naszych potrzeb lub świata i sami tworzymy źródła swoich niepowodzeń czy niezadowolenia. I żeby coś zmienić, trzeba się obudzić. Ja właśnie się budzę i wiem, że to właściwy kierunek.

Jak ten stan osiągnąć?
Nie piłuj wiórów – jest takie powiedzenie. Wióry to przeszłość, już z nimi nic nie zrobisz. Rzeźbić możesz tylko w drewnie. Ale zanim zaczniesz to robić, weź je w dłonie, poczuj jego ciężar, zapach, kształt i podziękuj, że je masz. To jest życie tu i teraz. Myślę, że ważna jest świadoma selekcja rzeczy – czy to, czym się otaczamy, nas wzbogaca, czy nas przytłacza. To moje sposoby na przebudzenie, ale każdy pisze swoją własną książkę.

Twoim sposobem jest także to, że się zatrzymałaś?
O tak. Zatrzymałam się, żeby więcej zobaczyć. Wcześniej dużo się w moim życiu działo i zawodowo, i prywatnie. Byłam nieustannie w ferworze spraw, oczekiwań swoich i innych ludzi. Potem to się zmieniło. Miałam dużo mniej pracy, a nawet jej brakowało, co na początku było dość frustrujące. Ale właśnie wtedy, gdy na tym moim poletku mało się działo, dużo się we mnie zmieniało. Zaczęłam dopuszczać do głosu swoje słabości, małości, pogmatwane myśli, zaczęłam spokojnie nazywać je po imieniu, akceptować i odpuszczać. To był ważny czas, zmienił perspektywę patrzenia na siebie i innych. Wniósł więcej tolerancji i zrozumienia.

Możesz to wyjaśnić na przykładzie?
Rozmawiam z gościem, który jest sfrustrowany, uszczypliwy, a nawet złośliwy. Coraz bardziej mnie irytuje i mam ochotę odpowiedzieć mu dosadnie. Biorę oddech, a potem myślę sobie: „Mój Boże, człowieku, co za piekiełko nosisz w sobie, że tak ci się ulewa”. I mi odpuszcza. Albo moje spóźnianie się. Wiesz, jak mnie to stresuje, kiedy się staram wyrobić na czas i zazwyczaj wychodzi tak samo. Odkąd pamiętam, miałam z tym problem. Też sobie odpuściłam. Jakieś wady trzeba mieć.

Dzisiaj spóźniłaś się tylko 15 minut, a ostatnio 30.
No widzisz, jaka zmiana [śmiech].

A może ta i inne zmiany w twoim życiu wynikają z tego, że masz swoje lata?
No fakt, trochę się nazbierało. Jak pomyślę, ile mam lat, to mnie ogarnia śmiech. Ja w drugiej połowie życia? Jak? Gdzie? Jak szybko to zleciało! No, ale przecież nic nie da się zrobić [śmiech]. Na początku każdego roku obieram sobie za motto jakieś słowo, zdanie. W tym roku to „tylko dzisiaj”. Chcę być obecna w każdej minucie każdego dnia przez cały rok.

Małgorzata Foremniak w sesji dla Zwierciadła (fot. Weronika Kosińska) Małgorzata Foremniak w sesji dla Zwierciadła (fot. Weronika Kosińska)

Nie jesteś do końca sama, masz dorosłą córkę. Dzielisz się z nią swoimi przemyśleniami?
Rozmawiamy o wszystkim otwarcie jak dwie kobiety, dojrzała i wchodząca w życie. Ola jest psychologiem, ja mam doświadczenie. Wymieniamy się przemyśleniami, dyskutujemy, ona bierze ode mnie, ja od niej. To coś fantastycznego! Jako młoda dziewczyna nie rozmawiałam tak z mamą, to były inne czasy i inne wychowanie. Myślę, że gdybym rozmawiała, być może dokonałabym w życiu innych wyborów. Moja droga do siebie jest przez to dłuższa niż Oli, ale cel mamy ten sam: przeżyć jak najpełniej swoje życie.

Jak wyobrażasz sobie siebie za dziesięć lat?
Mieszkam na wsi, zbieram zioła, hoduję kozy, robię sery, czytam, piszę, mam dużo czasu dla siebie. No i, oczywiście, gram w teatrze. Jestem szczęśliwą babcią, bo mam nadzieję, że nią zostanę [śmiech].

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Musical "Waitress" – premiera w Teatrze Muzycznym ROMA

Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Fot. materiały prasowe Teatru Muzycznego ROMA
Broadwayowski musical „Waitress” opowiadający o kobiecie, która próbuje wyrwać się z nieudanego małżeństwa, zadebiutuje dziś na deskach Teatru Muzycznego ROMA. Wzruszająca i zabawna opowieść spotkała się z uznaniem publiczności i krytyków na całym świecie. Czy równie ciepło zostanie przyjęta przez polskich widzów?

Premiera musicalu „Waitress” odbyła się na nowojorskim Broadwayu w 2016 roku. Muzykę i teksty piosenek napisała Sara Bareilles, a libretto przygotowała Jessie Nelson (w oparciu o film według scenariusza i w reżyserii Adrienne Shelly). Spektakl przedstawia historię kobiety, która próbuje wyrwać się z toksycznego małżeństwa, odzyskać wolność i możliwość samodzielnego decydowania o własnym losie. Jej historia pokazuje, że „odchodzenie” to bardzo złożony proces, a istotną rolą odgrywają w nim przyjaciele, zapewniający kobiecie wsparcie.

Musical jest bardzo współczesny, nie tylko jeśli chodzi o fantastyczną muzykę, charakterystykę postaci i znakomicie poprowadzoną fabułę, ale także o nadrzędną tematykę. Bo oprócz tego, co dzieje się pomiędzy bohaterami na poziomie zwykłych wydarzeń, jest to spektakl o roli kobiet w dzisiejszym świecie, o ich emancypacji, która cały czas trwa – i o tym, że mają same prawo do decydowania o sobie. Te sprawy są cały czas aktualne, bo, niestety, ciągle nieoczywiste.

Autorki i realizatorki doskonale wiedziały, o czym robią spektakl – bo libretto, muzykę i teksty piosenek napisały dwie kobiety, a kolejne spektakl wyreżyserowały i zrobiły do niego choreografię. Inscenizacja, wydobywając te poważne kwestie, nie skupia się jednak tylko i wyłącznie na nich. Musical koncentruje się na konkretnych postaciach, bo tylko opowiadanie fabuły przez pryzmat indywidualnych doświadczeń ma sens i sprawia, że widz może sam odnieść się do tego, co widzi na scenie.

– Nie chcemy moralizować, osądzać wyborów bohaterów. Niech widzowie dokonają tych ocen sami, jeśli mają na to ochotę. Warto jednak najpierw spojrzeć w głąb własnego „ja” – i dopiero potem oceniać innych. To też jest ważne przesłanie „Waitress”. W tym musicalu sprawy układają się dokładnie tak jak w życiu: chwile złe przeplatają się dobrymi, a uśmiech z momentami załamania. Ale to wszystko do czegoś prowadzi. Jak śpiewa główna bohaterka: „momenty złe zyskują sens, gdy kończą się przemianą”. Właściwie nie oglądamy na scenie bohaterów idealnych, bez skazy. Dlatego historia, którą opowiadamy jest taka prawdziwa – mówi reżyser Wojciech Kępczyński.

Polska premiera musicalu „Waitress” już dziś w Teatrze Muzycznym ROMA.

  1. Kultura

Kino noir – zestawienie najlepszych filmów

„Asfaltowa dżungla” w reżyserii Johna Hustona to jeden z najważniejszych filmów noir. W roli Angeli Phinlay wystąpiła znakomita Marilyn Monroe. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)
„Asfaltowa dżungla” w reżyserii Johna Hustona to jeden z najważniejszych filmów noir. W roli Angeli Phinlay wystąpiła znakomita Marilyn Monroe. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)
"Wielki sen" z Humphreyem Bogartem, "Gilda" z Ritą Hayworth, "As w potrzasku" z Kirkiem Douglasem, czy "Proszę nie pukać" z Marilyn Monroe to kultowe filmy, które zna prawie każdy. Reprezentują one tzw. kino noir - gatunek, w którym królują czarno-białe kadry, najczęstszym tematem jest zbrodnia, a głównym bohaterem prywatny detektyw z piękną kobietą u swego boku. Zapraszamy na nasz przegląd najlepszych filmów noir.

Kino noir to popularny w latach 40. i 50. XX wieku gatunek w kinie amerykańskim, którego powstanie ściśle wiązało się z atmosferą pesymizmu i niepokoju, jaka zapanowała w Stanach Zjednoczonych wraz z wybuchem II wojny światowej. Sam termin wywodzi się natomiast z francuskiego filmoznawstwa, a po raz pierwszy użyty został w 1946 roku przez krytyka Nino Franka. Historie tzw. „czarnej serii” opierano głównie na klasycznych amerykańskich powieściach kryminalnych. Najczęściej pokazywały one niewyjaśnione zbrodnie, jednak bez moralizowania, happy endów i jasnego podziału na dobro i zło. Głównymi bohaterami zwykle byli prywatni detektywi, przeciętniacy przypadkowo wplątani w świat przestępczy oraz tzw. kobiety fatalne, czyli femme fatale. Najczęściej wybieraną lokacją było natomiast miasto, którego mroczny klimat uzyskiwano za sprawą charakterystycznych środków wizualnych: wyrazistych cieni, mocnych kontrastów i agresywnego montażu.

Najbardziej znanym aktorem kina noir był Humphrey Bogart. Wykształcił on charakterystyczny typ męskiego bohatera – prywatnego detektywa lub przestępcy, cynicznego ironisty i zatroskanego twardziela w prochowcu i z papierosem. Wraz ze swoją żoną Lauren Bacall, która partnerowała mu m.in. w „Wielkim śnie” oraz „Mrocznym przejściu” tworzyli najpopularniejszą parę kina noir, podobnie jak Adrian Ladd oraz Veronica Lake („Pistolet do wynajęcia”, „Błękitna dalia”). Ikoną gatunku stała się również Rita Hayworth („Gilda”, „Dama z Szanghaju”) oraz Jane Greer, kultowa odtwórczyni ról kobiet fatalnych. Innymi znaczącymi aktorami kina noir byli też m.in. James Cagney, Richard Conte, Richard Widmark oraz Robert Mitchum. Do najpopularniejszych filmów noir możemy zaliczyć:

„Sokół maltański” (1941)

Pierwszym w historii filmem noir był „Sokół maltański” w reżyserii debiutującego wówczas Johna Hustona. Grupa podejrzanych osobników nie cofnie się przed niczym, aby zdobyć drogocenny skarb - wysadzoną klejnotami statuetkę sokoła. Detektyw Sam Spade (w tej roli znakomity Humphrey Bogart) za wszelka cenę pragnie dowiedzieć się, dlaczego tak bardzo zależy im na jej zdobyciu - i kto stoi za zamordowaniem jego partnera. W pozostałych rolach wystąpili m.in. Jerome Cowan, Mary Astor oraz nominowany do Oscara Sydney Greenstreet.

Kadr z filmu „Sokół maltański”. (Fot.  Film Stills/Forum)Kadr z filmu „Sokół maltański”. (Fot. Film Stills/Forum)

„Gilda” (1946)

„Gilda” Charlesa Vidora to jeden z najsłynniejszych filmów w dorobku aktorskim Rity Hayworth. Jego akcja toczy się w Buenos Aires, a głównym bohaterem jest nałogowy hazardzista Johnny Farrell (Glenn Ford), który zatrudnia się w jednym z tamtejszych kasyn. Wszystko komplikuje się, gdy żona przełożonego, piękna Gilda, okazuje się być dawną kochanką Johnny'ego. Produkcję krytykowano za prowincjonalność, utrwalanie szkodliwych stereotypów, a nawet przesadne epatowanie seksualnością Hayworth. Mimo to, film odniósł wielki sukces, a dziś zaliczany jest do klasyki amerykańskiego kina.

Kadr z filmu „Gilda”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Gilda”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Wielki sen” (1946)

Filmowa ekranizacja powieści Raymonda Chandlera „Wielki sen” to klasyk nie tylko kina noir, ale również kina detektywistycznego. Tytuł został dodany do National Film Registry, a także znajduje się na liście arcydzieł magazynu „Empire”. Prywatny detektyw Philip Marlowe zostaje wynajęty przez generała Sternwooda, aby rozwikłać sprawę szantażowania jego córki Carmen, która popadła w długi u księgarza Arthura Geigera. Na pozór rutynowa sprawa prowadzi bohatera do mrocznego półświatka Los Angeles pełnego gangsterów, morderców i zepsutych bogaczy. W rolach głównych wystąpili wspomniani wcześniej Humphrey Bogart i Lauren Bacall.

Kadr z filmu „Wielki sen”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Wielki sen”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„Pocałunek śmierci” (1947)

„Pocałunek śmierci” Henry’ego Hathawaya to kolejny klasyczny obraz kina noir. Po nieudanym napadzie na jubilera złodziej zostaje schwytany i odmawia wydania swoich wspólników. Bohater zmienia jednak zdanie, gdy dowiaduje się, że jego żona popełniła samobójstwo. Film był również bardzo udanym debiutem aktorskim Richarda Widmarka, który za drugoplanową rolę psychopatycznego zabójcy otrzymał Złoty Glob oraz nominację do Oscara. Krytycy byli zgodni: aktor stworzył „błyskotliwą kreację, która utrwaliła jego image na wiele lat”.

Kadr z filmu „Pocałunek śmierci”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Pocałunek śmierci”. (Fot. BEW Photo)

„Dama z Szanghaju” (1947)

Kultowa „Dama z Szanghaju” z Orsonem Wellesem po obu stronach kamery opowiada historię marynarza Mike'a O'Hary, który dołącza do rejsu z państwem Bannister, a tym samym zostaje wplątany w morderczą intrygę. Film zaczyna się, gdy Elsa Bannister (Rita Hayworth) zostaje napadnięta przez młodych złodziejaszków podczas spaceru w parku. Gdy pomocy udziela jej Mike, ta proponuje mu, aby zaciągnął się na jacht jej męża. Problem w tym, że na pokładzie przebywa także detektyw Sidney Broome i Grisby, który proponuje O'Harze 5000 dolców za sfingowanie własnej śmierci...

Kadr z filmu „Dama z Szanghaju”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Dama z Szanghaju”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Asfaltowa dżungla” (1950)

Gangsterski klasyk kina noir „Asfaltowa dżungla” polecali niegdyś w kultowym cyklu „Perły z lamusa” Tomasz Raczek i Zygmunt Kałużyński - to chyba najlepsza rekomendacja. Pewien złodziej po wyjściu z więzienia decyduje się na ostatni skok w swej karierze, chcąc ukraść dużą ilość drogocennej biżuterii. W tym celu opracowuje perfekcyjny plan i kompletuje ekipę mającą dokonać rabunku. Jego wspólnicy to kierowca, włamywacz i zabójca, a całe „przedsięwzięcie” ma sfinansować pewien adwokat-bankrut. Wkrótce gangsterzy wpadają jednak w poważne tarapaty. Film wyróżniono m.in. nagrodą na Festiwalu w Wenecji i 4 nominacjami do Oscara.

Kadr z filmu „Asfaltowa dżungla”. (Fot. Mondadori Collection/Universal Images Group/Forum)Kadr z filmu „Asfaltowa dżungla”. (Fot. Mondadori Collection/Universal Images Group/Forum)

”Bulwar zachodzącego słońca” (1950)

Zawierający elementy dramatu, horroru i komedii „Bulwar zachodzącego słońca” Billy'ego Wildera to prawdziwa klasyka gatunku. Film przedstawia historię wygasłej gwiazdy kina niemego, która próbując wrócić na ekran, wiąże się z młodym scenarzystą. Gdy mężczyzna postanawia zakończyć związek, kobieta popada w szaleństwo. Strzela do ukochanego, a moment przybycia policji wykorzystuje jako okazję do swego ostatniego aktorskiego występu. Dogłębnie penetrujący świat show biznesu obraz spodobał się nie tylko widzom, ale również krytyce, o czym najlepiej świadczy 11 nominacji do Oscara oraz 3 statuetki.

Kadr z filmu „Bulwar zachodzącego słońca”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Bulwar zachodzącego słońca”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„Nieznajomi z pociągu” (1951)

Oparty na powieści Patricii Highsmith film „Nieznajomi z pociągu” to wciągająca historia, która wgniecie was w fotel. Podczas podróży pociągiem główni bohaterowie, Guy Haines (Farley Granger) i Bruno Anthony (Robert Walker), rozmawiają o pomyśle na zbrodnię doskonałą: jeden zabija wskazaną przez swego wspólnika ofiarę, po czym drugi rewanżuje się podobnie, dzięki czemu nie sposób powiązać zamordowanych ze sprawcami. Po chwili zawierają umowę: żona Guya „w zamian” za ojca Brunona. Film wyreżyserował i wyprodukował mistrz suspensu Alfred Hitchcock.

Kadr z filmu „Nieznajomi z pociągu”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Nieznajomi z pociągu”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„As w potrzasku” (1951)

Fabuła filmu „As w potrzasku” z legendą kina Kirkiem Douglasem w roli głównej powstała na podstawie dwóch autentycznych wydarzeń. Głównym bohaterem jest tu arogancki reporter, który zostaje zatrudniony w niewielkiej redakcji. Kiedy dowiaduje się o wypadku wewnątrz pobliskiej kopalni, postanawia wykorzystać go do własnych celów. Wyreżyserowany, wyprodukowany i napisany przez Billy'ego Wildera obraz zapewnia widzom całą gamę emocji, trzymając w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. W pozostałych rolach wystąpili m.in. Jan Sterling, Robert Arthur, Porter Hall i Frank Cady.

Kadr z filmu „As w potrzasku”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)Kadr z filmu „As w potrzasku”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)

„Proszę nie pukać” (1952)

Dramat „Proszę nie pukać” oparty na powieści Charlotte Armstrong przedstawia historię Nell Forbes, która po nieudanej próbie samobójczej trafia do szpitala psychiatrycznego. Niedługo po jego opuszczeniu zostaje zatrudniona jako opiekunka do dziecka przez bogate małżeństwo. Rodzina nie zna jednak przeszłości kobiety, która początkowo nie wzbudza niepokoju swoim zachowaniem, lecz w pewnym momencie zaczyna zagrażać nie tylko sobie, ale też swojej podopiecznej. W rolę Nell wcieliła się Marilyn Monroe - była to pierwsza dramatyczna, i zarazem pierwszoplanowa kreacja aktorki.

Kadr z filmu „Proszę nie pukać”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Proszę nie pukać”. (Fot. BEW Photo)

  1. Retro

Peggy Guggenheim - najsłynniejsza kolekcjonerka sztuki

Peggy Guggenheim w obiektywie Idy Kar, 1952-1953. (Fot. NationalPortraitGalleryLondon/National Portrait Gallery/Forum)
Peggy Guggenheim w obiektywie Idy Kar, 1952-1953. (Fot. NationalPortraitGalleryLondon/National Portrait Gallery/Forum)
W wieku sześćdziesięciu kilku lat opalała się nago na tarasie swojego weneckiego pałacu ku zgorszeniu mieszkańców budynków przy Canale Grande. A kiedy ze sforą tybetańskich terierów i w dziwnych przeciwsłonecznych okularach wychodziła na ulicę, turyści kierowali w nią obiektywy aparatów. Szeptali: „To ona! To Peggy Guggenheim!”.

Była Amerykanką, ale większą część życia spędziła w Europie. Od lat 50. przez jej Palazzo Venier dei Leoni w Wenecji przewijały się tłumy (otwierała pałac dla zwiedzających trzy razy w tygodniu). Ludzie przyjeżdżali zobaczyć słynne obrazy surrealistów, kubistów, ekspresjonistów. W swoim czasie zbiory Peggy należały do najbardziej spójnych kolekcji sztuki współczesnej otwartych dla publiczności. Dzisiaj są cennym nabytkiem fundacji jej wuja Solomona R. Guggenheima. Tej samej, dla której Frank Lloyd Wright zaprojektował słynne nowojorskie Muzeum Guggenheima, a Frank Gehry – hiszpański oddział muzeum w Bilbao.

Współczesny nowojorski marszand Lawrence B. Salander tak podsumował życie Peggy: „Nie sugerujcie się tym, jak wyglądała, z kim spała, jak się ubierała, lecz tym, co uczyniła w swoim zawodzie, którym było kolekcjonowanie i promowanie sztuki nowoczesnej. Gdybym osiągnął połowę tego co ona, uznałbym swoje życie za twórczo spełnione”.

Marmur, poroża i herbatka

Przyszła na świat 26 sierpnia 1898 roku jako druga z trzech córek Florette i Benjamina Guggenheimów. Jej rodzina mieszkała przy Central Parku, w jednej z najlepszych dzielnic Nowego Jorku. Tuż obok swój dom miała m.in. wdowa po 18. prezydencie USA Ulyssesie S. Grancie i klan Rockefellerów.

Rezydencja Guggenheimów w niczym nie ustępowała innym w tej dzielnicy. Dom mieścił w sobie wszystko, co w ówczesnym czasie uchodziło za przejaw luksusu: przeszklone drzwi, szklaną kopułę nad środkową częścią domu (podświetlaną w nocy lampą), fontannę w holu, marmurową klatkę schodową, cieplarnię, salon do organizowania cotygodniowych herbatek, imponującą bibliotekę i wyjątkowy „rodzynek” – salon Ludwika XIV z niezliczonymi lustrami i gobelinami. Pokoje przepełnione były myśliwskimi trofeami ojca, srebrnymi zastawami matki i portretami przodków. Późniejsza fascynacja Peggy abstrakcyjną sztuką nowoczesną stała w jasnej opozycji do estetycznych zamiłowań rodziców, a dom rodzinny nigdy nie kojarzył jej się dobrze.

Zresztą dzieciństwo to chyba najbardziej ponury okres w życiu Peggy. Złożyło się na to kilka czynników – surowe wychowanie, zdystansowani, często kłócący się – głównie o niewierność ojca – rodzice. Peggy nie znosiła rodzinnego piekiełka, buntowała się. Z trzech sióstr to ona była tą „niegrzeczną”. To z nią zawsze były jakieś problemy.

Jako jedyny jasny akcent dzieciństwa wspominała przyjaźń ze starszą o trzy lata siostrą Benitą, która po części zastępowała jej matkę. Benita zmarła w młodym wieku przy próbie urodzenia dziecka. Nikt potem nie zastąpił miejsca siostry w sercu Peggy.

Kochanka

Edukację zakończyła w wieku 18 lat po zaledwie trzech latach spędzonych w prywatnej szkole. Nigdy nie opanowała dobrze ortografii, ale dzięki szkole pokochała literaturę. Być może z miłości do książek (nie musiała przecież pracować) zatrudniła się w awangardowej księgarni Sunwise Turn. Bywali tutaj pisarze tej miary co Francis Scott Fitzgerald, nowojorscy poeci, malarze, wydawcy i przyjaciele artystów. To pierwsze zetknięcie Peggy ze światem artystycznej bohemy. Co zrobić, żeby stać się jego częścią?

Wyjeżdża do Europy. To niezwykle ważna w jej życiu, trwająca niemal prawie dziewięć miesięcy młodzieńcza podróż. Szybko odkrywa, że najbardziej fascynuje ją zwiedzanie rozsianych po europejskich stolicach muzeów ze zbiorami sztuki. Po latach będzie wspominać, jak znawca malarstwa Armand Lowengard zarzucił jej, że pomimo swojego zainteresowania sztuką nie będzie w stanie zrozumieć trudnego dzieła Bernharda Berensona: „Natychmiast kupiłam i przetrawiłam siedmiotomową pracę tego wybitnego krytyka”. Ten drobny epizod nadał kierunek jej dążeniom – zrozumiała, że aby zbliżyć się do cyganerii, musi przemawiać językiem jej przedstawicieli.

Najwięcej czasu spędziła w Paryżu. Montparnasse, z artystami propagującymi świeże idee i pozbywającymi się niewygodnych konwenansów, działał na nią, wówczas 21-letnią dziewczynę, wręcz hipnotycznie. Zresztą nie tylko ze względu na sztukę. W Paryżu zakochuje się w starszym o siedem lat Laurensie Vailu, „królu bohemy”, malarzu i pisarzu, ale też dandysie i hulace. Uczucie nie jest platoniczne. „Wydaje mi się, że Laurence nie miał lekko, bo zażyczyłam sobie wszystkiego, co widziałam na pompejskich freskach” – tak będzie pamiętać ten związek już jako dojrzała kobieta. Młodziutka Peggy odkryła w sobie drugą obok malarstwa pasję, która odbija się na całym jej życiu. Seks. Chętnie podtrzymywała mit dotyczący ilości swoich romansów oraz swojej rozwiązłości. Jej kochankami byli artyści i literaci, w tym znane nazwiska: dramaturg Samuel Beckett, surrealista Yves Tanguy, rzeźbiarz Henry Moore, a być może też – choć biografowie nie są tu jednomyślni – Marcel Duchamp.

Otwarte drzwi

Laurence został jej mężem w 1922 roku. Małżeństwo z nim otworzyło przed Peggy wiele drzwi. Tak jak chciała, stała się częścią świata, do którego aspirowała. Nie zmieniło to jednak faktu, że wszystko ją od tego świata różniło – pozycja społeczna, korzenie rodzinne, sytuacja finansowa. Zwłaszcza ta ostatnia była znacząca.

Szybko zorientowała się, że różnice są tak naprawdę jej atutami. Mogła wykorzystać pieniądze do tego, by utrzymać zainteresowanie swoją osobą, ale też bardziej szlachetnie – by wspierać sztukę. Złośliwi twierdzą, że Peggy „kupiła” sobie miejsce w historii. Trudno jednak zliczyć twórców, którym w dalszych latach pomagała, nie tylko dofinansowując ich, by mogli tworzyć, ale też kupując ich obrazy wtedy, kiedy nikt jeszcze tego nie robił. Znani mężowie Peggy, zarówno Laurence, jak i później Max Ernst, dzięki niej nie martwili się o finanse. Utorowała drogę do kariery Jacksonowi Pollockowi i Williamowi Congdonowi, roztoczyła mecenat nad wieloma młodymi twórcami w Europie i Ameryce.

Skąd wzięła się fortuna rodziny Guggenheimów? Dziadkowie Peggy uciekli z Europy, chcąc uwolnić się przed finansowymi restrykcjami nałożonymi na Żydów. Dotarli do Ameryki w pierwszej połowie XIX wieku. Tutaj w ciągu kilkunastu lat dzięki handlowej smykałce niewiarygodnie się wzbogacili. Imperium Meyera i Barbary Guggenheimów było w swoim czasie jednym z sześciu największych w Ameryce, będąc żywym przykładem ziszczającego się amerykańskiego snu.

Ojciec Peggy radził sobie finansowo gorzej niż reszta jego braci, ale i tak spadek po nim wystarczył córce na rozpoczęcie samodzielnego życia, a pieniądze odziedziczone później po matce – na realizowanie fanaberii związanych ze sztuką oraz na zainwestowanie w galerię, którą w 1938 roku otworzyła w Londynie.

Jeden obraz dziennie

Po swoich przodkach Peggy bez wątpienia odziedziczyła talent do robienia interesów i zamiłowanie do pieniędzy, ale też – co wielokrotnie udowodniła – umiejętność ich utrzymania. Żyłkę do handlu odkryła w sobie w roku 1925, kiedy to udało jej się sprzedać za cenę wielokrotnie przewyższającą oczekiwania przywiezione do Ameryki prace poetki i malarki Miny Loy.

Pierwszego poważnego zakupu dla siebie dokonała jednak dopiero kilkanaście lat później. W 1937 roku weszła w posiadanie jednego z pięciu brązowych odlewów „Głowy i muszli” Jeana Arpa. Zakupione za 300 dolarów dzieło stało się zaczynem dla jej niezwykłej kolekcji. Przy tej transakcji korzystała z doradztwa (przedstawionego jej przed laty przez Vaila) Marcela Duchampa. Duchamp, niezależny klasyk awangardy i swego rodzaju éminence grise, miał ogromny wpływ na estetyczny gust Peggy. Był jej największym mentorem w dziedzinie sztuki nowoczesnej. Często i chętnie korzystała z dobrych doradców. Historyk sztuki Herbert Read stworzył dla niej nawet specjalną listę najbardziej interesujących dzieł. Sama nie była wielką ekspertką, przyznawała się do swojej początkowej ignorancji, umiała jednak słuchać i wyciągać wnioski, nie bała się też ryzykownych posunięć.

Guggenheim Jeune, galeria otwarta przez Peggy w londyńskim West Endzie, prezentowała prace malarzy, których jeszcze nikt w Londynie nie wystawiał. Tutaj swoją pierwszą indywidualną wystawę miał między innymi Wassily Kandinsky. Promowani byli Yves Tanguy, Wolfgang Paalen, Georges Braque, Joan Miró i, oczywiście, Laurence Vail. Konsekwentnie kupowała co najmniej po jednym obrazie z każdej otwieranej przez siebie wystawy, gromadząc w ten sposób coraz ciekawsze, jeszcze nierozpoznawane wtedy dzieła.

Problem w tym, że Guggenheim wyprzedzała swoje czasy. Prowadzenie galerii było zajęciem trudnym i nierentownym. Nikt nie myślał jeszcze o kupowaniu obrazów jako inwestycji. Nabywano je dla przyjemności, ale niewielu było ludzi, którzy mogli sobie na taki luksus pozwolić. Po roku działalności Peggy zamyka deficytowy interes, ale niepowodzenie jej nie zraża. Marzy, żeby stworzyć własne muzeum sztuki współczesnej. I pewnie dopięłaby swego, gdyby planów nie pokrzyżowała jej zbliżająca się wojna. Muzeum nie powstało, ale kwotę 40 tysięcy dolarów, które miała wyłożyć z własnej kieszeni, i tak przeznaczyła na zakup obrazów w Paryżu. Podobno na chwilę przed wybuchem wojny kupowała jeden obraz dziennie.

Nigdy bardziej nie wybałuszyłem oczu

Chroniąc się przed wojenną zawieruchą w Nowym Jorku, udostępniła swój dom wszystkim zainteresowanym sztuką nowoczesną. Odwiedzali ją imigranci z Europy, m.in. Chagall, Léger, Matisse, Breton, marszandzi i hobbyści. Peggy wszystkich uważała za swoich przyjaciół. Dom tętnił życiem, a spontaniczne imprezy, na których czasami pojawiał się tajemniczy doktor serwujący zastrzyki witaminowe (w rzeczywistości amfetaminę), organizowane były nader często. Uzupełniała swoją kolekcję o kolejne dzieła: Klee, de Chirico, Miró, Dalego, Picassa, Mondriana. Wreszcie w roku 1942 przy Zachodniej Pięćdziesiątej Siódmej Ulicy otworzyła kolejną galerię Art of this Century. Zaprojektował ją znany z nowatorskich projektów Frederick John Kiesler. Obrazy zawieszono bez ram, by „uwolnić” sztukę. W sali surrealistów były wklęsłe kauczukowe, a w sali kubistów – płócienne ściany. Sukces! W „New York Sun” znaczący krytyk Henry McBride napisał potem: „Nigdy bardziej nie wybałuszyłem oczu”. Znowu była pionierką – zaprezentowała mistrzów z Europy obok młodych malarzy amerykańskich, a każdy kolejny organizowany przez Peggy pokaz zaskakiwał tematyką. Choćby wystawa prac kobiet – absolutne novum w zdominowanym wówczas przez mężczyzn świecie sztuki.

Ciekawe, że przy całej swojej hojności w sprawach dużej wagi była przeraźliwie skąpa w rzeczach drobnych. Oszczędzała na ogrzewaniu, prądzie, ubraniach. Podobno przez cały rok potrafiła nosić starą czarną spódnicę i zdarte buty z cielęcej skóry. Zapraszając gości na obiad do restauracji, głośno demonstrowała swoje niezadowolenie z racji wysokiego rachunku. Na przyjęciach ograniczała się do serwowania czipsów i rozcieńczonego wina. Gromadzenie choćby najdrobniejszych pieniędzy sprawiało jej wyraźną przyjemność. W swojej nowojorskiej galerii wprowadziła ćwierćdolarową opłatę za wstęp, choć było to w środowisku bardzo źle widziane. Do weneckiego domu wpuszczała co prawda za darmo, ale za katalog, bez którego trudno było oglądać dzieła, trzeba było już płacić.

Przyjemnie jest być ze mną

Nie miała wielu prawdziwych przyjaciół, ale aż do późnej starości zdawała się tego nie zauważać. Jak wspomina marszand i artysta David Porter: „Uwielbiała znajdować się w centrum uwagi, miała potężne ego, jak gdyby mówiła: Dlaczego ludzie mieliby mnie nie lubić? Jestem bogata i seksowna, przyjemnie jest być ze mną”.

W różnych okresach życia sięgała po alkohol. Potrafiła zachowywać się skandalicznie. Pewnego wieczoru odeszła od kolacji, by całkowicie się rozebrać i wrócić do pozostawionych gości okryta tylko przezroczystym płaszczem. Innym razem w napadzie złości zdemolowała ogród i wyrwała rzadkie gatunki roślin. Miała dwóch mężów i trzy poważniejsze związki nieformalne. Nieustannie flirtowała. Zapytana, ilu miała mężów, odpowiadała: „Swoich czy czyichś?”. Być może przelotne romanse utwierdzały ją w przekonaniu, że jest atrakcyjna – miała kompleks z powodu swojego dużego, niekształtnego nosa, o którym malarz Theodoros Seliger powiedział kiedyś: „Nie miała nosa – miała bakłażan”.

Jej związki były burzliwe i niespełnione. Pierwsze małżeństwo rozpadło się po sześciu latach. Podobno w czasie kłótni Laurence wcierał jej dżem we włosy i rzucał w nią czym popadnie, ona zaś nieustannie go prowokowała. Jej związek ze skłonnym do alkoholu pisarzem Johnem Holmesem również nie należał do stabilnych, względnie spokojnie żyła z poetą i wydawcą Douglasem Garmanem. Najwyraźniej potrzebowała jednak pierwiastka nieprzewidywalności, bo po pewnym czasie zaczęła uważać go za nudziarza. Po raz drugi wyszła za mąż w wieku 43 lat, a jej wybrankiem był malarz Max Ernst. Dlaczego on? „Ponieważ jest śliczny, jest znakomitym malarzem i jest sławny”, uzasadniła. Ale i ten związek okazał się nieudany.

W jej zaprzątniętym sztuką życiu nie pozostawało wiele miejsca dla dzieci. Córka Pegeen i syn Sindbad (oboje z pierwszego małżeństwa), mieli słaby kontakt z matką. Peggy, rozwodząc się z Laurence’em, zostawiła kilkuletniego syna pod opieką ojca, zastrzegając sobie jedynie 60 dni w roku na widzenia. Córka Pegeen traktowana była jeszcze chłodniej. W rezultacie przez wiele lat cierpiała na depresję, była uzależniona od leków. Zmarła w wieku 41 lat po przedawkowaniu środków nasennych. Peggy dostała wiadomość o śmierci córki, kiedy mieszkała już w Wenecji (w roku 1962 otrzymała od miasta honorowe obywatelstwo). Czuła się winna jej zaniedbywania, ale odpowiedzialność za tragiczną śmierć zrzuciła na męża Pegeen Ralpha Rumneya. Sama Pegeen za życia otwarcie mówiła o żalu, jaki ma do matki. Zarzucała jej, że kocha sztukę bardziej niż własnego syna i córkę.

Kolekcja to ja

Przy łożu śmierci Peggy Guggenheim był jej syn Sindbad. Umarła w wieku 81 lat, schorowana. Cierpiała na miażdżycę, w dodatku w roku 1979 nastąpił ciąg nieszczęśliwych wypadków: złamała nogę, z powodu której trafiła do szpitala, tam dostała obrzęku płuc, spadła z łóżka i doznała udaru. Odeszła 23 grudnia tego samego roku.

Nigdy nie podarowała nikomu z rodziny nawet najmniejszego płótna. Pragnęła za wszelką cenę utrzymać kolekcję nierozproszoną. Wielokrotnie powtarzała: „Kolekcja to ja”, zdając sobie sprawę, że tylko w ten sposób zapewnia sobie miejsce w historii. Pod koniec życia bała się, że potężna fundacja jej wuja Solomona (nigdy nie utrzymywała z nim bliskich kontaktów ani rodzinnych, ani kolekcjonerskich), której w 1976 roku zdecydowała się powierzyć swoje obrazy, wchłonie jej zbiory.

Tak się nie stało. Kolekcja Peggy jest odrębną całością prezentowaną nadal w weneckim pałacu przekształconym obecnie w muzeum, które dziś przyciąga 300 tysięcy oglądających rocznie.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

Korzystałam m.in. z książek: Antona Gilla „Peggy Guggenheim. Życie uzależnione od sztuki”, Dom Wydawniczy Rebis 2004; oraz Peggy Guggenheim „Out of this Century: Confessions of an Art Addict”, Universe Books 1979.

  1. Kultura

Hipnotyzujący, magiczny, iskrzący dowcipem – „Śniegu już nigdy nie będzie” w kinach od 4 czerwca

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Śniegu już nigdy nie będzie". Na zdjęciu Alec Utgoff. (Fot. materiały prasowe)
„Śniegu już nigdy nie będzie” Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta to jeden z najbardziej wyczekiwanych tytułów roku. Prezentowany na międzynarodowych festiwalach film zdążył zachwycić już polskie i międzynarodowe media. Satyryczna opowieść na pograniczu magii i realizmu zabiera widza w wyjątkową podróż w głąb samego siebie.

„Tytułowy śnieg może się wieloznacznie kojarzyć – chociażby ze śmiertelnym żywiołem albo poczuciem bezpieczeństwa, baśniowym powrotem do krainy dzieciństwa. Choć dziś zapewne najbardziej kojarzy się ze zniszczeniem, jakie człowiek wywołał w eko klimacie ziemi, doprowadzając do zmian, przez które śnieg widuje się coraz rzadziej. Bohaterowie naszego filmu, w większości skupieni na własnym, małym, wygodnym świecie, zbyt dużo o tym nie rozmyślają, jednak nie wiedząc czemu zmagają się z poczuciem jakiejś wewnętrznej, duchowej pustki i niezrozumiała tęsknotą za czymś nieokreślonym. Są to różne tęsknoty, za bliskością, dotykiem, seksem, zrozumieniem, wolnością. Są bogaci, syci od strony materialnej, ale głodni duchowo, choć w sposób zupełnie nieuświadomiony. Ich fantazje ogniskują się w jednym – obcym przybyszu, w którym przeglądają się jak w lustrze. On przynosi im wytchnienie. Trudno powiedzieć czy to iluzoryczne, czy prawdziwe doświadczenie, tak jak trudno czasem odróżnić nam własną projekcję od rzeczywistości. Czy magiczny las, do którego przenosi ich przybysz, jest tylko wytworem ich lęków i pragnień, czy istnieje naprawdę. Film nasz, mamy nadzieję, skrywa jakąś tajemnicę, chcieliśmy pobudzić widzów do głębszej refleksji na temat kondycji współczesnego Europejczyka. Zagrać na indywidualnych skojarzeniach, nienachalnie zadać parę pytań, bez tezy i z humorem” – mówią twórcy filmu Małgorzata Szumowska i Michał Englert.

Pewnego mglistego poranka w mieście pojawia się ON – atrakcyjny mężczyzna z prawdziwego, egzotycznego wschodu. Żenia, bo tak brzmi jego imię, ma dar. Jego ręce leczą, a oczy zaglądają w dusze samotnych kobiet. Mężczyzna zatrudnia się jako masażysta na bogatym osiedlu pod miastem. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od „gorszego” świata, poznaje ich historie i osobiste dramaty. Wkrótce niezwykłe zdolności Żeni odmienią życie każdego z nich.

W obsadzie obok Aleca Utgoffa, ukraińsko-angielskiej gwiazdy netflixowego hitu „Stranger Things” i filmu „Mission: Impossible – Rogue Nation”, wystąpiło znakomite grono cenionych polskich aktorek i aktorów: Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Weronika Rosati, Katarzyna Figura, Andrzej Chyra, Łukasz Simlat i Krzysztof Czeczot.

  1. Kultura

Seriale prawnicze na Netflix, HBO i nie tylko – co warto obejrzeć? Najlepsze tytuły o prawnikach

Fot. kadr z serialu
Fot. kadr z serialu "Zadzwoń do Saula", BEW
Seriale o prawnikach cieszą się ogromną popularnością wśród widzów na całym świecie. Wciągający świat wymiaru sprawiedliwości to jednak nie tylko konkretne sprawy klientów, ale również wciągające życie prywatne głównych bohaterów, które przyniosło ogromną popularność także naszych rodzimych produkcji prawniczych, takich jak "Magda M.", czy "Prawo Agaty". Które z seriali prawniczych polecamy szczególnie?

”Suits”

Dostępny na platformie Netflix serial o prawnikach „Suits” to jeden z najpopularniejszych i najbardziej docenianych show na świecie. Nie tylko za sprawą występującej w nim Meghan Markle, która nim stała się księżną Sussexu znana była przede wszystkim z roli Rachel, ale przede wszystkim ze względu na inne podejście do stereotypowego świata prawników. „Suits” to historia Mike'a Rossa - młodego, inteligentnego chłopaka, który został wyrzucony z college'u, i który pomimo tego zostaje zatrudniony u jednego z najlepszych nowojorskich prawników Harveya Spectera. Mike posiada wyjątkowe zdolności, w tym m.in. fotograficzną pamięć, która dotychczas umożliwiała mu zdawanie egzaminów za innych studentów, za co zresztą wydalono go z uczelni. Rozpoczynając pracę u Harveya musi jednak udowodnić, że dyplom Harvarda to nie wszystko, co powinien reprezentować sobą dobry prawnik.

„Ally McBeal”

Wśród nieco zapomnianych, ale równie popularnych kilkanaście lat temu seriali o prawnikach znajdziemy także „Ally McBeal” - prawniczkę, która zaczyna pracę w kancelarii, w której pracownikiem jest m.in... jej były chłopak. Serial zyskał miano kultowego dzięki szczególnie ciekawym postaciom - nie tylko samej, nieco postrzelonej Ally, ale również Fisha, Ally czy Elaine, czyli reszcie bohaterów, którzy pojawiają się w serialu. Tytułowa Ally to jednak postać nie tylko zwariowana, za wszelką cenę szukająca szczęścia w miłości, ale też wrażliwa, subtelna i delikatna. „Ally McBeal” to jeden z najlepszych seriali o prawnikach - choć wszyscy są tam zdrowo postrzeleni (prawnicy, sędziowie, klienci), perypetie i niecodzienne problemy bohaterów ogląda się nie tylko z zaciekawieniem, ale i lekką nostalgią za starymi, dobrymi produkcjami z przełomu wieków.

„Orły z Bostonu”

Serial prawniczy o nieco innej fabule niż „Suits”, czy „Ally McBeal” będący spin-offem popularnego „The Practice”. Osią serialu są tu przede wszystkim relacje między bostońskimi prawnikami oraz sprawy, którymi się zajmują poruszające istotne społecznie problemy m.in. prawo do aborcji czy kwestie związane z posiadaniem broni. Poważne, budzące kontrowersje problemy przeplatają się tu ze świetnym poczuciem humoru dwóch głównych bohaterów - Alana Shore'a i Danny'ego Crane'a, którzy często w absurdalny sposób komentują smutną, brutalną rzeczywistość. „Orły z Bostonu” zyskały dużą popularność właśnie dzięki dwóm głównym bohaterom granym przez Jamesa Spadera i Williama Shatnera, którzy uczynili go jednym z najlepszych seriali o prawnikach w historii.

„Sprawa idealna”

Dostępny na HBO GO serial prawniczy „Sprawa idealna” to spin-off równie świetnie przyjętej „Żony idealnej”. W serialu poznajemy niejaką Diane Lockhart, wziętą prawniczkę, która pracuje w prestiżowej kancelarii. Z czasem dołącza do niej chrześnica, którą Diane wprowadza w prawniczy świat. W związku z bankructwem firmy inwestycyjnej ojca dziewczyny dochodzi do przełomowego momentu w życiu Diane, która traci wszelkie oszczędności i pracę. Razem z chrześnicą zmuszone są podjąć pracę w zupełnie innym miejscu. „Sprawa idealna” okrzyknięta została jednym z najciekawszych seriali o prawnikach podobnych do „Suits”, w którym ukazywane są nie tylko same sprawy i batalie sądowe, ale również poruszane ważne i trudne tematy.

„Sposób na morderstwo”

Dostępny na Netflixie serial opowiadający o grupie ambitnych studentów prawa, którzy wraz z wykładowczynią prawa karnego zostają wplątani w sprawę morderstwa. Jednym z powodów, dla których warto sięgnąć po tę produkcję jest rola Violi Davis - niezwykle charyzmatycznej, inteligentnej i porywającej prawniczki i pani profesor, która ostatecznie musi znaleźć sposób na morderstwo, którego sama nie popełniła. Plusem serialu jest duża różnorodność, jeśli chodzi o wątki, bohaterów (jedni są ciekawsi, inni mniej, ale wszyscy odmienni charakterologicznie) i akcję, która trzyma w napięciu aż do samego zakończenia szóstego sezonu.

„Zadzwoń do Saula”

Spin-off genialnego i świetnie ocenianego „Breaking Bad” okrzyknięto jednym z najlepszych seriali o prawnikach, który trzyma w napięciu bardziej niż najmocniejsze filmy Quentina Tarantino. „Zadzwoń do Saula” to opowieść o podrzędnym prawniku Jimmym McGillu, który ima się samych nieciekawych spraw i zleceń. Dopiero z czasem mężczyzna zmienia się w znanego nam z „Breaking Bad” Saula Goodmana, który nie boi się szemranych interesów i problematycznych, nielegalnych spraw. Serial ma w zasadzie dwojakie zadanie - opowiedzenie historii sprzed czasów, w których Walter White zajął się produkcją narkotyków oraz wprowadzenie nas w świat Saula i zrozumienie, jak tworzyła się jego kariera.