1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Paulina Młynarska: W wędrówce z gwiazdy na gwiazdę

Paulina Młynarska: W wędrówce z gwiazdy na gwiazdę

Paulina Młynarska nauczyła się dawać sobie i innym prawo do bycia sobą (Fot. Krzysztof Opaliński)
Paulina Młynarska nauczyła się dawać sobie i innym prawo do bycia sobą (Fot. Krzysztof Opaliński)

Na wizytówce mogłaby mieć jak Holly Golightly ze „śniadania u Tiffany’ego”: w podróży. kocha wędrówkę. także tę samotną. gdzie teraz rozbije swój namiot?

Twoja książka „Jesteś wędrówką” opowiada o podróżowaniu. Tym z plecakiem i tym przez życie. To porozmawiajmy o twoim życiu. O kolejnych etapach tej podróży. Zaczęła się, jak u każdego, kiedy pojawiłaś się na świecie w konkretnym domu, w konkretnej rodzinie. Jakiej? To był 1970 rok, mieszkanie w blokowisku, trzy pokoje, ślepa kuchnia – jak na tamte czasy luksus. Od urodzenia miałam dwie matki. Rodzoną, Adriannę, aktorkę, która robiła karierę i jednocześnie była zajęta moim tatą i jego karierą. I Helę, moją mamę chrzestną i jednocześnie nianię, góralkę ze Spytkowic. Z jednej strony byłam dzieckiem znanych artystów warszawskich, pochodzących z ziemiańskich, szlacheckich rodzin, z drugiej – miałam Helę, góralkę z Beskidów, z prostej wiejskiej rodziny. To sprawiło, że bardzo wcześnie zaczęłam się zastanawiać, kim ja właściwie jestem. Kim jestem bardziej. I wtedy też, a właściwie dzięki temu, narodził się mój lewicowy światopogląd.

Szybko.
Tak. Widziałam, że Hela, tak dla mnie ważna, wykonuje najcięższą pracę, obsługuje nas, sprząta, pierze, ale też czyta bajki, nosi na rękach, bierze do łóżka, jak nie możemy spać – no i ta Hela wykonuje pracę, która jakoś nie cieszy się wielkim prestiżem. To z perspektywy dziecka było bardzo wyraźne. Nie mogłam tego znieść, uważałam, że to mi osobiście uwłacza. Właściwie uważam tak do dziś. Dzięki Heli zrozumiałam, że nie jestem nikim wyjątkowym. A jednocześnie jak wielki przywilej, z racji urodzenia, jest moim udziałem. Podhale do dziś uważam za swoją drugą ojczyznę.

Dwie matki, dwie ojczyzny…
Ojczyzn będzie więcej! Ale ojców też dwóch. Kiedy przeprowadziliśmy się na Łowicką, do dużego domu, na dobre wszedł w moje życie dziadek Hieronim. Miałam jednocześnie dwie pary rodziców. Tatę i mamę, a poza tym Helę i dziadka – bardzo ważnych, bo rodzice dość często wyjeżdżali. Dziadek kochał życie. I dobre jedzenie – jego główna pretensja do komunizmu polegała na tym, że je się wstrętne rzeczy. Uważał, że złu powinniśmy się przeciwstawiać, smakując życie i będąc szczęśliwymi. Kiedyś przyszłam do niego, a tam czekały już na mnie dwa jajka, a na nich jakieś czarne kuleczki i odrobina śmietany. Dziadek pojechał na bazar Różyckiego i ze swojej emerytury kupił mnie, małej dziewczynce, puszeczkę kawioru. Tłumaczył mi, że kawior to dobre jedzenie. I że człowiek musi wiedzieć, jak to smakuje. Dziadek chronił nas też przed artystycznym światem rodziców. Bo dom na Łowickiej to była także nawracająca choroba dwubiegunowa taty. Nie chcę się nad tym rozwodzić, ale nie chcę też mówić, że to była sielanka. To nie był łatwy dom.

Kiedy kończy się pierwszy etap twojej podróży?
Na planie „Kroniki wypadków miłosnych” Wajdy. To był punkt zwrotny. Dorośli przełożyli mi zwrotnicę życia. Zrobili coś, czego robić nie powinni. Rozbierana scena, którą musiałam zagrać, do tego, żeby „było mi łatwiej”, alkohol i środki uspokajające – coś się we mnie wtedy złamało. Ludzie, którzy powinni byli się mną opiekować, nadużyli swojej pozycji.

Zdawali sobie z tego sprawę?
Chyba nikt wtedy nie zdawał sobie z tego sprawy. To był rok ’85, Konwencja o prawach dziecka została przez ONZ przyjęta w ’89 roku, a Polska ratyfikowała ją na początku lat 90. I dopiero wtedy zaczęto zadawać sobie pytanie, czy dzieci można „używać”. Wtedy zaczął się w moim życiu trudny czas. Jego skutkiem był wyjazd do Paryża dwa lata później…

Pierwsza samodzielna podróż.
Mam 16 lat, wyjeżdżam do mojej trzeciej ojczyzny i zaczynam się uczyć funkcjonowania w dorosłym życiu. We Francji nauczyłam się też feminizmu. Znalazłam się w środowisku ludzi świadomych i zaangażowanych, których matki swój światopogląd budowały na barykadach ’68 roku. One wiele rzeczy mi uświadomiły. Choćby to, że nawet mój otwarty, inteligencki dom był jednak domem mocno zakorzenionym w homogenicznym rasowo i społecznie kraju. A kwestie praw kobiet właściwie tam nie istniały.

Jak ty, tak młoda kobieta, radziłaś sobie we Francji?
Przez pierwsze dwa lata walczyłam o przetrwanie. Praca w knajpie, niańczenie dzieci. Ale ponieważ wierzyłam, że zostanę światowej sławy aktorką, brałam udział w castingach. Wygrywałam głównie te do reklam, dzięki temu zaczęłam jako tako zarabiać. Byłam dorosła w sensie praktycznym. Nauczyłam się zapewniać sobie środki do życia. Ale wewnątrz byłam dzieckiem.

Samodzielna, we Francji, z dala od rodziny, a jednak dziecko?
Nie jest to tajemnicą, że mój tata był człowiekiem ciężko chorym. I ja rozwinęłam wszystkie objawy dorosłego dziecka z rodziny dysfunkcyjnej. Takie dzieci na ogół bardzo wcześnie nabierają wprawy w wychodzeniu z kryzysów. W przetrwaniu. Bo w takiej rodzinie trzeba umieć przetrwać. Świetnie „budujemy szałasy”, opracowujemy strategie, chodzimy uśmiechnięci i jesteśmy hej do przodu, choć w środku rozpacz. Mocni w kamuflażu, wewnętrznie prawdziwego dzieciństwa nie doświadczamy, więc nie przechodzimy pewnych etapów dojrzewania. Dasz cukierek, zagadasz, to takie dziecko już leci, zrobi dla ciebie wszystko. Tak to działa. I trudno z tego wyjść. Jeśli nie zacznie się nad tym pracować, leczyć, skutki mogą być straszne. Wcześnie zaczęłam tych skutków doświadczać: nawracająca depresja, stany lękowe. Ale nie zdawałam sobie sprawy, co to właściwie jest, z czego to się bierze.

Kiedy się zorientowałaś, że to jest problem?
Później, już kiedy miałam Alę. Dotarło do mnie, że to nie przelewki. Że marnuję nie tylko swoje życie, ale i życie dziecka. A ja chciałam, żeby Ala była szczęśliwa. I wzięłam sobie do serca słowa, że jeśli sama nie będę szczęśliwa, to i ona nie będzie. Bo tylko ja mogę ją tego nauczyć. Mimo wszystko ten pierwszy pobyt w Paryżu to dobre lata. Byłam młoda, wszystko było nowe. Tymczasem odwiedziłam Polskę i zakochałam się. To był ojciec mojej córki – młodzieńcza miłość. Kiedy zaszłam w ciążę, postanowiłam wrócić do kraju. Głównie ze względów… politycznych. Zostałam wychowana w domu zaangażowanym. Całe życie słuchałam „Piosenki tonącego”, „Róbmy swoje” czy „Lubię wrony”, więc jak to teraz, kiedy są wybory czerwcowe, mnie ma przy tym nie być? Niemożliwe.

I wróciłaś. Zaczęłaś kolejny etap podróży.
Wróciłam. Urodziła się Ala, z którą szybko zostałam sama, bo szalona młodzieńcza miłość, jak to bywa z szalonymi uczuciami, nie przetrwała. Zamieszkałam pod Warszawą, w Złotokłosie, w dużym domu należącym do mojego wujka.

Sama z córką?
O nie. Tam panowała komuna. Na pięterku wuj Marcin, na dole pani Wala, Rosjanka, niania Ali – mówiłam na nią „madame Walentina”. A w weekendy armia przyjaciółek Wali. Brały dom w posiadanie. Jedna robiła tort, druga śledzie, gadałyśmy, one zdradzały mi przy wódeczce swoje tajemnice. Byłam zaszczycona tym, że mnie dopuszczały do swojego świata, więc słuchałam ich kobiecych historii z zachwytem. Ten fajny czas się skończył, bo postanowiłam wyjść za mąż. Choć w naszej komunie byłam tak naprawdę szczęśliwsza niż potem z mężem.

Szybko się to okazało?
Tak. Małżeństwo trwało krótko, etap Złotokłosu się zamknął, a ja poszłam pracować do radia.

Zmieniłaś zawód, rzuciłaś aktorstwo.
Wszyscy pukali się w głowę. Grałam wtedy u Hanuszkiewicza w teatrze, miałam rolę w „Złotopolskich”, serialu tasiemcu, który był marzeniem wielu, bo dawał stały dochód. A ja poszłam do Tok FM, wtedy Inforadia. Zdałam sobie sprawę z tego, że nie interesuje mnie siedzenie na planie czy czekanie na rolę. Wypełniłam słynny test BBC, postrach młodych dziennikarzy. Umierałam ze strachu, bo obraz samej siebie miałam taki: bez matury, wykształcenia akademickiego, aktoreczka ze „Złotopolskich”. Będą ze mnie drzeć łacha…

Ale dałaś radę...
Dałam. To mi uświadomiło, że nie jest ze mną tak źle i że model samouk, jak ja, występuje w przyrodzie i nawet może odnosić sukcesy. Tam się nauczyłam wszystkiego, jeśli chodzi o dziennikarstwo. To była straszliwie ciężka praca. Taka, że po dwóch latach poczułam, że nie wyrabiam. Kryzys, wypalenie, depresja. Ala chorowała, miała problemy z astmą, zaordynowałam więc przeprowadzkę do Kościeliska. Potem zaś znów do Paryża na kilka lat. I znowu do Zakopca. A potem do Warszawy.

Ktoś powie, że cię nosiło, że nie mogłaś znaleźć swojego miejsca. A ty wędrowałaś całe życie. Kiedy zrozumiałaś, że „jesteś wędrówką”?
Niedawno. Dopiero pięć, sześć lat temu. Zaczęło się od ćwiczeń, od jogi. Najpierw asany, bo bolały plecy. Potem wchodziłam w to głębiej i zaczęłam znowu zadawać sobie pytanie, kim jestem. Jak rozpoznać swoją prawdziwą naturę. Ostatecznie pomogła mi ją zrozumieć joga, której głównym zadaniem jest odpowiedzenie sobie na pytanie: „Kim jestem?”. Scenariusze społeczne, zwłaszcza te dla kobiet, pisane są sztywno i restrykcyjnie. Mamy w głowach te powiedzonka: „Musisz sobie ułożyć życie”; „Dziewczyna przez świat nie może iść całkiem sama”. My te scenariusze do siebie przykładamy, a jak nie pasują, to nie zmieniamy scenariuszy, tylko obciosujemy siebie. Trzeba odwagi, żeby odkryć własną naturę.

A twoja jest jaka?
Moja jest w wędrówce. W rozbijaniu i zwijaniu namiotu. W poznawaniu czegoś nowego. I potrzebuję przy tym samotności.

Powiedziałaś kiedyś, że w poprzednim wcieleniu chyba byłaś nomadką.
I wędrowałam po stepach Mongolii… Tak, dalej tak czuję. Kocham obmyślanie, pakowanie, bycie w drodze. Parę dni temu wróciłam z Azji, nie było mnie pół roku i zaraz lecę dalej. Już mam plan na cały rok – wiem, gdzie będę zakładać obozowiska.

Nie męczy cię to?
Jest taka piosenka mojego taty – z jakiegoś powodu w ogóle jej nie znałam, choć znam prawie wszystkie. Parę miesięcy temu Agnieszka Glińska przygotowywała galę poświęconą ojcu i wysłała mi ten tekst. „Zobacz, to zostało napisane kilkanaście lat temu w Zakopanem, byłaś tam przecież wtedy z tatą”. I to jest piosenka o mnie:

 

Przejazdem jestem, przejazdem

W wędrówce z gwiazdy na gwiazdę [...]

Półspakowana walizka odpocząć pragnie daremnie

Pięknie rozrasta się lista

Miejsc niezagrzanych przeze mnie.

 

Ojciec to wtedy o mnie wiedział. Rozumiał moją naturę, zanim ja ją zrozumiałam. Moja siostra Agata też to widziała. Zawsze mi mówiła: „Ty jesteś born to be wild”. Nie wierzyłam. A często inni widzą więcej… W końcu do mnie dotarło, że warto ich słuchać. Spokorniałam.

Podróż przez duże „P” to taka, którą organizujesz sama?
Moja podróż taka jest. Ja właśnie takie podróżowanie wybieram. Ale każdy sam musi odpowiedzieć sobie na pytanie, co lubi w podróżowaniu. Bo jeśli nie znosi samej drogi, tylko czeka na moment, kiedy z drinkiem usiądzie przy basenie, to niech jedzie zawsze z biurem podróży. Jeśli ktoś nie znosi zimna i surowych warunków, trekking w Nepalu nie jest dla niego. Znowu wracamy do kwestii rozpoznania i uznania swojej natury.

Kiedyś mi powiedziałaś, że szczęście wyobrażasz sobie tak: siedzisz przy kominku z komputerem. Zmieniło się chyba?
Wcale nie. Tylko teraz wolę siedzieć na ganku domu zaprzyjaźnionego jogina na Sri Lance. Lubię, jak jest gorąco! Wybieram fajne miejsce na słońcu. Albo tu, w domu, na tej szarej kanapie. Choć ostatnio dużo na niej nie siedzę.

Jaka ścieżka teraz się przed tobą otwiera?
Żeby się mogła otworzyć, pewne sprawy musiały zostać domknięte. Pierwszą było odejście taty, poprzedzone 15 miesiącami jego ogromnego cierpienia i naszej pracy, żeby mu w tych cierpieniach ulżyć. Drugie zamknięcie to sprzedaż domu w Kościelisku. Jakieś trzy lata wcześniej wystawiłam go na sprzedaż. Miałam już dosyć zimna, wiedziałam, że chcę iść dalej. I nic. Dom się nie sprzedawał. A po śmierci taty udało się to od razu. Myślę, że to ja „puściłam”, bo wiedziałam, jak tata kochał ten dom. Kiedy likwidowałam dom, miałam poczucie, że domyka się jakiś etap. Przeżywałam wtedy traumę. W końcu Kościelisko było w rodzinie 45 lat… Teraz wiem, że to było dobre. Spakowałam tę chałupę, ruszyłam z kopyta i zaczął się nowy etap.

Polegający na podróżowaniu po świecie i prowadzeniu warsztatów „Miejsce mocy”. Jakie moce chcesz w nas uwalniać?
Chcę, żebyśmy się tam zastanowiły, jak się nie zachowywać jak dziecko wtedy, kiedy musimy być dorosłe. Bo tak naprawdę potrzeba jednej rzeczy: bycia dorosłą. Działanie z pozycji dojrzałej, komunikatywnej osoby, a nie wylęknionej dziewczynki. Na warsztatach staram się, żeby dziewczyny znalazły taki kawałek siebie, który jest kompetentny i dorosły. Często bywa tak, że są w nas obszary, w których jesteśmy dorosłe, a są takie, w których pozostajemy wystraszonymi, dygającymi i przepraszającymi dziewczynkami. A nie możemy swojemu wewnętrznemu dziecku robić takiego świństwa, żeby wysyłać je na nasze dorosłe wojny.

Ty też miałaś dziedziny, w których byłaś dorosła, i takie, w których zachowywałaś się jak mała dziewczynka?
Tak. Jak ktoś się zachowuje dojrzale, to i jemu, i innym łatwiej się z nim żyje. Są ludzie, wszyscy ich znamy, o których mój tata mówił „szusowaci”. Czyli tacy, z którymi nigdy nie wiadomo – zawsze mogą nagle dać szusa w bok. Nie sposób na nich liczyć. Dobrze to wiem, bo sama wobec siebie lata całe byłam „szusowata”. Zamiast doprowadzać różne sytuacje do końca, kleciłam sobie prowizoryczne wyjścia awaryjne, żeby móc wyskoczyć… A im więcej w nas dorosłości, tym większa szansa, że wytrwamy, że rozwiążemy problem, że doprowadzimy rzeczy do końca. I ludzie mniej nas irytują. Teraz umiem i sobie, i innym dać prawo do bycia sobą.

Paulina Młynarska, feministka, dziennikarka, pisarka, podróżniczka. A do tego  certyfikowana nauczycielka jogi. W październiku ukaże się jej kolejna książka " Jesteś spokojem" wyd. Prószyński.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Ewa Pajor – drobna, ale waleczna

Ewa Pajor często za plecami słyszała: „Babochłopy!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. (Fot. Paula Duda/PZPN)
Ewa Pajor często za plecami słyszała: „Babochłopy!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. (Fot. Paula Duda/PZPN)
Jest jedną z najbardziej cenionych piłkarek na świecie. Gra w ataku i na boisku potrafi zdziałać cuda. Ale też poza nim, bo historia 24-letniej dziś Ewy Pajor to świetny przykład na to, jak niemożliwe staje się możliwe. 

Artykuł pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika „Zwierciadło” (numer 8/2020).

Pod koniec kwietnia, w czasie izolacji, doszło do historycznego wydarzenia. Media donosiły, że Ewa Pajor, od kilku lat grająca w kobiecej Bundeslidze, przedłuża kontrakt z klubem VfL Wolfsburg na warunkach, których nie zaproponowano dotąd żadnej innej zawodniczce na świecie. W kontrakt wpisano klauzulę odstępnego w wysokości miliona euro. Gdyby Ewę chciał odkupić inny klub, właśnie tyle musiałby za nią zapłacić. To najwyższy transfer w historii kobiecej piłki nożnej. Przed Polką rekordzistką była Francuzka Kadidiatou Diani ze… 150 tys. euro odstępnego. Ktoś mógłby zaoponować, że milion euro to i tak śmieszna kwota w porównaniu z transferami gwiazd męskiego futbolu, gdzie już parę lat temu przekroczono trudną do wyobrażenia granicę 200 mln. Tak, historia sukcesu Ewy to po części opowieść o tym, jak bardzo różni się sytuacja zawodowych piłkarek i piłkarzy, o przepaści trudnej do przeskoczenia. Ale to jednocześnie opowieść dająca sporo nadziei, symbol zmian, których właśnie jesteśmy świadkami. A w oderwaniu od potężnej napędzanej przez astronomiczne zyski machiny, jaką jest dziś piłka nożna, po ludzku dowód na to, ile zdziałać mogą marzenia w połączeniu z talentem i ciężką pracą.

Siła sióstr

Za bramkę służyły im albo kołki wbite w ziemię, albo ramka zbita z deszczułek oparta o ścianę obory u kolegi Patryka, który był szczęśliwym posiadaczem piłki, więc to od niego zależało, kiedy będą grać. Czasu wolnego nie było zresztą bardzo dużo, przy tak dużym gospodarstwie, jakie prowadzili rodzice Ewy. Trzeba było pomagać przy krowach i na polu. Ich rodzinna miejscowość Pęgów, między Łodzią a Koninem, to w sumie kilkanaście gospodarstw. Wokoło łąki, pola: mnóstwo miejsca na uprawianie sportów. Zimą urządzali sobie z dzieciakami mecze hokeja na zamarzniętym stawie (kije wycięli sami z kawałków drewna, do dzisiaj zostały w domu na pamiątkę), ale piłka nożna była szczególnie ważna. W ich rodzinie najbardziej wkręcone były w futbol dziewczyny, ona i trzy siostry, jedynego z piątki rodzeństwa brata bardziej interesowało gospodarstwo. A one nie przepuszczały w telewizji żadnego ważnego meczu. Oglądały wyłącznie męskie drużyny, bo zwyczajnie innych w telewizji nie pokazywano. Grać lubiły wszystkie, ale złożyło się tak, że to Ewa straciła dla piłki głowę. Można jej było powtarzać: „Wracaj ze szkoły pierwszym autobusem do domu!”, a i tak, kiedy biegała po boisku, zapominała o wszystkim innym. O kurtce, czapce. Pamięta, że spodnie praktycznie zawsze miała brudne na kolanach. Już wtedy było widać, jaka jest szybka. Dziś różni ludzie, którzy pamiętają ją z tamtego okresu, wspominają, że niektóre jej akcje na boisku wyglądały wręcz komicznie. Że kiedy dorywała się do piłki, zostawiała wszystkich w tyle.

Ewa jest w trzeciej, może nawet drugiej klasie podstawówki. Grają akurat przeciwko szóstoklasistom, wielu z nich jest od niej – dosłownie – dwa razy większych. W pewnym momencie piłka z całą siłą uderza ją prosto w twarz. Trener zerka z niepokojem, podchodzi: „W porządku? Jesteś cała? Schodzisz?”. Decyzja zajmuje jej tylko chwilę. Ewa wyciera twarz: „Nie, gram dalej”.

– Drobna, ale waleczna – śmieje się dzisiaj. – Nigdy nie odpuszczałam.

I podkreśla, jak wiele zawdzięcza trenerowi Piotrowi Kozłowskiemu. Człowiekowi, dzięki któremu dzieciaki ze szkoły w maleńkim Wieleninie nie tylko lubiły lekcje WF-u, ale i wygrywały – w różnych dziedzinach – w turniejach na poziomie wojewódzkim, a nawet ogólnokrajowym. I który słowem się nie zająknął, kiedy drobna dziewczynka oznajmiła, że chce grać w nogę z samymi chłopakami. Po prostu dał jej szansę, a potem, kiedy dziesięcioletnią Ewą zainteresował się Medyk Konin, jeden z najmocniejszych i najsłynniejszych kobiecych klubów w naszym kraju, woził ją cierpliwie do Konina na treningi, mecze, zgrupowania. Drugą z osób, które miały na Ewę ogromny wpływ, jest Nina Patalon. Znana postać kobiecego futbolu. Trenerka Medyka, selekcjonerka reprezentacji Polski, jedyna kobieta w naszym kraju z licencją UEFA Pro, Koordynatorka Szkolenia Piłki Nożnej Kobiet PZPN. Walcząca o polskie piłkarki jak lwica.

Relacja Ewy z nią jest wyjątkowa, bo też Nina Patalon jest świetna nie tylko w wyłuskiwaniu i szlifowaniu talentów. Wiele z jej podopiecznych, żeby grać w klubie, musi opuścić rodzinne strony, a słynna trenerka je wychowuje i się nimi opiekuje.

Ewa Pajor wierzy, że mentalność da się zmienić. Nawet z dnia na dzień. (Fot. Ewa-Pajor.com)Ewa Pajor wierzy, że mentalność da się zmienić. Nawet z dnia na dzień. (Fot. Ewa-Pajor.com)

Skok w dorosłość

Przepłakały całą drogę do Konina. 12-letnia Ewa razem ze starszą o rok siostrą Pauliną umówiły się, że przeprowadzają się i zamieszkają w bursie we dwie, tak będzie raźniej. Paulina specjalnie dla Ewy zmieniła szkołę. Kolejne lata spędzone w Medyku Konin to także sporo łez, ale i spektakularne sukcesy. Pajor – znowu rekord – miała 15 lat i 133 dni, kiedy zadebiutowała w ekstralidze. Strzelała bramki, będąc w jednej drużynie z trzydziestoparoletnimi, doświadczonymi zawodniczkami. Po dwóch mistrzostwach i trzech pucharach Polski dostała z Niemiec propozycję, żeby przejść do Bundesligi. Szansa nie tylko na granie z największymi gwiazdami kobiecego futbolu, ale też w warunkach, na jakie piłkarki w Polsce nie mogą liczyć. Kilkukrotnie większy zespół trenerów, fizjoterapeutów, obsługi technicznej, opieka lekarska, cała infrastruktura. Nie mówiąc już o tym, że w naszym kraju zawodniczki w zdecydowanej większości klubów nie mają szans, żeby utrzymać się z grania.

Ewa wiedziała, że takim klubom jak Wolfsburg się nie odmawia, ale też miesiącami zbierała się do decyzji o kolejnej przeprowadzce, jeszcze dalej od bliskich. Wyjechała, mając 18 lat, w środku lata. Z Pauliną. Umówiły się tak samo, jak wtedy, kiedy jechały do bursy. Że się wspierają, razem będzie łatwiej. Ewa mówi, że dzięki Paulinie zdołała w ogóle przetrwać ten początkowy czas.

Poziom był niesamowicie wysoki, na boisku wciąż słyszała, że ma grać mocniej. Tymczasem dopadł ją kryzys zdrowotny. Badania wykazały, że ma poważną anemię. To ten moment, kiedy postanowiła zrewolucjonizować dietę, przekonała się, jaki ma wpływ na formę. I jeszcze oczy – sama się dziwi, najwyraźniej grała „na pamięć”, bo widziała naprawdę słabo, nie pomagały już żadne soczewki. Klub skierował ją do specjalistów, okazało się, że ma poważne problemy ze stożkiem rogówki, do tej pory przeszła dwie operacje. Po drodze, mimo tych przeszkód, z zawodniczki, która adaptowała się do nowych warunków, Pajor wyrosła na bohaterkę. W ubiegłym sezonie zdobyła 24 bramki w 19 meczach. Od pięciu lat mieszka w żyjącym piłką i motoryzacją (ze względu na fabrykę Volkswagena) Wolfsburgu, ale jest też gwiazdą polskiego futbolu. Gra w reprezentacji kraju, ich cel to awansować do najbliższych mistrzostw Europy.

Jak najszybciej

Przyznaje, że kiedy trafiła do Niemiec, marzyła tylko o tym, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Koleżanki w dobrej wierze dopytywały, jak się ma, a ona robiła wszystko, żeby jak najpóźniej wejść do szatni i jak najszybciej się z niej potem ulotnić. Nie miała odwagi się odezwać. Dzisiaj potrafi z tego żartować. Do Pęgowa tęsknić będzie zawsze („Cała nasza rodzina jest bardzo emocjonalna. Do tej pory, jak wyjeżdżam od rodziców, jest płacz, tacie jeszcze trudniej się powstrzymać od łez niż mamie”), ale też życie weszło na odpowiednie tory. Jej siostra w Niemczech ułożyła sobie życie, nadal lubią ze sobą spędzać wolny czas. Ewa podziwia słynne piłkarki, kibicuje im w walce o lepsze warunki w kobiecym futbolu. To wspaniale, że wykrzykują głośno, co myślą. Ona sama, zgodnie ze swoją naturą, mówi niewiele, ale uważa, że walka na boisku robi swoje. Bywało, że jeszcze w Polsce za plecami słyszała: „Babochłopy z Medyka!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. Wierzy, że mentalność da się zmienić nawet z dnia na dzień. Wystarczy spojrzeć, jaką popularnością cieszą się mecze ekstraklasy. Na kobiecym mundialu to, jak Brazylijki grały z reprezentacją Francji w samej Brazylii, oglądało ponad 35 mln kibiców. Ludzie chcą po prostu oglądać dobry sport.

Ewa: – Mężczyźni mają więcej siły, ale tak naprawdę niczym innym się ich piłka nie różni. My też potrafimy świetnie grać technicznie, strzelić piękną bramkę. Trzeba nas tylko zacząć oglądać.

Wie doskonale, jak potężna jest siła przykładu. W pierwszej klasie podstawówki była w szkole jedyną piłkarką. To było ważne doświadczenie, bo w mieszanych składach dziewczynki dobrze się rozwijają, mniej więcej do 15. roku życia mogą konkurować z kolegami. Ale kiedy Pajor podstawówkę kończyła, uzbierała się cała drużyna dziewczyn. Jej szkolny trener Piotr Kozłowski dzisiaj szkoli również piłkarki.

Ostatnio odezwała się do niej na Instagramie pięciolatka. Pytała, co robić, żeby być taka jak Ewa.

  1. Styl Życia

Rafting – adrenalina i kontemplacja

Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji - pisze dziennikarka Jolanta Maria Berent, która na własnej skórze sprawdziła na czym polega wyjątkowość raftingu. (Fot. iStock)
Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji - pisze dziennikarka Jolanta Maria Berent, która na własnej skórze sprawdziła na czym polega wyjątkowość raftingu. (Fot. iStock)
Adrenalina i kontemplacja. Praca zespołowa i rywalizacja. Okazja do wyjścia poza strefę komfortu. To tylko kilka powodów, dla których warto spróbować raftingu. Dziennikarka Jolanta Maria Berent sprawdziła to na własnej skórze w Słowenii.

Na rynku rozwojowym znajdziesz kilka sposobów na to, żeby zmierzyć się z tym, co cię blokuje, powstrzymuje przed sięganiem po więcej. Chodzenie po rozżarzonych węglach, łamanie strzały grdyką czy deski ciosem karate. To ćwiczenia obliczone na wykonanie pewnego kroku – nie tyle ku przepaści, co w stronę własnej siły, pewności siebie. Sygnał dla podświadomości, że otwierasz się na nowe. Że – owszem, możesz odczuwać lęk, ale gotowa jesteś go przekroczyć.

Mimo to kiedy podczas wyjazdu z grupą dziennikarzy do Słowenii zaproponowano nam rafting – spływ pontonem po rwącej, górskiej rzece (piękna, szmaragdowa Socza plus Alpy Julijskie) – początkowo nie paliłam się do tego pomysłu. Woda nie jest moim ulubionym żywiołem, a do tego lało jak z cebra. Sam koordynator wyjazdu odradzał przedsięwzięcie. I wtedy zapaliła mi się lampka: cóż za wspaniała okazja, żeby spotkać się z tym żywiołem! Jak mogłabym ją zmarnować?

Jakoś to będzie

Z naszej pięcioosobowej grupy na udział w wyprawie decyduje się poza mną tylko jedna osoba. Wsiadamy do busa podstawionego przez organizatorów spływu, jedziemy do miejsca, gdzie dostajemy niezbędne wyposażenie: gumowe buty, dwie części kombinezonu, kask, kapok. Gdzie się przebrać? Jak to gdzie? Na brzegu rzeki! Zaczynam się zastanawiać, czy to był dobry pomysł. Próbuję porozumieć się z sąsiadem – okazuje się, że to nauczyciel grupy młodych uczniów szkoły ogrodniczej z Belgii. Są lepiej przygotowani niż ja: mają ręczniki i stroje kąpielowe. Ktoś uprzedził ich, że pod kombinezonem może zostać tylko dolna część bielizny. Nas nie. OK, dodatkowa bariera do przekroczenia. Jakoś to będzie.

I jakoś jest – na polanie, do której dojeżdżamy, nawet się specjalnie nie zasłaniamy. W końcu każdy jest zajęty sobą i rozpracowywaniem poszczególnych części ekwipunku. Koleżanka przekonuje mnie, że zamek w kombinezonie powinien się zasuwać od spodu. Rezultat: zakładamy strój na lewą stronę. Jakoś to będzie – uczepiłam się tej mantry.

Przewodnik woła grupę do pontonu, udziela niezbędnych instrukcji. Jak siedzieć, gdzie trzymać nogi, jak operować ciałem. Jak chwycić wiosło, jak nim poruszać. Co zrobić, kiedy wpadnie do wody. Wreszcie: jak postępować, kiedy trafi tam któryś z członków załogi. Jeśli to twój sąsiad, wciągasz go z powrotem za kapok. Jeśli ty, układasz się stopami w stronę nurtu – mówiąc bardziej obrazowo, „nogami do przodu”. W szeregach wyczuwa się lekki niepokój. Zaczynamy zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji. Podejrzewam, że to część przedstawienia, że Theo (prosi, żeby koniecznie podać jego imię) celowo podkręca atmosferę. Tak czy inaczej adrenalina jest już na odpowiednim poziomie – możemy wyjść z pontonu i znieść go po stromej skarpie na brzeg rzeki. Pierwszy kontakt z wodą robi wrażenie. Jest zimna, jest wzburzona. Jest mokra. Szarpie pontonem, rzuca nim w górę i w dół, obraca. Pokazuje, kto tu rządzi.

Z wodą nie przelewki

Sprawdzamy, jak wprawki „na sucho” przekładają się na prawdziwe wiosłowanie. Czy my w ogóle mamy wpływ na cokolwiek. Okazuje się, jak ważne jest utrzymanie odpowiedniego rytmu, synchronizacja z towarzyszami podróży. Niezłe ćwiczenie dla zespołu – uczy zgodnego działania we wspólnym celu. Każda ręka się liczy, każdy ma swój wkład. Uczymy się figury zwanej piramidą: wszystkie wiosła piórami do góry, łączymy je nad głowami, wydajemy okrzyk bojowy. Kiedy zaczynamy się czuć nieco pewniej, pojawia się element rywalizacji – wyścigi z innymi załogami. Inna konkurencja: kto kogo skuteczniej ochlapie, wzbijając wiosłem fontanny. Nie ma gdzie się schować, woda z każdej strony! I jeszcze fotograf, podążający w kajaku naszym tropem, w poszukiwaniu co bardziej atrakcyjnych ujęć...

Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji. Co jakiś czas przewodnik prosi, żeby oprzeć wiosła na kolanach. Milknie. To te odcinki rzeki, na których nie trzeba z nią walczyć. Rozluźniamy się, pozwalamy, by nas niosła. Podziwiamy potęgę gór wokół, nasycenie kolorów. Zwłaszcza że wyszło słońce. Theo opowiada o okolicznych wodospadach i jaskiniach, o wydarzeniach związanych z tym miejscem. Podczas I wojny światowej przez dolinę Soczy przechodziła linia frontu, armie włoska i austriacko-węgierska stoczyły tu dwanaście krwawych bitew. Do tych miejsc i wydarzeń nawiązuje Hemingway w „Pożegnaniu z bronią”. Jest też wątek kinematograficzny – okazuje się, że w okolicy kręcono zdjęcia do drugiej części „Opowieści z Narnii”. Przypominam sobie dreszczowiec „Dzika rzeka”, w którym Kevin Bacon prześladował płynącą pontonem po Kolorado Meryl Streep. Theo potakuje: zawsze jakiś psychopata może się czaić za krzakiem. Zdaje się, że już nawet nastolatkowie mu nie wierzą.

Skacz i nie myśl

Tymczasem największe dreszcze dopiero przed nami. Właściwie była to typowa cisza przed burzą. Przewodnik zapowiada kolejny punkt programu: za chwilę będzie odliczał, na „trzy” wszyscy mamy wyskoczyć. Nie wierzę własnym uszom, to musi być kolejny żart! Ale nie: wygląda na to, że oczekuje się od nas skoku na głęboką wodę. No, chyba że nie jest tu zbyt głęboka. Na hasło „trzy” wciąż siedzę w pontonie, zajęta wewnętrzną walką. Jakaś część mnie mówi, że po co, że to głupie: nie muszę ryzykować, udowadniać czegokolwiek komukolwiek. Ale jest i inna, która twierdzi: „Nie jesteś gorsza. Co ci zależy. Masz kapok. Jeśli tego nie zrobisz, pożałujesz. Doświadczenie będzie niepełne. Teraz albo nigdy!”. Skaczę i... nie jest zbyt miło. Uwierzyłam, że – skoro jesteśmy blisko brzegu – woda będzie płytka. Nie jest. No ale od tego między innymi jest przewodnik – żeby wciągnąć wszystkich za kapoki z powrotem do środka.

Z czym zostajesz? To może być duma i ulga. Przypływ energii. Poczucie świeżości (nie tylko z powodu wody w butach). Na pewno satysfakcja: że spróbowałaś czegoś nowego, że dzieliłaś z innymi to doświadczenie, dołożyłaś swoje wiosło (czyli poczucie sprawczości). Ale też, że zaufałaś. Wodzie, przygodzie, innym ludziom. Sobie. Że dałaś radę. Z ręcznikiem czy bez. Właściwie to mogłabyś teraz przenosić góry. Tylko po co? Wygląda na to, że są na swoim miejscu.

  1. Styl Życia

W Warszawie zakwitło dziwidło olbrzymie!

(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
(Fot. Wikipedia US Botanic Garden)
Dziwidło olbrzymie – największy kwiat świata o woni padliny, zakwitło tej nocy w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Można je podziwiać jeszcze dzisiaj (od godz. 10), zanim definitywnie zamknie swój kwiatostan.

Kwitnące dziwidło olbrzymie zadziwia i fascynuje – przyciąga odmiennością, odrzuca wstrętną wonią. Kiedy kwitnie trudno przejść obok niego obojętnie. Jego kwiatostan jest bowiem największy w świecie roślin (ma do 3 m. wysokości, 1,5 m. średnicy), a przy tym wygląda jak kawał padliny i „pachnie” jak ona. W dodatku bardzo intensywnie. Na Sumatrze, skąd roślina pochodzi, woń jej kwiatostanu jest wyczuwalna z odległości nawet 3 km! W ten sposób przywabia zapylacze – muchy i inne padlinożerne owady. Nęci je nie tylko „aromatem”, ale i ciepłem panującym we wnętrzu kwiatostanu (czyli w pochwie). Temperatura może tam osiągnąć nawet 40 st.C! Roślina wie co robi, włączając „ogrzewanie”, ciepło potęguje bowiem jej brzydki zapach.

Łacińska nazwa dziwidła - Amorphophallus (od amorphos - podobny i phallus - penis) w pełni oddaje wygląd kolby kwiatostanu, wyrastającej z nabrzmiałej pochwy, skrywającej właściwe kwiaty – żeńskie i męskie. Niestety, roślina zakwita tylko raz na kilka lat, w dodatku jest kwiatem jednej nocy – spektakl zaczyna się po południu, a kończy następnego dnia.

Tej nocy dziwidło zakwitło w Warszawie - w szklarni tropikalnej Ogrodu Botanicznego UW. I to jako pierwsze w Polsce! Zainteresowanie było ogromne! O północy, kiedy zamknięto kolejkę, ostatni chętni czekali na wejście ponad 2 godziny. Kwitnienie można było też śledzić on line pod linkami: https://youtu.be/bFKASNfwE4A i http://bit.ly/dziwidlo_live.

Kwiat jednej nocy

Tym razem roślina zadziwiła nawet swoich opiekunów – Joannę Bogdanowicz i Piotra Dobrzyńskiego. Według ich prognoz miała bowiem zakwitnąć w nocy z wtorku na środę. – Z dziwidłem nigdy nic nie wiadomo, ono robi co chce i kiedy chce – śmieje się Piotr – wiele zależy od warunków, w jakich żyje, głównie od temperatury, oświetlenia i wilgotności.

Każdy okaz rozwija się z bulwy, która też jest rekordzistką w świecie roślin – może ważyć do 100 kg! Najpierw jednak wyrasta z niej mały liść w kształcie parasola. Po kilkunastu miesiącach zamiera, oddając substancje zapasowe bulwie, która wchodzi w okres spoczynku. Potem wydaje nowy, znacznie większy liść. Trwa to kilka lat. Kiedy bulwa odpowiednio dojrzeje, zamiast liścia wyłania się z ziemi kwiatostan.

Kwitnienie wygląda spektakularnie! Kolba stopniowo się wydłuża (o kilka cm dziennie), a pochwa nabrzmiewa. Aż wreszcie któregoś popołudnia zaczyna się otwierać (i pachnieć). Wieczorem w pełni prezentuje swój aromat i urodę, a w nocy powoli zaczyna się zamykać. Następnego dnia spektakl się kończy. Na koniec płatki ponownie lekko się rozchylają, by uwolnić uwięzione we wnętrzu owady. Kwitnąca roślina przyciąga tłumy zwiedzających, a jej kwitnienie jest ogromnym wydarzeniem w życiu każdego ogrodu.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Dziwna historia dziwidła

Choć stołeczne dziwidło mieszka w szklarni już od kilkunastu lat, pracownicy ogrodu niewiele mieli okazji, by zawrzeć z nim bliższą znajomość. Prawie połowę tego czasu roślina spędziła bowiem w głębokim uśpieniu, „liżąc rany” po nieszczęśliwym wypadku.

- Bulwa jest prezentem od pewnego mieszkańca stolicy, który przywiózł ją z Sumatry. Przez kilka pierwszych lat rozwijała się prawidłowo co roku wydawała liść – wspomina Piotr. Aż do czasu, gdy w szklarni pojawiła się ekipa TV, by nagrać kolejny program botaniczny. Ogromna donica z bulwą trochę jej zawadzała, lekkomyślnie wyniesiono ją więc na mróz.

W efekcie bulwa przemarzła i zaczęła gnić, co gorsza w miejscu, gdzie powstaje pąk. Pracownicy chuchali na nią i dmuchali, posypywali rany sproszkowanym węglem drzewnym, a nawet układali ją w… hamaczku, by się przewietrzyła. Mimo to przez kilka lat nie dawała znaków życia. Ogrodowa legenda głosi, że gdy utracono już nadzieję, odtańczono nad nią… taniec rytualny (niektórzy twierdzą, że pożegnalny). I o dziwo bulwa wkrótce ożyła, wydając liść, który bywa prawie tak intrygujący, jak kwiatostan. Jego „ogonek” dorasta bowiem do 7 m. wysokości, oczywiście u starszych okazów.

Ale powróćmy do naszego dziwidła. Gdy liść zanikł bulwę wykopano i stwierdzono, że… obumarła. Wcześniej jednak zdążyła wydać nową bulwkę – młodą i rwącą się do życia. To właśnie ona wytworzyła liść, a teraz zakwitła.

- Nasza roślina jest młoda i po przejściach, przy ostatnich pomiarach jej bulwa ważyła więc „tylko” 23,5 kg. A po sezonie spędzonym w hamaczku schudła o 1,5 kg, na skutek utraty wody, co wbrew pozorom wyszło jej na zdrowie – śmieje się Piotr.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Uchodźca z Sumatry

Dziwidło jest endemitem – rośnie dziko tylko na Sumatrze, można je też spotkać na Borneo. Nie występuje nigdzie indziej, co najwyżej w ogrodach botanicznych.

- Niestety może się zdarzyć, że te niesamowite rośliny będzie można podziwiać tylko w szklarniach – poważnieje Piotr. Na Sumatrze masowo wycinane są lasy pod plantacje palm olejowych. Wraz z nimi ginie wiele gatunków zwierząt i roślin – między innymi dziwidło, które nie jest nawet pod ochroną.

Dlatego tak ważne jest, by rośliny te przetrwały i rozmnażały się w ogrodach botanicznych, co nie jest łatwe. To co widzimy podczas kwitnienia nie jest kwiatem, lecz kwiatostanem, złożonym z kolby i pochwy okrytej okrywami, które po rozchyleniu się wyglądają jak płatki. Prawdziwe kwiaty (żeńskie i męskie) ukryte są we wnętrzu pochwy – damskie poniżej męskich. Niestety, nie są one gotowe do rozrodu w tym samym czasie. Kiedy kwiaty męskie sypią pyłkiem, żeńskie są już nieaktywne. I pyłek przepada.

Aby doszło do zapylenia, musi rosnąć obok siebie kilka okazów w różnej fazie rozwoju. To się często zdarza w tropikalnym lesie deszczowym, ale nie w szklarni. Ogrodnicy pomagają roślinom jak mogą – zbierają pyłek i przechowują go w lodówce, by w odpowiednim momencie zapylić roślinę pędzelkiem, przez wycięte w pochwie okienko. Ogrody botaniczne coraz częściej współpracują ze sobą w tej dziedzinie.

Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)Bulwa (Fot. Ogród Botaniczny UW)

Zapylenie i vitro

- Nasze dziwidło jest jednak samotne, więc nie ma szans na zawiązanie nasion i potomstwo. Co najwyżej możemy próbować pobrać pyłek i przechować go do następnego kwitnienia. Ale czy dotrwa do tego czasu w lodówce? Nie wiadomo. Najważniejsze jednak, że nasz okaz wreszcie zakwitł! – cieszy się Piotr. Teraz zostanie wpisany na listę kwitnących dziwideł i będzie można rozpocząć współpracę z innymi ogrodami.

Kiedy dziwidło przekwitnie, jego kwiatostan zostanie ścięty, umieszczony w słoju i utrwalony w specjalnym preparacie, a potem wystawiony dla zwiedzających. Komu więc nie udało się go teraz obejrzeć, będzie miał ku temu już wkrótce okazję podczas kolejnych wizyt w Ogrodzie Botanicznym UW.

Szklarnia tropikalna Ogrodu Botanicznego UW jest otwarta w weekendy (godz. 10-20). Obecnie, z uwagi na duże zainteresowanie dziwidłem, można ją zwiedzać codziennie (10–15). Dzisiaj prawdopodobnie będzie czynna do godziny 20 (zależnie od rozwoju sytuacji).

Ceny biletów: normalny 12 zł (w weekendy 20 zł), ulgowy 6 zł (w weekendy 10 zł).

  1. Styl Życia

Alicja w krainie czarów – klimat Prowansji na warszawskim Ursynowie

Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Stylistka Alicja Radej razem z mężem Darkiem stworzyła dom marzeń. Niemal każdy element został dotknięty ręką właścicieli. Stół w kuchni Alicja znalazła w mieszkaniu starego zielarza. Pod olejną farbą w kolorze musztardy zobaczyła arcydzieło. Meble kuchenne przyjechały z Włoch, ale początkowo były w brązowym kolorze. Złoty włoski taborecik kupiony został na targu staroci w Bytomiu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)
Metafizyka – tym słowem można określić uczucie, jakiego doznaje się, wchodząc do mieszkania Alicji Radej. W jednej magicznej chwili przenosimy się z warszawskiego Ursynowa do francuskiej Prowansji. Tylko zamiast przez lustro przechodzimy przez czarodziejskie drzwi...

Drzwi od zewnątrz nie wyróżniają się spośród innych na piątym piętrze ursynowskiego bloku. Ale w środku stanowią kolaż ulubionych zdjęć i cytatów domowników. Jeden z nich najbardziej oddaje ducha tego domu: „Przyzwoitość. Lojalność. Uczciwość. Prawość. Szlachetność. Wierność prawdzie. Empatia”.

Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Ołtarzyk stanowi centralne miejsce domu. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Dom niewątpliwie pachnie Francją. W dzień przez tiulowe firany z falbanami, które czasem bywają narzutą na kanapę, wpadają tu ciepłe promienie słońca, odbijając się w drewnianych, bielonych i patynowanych meblach oraz przeróżnych wysmakowanych drobiazgach. Wieczorem można okryć się pikowaną narzutą boutis, wtulić głowę w poduszkę z motywem Toile de Jouy, zatopić się w przepastnym „ludwiku” i przy świetle kryształowego żyrandola cieszyć oko paradą dekoracyjnych przedmiotów.

Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łóżko Darek zrobił sam i uzupełnił ozdobnymi ornamentami, które kupił na Kole. Alicja zadbała o haftowaną pościel i bukiet gipsówki, który zawiesiła u wezgłowia. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W poszukiwaniu spokoju

– Dom to dla mnie sanktuarium, nie tylko miejsce zaczepienia. Urządziłam go z czułością i rozwagą, wyczuleniem nie na mody, ale na to, czego faktycznie potrzebujemy – mówi Alicja Radej. Choć nie jest wielki, spokojnie mieści czteroosobową rodzinę i dwa przygarnięte psiaki. Ważnym miejscem w domu jest tak zwany ołtarz. Tego typu ołtarze były obecne w wielu kulturach na przestrzeni wieków, i nadal są. To miejsce, które emanuje spokojem na cały dom, wspomaga refleksję, przypomina o najważniejszych wartościach, celach życiowych, łącząc to, co duchowe, z fizycznym. Aby powstał, nie trzeba wiele. – U mnie jest to blat komody w centrum domu. Znajdują się tu cenne dla mnie i duchowo ważne przedmioty oraz zdjęcia najbliższych. Codziennie rano zapalam tutaj świece w intencji zdrowia i pomyślności rodziny i świata. Układam kwiaty, palę kadzidła. Ta chwila wypełnia dobrą energią na cały dzień – opowiada Alicja. – Bliska jest mi filozofia buddyjska, zgodnie z którą żyjemy: „Zmniejsz swoje pragnienia, a zmniejszysz swoje cierpienia”. Ale ponieważ wierzę, że trzon duchowy wszystkich religii jest jeden – bycie dobrym człowiekiem – otaczają mnie również figurki i obrazki z Biblii, mam kilka rzeźb Maryi, jest Święty Michał Archanioł. Mój dom rodzinny w Cieszynie był zresztą bardzo religijny i uduchowiony. Przeprowadzka do Warszawy 15 lat temu nie zmieniła tej potrzeby duchowości, a może nawet ją pogłębiła – dodaje.

Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym 'ludwikiem' wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Zamiast sofy w salonie stoi łóżko ze złoconą ramą. Stąd Alicja ogląda filmy. Nad ulubionym "ludwikiem" wisi gobelin. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)


Kontakt z przyrodą ma dla Alicji niezwykłe znaczenie. I choć w dużym mieście jest to trudniejsze niż na wsi, Alicja nie tylko codziennie spaceruje po rezerwacie przyrody, do którego ma niedaleko, lecz także otacza się naturą w domu. Lubi kwiaty. W swojej książce „Prosto z roślin” akcentuje szacunek dla zwierząt i roślin, zapraszając do empatycznego spojrzenia nie tylko na naszych braci mniejszych, ale na całą Matkę Ziemię i w końcu na siebie samych, bo też zasługujemy na zdrowe życie, pełne harmonii.

Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Kryształy na domowym ołtarzyku. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Moc kryształów

Innym ważnym elementem są kryształy. – To naturalne klejnoty, które rodzi sama natura. Ich wkomponowanie w dom było wyzwaniem, bo chciałam uniknąć efektu sklepu geologicznego czy chatki nowoczesnej wiedźmy – kontynuuje Alicja. Kryształy używane są w holistycznym leczeniu od tysiącleci. Odkrywanie ich tajemnic oraz stosowanie ich dla podnoszenia poziomu własnej harmonii to jej ogromna pasja. Śmieje się, że niezła z niej sroka, choć tak naprawdę wybiera je z wielką rozwagą. – Ich piękno fascynuje mnie od lat. Dobrze się czuję w ich towarzystwie i pomagam innym korzystać z ich leczniczych dobrodziejstw. Kryształy mogą nam towarzyszyć na wiele sposobów. Przy medytacji, w kąpieli, podczas relaksacji – jestem przekonana, że każdy odczuje ich wpływ. Może to właśnie one emitują dobrą energię, bo wszyscy mi mówią, że nasz dom działa terapeutycznie – dodaje. A może to kwestia kolorów? Dominują tu pudrowe barwy nawiązujące do azjatyckich klimatów, które są Alicji także duchowo bliskie, i nieco pozłoty, symbolizującej słońce, jasność i radość. Jej zdaniem wnętrze ma wzbudzać emocje, inspirować i działać na zmysły. – W ludziach, przyrodzie, ale i w przedmiotach codziennego użytku zawsze szukam piękna – tłumaczy.

Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Suszone kwiaty, torebeczki z targów staroci, lustr w drewnianej ramie - Alicja dba o każdy szczegół. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Wanna z szyldem

Przedmioty w tym domu nie mają raz na zawsze określonych funkcji: to, co wczoraj było narzutą, dziś jest obrusem, a jutro być może stanie się zasłoną. W roli jedynie dekoracyjnej występuje tutaj... zastęp emerytowanych zegarów; wszak szczęśliwi czasu nie liczą, ale mogą przyglądać się pięknej tarczy czy wahadłu.

Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Wieszak bardziej dekoracyjny. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

Meble i ozdoby wędrują z salonu do sypialni, z sypialni do kuchni. – O każdym przedmiocie w moim domu mogę opowiedzieć historię, bo to głównie rzeczy z odzysku, wiekowe rzemiosło albo meble, które wykonał mój mąż. Także drzwi są jego dziełem – wylicza Alicja. – Moje ukochane materiały to drewno, len, stare szkło, antyczne koronki, ręcznie tworzona ceramika i stara porcelana. Lubię spękania, sprucia czy wypłowienia – to dla mnie znaki życia przedmiotów, ich historii.

Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)Łazienka w stylu prowansalskim. (Fot. Alicja Radej, Dariusz Radej; Weranda)

W urządzaniu liczą się też zabawa konwencją i humor. Stąd za przedmioty dekoracyjne robią w mieszkaniu Alicji cekinowe torebki wizytowe w stylu vintage czy hinduskie elementy ubioru. Z kolei nad wanną znalazł się stary szyld „Nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. – Chętnie zestawiam to, co zgrzebne, z pałacowym, rustykalne – z etnicznym. I lubię, gdy całość jest ciepła, przyjazna oraz kobieca – mówi właścicielka.