1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Paulina Młynarska: W wędrówce z gwiazdy na gwiazdę

Paulina Młynarska: W wędrówce z gwiazdy na gwiazdę

Paulina Młynarska nauczyła się dawać sobie i innym prawo do bycia sobą (Fot. Krzysztof Opaliński)
Paulina Młynarska nauczyła się dawać sobie i innym prawo do bycia sobą (Fot. Krzysztof Opaliński)

Na wizytówce mogłaby mieć jak Holly Golightly ze „śniadania u Tiffany’ego”: w podróży. kocha wędrówkę. także tę samotną. gdzie teraz rozbije swój namiot?

Twoja książka „Jesteś wędrówką” opowiada o podróżowaniu. Tym z plecakiem i tym przez życie. To porozmawiajmy o twoim życiu. O kolejnych etapach tej podróży. Zaczęła się, jak u każdego, kiedy pojawiłaś się na świecie w konkretnym domu, w konkretnej rodzinie. Jakiej? To był 1970 rok, mieszkanie w blokowisku, trzy pokoje, ślepa kuchnia – jak na tamte czasy luksus. Od urodzenia miałam dwie matki. Rodzoną, Adriannę, aktorkę, która robiła karierę i jednocześnie była zajęta moim tatą i jego karierą. I Helę, moją mamę chrzestną i jednocześnie nianię, góralkę ze Spytkowic. Z jednej strony byłam dzieckiem znanych artystów warszawskich, pochodzących z ziemiańskich, szlacheckich rodzin, z drugiej – miałam Helę, góralkę z Beskidów, z prostej wiejskiej rodziny. To sprawiło, że bardzo wcześnie zaczęłam się zastanawiać, kim ja właściwie jestem. Kim jestem bardziej. I wtedy też, a właściwie dzięki temu, narodził się mój lewicowy światopogląd.

Szybko.
Tak. Widziałam, że Hela, tak dla mnie ważna, wykonuje najcięższą pracę, obsługuje nas, sprząta, pierze, ale też czyta bajki, nosi na rękach, bierze do łóżka, jak nie możemy spać – no i ta Hela wykonuje pracę, która jakoś nie cieszy się wielkim prestiżem. To z perspektywy dziecka było bardzo wyraźne. Nie mogłam tego znieść, uważałam, że to mi osobiście uwłacza. Właściwie uważam tak do dziś. Dzięki Heli zrozumiałam, że nie jestem nikim wyjątkowym. A jednocześnie jak wielki przywilej, z racji urodzenia, jest moim udziałem. Podhale do dziś uważam za swoją drugą ojczyznę.

Dwie matki, dwie ojczyzny…
Ojczyzn będzie więcej! Ale ojców też dwóch. Kiedy przeprowadziliśmy się na Łowicką, do dużego domu, na dobre wszedł w moje życie dziadek Hieronim. Miałam jednocześnie dwie pary rodziców. Tatę i mamę, a poza tym Helę i dziadka – bardzo ważnych, bo rodzice dość często wyjeżdżali. Dziadek kochał życie. I dobre jedzenie – jego główna pretensja do komunizmu polegała na tym, że je się wstrętne rzeczy. Uważał, że złu powinniśmy się przeciwstawiać, smakując życie i będąc szczęśliwymi. Kiedyś przyszłam do niego, a tam czekały już na mnie dwa jajka, a na nich jakieś czarne kuleczki i odrobina śmietany. Dziadek pojechał na bazar Różyckiego i ze swojej emerytury kupił mnie, małej dziewczynce, puszeczkę kawioru. Tłumaczył mi, że kawior to dobre jedzenie. I że człowiek musi wiedzieć, jak to smakuje. Dziadek chronił nas też przed artystycznym światem rodziców. Bo dom na Łowickiej to była także nawracająca choroba dwubiegunowa taty. Nie chcę się nad tym rozwodzić, ale nie chcę też mówić, że to była sielanka. To nie był łatwy dom.

Kiedy kończy się pierwszy etap twojej podróży?
Na planie „Kroniki wypadków miłosnych” Wajdy. To był punkt zwrotny. Dorośli przełożyli mi zwrotnicę życia. Zrobili coś, czego robić nie powinni. Rozbierana scena, którą musiałam zagrać, do tego, żeby „było mi łatwiej”, alkohol i środki uspokajające – coś się we mnie wtedy złamało. Ludzie, którzy powinni byli się mną opiekować, nadużyli swojej pozycji.

Zdawali sobie z tego sprawę?
Chyba nikt wtedy nie zdawał sobie z tego sprawy. To był rok ’85, Konwencja o prawach dziecka została przez ONZ przyjęta w ’89 roku, a Polska ratyfikowała ją na początku lat 90. I dopiero wtedy zaczęto zadawać sobie pytanie, czy dzieci można „używać”. Wtedy zaczął się w moim życiu trudny czas. Jego skutkiem był wyjazd do Paryża dwa lata później…

Pierwsza samodzielna podróż.
Mam 16 lat, wyjeżdżam do mojej trzeciej ojczyzny i zaczynam się uczyć funkcjonowania w dorosłym życiu. We Francji nauczyłam się też feminizmu. Znalazłam się w środowisku ludzi świadomych i zaangażowanych, których matki swój światopogląd budowały na barykadach ’68 roku. One wiele rzeczy mi uświadomiły. Choćby to, że nawet mój otwarty, inteligencki dom był jednak domem mocno zakorzenionym w homogenicznym rasowo i społecznie kraju. A kwestie praw kobiet właściwie tam nie istniały.

Jak ty, tak młoda kobieta, radziłaś sobie we Francji?
Przez pierwsze dwa lata walczyłam o przetrwanie. Praca w knajpie, niańczenie dzieci. Ale ponieważ wierzyłam, że zostanę światowej sławy aktorką, brałam udział w castingach. Wygrywałam głównie te do reklam, dzięki temu zaczęłam jako tako zarabiać. Byłam dorosła w sensie praktycznym. Nauczyłam się zapewniać sobie środki do życia. Ale wewnątrz byłam dzieckiem.

Samodzielna, we Francji, z dala od rodziny, a jednak dziecko?
Nie jest to tajemnicą, że mój tata był człowiekiem ciężko chorym. I ja rozwinęłam wszystkie objawy dorosłego dziecka z rodziny dysfunkcyjnej. Takie dzieci na ogół bardzo wcześnie nabierają wprawy w wychodzeniu z kryzysów. W przetrwaniu. Bo w takiej rodzinie trzeba umieć przetrwać. Świetnie „budujemy szałasy”, opracowujemy strategie, chodzimy uśmiechnięci i jesteśmy hej do przodu, choć w środku rozpacz. Mocni w kamuflażu, wewnętrznie prawdziwego dzieciństwa nie doświadczamy, więc nie przechodzimy pewnych etapów dojrzewania. Dasz cukierek, zagadasz, to takie dziecko już leci, zrobi dla ciebie wszystko. Tak to działa. I trudno z tego wyjść. Jeśli nie zacznie się nad tym pracować, leczyć, skutki mogą być straszne. Wcześnie zaczęłam tych skutków doświadczać: nawracająca depresja, stany lękowe. Ale nie zdawałam sobie sprawy, co to właściwie jest, z czego to się bierze.

Kiedy się zorientowałaś, że to jest problem?
Później, już kiedy miałam Alę. Dotarło do mnie, że to nie przelewki. Że marnuję nie tylko swoje życie, ale i życie dziecka. A ja chciałam, żeby Ala była szczęśliwa. I wzięłam sobie do serca słowa, że jeśli sama nie będę szczęśliwa, to i ona nie będzie. Bo tylko ja mogę ją tego nauczyć. Mimo wszystko ten pierwszy pobyt w Paryżu to dobre lata. Byłam młoda, wszystko było nowe. Tymczasem odwiedziłam Polskę i zakochałam się. To był ojciec mojej córki – młodzieńcza miłość. Kiedy zaszłam w ciążę, postanowiłam wrócić do kraju. Głównie ze względów… politycznych. Zostałam wychowana w domu zaangażowanym. Całe życie słuchałam „Piosenki tonącego”, „Róbmy swoje” czy „Lubię wrony”, więc jak to teraz, kiedy są wybory czerwcowe, mnie ma przy tym nie być? Niemożliwe.

I wróciłaś. Zaczęłaś kolejny etap podróży.
Wróciłam. Urodziła się Ala, z którą szybko zostałam sama, bo szalona młodzieńcza miłość, jak to bywa z szalonymi uczuciami, nie przetrwała. Zamieszkałam pod Warszawą, w Złotokłosie, w dużym domu należącym do mojego wujka.

Sama z córką?
O nie. Tam panowała komuna. Na pięterku wuj Marcin, na dole pani Wala, Rosjanka, niania Ali – mówiłam na nią „madame Walentina”. A w weekendy armia przyjaciółek Wali. Brały dom w posiadanie. Jedna robiła tort, druga śledzie, gadałyśmy, one zdradzały mi przy wódeczce swoje tajemnice. Byłam zaszczycona tym, że mnie dopuszczały do swojego świata, więc słuchałam ich kobiecych historii z zachwytem. Ten fajny czas się skończył, bo postanowiłam wyjść za mąż. Choć w naszej komunie byłam tak naprawdę szczęśliwsza niż potem z mężem.

Szybko się to okazało?
Tak. Małżeństwo trwało krótko, etap Złotokłosu się zamknął, a ja poszłam pracować do radia.

Zmieniłaś zawód, rzuciłaś aktorstwo.
Wszyscy pukali się w głowę. Grałam wtedy u Hanuszkiewicza w teatrze, miałam rolę w „Złotopolskich”, serialu tasiemcu, który był marzeniem wielu, bo dawał stały dochód. A ja poszłam do Tok FM, wtedy Inforadia. Zdałam sobie sprawę z tego, że nie interesuje mnie siedzenie na planie czy czekanie na rolę. Wypełniłam słynny test BBC, postrach młodych dziennikarzy. Umierałam ze strachu, bo obraz samej siebie miałam taki: bez matury, wykształcenia akademickiego, aktoreczka ze „Złotopolskich”. Będą ze mnie drzeć łacha…

Ale dałaś radę...
Dałam. To mi uświadomiło, że nie jest ze mną tak źle i że model samouk, jak ja, występuje w przyrodzie i nawet może odnosić sukcesy. Tam się nauczyłam wszystkiego, jeśli chodzi o dziennikarstwo. To była straszliwie ciężka praca. Taka, że po dwóch latach poczułam, że nie wyrabiam. Kryzys, wypalenie, depresja. Ala chorowała, miała problemy z astmą, zaordynowałam więc przeprowadzkę do Kościeliska. Potem zaś znów do Paryża na kilka lat. I znowu do Zakopca. A potem do Warszawy.

Ktoś powie, że cię nosiło, że nie mogłaś znaleźć swojego miejsca. A ty wędrowałaś całe życie. Kiedy zrozumiałaś, że „jesteś wędrówką”?
Niedawno. Dopiero pięć, sześć lat temu. Zaczęło się od ćwiczeń, od jogi. Najpierw asany, bo bolały plecy. Potem wchodziłam w to głębiej i zaczęłam znowu zadawać sobie pytanie, kim jestem. Jak rozpoznać swoją prawdziwą naturę. Ostatecznie pomogła mi ją zrozumieć joga, której głównym zadaniem jest odpowiedzenie sobie na pytanie: „Kim jestem?”. Scenariusze społeczne, zwłaszcza te dla kobiet, pisane są sztywno i restrykcyjnie. Mamy w głowach te powiedzonka: „Musisz sobie ułożyć życie”; „Dziewczyna przez świat nie może iść całkiem sama”. My te scenariusze do siebie przykładamy, a jak nie pasują, to nie zmieniamy scenariuszy, tylko obciosujemy siebie. Trzeba odwagi, żeby odkryć własną naturę.

A twoja jest jaka?
Moja jest w wędrówce. W rozbijaniu i zwijaniu namiotu. W poznawaniu czegoś nowego. I potrzebuję przy tym samotności.

Powiedziałaś kiedyś, że w poprzednim wcieleniu chyba byłaś nomadką.
I wędrowałam po stepach Mongolii… Tak, dalej tak czuję. Kocham obmyślanie, pakowanie, bycie w drodze. Parę dni temu wróciłam z Azji, nie było mnie pół roku i zaraz lecę dalej. Już mam plan na cały rok – wiem, gdzie będę zakładać obozowiska.

Nie męczy cię to?
Jest taka piosenka mojego taty – z jakiegoś powodu w ogóle jej nie znałam, choć znam prawie wszystkie. Parę miesięcy temu Agnieszka Glińska przygotowywała galę poświęconą ojcu i wysłała mi ten tekst. „Zobacz, to zostało napisane kilkanaście lat temu w Zakopanem, byłaś tam przecież wtedy z tatą”. I to jest piosenka o mnie:

 

Przejazdem jestem, przejazdem

W wędrówce z gwiazdy na gwiazdę [...]

Półspakowana walizka odpocząć pragnie daremnie

Pięknie rozrasta się lista

Miejsc niezagrzanych przeze mnie.

 

Ojciec to wtedy o mnie wiedział. Rozumiał moją naturę, zanim ja ją zrozumiałam. Moja siostra Agata też to widziała. Zawsze mi mówiła: „Ty jesteś born to be wild”. Nie wierzyłam. A często inni widzą więcej… W końcu do mnie dotarło, że warto ich słuchać. Spokorniałam.

Podróż przez duże „P” to taka, którą organizujesz sama?
Moja podróż taka jest. Ja właśnie takie podróżowanie wybieram. Ale każdy sam musi odpowiedzieć sobie na pytanie, co lubi w podróżowaniu. Bo jeśli nie znosi samej drogi, tylko czeka na moment, kiedy z drinkiem usiądzie przy basenie, to niech jedzie zawsze z biurem podróży. Jeśli ktoś nie znosi zimna i surowych warunków, trekking w Nepalu nie jest dla niego. Znowu wracamy do kwestii rozpoznania i uznania swojej natury.

Kiedyś mi powiedziałaś, że szczęście wyobrażasz sobie tak: siedzisz przy kominku z komputerem. Zmieniło się chyba?
Wcale nie. Tylko teraz wolę siedzieć na ganku domu zaprzyjaźnionego jogina na Sri Lance. Lubię, jak jest gorąco! Wybieram fajne miejsce na słońcu. Albo tu, w domu, na tej szarej kanapie. Choć ostatnio dużo na niej nie siedzę.

Jaka ścieżka teraz się przed tobą otwiera?
Żeby się mogła otworzyć, pewne sprawy musiały zostać domknięte. Pierwszą było odejście taty, poprzedzone 15 miesiącami jego ogromnego cierpienia i naszej pracy, żeby mu w tych cierpieniach ulżyć. Drugie zamknięcie to sprzedaż domu w Kościelisku. Jakieś trzy lata wcześniej wystawiłam go na sprzedaż. Miałam już dosyć zimna, wiedziałam, że chcę iść dalej. I nic. Dom się nie sprzedawał. A po śmierci taty udało się to od razu. Myślę, że to ja „puściłam”, bo wiedziałam, jak tata kochał ten dom. Kiedy likwidowałam dom, miałam poczucie, że domyka się jakiś etap. Przeżywałam wtedy traumę. W końcu Kościelisko było w rodzinie 45 lat… Teraz wiem, że to było dobre. Spakowałam tę chałupę, ruszyłam z kopyta i zaczął się nowy etap.

Polegający na podróżowaniu po świecie i prowadzeniu warsztatów „Miejsce mocy”. Jakie moce chcesz w nas uwalniać?
Chcę, żebyśmy się tam zastanowiły, jak się nie zachowywać jak dziecko wtedy, kiedy musimy być dorosłe. Bo tak naprawdę potrzeba jednej rzeczy: bycia dorosłą. Działanie z pozycji dojrzałej, komunikatywnej osoby, a nie wylęknionej dziewczynki. Na warsztatach staram się, żeby dziewczyny znalazły taki kawałek siebie, który jest kompetentny i dorosły. Często bywa tak, że są w nas obszary, w których jesteśmy dorosłe, a są takie, w których pozostajemy wystraszonymi, dygającymi i przepraszającymi dziewczynkami. A nie możemy swojemu wewnętrznemu dziecku robić takiego świństwa, żeby wysyłać je na nasze dorosłe wojny.

Ty też miałaś dziedziny, w których byłaś dorosła, i takie, w których zachowywałaś się jak mała dziewczynka?
Tak. Jak ktoś się zachowuje dojrzale, to i jemu, i innym łatwiej się z nim żyje. Są ludzie, wszyscy ich znamy, o których mój tata mówił „szusowaci”. Czyli tacy, z którymi nigdy nie wiadomo – zawsze mogą nagle dać szusa w bok. Nie sposób na nich liczyć. Dobrze to wiem, bo sama wobec siebie lata całe byłam „szusowata”. Zamiast doprowadzać różne sytuacje do końca, kleciłam sobie prowizoryczne wyjścia awaryjne, żeby móc wyskoczyć… A im więcej w nas dorosłości, tym większa szansa, że wytrwamy, że rozwiążemy problem, że doprowadzimy rzeczy do końca. I ludzie mniej nas irytują. Teraz umiem i sobie, i innym dać prawo do bycia sobą.

Paulina Młynarska, feministka, dziennikarka, pisarka, podróżniczka. A do tego  certyfikowana nauczycielka jogi. W październiku ukaże się jej kolejna książka " Jesteś spokojem" wyd. Prószyński.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Repair café, adopcja słoni i ekolektury – ekologiczne ciekawostki miesiąca

Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! (Fot. iStock)
Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! (Fot. iStock)
Co słychać na świecie pod kątem ekologii? Oto nasz wybór ekologicznych ciekawostek miesiąca.

E-mail od burmistrza

Jak przekonać ludzi, by zredukowali mięso w diecie? Pomysły są różne. Na przykład burmistrz Nowego Jorku wysłał do mieszkańców miasta e-maile. Można w nich przeczytać, że jedzenie mniejszej ilości mięsa jest lepsze i dla każdego z nas, i dla planety. Są też konkretne wskazówki – opracowane z kampanią World Animal Protection – pokazujące, jak to zrobić w praktyce. Skąd pomysł? To część strategii OneNYC. Chodzi o walkę z kryzysem klimatycznym, a także poprawę zdrowia mieszkańców.

Sąsiedzkie naprawianie

O holenderskich repair café pisałam kilka miesięcy temu. Bo pomysł narodził się w Amsterdamie w 2009 roku. W kawiarenkach naprawczych spotykają się ludzie, którzy mają zepsuty sprzęt gospodarstwa domowego, sportowy czy inny (także ubrania) – z tymi, którzy kochają majsterkować i, po sąsiedzku i z pasji, naprawiają. Pomysł z Holandii rozszerzył się niemal na cały świat. W 2010 roku powstała międzynarodowa fundacja Repair Café, która pomaga tworzyć takie miejsca. W Polsce pierwsze powstały w Pile, Warszawie i Katowicach. Ale teraz jest już cała sieć. Są i „ogólnonaprawcze”, i specjalistyczne. Na przykład Rowerowe Love w Bielsku-Białej czy Szkutnia Veolia w Chorzowie. Jeśli chcecie znaleźć tę najbliższą was, zajrzyjcie na kawiarenkinaprawcze.pl.

Słonie zagrożone

Wyobrażacie sobie, że wasze praprawnuki słonie będą znać tylko z obrazków w książeczkach? To niestety możliwe. Słonie wymierają. Wszystkie gatunki słoni: afrykański sawannowy, afrykański leśny i indyjski, 25 marca zostały wpisane do czerwonej księgi Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN), w której wylicza się gatunki zagrożone. Codziennie ginie 55 słoni – alarmuje WWF. Rocznie – 20 tysięcy. W najgorszej sytuacji są afrykańskie słonie leśne – w ciągu ostatnich 90 lat ich populacja zmniejszyła się aż o 80 proc. Afrykańskich sawannowych – o 60 proc.

Słonie zabijane są przez kłusowników dla kłów i dla skóry, która stanowi składnik pseudo-medykamentów. Zmniejsza się też naturalna przestrzeń, w której żyją te zwierzęta – lasy i sawanny. Co robić? Zaadoptować słonia indyjskiego! – zachęca WWF. „Adopcyjny rodzic” dostaje certyfikat z imieniem własnym i podopiecznego. Drobiazg? Nie. Realna pomoc.

Ekolektury

Jak się kochają

Andrzej G. Kruszewicz, „Tajemnice ptasiej alkowy”, wyd. Editio. (Fot. materiały prasowe)Andrzej G. Kruszewicz, „Tajemnice ptasiej alkowy”, wyd. Editio. (Fot. materiały prasowe)

To jest opowieść o miłości. Wśród ptaków. Napisana przez człowieka, który na ptakach zna się jak w Polsce mało kto – to doktor Andrzej G. Kruszewicz, ornitolog i dyrektor warszawskiego zoo. Zaczyna się od wyjaśnienia, dlaczego samce są piękniejsze od samic, dowiadujemy się też, dlaczego ptaki śpiewają, a kolejne rozdziały to opis obyczajów godowych poszczególnych gatunków. Są swojskie kukułki, wróble i bociany, a także rajskie ptaki czy dzioborożce. „To tylko próba uchylenia zasłony skrywającej naprawdę wielkie tajemnice, które czekają na swoich odkrywców – pisze autor. – Każdy uważny obserwator może we własnym ogrodzie czy pobliskim parku obalić istniejące teorie i sformułować nowe. Wystarczy patrzeć i rozumieć, co się widzi”. W zrozumieniu książka doktora Kruszewicza na pewno nam pomoże.

Korzenie i nasiona

Richard Powers, „Listowieść”, wyd. W.A.B. (Fot. materiały prasowe)Richard Powers, „Listowieść”, wyd. W.A.B. (Fot. materiały prasowe)

Joergen posadził kasztanowiec na farmie w Iowa. Każdego 21. dnia miesiąca robił mu zdjęcie. Potem ten dziwny obowiązek przejął jego syn. Potem syn syna. Ma, który do amerykańskiej ziemi obiecanej przyjechał z Szanghaju, na podwórku domu w Wheaton w Illinois zasadził morwę. Leonard każdemu ze swoich dzieci, jeszcze przed ich narodzinami, wybierał drzewo. A te rosły razem z jego synami i córkami. Są Ray i Dorothy, dla których drzewa, przynajmniej na początku, nie znaczą nic. Jest Douglas, któremu figowiec w Tajlandii ratuje życie. A on spłaca dług.

Opowieści jest dziewięć. Każda nieskończona. Niedopowiedziana. Każda z drzewem w tle. A może w roli głównej? Wreszcie wszystkie te historie się splatają. Tworzą opowieść o Ziemi. O nas. O przyszłości i o katastrofie. Poruszające. Świetnie napisane.

Dzikie życie

Markus Torgeby, Frida Torgeby „Pod gołym niebem”, wyd. Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)Markus Torgeby, Frida Torgeby „Pod gołym niebem”, wyd. Znak Literanova. (Fot. materiały prasowe)

Matka Markusa zachorowała. Stwardnienie rozsiane. Patrzył, jak gaśnie. Nie umiał poradzić sobie z własnym cierpieniem – aż odkrył bieganie. To dało mu i zapomnienie, i szczęście. Aż przyszła kontuzja. Żeby poradzić sobie z kolejną klęską i pustką, Markus wyprowadził się do lasu, dzikiego lasu w szwedzkim regionie Jämtland. Spędził tam samotnie cztery lata. Ten czas go uratował. Pozwolił usłyszeć własne myśli. Pogodzić się z tym, co nieuniknione. Teraz ma dwa życia. W jednym jest mężem i ojcem. W gospodarstwie – też na łonie natury, ale z pralką, lodówką i ciepłym prysznicem. Jego drugie życie to nadal las. Do którego ucieka, z którym zapoznaje swoje córki. I nas. Ta książka to prosty przewodnik po „dzikim życiu”. Jak przygotować legowisko z gałęzi świerku, jak się ubrać, żeby zimą nie marzły stopy, jak ugotować na ognisku owsiankę. Piękne zdjęcia do książki zrobiła żona Markusa Frida. Warto.

  1. Styl Życia

Czy zabraknie nam wody?

My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej. (Fot. iStock)
My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej. (Fot. iStock)
Odkręcasz kran… i nic. Sucho. To na razie, przynajmniej w Polsce, nam nie grozi, ale istotne jest sformułowanie „na razie”. Bo klimat się ociepla, a ilość słodkiej wody na kuli ziemskiej zmniejsza. Co możemy zrobić, żeby nie dopuścić do katastrofy? Warto o tym pomyśleć. 17 czerwca obchodzimy Światowy Dzień Walki z Pustynnieniem i Suszą. Rozmawiamy z dr Jarosławem Suchożebrskim z Katedry Geografii Fizycznej Uniwersytetu Warszawskiego.

Co jakiś czas namawiają nas, żebyśmy pomagali budować studnie w Sudanie. I wiele osób się w to angażuje, wpłaca jakąś sumę – w poczuciu komfortu. Ratujemy Sudan, ale przecież nasze studnie nigdy nie wyschną, a w kranie zawsze będzie woda. Nawet jeśli jest susza, to przyjdzie deszcz, rzeki wzbiorą i będzie dobrze. Czy rzeczywiście będzie dobrze?
W tym roku mieliśmy sytuację wyjątkową, a właściwie taką, która powinna być normą. Czyli po długim okresie suchych wiosen wreszcie wiosna była mokra, więc na chwilę zażegnało to groźbę suszy. Ale już znowu zaczęło się robić sucho, opada poziom wody, zaraz znowu będzie problem.

Na czym właściwie polega ten problem? Przecież w końcu przyjdzie deszcz, żyjemy w takim klimacie, że deszcze u nas padają, częściej niż w Sudanie.
Problem polega na tym, że w naszym kraju pomimo mniej więcej stałej sumy opadu w ciągu roku, zmienia się ich rozkład w czasie i przestrzeni. Coraz częściej zdarza się tak, że mamy miesiąc czy dwa prawie bez deszczu i pojawia się problem suszy, a potem w ciągu kilku dni spadnie tyle opadu, ile powinno pojawić się w sumie w danym miesiącu. I nagle po suszy pojawiają się powodzie. A jeżeli mamy gwałtowne opady deszczu, to woda – głównie na obszarach miejskich, gdzie jest gęsta zabudowa, a podłoże jest uszczelnione – bardzo szybko spływa. Szybko spływająca woda nie zdąży wsiąknąć i zasilić wód podziemnych, czyli nie podniesie ich poziomu. A głównie właśnie z wód podziemnych korzystamy, by zaspokajać nasze potrzeby komunalne, szczególnie w mniejszych miejscowościach i na wsiach. Czyli nawet jeśli są opady, ale gwałtowne, to poziom wód podziemnych może cały czas opadać. To jedna sprawa. A druga – z roku na rok powtarzają się bezśnieżne zimy. To, co w dużej mierze zasila wody podziemne, to woda z topniejącego śniegu. Roztopy odgrywają bardzo dużą rolę w zapewnieniu odpowiedniej ilości wody w glebie na wiosnę, dla roślinności. Jeśli mamy bezśnieżną i bezdeszczową zimę, to te zasoby ulegają uszczupleniu i pojawia się problem suszy w rolnictwie.

I ma to związek ze zmianami klimatu, o których w ostatnim czasie dużo i głośno mówimy?
Tak, do tego dochodzi coraz wyższa średnia temperatura w ciągu roku. Chłodna wiosna w tym roku może być dla niektórych argumentem, że nic się nie dzieje, że żadnych zmian klimatu nie ma. Tylko pamiętajmy o tym, że mieliśmy bardzo ciepłą zimę. W kolejnych miesiącach średnia temperatura była wyższa niż w ciągu wielu lat. Chłodna i dość mokra wiosna nas uspokoiła, myślimy, że nie ma problemu, ale on jest. Narasta od wielu lat. Nawet jak się zdarzy rok czy dwa lata „normalne”, to nie załatwia sprawy, bo w skali kuli ziemskiej, ale też i naszego kraju, średnia temperatura rośnie.

A gdyby zabawił się pan w proroka: co nas czeka w najbliższym czasie?
Zawsze najtrudniej jest być prorokiem i to jeszcze wieszczącym nie najlepiej. Ale to, co można powiedzieć z dużą pewnością, tu hydrolodzy i klimatolodzy są zgodni: czeka nas nasilenie zjawisk ekstremalnych. Czyli burze z gwałtownymi opadami powodującymi powodzie, a potem długie okresy z suszą. Na to musimy być przygotowani i w miastach, i na wsi.

Ale możemy chyba liczyć na to, że w końcu wielkie mocarstwa się dogadają i wdrożą energiczny program naprawczy, żeby przeciwdziałać ocieplaniu się klimatu skuteczniej niż do tej pory?
Powiem szczerze, że ja tu jestem sceptykiem. Ta kula śnieżna już nabrała tempa, już się toczy i naprawdę trudno będzie ją teraz zatrzymać. Musiałoby to być jakieś rzeczywiście radykalne działanie, żeby zahamować wzrost średniej temperatury na kuli ziemskiej. Spójrzmy na to, co dzieje się z pokrywą lodową na morzach i oceanach. Lody Arktyki czy Grenlandii topią się coraz szybciej. Znikają lodowce górskie. To proces, który nabiera tempa i chyba nie da się go już powstrzymać. Raczej musimy się przyzwyczajać i adaptować do zmian klimatu. Bo ich nie zatrzymamy. Możemy co najwyżej próbować je spowalniać.

A co możemy zrobić my, zwykli ludzie, żeby w codziennym życiu jakoś ratować sytuację? Nauczyliśmy się już, żeby zakręcać kran podczas mycia zębów. Robimy to i często do tego sprowadza się nasza „pro-hydrologiczna” działalność.
To jest najprostsze i bardzo skuteczne! Oszczędzamy w ten sposób wodę słodką, a to z nią jest problem. My oszczędzając wodę, jesteśmy kroplą w oceanie. Pamiętajmy jednak, ze ocean składa się właśnie z tych kropli. Ilość wody na kuli ziemskiej się nie zmienia, ale zmniejsza ilość wody słodkiej.

Która jest nam niezbędna do życia.
Tak, to prawda. Oszczędzanie wody to jedno. Drugie to próba magazynowania tej wody, czyli jej retencjonowania. Najprostszy zaś sposób na jej magazynowanie, to pozwolić wodzie swobodnie wsiąkać. Zawsze mówię – ze smutkiem – że Polacy są fanami kostki bauma. Wszystko jest nią wykładane albo zalewane asfaltem. Sami niejako w ten sposób napędzamy problem, bo pozwalamy, żeby woda szybko odpływała z naszego otoczenia. Nie chcemy, żeby nas zalewało. Ale w ten sposób przesuwamy jedynie problem gdzie indziej. Czyli nas nie zaleje, woda odpłynie do kanalizacji i kłopot będzie gdzieś dalej, zaleje sąsiadów.

Z drugiej strony każdy chce dojść do domu suchą nogą, nie po błocie.
Zgadza się, ale są rozwiązania pośrednie. Nie musimy całej działki wykładać kostką bauma. Dla mnie kompletna zgroza to budowane teraz te osiedla, które nazywam kurnikami – betonowa kostka wszędzie i trzy metry kwadratowe wybiegu gdzieś za domami. A potem ludzie na tym betonie ustawiają rośliny w donicach i to ich jedyna zieleń. Woda, która spadnie podczas deszczu, nie ma gdzie wsiąkać, odpływa więc po powierzchni, zalewa garaże, powoduje powstanie powodzi miejskich.
Czyli kolejna rzecz to rozszczelnianie tych zabetonowanych powierzchni – dla miast to najlepszy sposób na radzenie sobie nie tylko z powodziami, ale i z suszami. Bo jeśli uda nam się skierować wodę do gleby, do wód podziemnych, to rośliny będą dłużej miały z czego czerpać i w ten sposób łagodzimy skutki suszy.
No i pieśń przyszłości – recykling wody, czyli wykorzystanie wody zużytej. Przykład: większość wody w naszym gospodarstwie domowym zużywana jest w toalecie, pod prysznicem, do mycia naczyń i prania. Ale woda z pralki czy zmywarki, szczególnie z procesów płukania, mogłaby być wykorzystywana do spłukiwania toalety. Do tego celu nie potrzebujemy przecież wody o jakości wody pitnej. Tak się gdzieniegdzie już dzieje.

Gdzie?
To na razie rozwiązania drogie, więc stosunkowo rzadko stosowane.

Rozumiem, że to jest kierunek, którym będziemy iść w przyszłości?
Tak. Kolejny i dużo łatwiejszy sposób to gromadzenie i wykorzystywanie deszczówki. Ona też może być używana nie tylko do podlewania ogródków, ale też np. do spłukiwania toalet. Powinniśmy dążyć do tego, żeby tego typu rozwiązania stały się powszechne.

Woda jest nam niezbędna do życia. Teoretycznie wszyscy to wiemy. Nikt nie wyobraża sobie, żeby mogło jej zabraknąć – a to przecież całkiem realne. Nie chcę nikogo straszyć, ale warto mieć tego świadomość. Troszczmy się więc o wodę!

  1. Styl Życia

Ewa Pajor – drobna, ale waleczna

Ewa Pajor często za plecami słyszała: „Babochłopy!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. (Fot. Paula Duda/PZPN)
Ewa Pajor często za plecami słyszała: „Babochłopy!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. (Fot. Paula Duda/PZPN)
Jest jedną z najbardziej cenionych piłkarek na świecie. Gra w ataku i na boisku potrafi zdziałać cuda. Ale też poza nim, bo historia 24-letniej dziś Ewy Pajor to świetny przykład na to, jak niemożliwe staje się możliwe. 

Artykuł pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika „Zwierciadło” (numer 8/2020).

Pod koniec kwietnia, w czasie izolacji, doszło do historycznego wydarzenia. Media donosiły, że Ewa Pajor, od kilku lat grająca w kobiecej Bundeslidze, przedłuża kontrakt z klubem VfL Wolfsburg na warunkach, których nie zaproponowano dotąd żadnej innej zawodniczce na świecie. W kontrakt wpisano klauzulę odstępnego w wysokości miliona euro. Gdyby Ewę chciał odkupić inny klub, właśnie tyle musiałby za nią zapłacić. To najwyższy transfer w historii kobiecej piłki nożnej. Przed Polką rekordzistką była Francuzka Kadidiatou Diani ze… 150 tys. euro odstępnego. Ktoś mógłby zaoponować, że milion euro to i tak śmieszna kwota w porównaniu z transferami gwiazd męskiego futbolu, gdzie już parę lat temu przekroczono trudną do wyobrażenia granicę 200 mln. Tak, historia sukcesu Ewy to po części opowieść o tym, jak bardzo różni się sytuacja zawodowych piłkarek i piłkarzy, o przepaści trudnej do przeskoczenia. Ale to jednocześnie opowieść dająca sporo nadziei, symbol zmian, których właśnie jesteśmy świadkami. A w oderwaniu od potężnej napędzanej przez astronomiczne zyski machiny, jaką jest dziś piłka nożna, po ludzku dowód na to, ile zdziałać mogą marzenia w połączeniu z talentem i ciężką pracą.

Siła sióstr

Za bramkę służyły im albo kołki wbite w ziemię, albo ramka zbita z deszczułek oparta o ścianę obory u kolegi Patryka, który był szczęśliwym posiadaczem piłki, więc to od niego zależało, kiedy będą grać. Czasu wolnego nie było zresztą bardzo dużo, przy tak dużym gospodarstwie, jakie prowadzili rodzice Ewy. Trzeba było pomagać przy krowach i na polu. Ich rodzinna miejscowość Pęgów, między Łodzią a Koninem, to w sumie kilkanaście gospodarstw. Wokoło łąki, pola: mnóstwo miejsca na uprawianie sportów. Zimą urządzali sobie z dzieciakami mecze hokeja na zamarzniętym stawie (kije wycięli sami z kawałków drewna, do dzisiaj zostały w domu na pamiątkę), ale piłka nożna była szczególnie ważna. W ich rodzinie najbardziej wkręcone były w futbol dziewczyny, ona i trzy siostry, jedynego z piątki rodzeństwa brata bardziej interesowało gospodarstwo. A one nie przepuszczały w telewizji żadnego ważnego meczu. Oglądały wyłącznie męskie drużyny, bo zwyczajnie innych w telewizji nie pokazywano. Grać lubiły wszystkie, ale złożyło się tak, że to Ewa straciła dla piłki głowę. Można jej było powtarzać: „Wracaj ze szkoły pierwszym autobusem do domu!”, a i tak, kiedy biegała po boisku, zapominała o wszystkim innym. O kurtce, czapce. Pamięta, że spodnie praktycznie zawsze miała brudne na kolanach. Już wtedy było widać, jaka jest szybka. Dziś różni ludzie, którzy pamiętają ją z tamtego okresu, wspominają, że niektóre jej akcje na boisku wyglądały wręcz komicznie. Że kiedy dorywała się do piłki, zostawiała wszystkich w tyle.

Ewa jest w trzeciej, może nawet drugiej klasie podstawówki. Grają akurat przeciwko szóstoklasistom, wielu z nich jest od niej – dosłownie – dwa razy większych. W pewnym momencie piłka z całą siłą uderza ją prosto w twarz. Trener zerka z niepokojem, podchodzi: „W porządku? Jesteś cała? Schodzisz?”. Decyzja zajmuje jej tylko chwilę. Ewa wyciera twarz: „Nie, gram dalej”.

– Drobna, ale waleczna – śmieje się dzisiaj. – Nigdy nie odpuszczałam.

I podkreśla, jak wiele zawdzięcza trenerowi Piotrowi Kozłowskiemu. Człowiekowi, dzięki któremu dzieciaki ze szkoły w maleńkim Wieleninie nie tylko lubiły lekcje WF-u, ale i wygrywały – w różnych dziedzinach – w turniejach na poziomie wojewódzkim, a nawet ogólnokrajowym. I który słowem się nie zająknął, kiedy drobna dziewczynka oznajmiła, że chce grać w nogę z samymi chłopakami. Po prostu dał jej szansę, a potem, kiedy dziesięcioletnią Ewą zainteresował się Medyk Konin, jeden z najmocniejszych i najsłynniejszych kobiecych klubów w naszym kraju, woził ją cierpliwie do Konina na treningi, mecze, zgrupowania. Drugą z osób, które miały na Ewę ogromny wpływ, jest Nina Patalon. Znana postać kobiecego futbolu. Trenerka Medyka, selekcjonerka reprezentacji Polski, jedyna kobieta w naszym kraju z licencją UEFA Pro, Koordynatorka Szkolenia Piłki Nożnej Kobiet PZPN. Walcząca o polskie piłkarki jak lwica.

Relacja Ewy z nią jest wyjątkowa, bo też Nina Patalon jest świetna nie tylko w wyłuskiwaniu i szlifowaniu talentów. Wiele z jej podopiecznych, żeby grać w klubie, musi opuścić rodzinne strony, a słynna trenerka je wychowuje i się nimi opiekuje.

Ewa Pajor wierzy, że mentalność da się zmienić. Nawet z dnia na dzień. (Fot. Ewa-Pajor.com)Ewa Pajor wierzy, że mentalność da się zmienić. Nawet z dnia na dzień. (Fot. Ewa-Pajor.com)

Skok w dorosłość

Przepłakały całą drogę do Konina. 12-letnia Ewa razem ze starszą o rok siostrą Pauliną umówiły się, że przeprowadzają się i zamieszkają w bursie we dwie, tak będzie raźniej. Paulina specjalnie dla Ewy zmieniła szkołę. Kolejne lata spędzone w Medyku Konin to także sporo łez, ale i spektakularne sukcesy. Pajor – znowu rekord – miała 15 lat i 133 dni, kiedy zadebiutowała w ekstralidze. Strzelała bramki, będąc w jednej drużynie z trzydziestoparoletnimi, doświadczonymi zawodniczkami. Po dwóch mistrzostwach i trzech pucharach Polski dostała z Niemiec propozycję, żeby przejść do Bundesligi. Szansa nie tylko na granie z największymi gwiazdami kobiecego futbolu, ale też w warunkach, na jakie piłkarki w Polsce nie mogą liczyć. Kilkukrotnie większy zespół trenerów, fizjoterapeutów, obsługi technicznej, opieka lekarska, cała infrastruktura. Nie mówiąc już o tym, że w naszym kraju zawodniczki w zdecydowanej większości klubów nie mają szans, żeby utrzymać się z grania.

Ewa wiedziała, że takim klubom jak Wolfsburg się nie odmawia, ale też miesiącami zbierała się do decyzji o kolejnej przeprowadzce, jeszcze dalej od bliskich. Wyjechała, mając 18 lat, w środku lata. Z Pauliną. Umówiły się tak samo, jak wtedy, kiedy jechały do bursy. Że się wspierają, razem będzie łatwiej. Ewa mówi, że dzięki Paulinie zdołała w ogóle przetrwać ten początkowy czas.

Poziom był niesamowicie wysoki, na boisku wciąż słyszała, że ma grać mocniej. Tymczasem dopadł ją kryzys zdrowotny. Badania wykazały, że ma poważną anemię. To ten moment, kiedy postanowiła zrewolucjonizować dietę, przekonała się, jaki ma wpływ na formę. I jeszcze oczy – sama się dziwi, najwyraźniej grała „na pamięć”, bo widziała naprawdę słabo, nie pomagały już żadne soczewki. Klub skierował ją do specjalistów, okazało się, że ma poważne problemy ze stożkiem rogówki, do tej pory przeszła dwie operacje. Po drodze, mimo tych przeszkód, z zawodniczki, która adaptowała się do nowych warunków, Pajor wyrosła na bohaterkę. W ubiegłym sezonie zdobyła 24 bramki w 19 meczach. Od pięciu lat mieszka w żyjącym piłką i motoryzacją (ze względu na fabrykę Volkswagena) Wolfsburgu, ale jest też gwiazdą polskiego futbolu. Gra w reprezentacji kraju, ich cel to awansować do najbliższych mistrzostw Europy.

Jak najszybciej

Przyznaje, że kiedy trafiła do Niemiec, marzyła tylko o tym, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Koleżanki w dobrej wierze dopytywały, jak się ma, a ona robiła wszystko, żeby jak najpóźniej wejść do szatni i jak najszybciej się z niej potem ulotnić. Nie miała odwagi się odezwać. Dzisiaj potrafi z tego żartować. Do Pęgowa tęsknić będzie zawsze („Cała nasza rodzina jest bardzo emocjonalna. Do tej pory, jak wyjeżdżam od rodziców, jest płacz, tacie jeszcze trudniej się powstrzymać od łez niż mamie”), ale też życie weszło na odpowiednie tory. Jej siostra w Niemczech ułożyła sobie życie, nadal lubią ze sobą spędzać wolny czas. Ewa podziwia słynne piłkarki, kibicuje im w walce o lepsze warunki w kobiecym futbolu. To wspaniale, że wykrzykują głośno, co myślą. Ona sama, zgodnie ze swoją naturą, mówi niewiele, ale uważa, że walka na boisku robi swoje. Bywało, że jeszcze w Polsce za plecami słyszała: „Babochłopy z Medyka!”. Złośliwych komentarzy w sieci dotyczących kobiecej piłki stara się nie czytać w ogóle. Wierzy, że mentalność da się zmienić nawet z dnia na dzień. Wystarczy spojrzeć, jaką popularnością cieszą się mecze ekstraklasy. Na kobiecym mundialu to, jak Brazylijki grały z reprezentacją Francji w samej Brazylii, oglądało ponad 35 mln kibiców. Ludzie chcą po prostu oglądać dobry sport.

Ewa: – Mężczyźni mają więcej siły, ale tak naprawdę niczym innym się ich piłka nie różni. My też potrafimy świetnie grać technicznie, strzelić piękną bramkę. Trzeba nas tylko zacząć oglądać.

Wie doskonale, jak potężna jest siła przykładu. W pierwszej klasie podstawówki była w szkole jedyną piłkarką. To było ważne doświadczenie, bo w mieszanych składach dziewczynki dobrze się rozwijają, mniej więcej do 15. roku życia mogą konkurować z kolegami. Ale kiedy Pajor podstawówkę kończyła, uzbierała się cała drużyna dziewczyn. Jej szkolny trener Piotr Kozłowski dzisiaj szkoli również piłkarki.

Ostatnio odezwała się do niej na Instagramie pięciolatka. Pytała, co robić, żeby być taka jak Ewa.

  1. Styl Życia

Rafting – adrenalina i kontemplacja

Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji - pisze dziennikarka Jolanta Maria Berent, która na własnej skórze sprawdziła na czym polega wyjątkowość raftingu. (Fot. iStock)
Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji - pisze dziennikarka Jolanta Maria Berent, która na własnej skórze sprawdziła na czym polega wyjątkowość raftingu. (Fot. iStock)
Adrenalina i kontemplacja. Praca zespołowa i rywalizacja. Okazja do wyjścia poza strefę komfortu. To tylko kilka powodów, dla których warto spróbować raftingu. Dziennikarka Jolanta Maria Berent sprawdziła to na własnej skórze w Słowenii.

Na rynku rozwojowym znajdziesz kilka sposobów na to, żeby zmierzyć się z tym, co cię blokuje, powstrzymuje przed sięganiem po więcej. Chodzenie po rozżarzonych węglach, łamanie strzały grdyką czy deski ciosem karate. To ćwiczenia obliczone na wykonanie pewnego kroku – nie tyle ku przepaści, co w stronę własnej siły, pewności siebie. Sygnał dla podświadomości, że otwierasz się na nowe. Że – owszem, możesz odczuwać lęk, ale gotowa jesteś go przekroczyć.

Mimo to kiedy podczas wyjazdu z grupą dziennikarzy do Słowenii zaproponowano nam rafting – spływ pontonem po rwącej, górskiej rzece (piękna, szmaragdowa Socza plus Alpy Julijskie) – początkowo nie paliłam się do tego pomysłu. Woda nie jest moim ulubionym żywiołem, a do tego lało jak z cebra. Sam koordynator wyjazdu odradzał przedsięwzięcie. I wtedy zapaliła mi się lampka: cóż za wspaniała okazja, żeby spotkać się z tym żywiołem! Jak mogłabym ją zmarnować?

Jakoś to będzie

Z naszej pięcioosobowej grupy na udział w wyprawie decyduje się poza mną tylko jedna osoba. Wsiadamy do busa podstawionego przez organizatorów spływu, jedziemy do miejsca, gdzie dostajemy niezbędne wyposażenie: gumowe buty, dwie części kombinezonu, kask, kapok. Gdzie się przebrać? Jak to gdzie? Na brzegu rzeki! Zaczynam się zastanawiać, czy to był dobry pomysł. Próbuję porozumieć się z sąsiadem – okazuje się, że to nauczyciel grupy młodych uczniów szkoły ogrodniczej z Belgii. Są lepiej przygotowani niż ja: mają ręczniki i stroje kąpielowe. Ktoś uprzedził ich, że pod kombinezonem może zostać tylko dolna część bielizny. Nas nie. OK, dodatkowa bariera do przekroczenia. Jakoś to będzie.

I jakoś jest – na polanie, do której dojeżdżamy, nawet się specjalnie nie zasłaniamy. W końcu każdy jest zajęty sobą i rozpracowywaniem poszczególnych części ekwipunku. Koleżanka przekonuje mnie, że zamek w kombinezonie powinien się zasuwać od spodu. Rezultat: zakładamy strój na lewą stronę. Jakoś to będzie – uczepiłam się tej mantry.

Przewodnik woła grupę do pontonu, udziela niezbędnych instrukcji. Jak siedzieć, gdzie trzymać nogi, jak operować ciałem. Jak chwycić wiosło, jak nim poruszać. Co zrobić, kiedy wpadnie do wody. Wreszcie: jak postępować, kiedy trafi tam któryś z członków załogi. Jeśli to twój sąsiad, wciągasz go z powrotem za kapok. Jeśli ty, układasz się stopami w stronę nurtu – mówiąc bardziej obrazowo, „nogami do przodu”. W szeregach wyczuwa się lekki niepokój. Zaczynamy zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji. Podejrzewam, że to część przedstawienia, że Theo (prosi, żeby koniecznie podać jego imię) celowo podkręca atmosferę. Tak czy inaczej adrenalina jest już na odpowiednim poziomie – możemy wyjść z pontonu i znieść go po stromej skarpie na brzeg rzeki. Pierwszy kontakt z wodą robi wrażenie. Jest zimna, jest wzburzona. Jest mokra. Szarpie pontonem, rzuca nim w górę i w dół, obraca. Pokazuje, kto tu rządzi.

Z wodą nie przelewki

Sprawdzamy, jak wprawki „na sucho” przekładają się na prawdziwe wiosłowanie. Czy my w ogóle mamy wpływ na cokolwiek. Okazuje się, jak ważne jest utrzymanie odpowiedniego rytmu, synchronizacja z towarzyszami podróży. Niezłe ćwiczenie dla zespołu – uczy zgodnego działania we wspólnym celu. Każda ręka się liczy, każdy ma swój wkład. Uczymy się figury zwanej piramidą: wszystkie wiosła piórami do góry, łączymy je nad głowami, wydajemy okrzyk bojowy. Kiedy zaczynamy się czuć nieco pewniej, pojawia się element rywalizacji – wyścigi z innymi załogami. Inna konkurencja: kto kogo skuteczniej ochlapie, wzbijając wiosłem fontanny. Nie ma gdzie się schować, woda z każdej strony! I jeszcze fotograf, podążający w kajaku naszym tropem, w poszukiwaniu co bardziej atrakcyjnych ujęć...

Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji. Co jakiś czas przewodnik prosi, żeby oprzeć wiosła na kolanach. Milknie. To te odcinki rzeki, na których nie trzeba z nią walczyć. Rozluźniamy się, pozwalamy, by nas niosła. Podziwiamy potęgę gór wokół, nasycenie kolorów. Zwłaszcza że wyszło słońce. Theo opowiada o okolicznych wodospadach i jaskiniach, o wydarzeniach związanych z tym miejscem. Podczas I wojny światowej przez dolinę Soczy przechodziła linia frontu, armie włoska i austriacko-węgierska stoczyły tu dwanaście krwawych bitew. Do tych miejsc i wydarzeń nawiązuje Hemingway w „Pożegnaniu z bronią”. Jest też wątek kinematograficzny – okazuje się, że w okolicy kręcono zdjęcia do drugiej części „Opowieści z Narnii”. Przypominam sobie dreszczowiec „Dzika rzeka”, w którym Kevin Bacon prześladował płynącą pontonem po Kolorado Meryl Streep. Theo potakuje: zawsze jakiś psychopata może się czaić za krzakiem. Zdaje się, że już nawet nastolatkowie mu nie wierzą.

Skacz i nie myśl

Tymczasem największe dreszcze dopiero przed nami. Właściwie była to typowa cisza przed burzą. Przewodnik zapowiada kolejny punkt programu: za chwilę będzie odliczał, na „trzy” wszyscy mamy wyskoczyć. Nie wierzę własnym uszom, to musi być kolejny żart! Ale nie: wygląda na to, że oczekuje się od nas skoku na głęboką wodę. No, chyba że nie jest tu zbyt głęboka. Na hasło „trzy” wciąż siedzę w pontonie, zajęta wewnętrzną walką. Jakaś część mnie mówi, że po co, że to głupie: nie muszę ryzykować, udowadniać czegokolwiek komukolwiek. Ale jest i inna, która twierdzi: „Nie jesteś gorsza. Co ci zależy. Masz kapok. Jeśli tego nie zrobisz, pożałujesz. Doświadczenie będzie niepełne. Teraz albo nigdy!”. Skaczę i... nie jest zbyt miło. Uwierzyłam, że – skoro jesteśmy blisko brzegu – woda będzie płytka. Nie jest. No ale od tego między innymi jest przewodnik – żeby wciągnąć wszystkich za kapoki z powrotem do środka.

Z czym zostajesz? To może być duma i ulga. Przypływ energii. Poczucie świeżości (nie tylko z powodu wody w butach). Na pewno satysfakcja: że spróbowałaś czegoś nowego, że dzieliłaś z innymi to doświadczenie, dołożyłaś swoje wiosło (czyli poczucie sprawczości). Ale też, że zaufałaś. Wodzie, przygodzie, innym ludziom. Sobie. Że dałaś radę. Z ręcznikiem czy bez. Właściwie to mogłabyś teraz przenosić góry. Tylko po co? Wygląda na to, że są na swoim miejscu.