1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. "Mama" Sylwii Kubryńskiej - lektura dla każdej kobiety?

"Mama" Sylwii Kubryńskiej - lektura dla każdej kobiety?

Ciągła, nieustająca ocena: siebie, innych matek, powinności i macierzyństwa. Macierzyństwa, które zamiast nieść radość, wiąże się ze społeczną presją, wytykaniem błędów i dążeniem do bycia doskonałą matką.

A najgorzej w tym wszystkim mają młode, samotne matki. Nie tylko opuszczone przez "ojca" dziecka, ale również przez społeczeństwo i przez rządzących.

Matki wiecznie zawodzą, a przynajmniej tak się czują, jakby ciągle nie były dość dobre. W swojej nowej powieści "Mama" Sylwia Kubryńska bardzo otwarcie rozprawia się z tym tematem. Wewnętrzny dialog i spostrzeżenia głównej bohaterki są jak podróż po "ciemnej stronie" społeczeństwa. Bo schemat macierzyństwa też się na to społeczeństwo składa. Tymczasem to, co negatywne narasta, ponieważ nie dajemy sobie i innym prawa do odczuwania gniewu, frustracji, zmęczenia, czy innych "negatywności". Ganimy za to siebie oraz inne kobiety. O szczegółach przesłania książki i o powszechnym braku zrozumienia opowiada autorka w wywiadzie dla Zwierciadło.pl

Gdy wzięłam do ręki Pani ostatnią książkę, byłam przekonana, że przeczytam o kobiecie 30+, która robiąc karierę marzy także o wyidealizowanym macierzyństwie, a potem musi zmierzyć się z realną sytuacją. Ale to zupełnie inna historia. Ta książka powinna stać się, w moim przekonaniu, obowiązkową lekturą wszystkich licealistów (jako przestroga) i nie tylko!

Oj, dobrze by było! Tymczasem, jak zresztą zauważa moja bohaterka: nie ma żadnych szkół, żadnych „uniwersytetów” dla przyszłych mam. Nie ma przygotowań. Są tylko wymagania. Kobieta trafia na porodówkę i zaczyna się najtrudniejszy egzamin bez żadnych taryf ulgowych. I co gorsza, każdy ocenia. Każdy. Pielęgniarka, lekarz, potem ciotki, sąsiadka z dołu, kuzynka, babcia, koleżanka z klasy, wszyscy. I tak się składa, że nikt nie daje oceny pozytywnej.

Pomysł z lekturą jest kuszący, a jednak trzeba wiedzieć, że jeśli coś się staje obowiązkowe, zaczyna być znienawidzone, zwłaszcza przez licealistów. Może więc lepiej, gdyby książka była zakazana? To zawsze ma największą skuteczność. Dzieci sięgają po wszystko co zakazane, w tym seks bez zabezpieczeń. Dlatego jednak dobrze, że moja książka jest dostępna. Cieszę się, że się pojawiła i wzbudza emocje, dyskusję. To ważne, ważniejsze, niż te polityczne bzdury, którymi żyje cały dorosły świat.

Pomimo tytułu i opisów, a także głównego macierzyńskiego wątku, mam cały czas wrażenie, że ta historia jest w dużej mierze o powtarzaniu schematów rodzinnych, m.in. również o tym jak ciężko jest bez pomocy wyjść z biedy, w której się dorasta.

Tym bardziej, gdy ta bieda nie jest tylko biedą materialną, ale wynika z ubożyzny emocjonalnej. Moja bohaterka w pewnym momencie odżegnuje się od takiego uczucia jak miłość, bo przecież sama nigdy jej nie otrzymała. Nie dostała jej od rodziców, a chłopak ją oszukał. Dla ułatwienia sobie życia chce więc odrzucić emocje, chce być super cyborgiem. Zapomina, że to niemożliwe, bo jest przecież człowiekiem. A odcięcie się od miłości tylko ją krzywdzi. Ją i jej dziecko. Wiele razy doświadczyłam takiego podejścia. Kobieta czuje się bezbronna, bo ma emocje. Sama siebie ocenia gorzej ze względu na podatność na uczucia, nienawidzi siebie za to, że czuje głębiej. Tymczasem wszyscy, bez względu na płeć czujemy, tylko jesteśmy strasznie w tym czuciu zagubieni. Jeśli od pokoleń błądzimy po mapie emocji, nie dostajemy prostego przekazu od rodziców, że to co czujemy jest OK, że mamy do tego prawo – zaczynamy tłumić, balansować, oszukiwać samych siebie, gubimy się. I to jest największa bieda, przekazywana w schematach rodzinnych. Bieda w której najtrudniej żyć, głód, który najtrudniej zaspokoić – głód miłości.

Problem młodych, samotnych matek, które nie mają za co utrzymać siebie i dziecka jest wciąż bardzo niewygodny i „zamiatany pod dywan”.

Skoro dziewczyna, która przychodzi do domu „z brzuchem” jest z miejsca okryta hańbą, to co z tym zrobić, jak nie zamieść pod dywan? Ten proces okrywania kobiety hańbą dlatego, że mężczyzna ją zostawia jest bardzo niesprawiedliwy, krzywdzący. Właśnie z tego wywodzi się potem cała ta społeczna choroba, tabu samotnej matki, której nie warto pomagać, bo ma jakiś „nienormalny” model w domu. Tymczasem jej właśnie powinno się pomagać w pierwszej kolejności, bo to nie jest jej wina, że ktoś ją porzucił, to nie jest jej wina, że ktoś jest oszustem, nie płaci alimentów, nie bierze udziału w wychowaniu SWOJEGO dziecka. Przyzwolenie na niepłacenie alimentów, śmieszne zasiłki dla samotnej matki, ominięcie jej w tym całym programie 500 +, to wszystko ma ją dodatkowo ukarać. Tylko za co? Za to, że zaufała, że się zakochała, że pozwoliła komuś na bliskość? A może za to, że państwo nie zrobiło nic, aby ją wyedukować?

Każda matka daje temu państwu kolejnego podatnika, płatnika ZUS itd. Nieważne, czy samotna, czy nie. I należy się jej szacunek oraz pomoc. Niestety, mało kto tak na to patrzy. Matki to grupa najbardziej oceniana w Polsce, czasem wręcz pogardzana. Oczywiście samotne matki są najlepsze do ostrzału, bo nikt ich nie obroni. I mamy to co mamy. Jakiś profesor nazywa je w mediach pogardliwie „wózkowe”, w telewizji jakaś dziennikarka oburza się na to, że matka zmieniła dziecku pieluchę, ochroniarz wyrzuca karmiącą matkę z centrum handlowego. Jednocześnie największymi przywilejami cieszą się mężczyźni w sutannach, którzy z założenia się nie rozmnażają. A ja pytam, ludzie, czyście powariowali? Natura by was wyśmiała. Bo bez księży ludzkość sobie poradzi, a bez matek ten gatunek wyginie. Proste.

Ciekawe też, że główna bohaterka wydaje się lepszą matką właśnie wtedy, gdy jest samotną, walczącą matką. Później, gdy wychodzi za mąż i sytuacja materialna znacznie jej się poprawia, zaczyna na dorastającej „wpadce” odreagowywać wszystkie swoje frustracje. Z czego ta zmiana wynika?

Z ogromnej potrzeby akceptacji i przyjęcia przez nią tej powszechnej opinii, że samotna matka jest gorsza. Felerna, bo z dzieckiem. Ona tak bardzo chce się wpasować w ten schemat wymagań, że zaczyna marzyć o tym, jak by tu ukryć fakt, że ma dziecko. Bo przecież to, że ma dziecko, obniża jej wartość. To jest kolejny paradoks. Jak może obniżyć twoją wartość macierzyństwo? Przecież to człowieka wzbogaca! Ale wtłaczana nam do głów bzdura o hańbie, o tej dziewczynie, która przychodzi do domu „z brzuchem”, robi swoje. No więc ona tak się czuje. I zaczyna odreagowywać swoją frustrację na dziecku. Znów ten sam schemat. Zawsze dostaje się najsłabszemu. Dziecko jest więc potwornie samotne, wychowuje się obok rodziny, którą ona tak pieczołowicie próbuje sklecić według modelu wtłaczanego od pokoleń. Że musi być mąż, że mąż jest niezbędny dla niej, dla jej pozycji, dla jej wartości. Dziecko stara się jak może, żeby się dopasować i z roku na rok pogłębia się jego dramat. Co za tym idzie – pogłębia się również dramat matki. Jest w książce rozdział „Karteczki”, w którym ona widzi siebie na video, gdy jej mały synek próbuje z nią rozmawiać, a ona jest taka surowa, obca, daleka – to był dla mnie jeden z najtrudniejszych rozdziałów do napisania. Zawsze czytam teksty, które napisałam przed oddaniem do druku. Tego nie przeczytałam. Nie dałam rady. Poszło jak poszło. I do tej pory nie mogę tego przeczytać.

Nie ukrywam, że książka mnie przede wszystkim zasmuca. Mało w niej dodatnich emocji. W dodatku, dziwnym zbiegiem okoliczności, czytając ją natrafiałam w tych dniach na wiele zirytowanych matek, które ciągle warczały, wrzeszczały na swoje dzieci, albo szarpały je często bez powodu. No właśnie, i co takim matkom można powiedzieć? Nie czują tego, co by chciały lub „powinny” czuć, podobnie zresztą jak bohaterka książki o nieznanym imieniu. Później już tylko narasta w nich coraz większe poczucie winy i złość. Ot, taka wściekła codzienność.

To jest bardzo trudne, ale możliwe. Zdarzyło mi się to kilka razy w życiu. Pierwszy raz poszłam do sąsiadki, która strasznie krzyczała na swoją córeczkę. Córeczka miała pięć lat, w domu był też mały synek, kilkumiesięczny. Poszłam do niej i powiedziałam, że słyszę, jak się męczy, że to ją przerasta, że mogę pomóc. Popłakała się. A po łzach przyszedł spokój. Być może byłam w jej życiu jedyną osobą, która okazała zrozumienie, nie potępiła jej za gniew, który w niej kipiał. Bo to, co w matkach często siedzi to gniew, którego im nie wolno okazywać. Frustracja, że nie mają prawa do swoich emocji, ani do tego, żeby nie dawać rady. I straszne poczucie winy. Bo skoro nie daję rady, muszę być złą matką. Bardzo złą.

Kiedyś też jechałam SKM-ką, przede mną siedziała matka z córką i mówiła jej, że skoro tak "robi" to nic jej nie da do jedzenia. Nic. Że ją zagłodzi. Dziewczynka nie rozumiała dlaczego, bała się. Z kontekstu zrozumiałam, że matka jest bezsilna wobec córeczki – niejadka. Poszłam do nich, usiadłam, uśmiechnęłam się łagodnie i zapytałam, co dziewczynka lubi jeść. Okazało się, że jest mnóstwo potraw, które chętnie zje, o czym mama po prostu nie wie, bo nie zapytała. Mama była wściekła i bezsilna, bo córka nie chciała jeść tego, co ona przygotowała. A przecież to niekoniecznie musi jej smakować. Wystarczyło pogadać. Ta matka też się popłakała. A potem mi podziękowała. Da się. Tylko trzeba by wyłączyć to, co nam się natychmiast nasuwa: ocenianie. Oburzenie, co to za matka. Pamiętajmy, że każda matka się stara. Tylko po prostu nie umie. Nie wie. Nie skończyła tego „uniwersytetu” dla matek. Bo go nie ma.

Kim jest Julia, dla której dedykowana jest ta książka?

To jest dziewczyna mojego syna. To bardzo silna młoda kobieta, o której myślę w ten sposób: gdy ona się budzi rano, Lucyfer w piekle klnie z bezsilności: „o, k..., wstała!”. Myślę, że po całym tym zmaganiu w macierzyństwie dostałam w nagrodę od losu, a może do pomocy? - tę potężną wiedźmę, przed którą zło ucieka w popłochu. Każdej matce dorosłego syna życzę takiej synowej. A może inaczej. Każdej matce polecam takie podejście. Zaprzyjaźnij się ze swoją synową, ze swoim zięciem. Oni są po to, by pomóc. Moment, gdy dziecko staje się dorosłe jest bardzo trudny. Piszę o nim w książce: kiedy tracisz całkowicie władzę i już nic nie możesz, zupełnie nic. Twoje dziecko odpowiada za siebie zarówno prawnie jak i mentalnie. To ono decyduje, czy warto teraz się kumplować z matką, której przecież już nie potrzebuje. Matka szaleje z niepokoju, ale jej władza wygasła. I tu pojawiają się te dobre duchy, które przychodzą, by wziąć za rękę twoje dziecko i pójść z nim przez życie. Chronić je i kochać. Przecież to jest piękne. I jak odczarowuje ten mit „teściowej”! My z Julią się czasem śmiejemy, udajemy takie klasyczne układy synowa/teściowa. Ja mówię teatralnie: wydaje mi się, że ZNÓW nie starłaś kurzu. Albo: czy krochmalisz mu koszule, moja droga? A potem zastanawiamy się, jak w ogóle można sobie robić taki teatr z życia. Czemu ludzie sobie to robią? Kogo obchodzi jakiś kurz, czy koszule? My idziemy do parku na spacer, gramy w Dixit, robimy wiatraczki, rozmawiamy godzinami, śmiejemy się, płaczemy, jesteśmy dla siebie najlepszymi przyjaciółkami. Przyjaźń to jest wartość. W przeciwieństwie do startego czy niestartego kurzu.

Przedstawia się Panią jako feministkę. Co feminizm dla Pani znaczy? Na czym powinien polegać? Bo nie ulega wątpliwości, że zaczął być w ostatnich latach przedstawiany w takim „krzywym zwierciadle”.

Feminizm to równość. Równe prawa. Niech ktoś mi powie, że to jest złe. Kiedyś rozmawiałam z pewnym księdzem. Zapytał mnie o to samo, czym jest dla mnie feminizm. Gdy usłyszał odpowiedź, powiedział: w takim razie ja też jestem feministą.

Dlaczego przestawia się feminizm w krzywym zwierciadle? Z niezrozumienia. A wystarczy przeczytać definicję w Wikipedii. Mało komu się chce. Co gorsza, nie tylko przeciwnikom feminizmu się nie chce. Tym, co mówią, że są feministkami też się nie chce. Dlatego potem czytam wypowiedź jakiejś topowej „feministki”, że faceci są jak buty, które można zmieniać. Nie zgadzam się z tym. To znaczy, niech ona sobie zmienia partnerów, nie moja sprawa, ale nie zgadzam się z takim uprzedmiotowieniem. To wbrew zasadom idei. Feminizm to równość dla obu płci. Szacunek dla obu płci. Nie tylko dla kobiety. Wszyscy jesteśmy ludźmi, nikt z nas nie jest lepszy czy gorszy ze względu na płeć. Ostatnio na Kongresie Kobiet w Poznaniu ktoś mnie spytał, czy chciałabym żeby prezydentem (prezydentką?) była kobieta. Zanim odpowiedziałam, zauważyłam pewien rodzaj euforii wywołanej takim pytaniem – marzeniem. Och, jakby wspaniale było w Polsce! Wystarczy, że prezydentem zostanie kobieta! Tymczasem premierem była wtedy kobieta, poprzednia też była kobietą, a na prezydenta startowała swojego czasu Magdalena Ogórek – kobieta jak się patrzy. I co? Czemu nie głosowałyście? Skoro wystarczy, że kobieta będzie rządzić i będzie cudownie? No i właśnie to jest takie poplątanie pojęć. Za bardzo skupiamy się na płci, za mało na człowieczeństwie. Ja chcę, żeby tym krajem rządził ktoś mądry i w ogóle nie mam żadnych wymagań co do płci. To jest mój feminizm.

Z czego Pani zdaniem wynika takie lekceważące podejście do kwestii feminizmu, czyli równouprawnienia? Przecież często to równouprawnienie jest mylnie rozumiane przez same kobiety…

Jak odpowiedziałam: to wynika z niezrozumienia. A naprawdę wystarczy przeczytać definicję w Wikipedii. Jeśli ktoś czegoś nie rozumie, a się za to zabiera, bardzo łatwo o śmieszność. I co za tym idzie: lekceważenie. Żeby tego uniknąć, warto wykonać prostą pracę. Zadać pytanie, poszukać odpowiedzi. Obserwuję w publicznej debacie wiele takich postaw, które określam mianem „racji”. Kiedyś nawet wymyśliłam instytucję „racji”. Każdy, kto wchodzi na przykład do studia telewizyjnego, dostaje na wejściu „rację”. To mogłaby być statuetka plastikowa z imieniem i nazwiskiem. Jan Kowalski ma rację. I już. Nie trzeba niczego udowadniać. Teraz już można zadawać pytania, otwierać się na nową wiedzę, coś z dyskusji wynieść. Ja na razie nie mam racji. Nie zrobiłam sobie. Ja jej nie potrzebuję. Wiem, że jeśli kiedyś przyjdzie dzień, w którym będę miała rację, niczego się już nie dowiem. To będzie smutny dzień.

Sylwia Kubryńska – jedna z najbardziej cenionych polskich współczesnych pisarek. Feministka, felietonistka, matka. W 2015 roku głośną książką "Kobieta (dość) doskonała" zdobyła listy bestsellerów. Jej kolejne powieści: "Furia mać!" (2016), "Biurwa" (2016) i "30 sekund" (2017) były szeroko komentowane. Każda jej książka to wydarzenie literackie.

O książce: To książka szczera do bólu, surowa, „brudna”, ale bardzo prawdziwa. To książka o tym,  jak macierzyństwo zmienia kobietę i jaką abstrakcją  jest  to, o czym mówi się od lat: „Każda kobieta ma instynkt macierzyński, kobiety stworzone są do bycia matką”. Ale nie tylko. To historia poruszająca problem molestowania w pracy, wciskania się w wąskie ramy wygórowanych oczekiwań społecznych. O zaściankowości w Polsce, przemocy wobec dzieci. O toksycznych relacjach w rodzinie, w której kolejne pokolenia wspierają chore układy. To opowieść o postrzeganiu kobiet. O wszechogarniającym „powinnaś”. Odczarowuje stereotypowe myślenie o kobiecie – świeżo upieczonej matce zakochanej w swym dziecku.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Klasyka literatury, czyli 5 książek, które warto przeczytać niezależnie od wieku

Klasyka literatury, czyli 5 książek, które warto przeczytać niezależnie od wieku. (Fot. materiały prasowe)
Klasyka literatury, czyli 5 książek, które warto przeczytać niezależnie od wieku. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Co sprawia, że wracają do nich kolejne pokolenia czytelników? Co jest w nich tak wyjątkowego? I dlaczego warto zajrzeć do nich akurat teraz? Klasykę literatury poleca szefowa kultury „Zwierciadła”.

George Orwell "1984", W.A.B.

George Orwell publikując krótko po II wojnie światowej swoje „1984”, może i domyślał się, że stworzył jedną z najważniejszych powieści XX wieku. Jednego na pewno przewidzieć nie mógł – że ta mroczna historia o totalitarnym państwie i o marzeniu o wolności i byciu kochanym, stanie się w latach 90. inspiracją dla twórców super popularnego reality show. Dzięki któremu nawet ci, którzy z książką nigdy nie mieli do czynienia, wiedzą, że jest ktoś taki jak Big brother. Czyli po polsku Wielki Brat. Naprawdę? No właśnie. „1984” ukazuje się u nas w nowym, zaskakującym tłumaczeniu (poprzednie przekłady pochodziły z lat 50. i 80.) Doroty Konowrockiej-Sawy. A wśród największych zaskoczeń jest brak powieściowego Wielkiego Brata. Tłumaczka jest wierniejsza oryginałowi. Co to znaczy? Odpowiedź w książce.

George Orwell '1984', W.A.B. George Orwell "1984", W.A.B.

Tomasz Mann, "Czarodziejska góra", Muza

Na ten opasły tom, ambitną klasykę literatury światowej, jest podobno w czasach pandemii zwiększony popyt. Przyczyn można by się upatrywać w podobieństwie sytuacji głównego bohatera – młodego niemieckiego inżyniera Hansa Castorpa – do niemal każdego z nas, próbujących jakoś się odnaleźć w wyjątkowych czasach pandemicznej izolacji i zawieszenia w czasie. Castorp przyjeżdża do szwajcarskiego Davos do sanatorium dla gruźlików położonego na szczycie góry, żeby odwiedzić kuzyna. Tyle że zdiagnozowana zostaje u niego gruźlica, i nasz bohater nagle zostaje zamknięty w miejscu, gdzie czas płynie dużo wolniej i gdzie życie ogranicza się do krajobrazu za oknem, własnego pokoju i jadalni, krótkich spacerów. Brzmi znajomo? Tomasz Mann pisał „Czarodziejską…” najpierw z myślą o krótkim opowiadaniu, tymczasem pracował nad nią aż dwanaście lat. A noblistka Olga Tokarczuk w jednym z nie tak dawno udzielonych wywiadów zdradziła, że tę powieść czytała pierwszy raz jako 15-latka, a ostatnio wróciła do niej po raz szósty.

Tomasz Mann, 'Czarodziejska góra', Muza Tomasz Mann, "Czarodziejska góra", Muza

Osamu Dazai "Owoce wiśni", Czytelnik

Shūji Tsushima (1909-1948), znany bardziej pod swoim literackim pseudonimem Osamu Dazai to jeden z najważniejszych XX-wiecznych japońskich pisarzy. Trzeba przyznać, że był pesymistą. Marzył o innej Japonii, ale jej nie doczekał. I to z rozczarowań powstała poruszająca proza: powieści i opowiadania. Jego „Owoce wiśni” to zbiór tekstów o miłości, żałobie, wojnie. Autor uchwycił stan ducha młodego pokolenia lat 30. i 40. „Kto wie, przyszłość może pokaże, że te nasze osobiste, fragmentaryczne opisy codzienności okażą się bardziej wiarygodne niż dzieła tak zwanych historyków”, pisał tyle dekad temu, mając rację. Na uwagę zasługuje też doskonały przekład Katarzyny Sonnenberg-Musiał. Bezpośrednio z japońskiego, co ważne, bo w przypadku literatury z tego kraju nadal zbyt często zdarzają się tłumaczenia wersji angielskich, zawsze ze stratą dla tekstu.

Osamu Dazai 'Owoce wiśni', Czytelnik Osamu Dazai "Owoce wiśni", Czytelnik

Margaret Mitchell "Przeminęło z wiatrem", Albatros

W zeszłym roku głośno było o tym, że w Stanach HBO usuwa z platformy streamingowej „Przeminęło z wiatrem” z Vivien Leigh i Clarkiem Gablem. Z zapowiedzią, że tytuł wróci na platformę, ale towarzyszyć mu będzie potępiająca rasizm dyskusja o historycznym kontekście filmu. Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy to aby nie za daleko idąca polityczna poprawność, lektura tekstu źródłowego, czyli powieści Margaret Mitchell z 1936 roku wiele w tym temacie rozjaśnia. I nie chodzi tylko o romantyzowanie secesji, niewolnictwa i handlu ludźmi. Czytamy tu na przykład, że poczciwa Mammy, niania Scarlett O’Hary „waruje w głębi pokoju jak wielki czarny cerber”. Że jej czarna twarz jest „smutna jak morda skrzywdzonego zwierzęcia”, z kolei Atlanta „jest pełna wyzwolonej murzyńskiej hołoty”. Warto mieć świadomość, że i film i książka są znakiem swoich czasów. I być na to przygotowanym sięgając po tę klasykę literatury, powieść – trzeba przyznać – świetnie skonstruowaną (nagrodzoną w 1937 roku Pulitzerem). Której ukazało się u nas niedawno specjalne ilustrowane wydanie – aż 1000-stronicowe.

Margaret Mitchell 'Przeminęło z wiatrem', Albatros Margaret Mitchell "Przeminęło z wiatrem", Albatros

Shirley Jackson "Loteria", Wydawnictwo Marginesy

Przypadek „Loterii” jest dowodem na to, jak mało jest znana w Polsce klasyka literatury amerykańskiej. W Stanach Zjednoczonych „Loteria” to lektura szkolna. Dzieło pisarki Shirley Jackson, która mimo że zmarła stosunkowo młodo, bo w wieku 49 lat, zostawiła po sobie obszerny dorobek. Stała się też bohaterką i autorką skandalu, jaki wybuchł po tym, jak w 1948 roku „New Yorker” opublikował „Loterię” na swoich łamach. Redakcję już na drugi dzień po publikacji zalewać zaczęła fala listów od czytelników. Wiele osób przekonanych, że był to reportaż, a nie literacka fikcja, domagało się wyjaśnień. Jeszcze inni byli tak wstrząśnięci, że zrezygnowali z prenumeraty magazynu. Co wywołało wzburzenie? Żeby nie psuć nikomu suspensu, starczy chyba powiedzieć, że to coś dla tych, którzy lubią straszne historie. „Loteria” oryginalnie jest opowiadaniem, ale polski czytelnik może je poznać dzięki powieści graficznej. Stworzonej współcześnie przez wnuka pisarki Milesa Hymana. Niewiele tu słów, wiele klimatycznych kadrów, doskonale oddających specyficzny rytm opowiadania i tak samo budujących napięcie aż do finałowej sceny.

Shirley Jackson 'Loteria', Wydawnictwo Marginesy Shirley Jackson "Loteria", Wydawnictwo Marginesy

  1. Kultura

3 książki na dobry początek roku, które po prostu musisz przeczytać

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kto z nas z początkiem roku nie robi sobie długiej listy postanowień? Nie snuje tysiąca planów na to, jak stać się lepszą wersją samego siebie? Czas zadać sobie inne niż zawsze pytania.

Czy przypadkiem nie oczekujemy od siebie zbyt dużo? A może stawiamy przed sobą nierealistyczne cele? Albo nasze głowy są tak przesiąknięte starym sposobem myślenia, że nie potrafimy spojrzeć na rzeczywistość inaczej? Zamiast tworzyć długie listy postanowień – zatrzymaj się na chwilę! Bądź tu i teraz. Odkryj, co tak naprawdę chcesz zmienić w swoim podejściu do życia. Przedstawiamy trzy wyjątkowe książki, które pomogą ci to osiągnąć.

Dla tych, którzy o 22:00 uparcie odpisują na służbowe maile

„Nie rób nic. Jak zerwać z przepracowaniem i zacząć żyć”, Celeste Headlee

Pijąc poranną kawę, odpisujesz na e-maile i przygotowujesz prezentację. W weekendy sprawdzasz służbową pocztę. Biegasz, zdrowo się odżywiasz, prowadzisz aktywne życie towarzyskie. Nerwowo sprawdzasz media społecznościowe, by być zawsze na bieżąco. Stop! Autorka książki „Nie rób nic” udowadnia, że nasza obsesja na punkcie produktywności to stosunkowo nowe zjawisko i zachęca do zmiany myślenia. Czy można mniej pracować, a w czasie wolnym nie myśleć o obowiązkach? Cenić odpoczynek tak samo, jak własną aktywność? Leżeć na kanapie i nie czuć poczucia winy? Okazuje się, że tak! Kluczem do sukcesu jest dostrzeżenie dobrych stron oczyszczającej umysł bezczynności.

Dla tych, którzy pragną czerpać mądrość z dalekich krajów

„Długo i szczęśliwie. Japońska sztuka akceptacji”, Scott Haas

Poznaj ukeireru – japońską sztukę akceptacji, która koi ciało i duszę, pisze amerykański psycholog Scott Haas, którego podróż do Japonii odmieniła myślenie o rzeczywistości. Akceptacja w życiu Japończyków towarzyszy nawet najprostszym czynnościom takim jak sen, kąpiel, jedzenie czy kontakt z naturą. Ukeireru pozwala radzić sobie z gniewem, lękiem i poczuciem straty, otworzyć się na drugiego człowieka, obserwować, słuchać i uczyć się uważności. Pomaga oczyścić ciało ze stresu. Zapewnia spokój umysłu. To właśnie połączenie mądrości Wschodu i Zachodu to według autora tej książki recepta na to, by żyć „długo i szczęśliwie”. Wystarczy otworzyć się na odmienną od naszej kulturę i odkryć w niej ogromne bogactwo.

Dla tych, którzy chcą nauczyć się doceniać proste rytuały

„Sztuka prostego życia”, Shunmyo Masuno

Ustaw buty równo obok siebie. Oddychaj głęboko. Zasadź kwiat. Kultywuj wdzięczność. Oto Shunmyo Masuno – buddyjski mistrz zen i jego zbiór stu bardzo prostych i krótkich wskazówek, które pozwolą osiągnąć szczęście i spokój. To doskonałe sposoby na dodanie energii swojemu ja, rozwijanie odwagi oraz radzenie sobie ze zmartwieniami. Porady buddyjskiego mnicha zachęcają do obecności, do nawiązywania głębokich więzi z innymi oraz doceniania prostoty. Dobra wiadomość: życie w wielkim mieście nie jest przeszkodą do kierowania się ideami tej wielowiekowej wschodniej filozofii. Ogrodem zen z powodzeniem może stać się zwykły balkon. Największa siła tkwi w prostocie.

  1. Kultura

Najchętniej czytane w 2020 roku - 10 wywiadów ze znanymi pisarzami i pisarkami

Wśród najlepszych tekstów Zwierciadła 2020 roku są również wywiady ze znanymi pisarkami i pisarzami. (Fot. iStock)
Wśród najlepszych tekstów Zwierciadła 2020 roku są również wywiady ze znanymi pisarkami i pisarzami. (Fot. iStock)
W tym roku na naszych łamach rozmawialiśmy ze słynnymi pisarkami i pisarzami. Opowiadali nam nie tylko o swojej twórczości, ale również dzielili się refleksjami dotyczącymi obecnej rzeczywistości.

Przypominamy 10 inspirujących rozmów z literatami z całego świata.

 

  1. Styl Życia

Miłość rodzi się w kontakcie - cała prawda o adopcji

Magda wie na pewno, że dziecko, czy to biologiczne, czy adoptowane, kocha się tak samo. (Fot. Mariola Kędzior)
Magda wie na pewno, że dziecko, czy to biologiczne, czy adoptowane, kocha się tak samo. (Fot. Mariola Kędzior)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Najpierw chciała być po prostu mamą. Bezskutecznie. Potem mamą adopcyjną. Udało się. Ale gdy zobaczyła, jak dużo jest w tym obszarze do zrobienia, wzięła się do organicznej pracy. Założyła fundację, napisała książkę i setki artykułów. I tak stała się ekspertką od adopcji.

Najpierw chciała być po prostu mamą. Bezskutecznie. Potem mamą adopcyjną. Udało się. Ale gdy zobaczyła, jak dużo jest w tym obszarze do zrobienia, wzięła się do organicznej pracy. Założyła fundację, napisała książkę i setki artykułów. I tak stała się ekspertką od adopcji.

Magda Modlibowska, 48 lat, z wykształcenia socjolożka. A z zawodu? Gdyby wnosić po tematach, jakie wyskakują, gdy wpisze się do wyszukiwarki jej nazwisko, można by sądzić, że zajmuje się adopcją na pełny etat. A ona, owszem, od kilkunastu lat pracuje na rzecz adopcji, tyle że charytatywnie. Po raz pierwszy spotkałyśmy się dziesięć lat temu przy okazji jej książki „Odczarować adopcję”. To był temat, który nie tylko odczarowywała, ale przede wszystkim wyciągała z otchłani tematów tabu. Bo w tamtych czasach w Polsce przyznawanie się do bycia niebiologiczną matką było czymś wstydliwym. Bywało, że kobiety fingowały ciążę, żeby ukryć fakt zostania „matkami inaczej”. Magda od początku przecierała szlaki. Dla siebie, innych, dla sprawy. Zapamiętałam ją jako wulkan energii. Wygadana, kompetentna, inteligentna. Jeszcze wtedy łączyła pracę w korporacji z działaniami proadopcyjnymi. Potem skupiła się tylko na tym drugim. Sądziłam, że tak będzie do końca świata i jeden dzień dłużej. A ona jesienią mówi mi: – Teraz przyszedł czas na zamknięcie tamtego okresu, kiedy zajmowałam się tylko wspieraniem innych. Nie zamierzam skończyć jako babcia adopcyjna. Pora zająć się sobą. Nie słyszę w tych słowach żartobliwego tonu. Zmiana, którą widzę, też jest zaskakująca. Na spotkanie przychodzi w długiej czerwonej sukience, z tatuażem na przedramieniu, burzą włosów w naturalnym popielatym kolorze. Podkreśla, że nasze obydwa spotkania to taka symboliczna klamra spinająca jej działalność adopcyjną.

Procedury

Zaczęło się od tego, że Magda nie mogła zajść w ciążę. Oboje z mężem byli dla lekarzy zagadką. Z medycznego punktu widzenia nic nie stało na przeszkodzie, by mieli biologiczne dzieci. Ale mieć nie mogli. Z góry odrzucili in vitro. Uważali, że ta metoda nie daje gwarancji powodzenia, oznacza lata walki, burze hormonalne i czekanie, czekanie. – Byłam umęczona badaniami diagnostycznymi. Nie chcieliśmy dalej w to brnąć. Już wcześniej myśleliśmy o adopcji – że jak będziemy mieć dwoje dzieci, to potem adoptujemy. Pierwszą procedurę adopcyjną przeszli w Krakowie, za darmo, w państwowym ośrodku adopcyjnym, który mieścił się w zagrzybiałym starym budynku. – W ośrodku w Krakowie pracowali z nami wspaniali ludzie. Docierano do naszej głębokiej motywacji. Nagle uświadomiliśmy sobie, że pragnienie dziecka to nie żaden altruizm, żadne myślenie Bóg wie o czym, tylko o tym, żeby być mamą i tatą. Po prostu. W trakcie tych spotkań okazało się, że na wiele spraw Magda ma inne poglądy niż mąż. Na przykład uważała, że macierzyństwo adopcyjne niczym się nie różni od naturalnego, mąż – że się różni. Zostawili sobie ten temat jako nierozstrzygnięty. Usiłowali przejść adopcję także w Warszawie w niepublicznym ośrodku, usytuowanym w nowoczesnych wnętrzach, za spore pieniądze. Ale okazało się to niemiłym doświadczeniem. Magda pytała wtedy buńczucznie: „Czy ośrodki adopcyjne i domy dziecka są naprawdę zainteresowane przygotowywaniem dzieci do adopcji?”. Dzisiaj nie jest tak radykalna. – Każde staranie o dziecko długo trwa, i to naturalne, i to adopcyjne. Ośrodki dwoją się i troją, ale co mają zrobić w sytuacji, gdy jest dużo więcej rodziców niż dzieci do adopcji? Część dzieci nie jest „wolna prawnie”. Dlatego dzisiaj sformułowałabym inny postulat: powierzania takich dzieci rodzinom zastępczym, w których mogłyby wzrastać w kontakcie z rodziną biologiczną, ale w bezpiecznych warunkach.

Ona i one

Wypełniając ankietę w jednym z warszawskich ośrodków, w rubryce „oczekiwania” wpisała: żadnych. Starsza córka Magdy (18 lat, w chwili adopcji – dwa miesiące) urodziła się z wieloma wadami. Przechodziła operację za operacją. Młodsza (nieco ponad 13 lat, adoptowali ją w wieku 2,5) była zdrowa, ale długo borykali się z jej traumami. Magda powtarza, że miłość do dziecka nie rodzi się automatycznie, nawet gdy poród jest naturalny. Rodzi się w kontakcie. Pierwsza córka wymagała całodobowego czuwania, opieki, więc wzajemna miłość narodziła się samoczynnie. O uczucia drugiej trzeba było się starać. – Musiałam niejako urodzić tę relację. Po trzech latach poczułam, że druga córka stała się naprawdę naszym dzieckiem. Nagle zaczęła emanować takim prawdziwym, niewymuszonym ciepłem. Rączki, które mnie obejmowały, wprost się do mnie przyklejały. Jak mówiła: „mamuniu, przytul mnie”, to z głębi serca, a nie jak na początku, recytując. Bardzo pomogła mi koleżanka, która ma pięcioro biologicznych dzieci. Kiedy urodziła trzecie, zadzwoniła: „Mam wielki problem, tylko ty możesz mi pomóc”. Myślę sobie: „Matko, taki wzór macierzyństwa dzwoni po radę właśnie do mnie?”. Okazało się, że zawsze karmiła piersią, a teraz dziecko jest uczulone i musi karmić sztucznie. No a kto lepiej zna się na mieszankach i butelkach, jak nie ja? I wtedy zrozumiałam, że nie powinnam się porównywać, bo nie ma znaczenia, czy urodziłam, czy nie. Ważne, że kocham, że czuję się matką. Później przekonałam się, że moja miłość do córek nie różni się od tej do biologicznego syna. Urodził się dziewięć lat temu jako totalna niespodzianka. Dla niego nie ma znaczenia, że siostry są adoptowane. Ostatnio powiedział do jednej: „Ty to masz fajnie, bo masz dwie mamy, a ja tylko jedną”. Teraz Magda wie na pewno, że dziecko, czy to biologiczne, czy adoptowane, kocha się tak samo. Problemy wszystkich matek są podobne. Uważa, że jej jako matce córek było nawet łatwiej niż matkom biologicznym. Nie przechodziła przez trudy ciąży i porodu. Ale – z drugiej strony – nie doświadczając tych dziewięciu miesięcy, ciężko było jej od razu poczuć macierzyństwo. Cały czas szukała książek dla matek adopcyjnych. Dopiero po jakimś czasie zrozumiała, że powinna czytać zwykłe książki dla zwykłych matek, bo tak samo karmi, przewija.

Magda Modlibowska: 'Macierzyństwo, i to adopcyjne, i biologiczne, najpierw otworzyło mnie na innych, teraz na siebie'. (Fot. Mariola Kędzior) Magda Modlibowska: "Macierzyństwo, i to adopcyjne, i biologiczne, najpierw otworzyło mnie na innych, teraz na siebie". (Fot. Mariola Kędzior)

Praca od podstaw

Szybko przekonała się, że w procedurze adopcyjnej przeorania wymaga wszystko. – Zjadłam zęby na poszukiwaniu wsparcia, które w Polsce kuleje. Na ogół rodziny z dzieckiem zostają pozostawione same sobie, często w poczuciu, że nie wypada o nic prosić, bo przecież nas zakwalifikowano. Więc jak już dowiedziałam się, gdzie szukać pomocy, chciałam się tą wiedzą podzielić. Najpierw napisała książkę „Odczarować adopcję”. Pamięta dokładnie, że zainspirowało ją do tego takie zdarzenie: Rozmawia z koleżankami z pracy o tym, w jakim szpitalu rodzić, naturalnie czy przez cesarskie. Koleżanki wiedzą, że jest świeżo upieczoną mamą. Któraś z nich pyta: „A ty jak rodziłaś?”. Odpowiada: „Adoptowałam”. I wtedy zapada cisza. Krępująca. Magda jest przekonana, że koleżanki jej nie oceniają, tylko nie mają wzorców, jak się zachować. Ta sama sytuacja kilka lat później w Szwecji: Magda z córkami w międzynarodowym towarzystwie. Ktoś pyta, czy rodziła w Polsce. Kiedy mówi, że adoptowała, gratulują, są ciekawi, jakie to doświadczenie, czy dzieci są rodzeństwem. – Zamarzyło mi się, żeby w Polsce też tak było, żeby o adopcji mówiło się otwarcie, a nie półgębkiem. Książka rozeszła się na pniu. Potem zorientowała się, że to za mało, bo ludzie potrzebują kontaktu. Założyła więc Fundację Wsparcia Rodzin po Adopcji, którą do dziś prowadzi i finansuje. Przyznaje, że to wyczerpujące zadanie. – Innym wydaje się, że jestem wielką instytucją, dzwonią do mnie z pytaniami, oburzają się, że czekają na odpowiedź, a ja nie odpowiadam, bo mam chore dziecko. Nikt nie wie, że działam sama. Ale nie mam o to pretensji. To moja decyzja i moja za nią odpowiedzialność. Rozpiera mnie duma, że przez fundację przewinęło się ponad tysiąc rodzin, którym mogłam pomóc. Ale na tym nie koniec. Magda to kobieta orkiestra. Napisała ponad 300 artykułów do Internetu i gazet, nagrała wiele audycji radiowych, występowała w programach telewizyjnych. Wymyśliła i wypuściła w świat „Księgę Adoptowanego Dziecka” – kronikę przygotowań rodziców na przyjęcie dziecka. Była przez kilka lat wiceprezeską Stowarzyszenia „Dobrze Urodzeni”. Właśnie wychodzi kolejne wydanie książki „Odczarować adopcję”. Uzupełnione o doświadczenie nie tylko jej, lecz także innych rodziców, o wywiady z psychologami, o ważne zagadnienia, jak poronienia. Redaktorka, czytając opasłe tomisko, podsumowała: „Powstała biblia adopcyjna”.

Misja

Magda od początku chętnie wypowiadała się publicznie na temat adopcji. Była na każde zawołanie. – Chodziło mi o to, żeby więcej się o niej mówiło. Bo gdy się mówi, jest szansa, że się ją oswoi, że stanie się mniej dzika, tajemnicza. Uważam, że to moja misja, dług do spłacenia. W końcu po coś doświadczyłam tego wszystkiego: dwóch adopcji, porodu domowego i czterech poronień. Po coś mam dar mówienia i tyle energii. Co by powiedziała teraz, bogatsza o doświadczenia, przyszłym rodzicom adopcyjnym? Żeby nie bać się adopcji. Bo daje szansę na przepiękne rodzicielstwo. Podobne do biologicznego – są w nim te same troski i to samo szczęście. Ale w rodzicielstwie adopcyjnym jest coś jeszcze: właśnie ta adopcyjność, czyli mnóstwo wyzwań, których nie ma w rodzicielstwie biologicznym. Trzeba się na to przygotować. I szukać wsparcia. Magda bardzo nie lubi mitu, że adopcja to bohaterstwo, bo oto ktoś uratował dziecko. – Nie, ja uratowałam siebie. Bohaterstwem jest urodzić dziecko z dysfunkcjami. Ja na każdym etapie adopcji mogłam powiedzieć: nie, a matka biologiczna tego nie może zrobić. Przygotowanie do adopcji to wgląd w siebie, na co jestem otwarta. Ja na przykład nie byłam w stanie przyjąć dziecka z poważnymi dysfunkcjami umysłowymi. Dlatego głośno mówię rodzicom adopcyjnym: macie do tego prawo. Pytam Magdę, czy jako działaczka adopcyjna ma poczucie sukcesu. – Absolutnie nie, wręcz mam poczucie porażki. Nie zintegrowałam środowiska adopcyjnego, nie ruszyłam w posadach systemu, nie zostałam wysłuchana tam, gdzie być powinnam. Adopcja nadal jest dla polityków mało ważnym zagadnieniem. Nie udało mi się także dlatego, że jak proszę matki adopcyjne o publiczne zabranie głosu, to odmawiają. Anonimowo wypowiadają się chętnie. Co to pokazuje? Że nie chcą eksponować swojej inności. A przecież ze swoimi dziećmi do końca życia będą żyć z adopcją w tle. Co trzeba zrobić, żeby odczarować w Polsce adopcje? – Podzieliłabym te działania na dwa nurty. Społeczny, czyli uświadamianie ludzi poprzez media, w szkole, czym jest adopcja, a z drugiej strony – uwrażliwianie na problemy adopcyjnych rodzin. Dlaczego gratulujemy biologicznej matce urodzenia, a adopcyjnej już nie? Drugi nurt jest systemowy, i tu jest bardzo dużo do zrobienia. Wywróciłabym do góry nogami ustawodawstwo. Bo w tej chwili jest tak, że po decyzji sądu o adopcji przed rodzicami zamykają się wszystkie drzwi, nie mają oni żadnej opieki, nawet prawa do pielęgniarki środowiskowej.

Wypalenie

Magda powtarza, że zrobiła, co mogła. Teraz chce oddać się rodzinie. Z każdym dzieckiem jest w innym procesie. Najstarsza córka szuka swoich korzeni biologicznych, młodsza ją w tym podpatruje. Córki od początku wiedziały, że ich nie urodziła, niczego przed nimi nie ukrywała. Mimo to etap, który teraz wspólnie przechodzą, nie jest łatwy. – Badania potwierdzają, że każde dziecko przechodzi przez traumę odrzucenia. Czasem już na etapie prenatalnym. Psychologowie powtarzają to rodzicom adopcyjnym od początku, tylko oni nie chcą tego słyszeć. Myślą, że miłością można wyleczyć wszystko. A to nieprawda. Pytanie mojej córki o rodziców biologicznych było dla mnie bardzo silnym tąpnięciem. Mimo że wiem, że ona nie przestanie mnie nagle kochać, nie odejdzie od nas. Magda nie ma żalu do biologicznych matek swoich córek, czuje do nich wdzięczność. Są w jej rodzinie od początku. Najpierw mentalnie, teraz w rozmowach z córkami, niedługo być może spotka je w realu. Bo jeżeli kiedyś córka poprosi ją, żeby pojechały do niej razem, zrobi to bez wahania. – My, rodzice adopcyjni, musimy być na to gotowi. To część naszego rodzicielstwa. Moje córki przychodzą do mnie i mówią: „Chcemy wiedzieć, do kogo jesteśmy podobne. Zadać pytanie, dlaczego rodzice mnie oddali do adopcji, czy dlatego, że byłam ciężko chora, czy że byłam kłopotliwym dzieckiem”. Cieszę się, że przychodzą z tym do mnie. Gdybym nie wiedziała tego, co wiem o adopcji, mogłabym się podłamać. Bo przecież wlałam w nie tyle miłości. Wskoczyłabym za nie w ogień. Zawsze będę je wspierać. Ale adopcji jako takiej już wspierać nie chcę. Czuję się wypalona byciem na jej świeczniku. Chcę się skupić na moich dzieciach, mężu. I na sobie. Prowadzę własny biznes, piszę wiersze, gram na czandrze, maluję. Macierzyństwo, i to adopcyjne, i biologiczne, najpierw otworzyło mnie na innych, teraz na siebie. 

W 2020 roku  ukazało się uzupełnione wznowienie książki Magdaleny Modlibowskiej „Odczarować adopcję”. Wydawnictwo Mamania.

  1. Psychologia

Macierzyństwo - jak opanować stres i emocje?

Rodzicielstwo to cudowna okazja, by popracować nad sobą. (Fot. iStock)
Rodzicielstwo to cudowna okazja, by popracować nad sobą. (Fot. iStock)
Największym wyzwaniem w codzienności każdej mamy, ale też w ogóle rodzica, jest zachować spokój na przekór burzy, która – uosobiona w małym ciałku naszego dziecka – szaleje i ciska piorunami.

Nagle okazuje się, że praca nad sobą, lata szkoły i studiów, wiek czy wrodzona cierpliwość nie wystarczają. Emocje biorą górę i ani się spostrzeżemy, jak zaczynamy krzyczeć, a nawet poszturchiwać malucha czy nastolatka, mimo że obiecywałyśmy sobie, że nigdy tego nie zrobimy. Zdaniem psychologów winne wszystkiemu są nasze oczekiwania, by świat był „jakiś”. A w tym kontekście – by dzieci były posłuszne i umiały się sobą zająć. Albo by zawsze były grzeczne i spokojne. Tymczasem one są właśnie jak burza – zgodne ze swoją naturą. Nieumiejętność opanowania emocji wynika także z tego, że tak naprawdę niewiele o nich wiemy, zwłaszcza o tych trudnych, jak złość, smutek, zazdrość czy strach. Nie potrafimy ich rozpoznawać i nazywać. Od małego jesteśmy przyuczani do ich ukrywania. Ale tłumiąc je, tłumimy ważną część siebie, która w sytuacjach trudnych i kryzysowych bierze nad nami górę.

I jeszcze jedno – niepotrzebnie dążymy do ideału. Choć psychologowie powtarzają do znudzenia, że trzeba być wystarczająco dobrą matką czy rodzicem, my wyrzucamy sobie własne błędy czy niedostatki. Rodzicielstwo to cudowna okazja, by popracować nad sobą. Na początek możesz zacząć od kilku prostych ćwiczeń.

Jak radzić sobie ze stresem? Podpowiada Wojciech Eichelberger

Negatywne przekonania o sobie, sensie macierzyństwa lub o swoich rodzicielskich kompetencjach generują negatywne emocje, które przejawiają się w naszych kontaktach z dziećmi. Praca nad weryfikacją takich szkodliwych przekonań zmienia na korzyść nasze emocje. Wystarczą dobre narzędzia plus szczere chęci i odrobina dyscypliny. Tym bardziej warto, że negatywne emocje powodują wewnętrzny, autogenny stres. A stres sprawia, że reagujemy obronnie i agresywnie, bo ogranicza nam dostęp do zasobów naszej emocjonalnej inteligencji: empatii, zdolności dystansowania się, samoobserwacji i poczucia humoru. Ustępujący stres sprawia, że odzyskujemy świadomość ciała i zaczynamy oddychać głębiej i przeponowo, co dodatkowo wzmacnia kontrolę nad negatywnymi emocjami. Wszystkie te elementy można ćwiczyć także dzięki warsztatom.

Ćwiczenia na trudne emocje

Ćwiczenie 1. Przypomnij sobie konkretne sytuacje z dzieciństwa, kiedy przeżywałaś coś nieprzyjemnego, a rodzice negowali lub zaprzeczali twoim uczuciom. Dokończ następujące zdania:
  • Kiedy było mi smutno, mama:
  • Kiedy było mi smutno, tata:
  • Kiedy byłam zła, mama:
  • Kiedy byłam zła, tata:
  • Kiedy bałam się czegoś, mama:
  • Kiedy bałam się czegoś, tata:
A teraz spójrz na swoje odpowiedzi i zastanów się, czy dziś, gdy jesteś dorosła, potrafisz zaakceptować swoje smutki, złość i lęki. Jak reagujesz, kiedy twoje dziecko okazuje te uczucia?

Ćwiczenie 2. W skali od 1 do 5 zaznacz, na ile zgadzasz się z poniższymi stwierdzeniami, przy czym 1 oznacza „w ogóle się nie zgadzam”, a 5 – „jak najbardziej się zgadzam”.

  • Akceptuję fakt, że czasem odczuwam złość.
  • Akceptuję fakt, że czasem czuję zazdrość.
  • Akceptuję fakt, że czasem czuję frustrację.
  • Akceptuję fakt, że czasem czuję smutek.
  • Akceptuję fakt, że czasem czuję rozczarowanie.
  • Akceptuję fakt, że czasem czuję lęk.
  • Akceptuję fakt, że czasem czuję niepokój.
  • Akceptuję fakt, że czasem czuję wstyd.
  • Akceptuję fakt, że czasem czuję się winna.
  • Akceptuję fakt, że czasem moje uczucia są intensywne.
  • Akceptuję wszystkie uczucia, nawet te nieprzyjemne.
Przyjrzyj się uczuciom, które jest ci najtrudniej zaakceptować. Być może to są te same uczucia, których najbardziej unikano w twoim domu rodzinnym. A może są to uczucia związane z zachowaniami, z którymi łączy się największe poczucie winy?

Ćwiczenie 3. Zaobserwuj sytuacje, w których pojawia się uczucie trudne do zaakceptowania, np. lęk. Określ intensywność tego lęku w skali od 1 do 10 w momencie, kiedy go zauważasz. Zgodnie z tym, co w danym momencie czujesz, powiedz do siebie:

Czuję lęk i mam opór przed tym uczuciem

lub

Czuję lęk i boję się tego uczucia

albo

Czuję lęk i akceptuję to uczucie

Ćwiczenie 4. Dokończ poniższe zdania. Staraj się znaleźć takie sytuacje, które zwykle wywołują w tobie określone uczucie.

Uwaga! odpowiedzi mogą być tak długie, jak chcesz

  • Jestem zła, kiedy:
  • Jestem sfrustrowana, kiedy:
  • Jest mi smutno, kiedy:
  • Jestem przygnębiona, kiedy:
  • Jestem zakłopotana, kiedy:
  • Czuję się winna, kiedy:
  • Czuję niepokój, kiedy:
  • Czuję lęk, kiedy:
  • Wpadam w panikę, kiedy:
  • Czuję miłość, kiedy:
  • Czuję wdzięczność, kiedy:
  • Czuję dumę, kiedy:
  • Czuję radość, kiedy:
  • Czuję się kochana, kiedy:
  • Czuję ekscytację, kiedy:
Wzbogacenie słownictwa opisującego emocje pomoże ci lepiej zrozumieć, co przeżywa dziecko, i pomóc mu się wyciszyć.

Zadanie domowe: Wybierz co drugi dzień jedno negatywne uczucie (złość, irytacja, frustracja, poczucie winy, zakłopotanie, zazdrość, przygnębienie, rozczarowanie, tęsknota, zniechęcenie, zmęczenie, uczucie zawodu, niepokój, panika, znudzenie, wstyd, żal, przerażenie, smutek, lęk) i pomyśl o nim przez dwa dni. Następnie odpowiedz na pytania z nim związane: Czy mogłaś wyrażać to uczucie w dzieciństwie? Jak się z nim wtedy czułaś? Jak wygląda to dzisiaj? Czy je akceptujesz?

Wybierz codziennie jedno pozytywne uczucie (radość, miłość, duma, współczucie, wdzięczność, serdeczność, entuzjazm, ciekawość, zadowolenie, ekscytacja, zachwyt, błogość, przyjemność). Przypomnij sobie w szczegółach jak najwięcej sytuacji, w których doświadczyłaś tego uczucia od innych. Podaruj sobie to uczucie – pomyśl o sobie przepełniona tym uczuciem. Kilkakrotnie okaż to uczucie dziecku. Postaraj się, żeby za każdym razem inaczej je wyrazić.