Pamiętacie jeszcze tę starą przepowiednię Majów – o końcu świata, który miał nastąpić w 2012 roku? Po Internecie krąży mem z teorią, że Majowie mieli rację, tylko pomylili się co do detali. Nie eksplodowaliśmy, nie wyparowaliśmy, po prostu... utknęliśmy w czyśćcu. Od tamtego momentu rzeczy dzieją się coraz szybciej, ale wcale nie znaczy to, że idą do przodu. Nastroje społeczne siadają, klimat się wali, polityka przypomina kabaret bez puenty. I właśnie wtedy, gdy wszystko wokół przypomina odcinek „Black Mirror”, młodsze pokolenie zaczyna tęsknić za erą sprzed końca świata.
Urodziłam się w 1997 roku, więc dorastałam na obrzeżach tej epoki, wpatrzona w dwa wzory do naśladowania: moją starszą siostrę i amerykańskie seriale, które sprzedawały mi wizję młodej dorosłości spędzanej w lofcie o ceglanych ścianach upstrzonych polaroidami. (Mieszkałabym tam z czterema narwanymi współlokatorami; przynajmniej jedno z nas przygrywałoby wieczorami na ukulele). Dziś, gdy pokolenie Z romantyzuje styl życia młodzieży circa 2010 roku, czuję potrzebę przyjrzenia się tej nostalgii z bliska – bo przecież jeszcze rok temu millenialsi, ich przedziałki na bok i jeansy-rurki byli pośmiewiskiem internetu. Skąd ta nagła rehabilitacja reputacji pokolenia określonego swego czasu przez “Time” jako “roszczeniowe, leniwe i narcystyczne”? I czemu Gen Z romantyzuje czasy, które w pamięci wielu nadal są świeże?
Postanowiłam zapytać o zdanie Zetkowego strażnika zeitgeistu: Saszę Pohorelov, twórcę kwitnącego profilu instagramowego @pysznestopy.pl, który wybitnie satyryzuje nasze pokolenie.
– Wydaje mi się, że będziemy obserwować coraz większe przyspieszenie trendów i już wkrótce zacznie się era tematycznych imprez inspirowanych epoką kwarantanny – mówi, prognozując rychłe pojawienie się “estetyki wczesnego TikToka”. – Od niektórych znajomych słyszałem egzystencjalne i wręcz dekadenckie komentarze o tym, że już zaraz doprowadzimy nostalgię do jej apogeum i przez to współczesna kultura w poprzednim jej rozumieniu umrze. Sądzę, że odpowiedź jest jednak bardziej prozaiczna. My, jako społeczeństwo, szybciej przetwarzamy informacje, a presja, by zrobić coś nowego, wymyślić nowy -core jest teraz znacznie większa niż kiedykolwiek.
Hipotezy Saszy są spójne z moimi podejrzeniami: – Estetyka tak zwanego millennial optimism staje się aktualna dlatego, że w pewnym stopniu obraz tamtego życia służył młodszym pokoleniom jako pewna „ziemia obiecana” w świecie tych „dorosłych”. Większość moich przyjaciół, i ja oczywiście też, marzyliśmy o tym, że wszyscy zdamy maturę IB, wyjedziemy do Nowego Jorku albo Londynu i będziemy pracować w „Buzzfeedzie”.
Kolejne lata boleśnie zweryfikowały nasze fantazje – ale o tym za chwilę.
– Ludzie, którzy wchodzili w dorosłość kilkanaście lat temu, naturalnie żonglowali między życiem online i offline – wspomina Aleksandra Zawadzka, dziennikarka modowa. – Finansowo to nie były złote czasy, ale kulturalnie i towarzysko – działo się dużo. Nie było nas stać na wiele, ale doświadczenia były tańsze niż rzeczy. Chodziło się na koncerty niszowych zespołów, snuło po mieście ze znajomymi, szukało tanich sposobów na podróżowanie z plecakiem. Facebook był cyfrowym albumem życia towarzyskiego, który zalewaliśmy zdjęciami z imprez. Inspiracji wizualnych szukaliśmy na Tumblrze, który był naszym moodboardem estetycznym, a najświeższych informacji z Zachodu szukaliśmy na Buzzfeedzie. Niszowo, ale z pasją, Milenialsi prowadzili też blogi.
– To była era totalnej niewinności – kwituje Jessica Mercedes, dziś influencerka, a wtedy jedna z pierwszych polskich blogerek modowych. – Nikt nie myślał o algorytmach, zasięgach, strategiach contentowych. Wrzucało się zdjęcia, bo chciało się zapamiętać moment. Chodziło bardziej o wspólnotę niż performance. Ludzie naprawdę się inspirowali, a nie porównywali.
25-te urodziny Maffashion, wtedy znanej jako Juliett Kuczynska. Od lewej: Jessica Mercedes Kirschner, Julia Kuczyńska , Ada Fijał. (Fot. Piotr Fotek/REPORTER)
– Facebook był wtedy miejscem, które naprawdę łączyło ludzi – mówi mi Agnieszka Wróbel, ekspertka od nostalgii, stojąca za uwielbianym przez millenialsów instagramowym profilem Sentymenty Oficjalnie. – Był wspólny wall, bez reklam i algorytmów, a każde wydarzenie natychmiast żyło własnym życiem. Kiedy otwarto Charlotte na Placu Zbawiciela, od razu powstała grupa „Bułka tarta z Charlotte za siedem zeta”. Fanpage’e, blogi, szafiareczki – to wszystko tętniło autentycznym ruchem oddolnym.
Ten brak presji przekładał się też na modę – która, jak zauważa Aleksandra Zawadzka, wynikała bardziej z przynależności do określonego środowiska niż z algorytmu mikrotrendów. Styl definiowało to, w jakim kręgu towarzyskim się obracałaś. Hipsterzy nosili wayfarery, kraciaste koszule i beanie, miłośniczki vintage – sukienki z kołnierzykami bebe, do tego grube rajstopy i sweterki z second-handu.
Alexa Chung na Londyńskim Tygodniu Mody w 2009 roku (fot. Dan Kitwood/Getty Images)
Millenialsi dorastali w przekonaniu, że technologia ich wyemancypuje, edukacja zapewni awans społeczny, a liberalne demokracje dostarczą wzrostu i stabilności. Tymczasem okazało się, że algorytmy wzmacniają podziały, kultura zapierdolu prowadzi nie do podwyżki, tylko wypalenia, a progresywne rządy nie zrealizowały obietnic – co wpychało sfrustrowane społeczeństwa w ramiona populistów: Trumpa, PiS-u czy innych lokalnych „antyelit”. Internet, który miał łączyć, zaczął śledzić i sprzedawać, a świat, który miał być lepszy, stał się bardziej chaotyczny, drogi i nieprzewidywalny.
Dla Zetek nie starczyło już iluzji. Wchodziły w świat, mierząc się z pandemiczną izolacją, kryzysem klimatycznym na horyzoncie, zaostrzeniem przepisów aborcyjnych, wojną w Ukrainie i upadkiem cyfrowej prywatności.
– Millennial optimism był mitem – podsumowuje Zawadzka. – Nasza beztroska była złudzeniem. Dorosłość przyniosła bezrobocie, śmieciówki, problemy mieszkaniowe. Byliśmy wyszydzani przez media, a zdrowie psychiczne nadal było tabu. Ale mimo to była w nas nadzieja na zmianę rzeczywistości i poczucie, że „jakoś to będzie”.
Nam, Zetkom, pozostaje optymistyczny nihilizm. Ciekawe, czy następne pokolenie będzie zazdrościć nam nawet tego.