1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Wokół Marca ‘68: spektakl "Dawid jedzie do Izraela"

Wokół Marca ‘68: spektakl "Dawid jedzie do Izraela"

Zobacz galerię 16 Zdjęć
Śmiech uważam za formę ratowania Żydów, wszelkich ofiar i pamięci o nich. Pozwala się do nich zbliżyć – mówi reżyser Jędrzej Piaskowski, którego spektakl zwyciężył w konkursie zorganizowanym przez Muzeum Polin i TR Warszawa. O swoim pomyśle na pamiętanie Marca ’68 rozmawia z Moniką Stachurą

Śmiech uważam za formę ratowania Żydów, wszelkich ofiar i pamięci o nich. Pozwala się do nich zbliżyć – mówi reżyser Jędrzej Piaskowski, którego spektakl zwyciężył w konkursie zorganizowanym przez Muzeum Polin i TR Warszawa. O swoim pomyśle na upamiętnienie Marca ’68 rozmawia z Moniką Stachurą.

„Juden (R)aus Arras” w pańskiej reżyserii, wygrał konkurs zorganizowany przez Muzeum POLIN i teatr TR Warszawa w ramach programu towarzyszącego wystawie „Obcy w domu. Wokół Marca '68”. Jak znalazł się pan w tym projekcie?

Do udziału w projekcie zostałem zaproszony poniekąd z sympatii, jaką żywimy do siebie wzajemnie z TR Warszawa, ale chyba także dlatego, że przylgnęła do mnie opinia „reżysera od Holokaustu”. Rok temu wspólnie z Magdą Fertacz zrobiliśmy w TR Warszawa spektakl „Puppenhaus. Kuracja” o pamięci II wojny światowej, gdzie ten wątek był obecny. Spektakl odniósł pewien sukces i zacząłem dostawać propozycje reżyserowania rzeczy bliskich temu tematowi. Dziwi mnie, że przylgnęła do mnie taka łatka, bo Holokaust bardziej wiąże się moimi osobistymi zainteresowaniami i historią rodziny niż byciem naukowcem, który będzie przerabiał ten temat w teatrze. Moja babcia była niemym świadkiem Holokaustu. Dowiedzieliśmy się o tym w domu zaledwie trzy lata temu. W Praszce, w której przed wojną urodziła się i mieszkała, w czasie okupacji Niemcy utworzyli getto. Zamknięci zostali tam praszkańscy Żydzi. W 1942 roku getto zlikwidowano. Niemożliwe, żeby babcia która miała wtedy 11 lat, tego nie widziała lub przynajmniej o tym nie słyszała. Po wojnie ani ona, ani nikt w rodzinie nie mówił nawet o fakcie istnienia owego getta, do tego stopnia, że nie wiedziały o tym jej córki. Nie wiemy, co babcia wówczas przeżyła i co dokładnie widziała, udało mi się jednak dotrzeć do szczegółowych, przerażających relacji z tego, co działo się wówczas w Praszce z Żydami. Na początku przeraziła mnie ta świadomość, ale zaraz dotarło do mnie,  że to przecież nie jest historia o mnie dziś, która musi mnie pożreć. Mogę wykonać wobec tej sytuacji z przeszłości jakiś gest i tak znalazło się to już w trzech moich spektaklach.

Zaproszenie do konkursu od razu pana zainteresowało?

Szczerze mówiąc, na początku nie. Potraktowałem je jako możliwość zbadania, co jest do odkrycia i jako wyzwanie do zmierzenia się z pewną niemocą. To, jak Marzec ’68 został zapamiętany czy niezapamiętany w naszej kulturze, odróżnia go bardzo od tego, jak pamiętamy Holokaust i II wojnę światową. W nich jest konkret, wiele obrazów, wydarzeń, które można zacytować ad hoc, a z Marcem ’68 problem polega na braku efektownych, medialnych wydarzeń. Były oczywiście strajki studenckie, wyjazdy z Dworca Gdańskiego, ale to zupełnie inna skala spektakularności. Nieprzypadkowo nazywa się go „suchym pogromem” i to odróżnia go od „mokrych”, krwawych pogromów. Wraz z dramaturgiem Hubertem Sulimą zauważyliśmy, że na poziomie zbiorowej pamięci tego tematu nie ma za co chwycić, do czego się odwołać. Zmierzenie się z nim wymagało zbudowania własnej świadomości na temat tego, czym właściwie był Marzec ’68 i co on niesie na tle wszystkich tematów polsko-żydowskich. Celowo używam tego uproszczenia, choć go nie lubię, bo jest fałszywe – uważam, że są tylko tematy wspólne, bo kultura żydowska jest częścią kultury polskiej, i na odwrót.

Czy przed rozpoczęciem projektu wiedział pan dużo o Marcu´68?

Teraz wiem o wiele więcej, wcześniej kojarzyłem go przede wszystkim z antysemicką nagonką, ze strajkami studentów. To był poziom wiedzy, jaki powinno się wynieść z liceum. Od początku byliśmy z Hubertem mniej więcej świadomi, co robimy i czym się zajmujemy.  O konkretach i strukturze wydarzeń, czyli np. jak wyglądała codzienność ludzi, którzy zostali zmuszeni do wyjazdu, z czym musieli się zmierzyć, jaką drogę wewnętrzną przeszli etc., dowiedziałem się w ciągu ostatniego roku, więc już samo uczestnictwo w programie było rozwojowe. Sprzyjała temu wieloetapowość procesu. Widzę różnicę między tym, jak myśleliśmy na początku, a tym, dokąd dotarliśmy przez te dziewięć miesięcy. Ale nie ukrywam, że do dziś nie czuję się komfortowo z tym tematem. Ani nawet z tym spektaklem. Pomimo że pojawiło się wiele głosów pozytywnych i przyjaznych, że wkraczamy w konstruktywne rejony, wciąż mam wrażenie, że nie udało nam się do końca uciec z dyżurnej narracji, a to było dla mnie istotne.

Dlaczego?

Postawiliśmy sobie z Hubertem zadanie dość karkołomne, żeby nie robić laurki na zamówienie teatru czy muzeum ani nie wypełniać jakichś ogólnospołecznych oczekiwań, a zbudować tę historię po swojemu, nie używając łatwo dostępnych narzędzi z dyskursów, które się w Polsce toczą. Chcieliśmy odbić się jak najbardziej od traumatyzujących, emocjonalnych i sentymentalnych figur czy gestów, żeby nie oblepić spektaklu czymś, co nakieruje odbiór widza na znane i wyrobione już ścieżki poruszania się wokół tzw. tematów żydowskich. Chcieliśmy uciec też od poprawności politycznej, która jest obecna w tym temacie, a przejawia się w tym, że nie można wszystkiego powiedzieć otwarcie, nawet na scenie czy w prasie – bo można zostać posądzonym o obrażanie pamięci ofiar albo o antysemityzm. Tymczasem w myślach ludzi, w prywatnych rozmowach te tematy funkcjonują w o wiele większej wolności. Chodziło więc nam też o zbadanie, na ile możemy sobie pozwolić nakłuć te balony poprawności i na ile to nakłucie może dać coś konstruktywnego, wprowadzi nas, a w tym widownię, w nowe rejony, a jednocześnie zniszczy paletę dyżurnych gestów.

Jednym z nowych rejonów jest chyba takie postawienie sprawy, że nie ma winnych, choć ofiara jest.

Nie chciałbym, aby nasz główny bohater był tylko ofiarą. Do tego powinien jeszcze w jakiś sposób wyjść z Marca ‘68 cało. Staramy się go uratować, ale może za słabo. Wskazywanie, kto jest winnym, a kto ofiarą, nic nie wnosi... Chyba jedyną rzeczą, jaką można zrobić na tym etapie, są działania o charakterze, nazwijmy to, metafizycznym, rozliczenie się z tym tematem na własnych zasadach. To jest o wiele bardziej korzystne i prospołeczne niż zbiorowe uderzanie się w piersi, przerzucanie się odpowiedzialnością i losowanie, kto ma teraz zaduśćuczynić. Postuluję o bardzo duży dystans i jestem za tym, by umówić się, że historia jest formą fantazji.

Historia jako fantazja… Ciekawa koncepcja!

To nie jest moja teoria, mówię to na podstawie badań naukowych. Nauki historyczne już od dawna wiedzą, że historia to zawsze jakaś narracja, jakieś opracowanie. I jeżeli się na to zgodzimy, to będzie być może pierwszy krok do tego, żeby stanąć twarzą w twarz z niewygodną przeszłością, bez generowania niepotrzebnego poczucia winy, poczucia zagrożenia i ciągłego przywoływania czegoś, co należy już do przeszłości. To niczego by nie anulowało, ale ułatwiało powiedzenie: „nie wiem”, „to nasze, ale ja tego nie czuję”.

W spektaklu znalazły się pewne gesty, na których wykonanie trzeba mieć odwagę, być wolnym od poczucia winy. Czy ta odwaga to kwestia pokoleniowa?

Nie poczuwam się w żaden sposób do bycia głosem pokolenia. Myślę, że tym, co nam przyświecało, a mam na myśli wszystkich współtwórców spektaklu, było przekonanie, że musimy być uczciwi wobec siebie. Już na początku tej pracy założyliśmy, że nie możemy powiedzieć czegoś, czego nie uważamy, czego nie czujemy i czego w sobie nie mamy. Jeżeli więc na przykład w ogóle myślimy o tym temacie w kontekście śmieszności – bo to pomaga nam coś zrozumieć, do czegoś dojść, śmieszność zwykle otwiera inne rejony – to należy tę śmieszność wykorzystać. Nie wolno okłamywać samych siebie w imię dyżurnych narracji, z obawy, że urazimy kogoś, kto ma inne spojrzenie na tę sprawę. To byłby absurd. Śmieszność nie oznacza przecież, że będziemy kogoś wyśmiewać!  Dla mnie łączy się ona z uczciwością wobec własnego doświadczenia.

Śmiech jest w tym spektaklu jednym z narzędzi, sam w sobie jest neutralny, a pan go używa do czegoś.

Śmiech uważam za formę ratowania Żydów, wszelkich ofiar i pamięci o nich. Pozwala się on do nich zbliżyć, otwiera przestrzeń, którą wszyscy mamy, ale wstydzimy się o tym mówić, nie pokazujemy się takimi publicznie, nie zapisujemy się takimi we wspomnieniach. To wykorzystanie głupoty, żenady, tego, co banalne, groteskowe – jest szalenie ważne w kontekście tematów okołoholokaustowych, pozwala rozpocząć coś innego niż kolejne przyglądanie się krwi, trupom, traumie. Nie mieliśmy zamiaru zbudować sytuacji psychologicznego poczucia bliskości, wyszło to nam mimochodem.

Niektórzy mówią, że to bardzo terapeutyczny spektakl. Nawet jeśli pan tego nie planował, to czy cieszą pana takie głosy?

Cieszy mnie to o wiele bardziej, niż gdybym usłyszał, że to po prostu wali siekierą w łeb. Nie chcę robić z siebie terapeuty społecznego, ale jeżeli widzowie tak to odbierają, to jest to najlepsza opcja.

Miałbym problem, gdyby ludzie wychodzili z tego spektaklu poróżnieni albo z powtórzoną informacją o tym, kto jest ofiarą, a kto oprawcą, bo myślę, że w przeszłości polsko-żydowskiej jest przestrzeń na to, żeby wyłączyć tego typu kategorie. One nic nowego nie wnoszą do dialogu. Teatr jest, niestety, sztuką elitarną, która nie zmienia rzeczywistości diametralnie, ale jeżeli udało nam się poszerzyć – choćby o milimetr – czyjąś świadomość, to wspaniale.

Spektakl jako zwycięski zostanie wyprodukowany przez Muzeum POLIN i TR Warszawa. Nad czym będziecie pracować przed premierą?

Będziemy poprawiać całość, bo niektóre sceny były właściwie wstępnymi szkicami. Chcemy jeszcze bardziej odsunąć się od tej formy „pracy domowej na temat”, po której wszyscy wiedzą, czego się spodziewać, nawet jeśli jest opowiedziana innym językiem. W czasie prób okazało się, że banalnie prosta figura Polaka-Żyda ma szalenie duży potencjał do konstruowania fantazji teatralnej bazującej na konglomeracie polsko-żydowskim, dziwnym miksie wszystkiego, w którym mamy i chałat, i pejsy, i hymn polski, i orła, i legiony, i króla polskiego – a zarazem jest to twór jednolity i spójny. Chcemy to wzmocnić, dodamy kilka wątków i kilka postaci, będą suknie i korony, ale obsada pozostanie bez zmian. Próby zaczną się w sierpniu, premiera jest planowana na wrzesień. Nie zapeszam.

Marzec '68 w TEATRZE

Jedynym spektaklem, który w minionych latach kojarzył się z rokiem 1968, było przedstawienie „Dziadów” w reż. Kazimierza Dejmka. Można mieć nadzieję, że m.in. po konkursie teatralnym ogłoszonym przez TR Warszawa i Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN w ramach wydarzeń towarzyszących wystawie „Obcy w domu. Wokół Marca '68” wreszcie będzie inaczej. Kuratorską opiekę nad projektem sprawują Karolina Sakowicz (Muzeum POLIN) i Roman Pawłowski (TR Warszawa).

– Zależało nam na formule konkursu, aby z tematyką Marca '68 dotrzeć do jak najszerszego grona młodych twórców. Mamy poczucie, że to się udało  – mówi Karolina Sakowicz. Do I etapu zaproszono ponad 20 twórców, zgłoszonych zostało 15 projektów, a do II etapu przeszło 5 z nich: „NotFound: Structure of Digital Freedom” doświadczenie VR (M. Nawrot, J. Wójtowicz), „4 tygodnie” ( A. Jakubczak, K. Szekalski), „Second-hand '68” (P. Kowańska, B. Ostrowski), „Juden (R)aus Arras” (J. Piaskowski, H. Sulima), „sześć osiem” (G. Jaremko, Ł. Wojtysko).  W finałowej trójce znalazły się: „4 tygodnie”, „Second-hand '68” i „Juden (R)aus Arras”, a zwycięzcą ostatnie z tych przedstawień.  W uzasadnieniu wyboru komisja napisała m.in.: „Przesycony empatią spektakl daje widzom szeroką przestrzeń do myślenia i współodczuwania, dając szansę na lepsze zrozumienie (...) całości relacji polsko-żydowskich  próbę wyleczenia traum oraz pojednania”. Premiera w Muzeum POLIN: 8 września 2018 r.

„Obcy w domu. Wokół Marca '68” – WYSTAWA W muzeum POLIN

„Zostać czy wyjechać?” — przed takim dylematem stanęło wiele tysięcy Polaków pochodzenia żydowskiego w 1968 roku. W ciągu kolejnych dwóch lat decyzję o emigracji podjęło ok. 13 tysięcy spośród nich. Decyzję wymuszoną, bo po zainicjowanej przez władze kampanii antysemickiej nagle zaczęli być traktowani jako obcy. Stąd właśnie zaczerpnięto tytuł wystawy przygotowanej w Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN pod opieką kuratorską Justyny Koszarskiej-Szulc i Natalii Romik. Wystawa została otwarta 8 marca, w rocznicę strajku na Uniwersytecie Warszawskim ogłoszonego w geście solidarności z relegowanymi wcześniej studentami.

Trudno uniwersalizować doświadczenie emigrantów marcowych, bo za każą decyzją o wyjeździe stała ostatecznie indywidualna motywacja, a ich późniejsze losy potoczyły się bardzo różnie. Wielu łączy jednak wspomnienie Dworca Gdańskiego, skąd wyjeżdżali, pozbawieni polskiego obywatelstwa. I właśnie ten symbol jest głównym elementem wystawy „Obcy w domu. Wokół Marca '68”. W Muzeum Polin zbudowano makietę hali dworcowej, w której można posłuchać 16 opowieści przygotowanych w formie oral history. Obok również prezentowanego w Polin projektu Krystyny Piotrowskiej pt. „Wyjechałam, wyjechałem z Polski, bo...” (powstałego z okazji 40-lecia Marca '68) to najmocniejszy fragment tej ekspozycji. Wystawa będzie otwarta do 24 września. Towarzyszy jej bogaty program wydarzeń kulturalnych, wśród nich warsztaty dla dzieci i seniorów, konferencje, spacery ze świadkami historii. Do największych projektów należy rozstrzygnięty już konkurs teatralny i galeria murali przy Dworcu Gdańskm „Witamy w domu”.

Kalendarium wydarzeń dostępne na

 

Jędrzej Piaskowski- jeden z najciekawszych reżyserów teatralnych młodego pokolenia, laureat Grand Prix MKiDN na V Forum Młodej Reżyserii; doceniany za oryginalność, odwagę i konsekwencję w poszukiwaniu własnego języka teatralnego

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Płyty miesiąca - nowości muzyczne

 Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner
Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Dobrej muzyki nigdy za dużo. Wieczór z dobrą płytą to idealny sposób na relaks. W tym  miesiącu polecamy kilka nowości, które mogą wzbogacić waszą płytotekę.

Zaskoczenie

Pat Metheny „Road To The Sun”

Pat Metheny wydał już kilkadziesiąt płyt (za które dostał aż 20 nagród Grammy), ale takiej w swojej dyskografii jeszcze nie miał. Własne kompozycje powierzył bowiem pięciu innym gitarzystom: czterem weteranom z Los Angeles Guitar Quartet oraz gwiazdorowi filharmonicznych sal – Jasonowi Vieaux. Sam materiał to dwie kilkuczęściowe suity, którym zdecydowanie bliżej do muzyki kameralnej niż jazzu. Równie zaskakujący, co interesujący debiut Metheny’ego w nowej roli.

Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner Pat Metheny „Road To The Sun”, Warner

Sprawdzona formuła

Mogwai „As The Love Continues”

Szkockie Mogwai od ćwierć wieku nagrywa na przemian nowe płyty studyjne i soundtracki (ostatnio do serialu „Zero Zero Zero”). Niespecjalnie zmienia się też jego muzyka. Wciąż może ona służyć za definicję post-rocka: cicho, głośniej, kulminacja, znów cicho, powtórz. Ale jak słusznie zauważają sami Szkoci, gdy ten gatunek podbijał muzyczny rynek, wielu obecnych słuchaczy jeszcze nie było na świecie. A starszym fanom ta formuła i tak nigdy się nie znudzi.

Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS Mogwai „As The Love Continues”, Rock Action/PIAS

Lekcja muzyki

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”

Trzy lata temu pewien szwedzki producent udał się do rybackiej wioski w Senegalu, by nagrać improwizacje tamtejszych muzyków. Później materiał szlifował z nimi zdalnie. Teraz możemy posłuchać efektów tej przygody w wykonaniu ponad 20 muzyków, dla których afrykański jazz, blues, dub i pieśni sufickie są jak „różne gatunki ryb pływające w tym samym oceanie”. Usłyszymy tu też chór dziecięcy, bo ta płyta to jedno wielkie wezwanie, żeby edukować i uwrażliwiać przez sztukę.

Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds Wau Wau Collectif „Yaral Sa Doom”, Sahel Sounds

Żywiołowo

Julia Stone „Sixty Summers”

Julia Stone tym razem bez brata, za to w innym doborowym towarzystwie. Australijska gwiazda folku nie przestaje muzykować z bratem pod szyldem Angus & Julia Stone, jednak po długiej przerwie od solowej kariery postanowiła przejrzeć dziesiątki swoich próbnych nagrań z ostatnich lat i wybrać tuzin najlepszych. Nie robiła tego sama, bo współproducentką nowej płyty jest mistrzyni pogmatwanych piosenek Annie Erin Clark, znana jako St. Vincent, a wśród gości pojawiają się Matt Berninger oraz Bryce Dessner z zespołu The National. Wspólnymi siłami pomogli Stone oderwać się od akustycznych łagodności – choć ich tu rzecz jasna nie brakuje – i popróbować syntezatorowego popu czy funku. Żywiołem Stone pozostaje jednak scena. Warto więc zajrzeć także na jej kanał YouTube, na którym opublikowała cały koncert z premierowym materiałem. Przy okazji zbierała fundusze dla poszkodowanych przez pandemię muzyków.

Julia Stone „Sixty Summers”, Warner Julia Stone „Sixty Summers”, Warner

  1. Kultura

Krystyna Janda promuje czytanie poezji

W ramach projketu
W ramach projketu "Poezja" Krystyna Janda przedstawi swoją interpretację poezji francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. (Fot. Adam Kłosiński)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Trwa projekt „Poezja”, czyli cykl spotkań online, podczas których znani aktorzy przedstawiają swoje interpretacje wierszy wybitnych poetów. W tym tygodniu Krystyna Janda zmierzy się z poezją francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. 

Trwa projekt „Poezja”, czyli cykl spotkań online, podczas których znani aktorzy przedstawiają swoje interpretacje wierszy wybitnych poetów. W tym tygodniu Krystyna Janda zmierzy się z poezją francuskiego autora Guillaume’a Apollinaire’a. 

W ramach projektu "Poezja" powstaje seria transmisji online, podczas których znani aktorzy interpretują wiersze  światowych poetów. Projekt, podobnie jak sama poezja, ma mieć wymiar międzynarodowy. Wiersze czytać będą znane osobistości, a transmisje będą nadawane z różnych krajów. Projekt ma na celu popularyzację czytania literatury, w szczególności poezji.

- „Poezja” w nazwie projektu występuje samotnie, bez dodatków, co jeszcze bardziej uwydatnia jej siłę. Jednocześnie poezja może mieć inne znaczenie w zależności od odbiorcy. Z poezją można mieć kontakt powierzchowny lub bardzo intymny, może wywoływać śmiech lub rozpacz, zawsze jednak ma ona efekt wyzwalający, pozwalając odkrywać i lepiej zrozumieć nas samych i otaczający nas świat. Poezja to wolność sama w sobie, jednak bez aktywnego udziału odbiorcy traci swoją wyzwalającą moc. Poezję trzeba więc najpierw uwolnić poprzez jej czytanie, aby mogła ona odwdzięczyć się odbiorcy tym samym - czytamy na stronie internetowej organizatora akcji, Galerii Pure Egoism.

Do tej pory w projekcie wzięli udział: Jan Peszek, który zaprezentował wiersze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego oraz Janusz Andrzejewski, w interpretacji wierszy Marcina Barana. Transmisje można obejrzeć na profilu facebookowym Galerii Pure Egoism.

Gościem kolejnej transmisji będzie aktorka, reżyserka i pisarka Krystyna Janda. W środę 28 kwietnia 2021 o godz. 17:00 aktorka zaprezentuje wiersze Guillaume’a Apollinaire’a, francuskiego poety awangardowego, autora prozy i esejów. Urodzony w 1880 roku we Włoszech Guillaume Apollinaire przyjaźnił się z Picassem, pisał dla niego wiersze, uważając kubistyczne obrazy malarza za idealne dopełnienie własnych idei. Twórczość Apollinaire’a sytuuje się na granicy słowa i obrazu, formy jego wierszy mają kształt, który, obok treści, również jest nośnikiem znaczenia. Ta wyjątkowa forma działa na wyobraźnię, ma charakter figuratywny.

W najbliższą środę o godz. 17:00 zapraszamy na rozmowę z Krystyną Jandą, podczas której zaprezentujemy wiersze...

Opublikowany przez PURE ƎGOISM Piątek, 23 kwietnia 2021

 

Spotkanie i rozmowę z Krystyną Jandą poprowadzi Krzysztof Maruszewski, właściciel Galerii Pure Egoism oraz prezes Stilnovisti, partnera projektu „Poezja”. Transmisja na żywo wydarzenia rozpocznie się w środę 28 kwietnia, o godz. 17:00 na profilu Facebook Galerii Pure Egoism.

  1. Kultura

Galeria Zwierciadła - Czarodziej Henryka Strenga

Obraz „Czarodziej przy zielonej skale” wśród innych prac można oglądać na wystawie „Henryk Streng/Marek Włodarski i modernizm żydowsko-polski” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, która ma potrwać do 9 maja.
Obraz „Czarodziej przy zielonej skale” wśród innych prac można oglądać na wystawie „Henryk Streng/Marek Włodarski i modernizm żydowsko-polski” w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, która ma potrwać do 9 maja.
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Przed wojną Henryk Streng, po niej – Marek Włodarski. Powiedzieć, że to malarz zupełnie zapomniany, jest przesadą. Ale zdecydowanie był dotąd za słabo znany.

Kiedy malował „Czarodzieja przy zielonej skale”, miał 27 lat i wyrastał już na jedną z najciekawszych postaci sztuki nowoczesnej międzywojennego Lwowa. Niedawno wrócił do rodzinnego miasta z Paryża. Studiował tam u kubisty Fernanda Légera, poznał się także z papieżem surrealizmu Andrém Bretonem.

Wpływy jednego i drugiego widoczne są w „Czarodzieju...”, ale jeszcze wyraźniej daje jednak o sobie znać oryginalna indywidualność Henryka Strenga (1903–1960). Jako polski Żyd mieszkający w wieloetnicznym Lwowie przyzwyczajony był do czerpania z wielu źródeł i łączenia różnorodnych inspiracji. Angażował się politycznie po lewej stronie, ale jednocześnie przyjaźnił z wizjonerem Brunonem Schulzem. W sztuce interesował go realizm, ale zarazem fascynowała możliwość jego przekroczenia w stronę metafizyki, a nawet abstrakcji.

W czasie drugiej wojny światowej był świadkiem unicestwiania wielo­kulturowego świata, którego był obywatelem, przez dwa totalitaryzmy: hitlerowski i stalinowski. Uczestniczył w kampanii wrześniowej jako żołnierz. Później jako Żyd musiał się ukrywać – dosłownie – za szafą u swojej przyszłej żony, malarki Janiny Brosch. W 1944 roku oboje przedostali się ze Lwowa do Warszawy, zdążyli akurat na powstanie, podczas którego artysta został aresztowany i osadzony w obozie koncentracyjnym Stutthof. Przeżył cudem, ale nie jako Henryk Streng, lecz Marek Włodarski. Przybrał to nazwisko jeszcze w latach okupacji i po wojnie przy nim pozostał. Jak wielu ocalonych z Holokaustu uznał, że jego dawną tożsamość przekreśliła Zagłada. Rodzona córka Marka Włodarskiego, polskiego malarza z komunistycznej Warszawy, miała 24 lata, kiedy dowiedziała się, że był kiedyś ktoś taki jak Henryk Streng, żydowski artysta z przedwojennego Lwowa.

Powojenny artysta Marek Włodarski to malarz co najmniej równie ciekawy jak Streng – i jednocześnie nie tyle niedoceniony, ile słabo znany. Powiedzieć, że Streng /Włodarski to postać zapomniana, byłoby przesadą. Na to był to zbyt tęgi malarz. Fakty jednak są takie, że po drugiej wojnie światowej nie odbyła się żadna indywidualna wystawa artysty. Ani za jego życia, ani później. Aż do teraz, bo zakrojoną na szeroką skalę prezentację Henryka Strenga/Marka Włodarskiego przygotowało Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Całe szczęście, że jej otwarcie zbiegło się z poluzowaniem epidemicznych obostrzeń. Najmniej znany z najwybitniejszych polskich modernistów ma teraz nie tylko pokaz, lecz także publiczność, na którą bez wątpienia zasługuje. 

  1. Kultura

„Czego nauczyła mnie ośmiornica” z Oscarem za najlepszy dokument

"My Octopus Teacher" Pippa Ehrlich. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Film „Czego nauczyła mnie ośmiornica” zdobył Oscara dla Najlepszego Pełnometrażowego Filmu Dokumentalnego. Historia o niezwykłej przyjaźni między człowiekiem a ośmiornicą podbija serca publiczności. 

Dziś w nocy Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej po raz 93. przyznała Oscary, najważniejsze i najbardziej prestiżowe na świecie nagrody filmowe. W kategorii na najlepszy film dokumentalny statuetkę zdobył tytuł "Czego nauczyła mnie ośmiornica" („My Octopus Teacher”) w reżyserii Pippy Ehrlich i Jamesa Reeda. Zwyciężył z filmami: "Kolektyw", "Crip Camp", "Agent kret", i "Time".

'My Octopus Teacher' Pippa Ehrlich. (Fot. materiały prasowe) \"My Octopus Teacher\" Pippa Ehrlich. (Fot. materiały prasowe)

"Czego nauczyła mnie ośmiornica" opowiada o przyjaźni pewnego filmowca z mieszkanką podwodnego świata. Po latach spędzonych na filmowaniu najniebezpieczniejszych zwierząt świata Craig Foster wypalił się, popadł w depresję i pogubił się w relacjach z rodziną. Postanowił więc zrobić sobie przerwę w karierze i wrócić do korzeni — magicznego podwodnego świata i gęstych lasów wodorostów u wybrzeży południowoafrykańskiego Kapsztadu. Przez niemal dekadę Craig codziennie nurkował w lodowatym i pełnym drapieżników oceanie bez kombinezonu i akwalungu. Pierwszym obiektem jego badań została napotkana i śledzona przez niego ośmiornica zwyczajna. Wkrótce stała się też jego nauczycielem i wprowadziła do świata, którego nie poznał wcześniej żaden człowiek. Film „Czego nauczyła mnie ośmiornica” powstawał przez ponad 8 lat, podczas których Craig nagrał ponad 3000 godzin materiału. Oglądamy w nim historię niezwykłej przyjaźni w unikalny sposób udowadniającej, jak inteligentne są zwierzęta.

Dokument miał swoją polską premierę kinową podczas festiwalu Millennium Docs Against Gravity i był jednym z najpopularniejszych tytułów kinowej części MDAG. Spotkanie dotyczące układu nerwowego stworzeń podwodnych okazało się wielkim hitem, a „Czego nauczyła mnie ośmiornica”, pokazywana w sekcji Klimat na zmiany, otrzymała nagrodę Green Warsaw Award dla najlepszego filmu o tematyce ekologicznej. Promyk nadziei na to, że człowiek jest jednak zdolny do stworzenia właściwych relacji z naturą odnaleźliśmy w kameralnej historii opowiedzianej przez duet reżyserski Pippę Ehrlich i Jamesa Reeda zatytułowanej "Czego nauczyła mnie ośmiornica" - tak brzmi fragment jednogłośnego werdyktu, który wtedy zapadł.

Oscarowy dokument "Czego nauczyła mnie ośmiornica" można obejrzeć na platformie Netflix.

  1. Kultura

Frances McDormand: "Piorę, sprzątam i czasem gram"

Frances McDormand ukazuje swoje bohaterki w sposób daleki od stereotypów. – Udowadniam tym, że kobieta może być interesująca, intrygująca i fascynująca, niezależnie, jak wygląda. To bardzo niehollywoodzkie podejście. Chodzi mi o naturalne piękno każdej kobiety – wyznaje. (Fot. Tony Gentile/Reuters/Forum)
Frances McDormand ukazuje swoje bohaterki w sposób daleki od stereotypów. – Udowadniam tym, że kobieta może być interesująca, intrygująca i fascynująca, niezależnie, jak wygląda. To bardzo niehollywoodzkie podejście. Chodzi mi o naturalne piękno każdej kobiety – wyznaje. (Fot. Tony Gentile/Reuters/Forum)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Nie jest w typie hollywoodzkiej piękności i nie zależy jej na bywaniu na okładkach pism. – Wiem, kim jestem, co w tym zawodzie częste nie jest. Nie potrzebuję wspomagania mojego ego z zewnątrz – mówi aktorka Frances McDormand. Właśnie odebrała Oscara za rolę w filmie "Nomadland", ale ma też na koncie inne świetne, również nagradzane kreacje. Przypominamy rozmowę, którą w 2018 roku przeprowadziła z aktorką Mariola Wiktor. 

Wywiad pochodzi z archiwalnego wydania miesięcznika Sens (numer 2/2018).

Podobno wahała się pani, czy przyjąć rolę samotnej matki zgwałconej i zamordowanej dziewczyny w „Trzech billboardach za Ebbing, Missouri” w reżyserii Martina McDonagh. W pierwszej chwili ta propozycja mi pochlebiła, ale później pomyślałam, że jestem na taką rolę za stara. Matka nastolatki powinna mieć znacznie mniej niż 60 lat na karku. Jednak Joel (Coen, mąż aktorki – przyp. red.), widząc te rozterki, postawił mnie do pionu. „Weź się w garść” – powiedział – „i zadzwoń, że się zgadzasz. Natychmiast!”. No więc posłuchałam go. I nie żałuję. Mildred straciła swoje jedyne dziecko, czuje ból i wściekłość wobec oprawców, ale i stróżów prawa, którzy nie potrafili ich złapać i skazać. Spodobało mi się, że gram kobietę, która znajduje w sobie siłę, by stawić czoła całemu światu, która jest takim samotnym kowbojem albo szeryfem wymierzającym sprawiedliwość. To nie przypadek, że film ma westernową konwencję. Moja bohaterka zewnętrznie jest zmaskulinizowana, szorstka, potrafi rzucić mięsem i przyłożyć, a na co dzień chodzi w mało kobiecym kombinezonie – ale w środku skrywa wielkie pokłady czułości i ciepła. Dlatego polubiłam Mildred. No i nie ukrywam, że moją inspiracją dla tej postaci był…John Wayne. Od zawsze go uwielbiałam.

Publiczność w Wenecji też ją polubiła. Dawno nie widziałam tam takiej owacji, jaką pani zgotowano. Myślę, że Mildred ujęła wszystkich tym, że mimo swojej tragedii nigdy nie rozczulała się nad sobą, bywała okropna, nieznośna, uparta jak osioł, ale zarazem miała w sobie charyzmę, siłę i zjadliwe poczucie humoru. Była dramatyczna, melancholijna, ale i śmieszna. To świetny materiał do zagrania. Poza tym wreszcie nikt nie przyczepił się do mojego mało atrakcyjnego wyglądu. Zawsze byłam albo za stara, albo za gruba, za chuda, za mało kobieca. Dlatego na ogół dostawałam role epizodyczne lub drugoplanowe. Nie jestem w typie hollywoodzkiej piękności.

Kiedy kilka lat temu rozmawiałyśmy przy okazji pani tytułowej roli w serialu HBO „Olive Kitteridge”, powiedziała pani, że na tę rolę czekała aż 35 lat… Joel mówi, że stworzyłam w „Olive Kitteridge” żeński, emocjonalny odpowiednik Brudnego Harry’ego. Przyjmuję to jako komplement. Całe życie grałam role drugoplanowe i charakterystyczne. W wielu filmach Coenów także. Jednak nie chcę, by to zabrzmiało jak zarzut. To mi nawet odpowiadało. Bo nie będąc maksymalnie wykorzystywaną na planie, miałam czas na godzenie pracy z życiem rodzinnym. Tak samo kiedy grałam w teatrze – mogłam sobie tak układać plan dnia, żeby zawieźć syna do szkoły, zrobić pranie i pójść na zakupy. Poza tym zaznaczenie swojej obecności w niewielkiej roli wymaga czasem lepszego warsztatu, większej precyzji i kreatywności niż duża wiodąca kreacja.

Wydaje się nieprawdopodobne, by uzdolniona żona Joela Coena i bratowa Ethana, laureatka Oscara za rolę w „Fargo” musiała czekać na swoją życiową rolę tak długo. Jak to możliwe? (Śmiech!) No tak, wielu ludzi nie może zrozumieć, dlaczego, skoro sypiam ze znanym reżyserem, nie robię oszałamiającej kariery w Hollywood. Albo myślą, że przynajmniej mam wpływ na scenariusze braci. I owszem, mam wpływ. Tylko on polega na tym, że piorę, sprzątam i gotuję… (śmiech)! Nigdy nie wtrącam sie do ich pisania ani nie proszę o role. Zresztą ja nie znam się na pisaniu i jako aktorka czuję się odtwórcą. Jeśli coś mi zaproponują, to rozważę ofertę, ale jeśli nie, to OK. Zawodowo realizuję się także w teatrze awangardowym w Worcester Group w Nowym Jorku, gdzie pracujemy razem z Willemem Dafoe. Tylko raz dostałam dużą role w „Fargo” i o tym przypadku można powiedzieć, że to „przez łóżko”. Zabawne, że kiedy w Cannes kilka lat temu na czerwonym dywanie Coenowie promowali film „Bracie, gdzie jesteś?”, to pod zdjęciem mojego męża i moim podpisano: „Joel Coen z niezidentyfikowaną partnerką”.

Nie zirytowało to pani? Nie. Mam chyba zdrowe podejście do tego, kim jestem. Bo też wiem, kim jestem, co w tym zawodzie częste nie jest. Nie potrzebuję wspomagania mojego ego z zewnątrz. Nie interesuje mnie bycie na okładkach kolorowych magazynów czy ilość ploteczek na mój temat. Wyraźnie oddzielam życie zawodowe od prywatnego. Nie utożsamiam się ze swoimi rolami i nie przeżywam traum związanych z wychodzeniem z roli, a więc także problemów z identyfikacją siebie. Nie jestem celebrytką, tylko aktorką charakterystyczną, a zanim poznałam Joela, miałam już za sobą niemało zawodowych doświadczeń i grałam u innych reżyserów.

Pani ekranowe bohaterki zmieniają postrzeganie kobiet. Ma pani tego świadomość? Teraz już tak, wcześniej się nad tym nie zastanawiałam. Nawet jeśli moje bohaterki są konwencjonalne, ukazuję je w sposób daleki od stereotypów. Udowadniam tym, że kobieta może być interesująca, intrygująca i fascynująca, niezależnie, jak wygląda. To bardzo niehollywoodzkie podejście. Chodzi mi o naturalne piękno każdej kobiety, o jej niepowtarzalność. O to coś nieuchwytnego, co pojawia się w spojrzeniu, w geście, barwie głosu. Nigdy nie robiłam żadnych operacji plastycznych i to widać na mojej twarzy, ale właśnie dlatego mam na niej zapisane całe życie. Pozwólmy sobie być sobą, zamiast wciąż poprawiać siebie. Nie niszczmy własnej osobowości. Może nie będziemy doskonałe, ale będziemy jakieś. Wyraziste, prawdziwe. Od roli w „Olive Kitteridge” poczułam, że nie chcę już więcej grać kobiet towarzyszących facetom, ale pokazywać bohaterki z krwi i kości, których historie są ciekawsze niż męskie. Myślę teraz o rolach głównych, pierwszoplanowych.

Jak się właściwie poznaliście z Joelem? Podobno to było na castingu do debiutu Coenów „Śmiertelnie proste”? Tak. Miała tam zagrać Holly Hunter, z którą razem wynajmowałam mieszkanie na Bronksie. Jednak Holly była zbyt zajęta innym projektem i zaproponowała, bym poszła na casting zamiast niej. Obaj bracia wydawali mi się dziwaczni i ekscentryczni, ale także bardzo inteligentni. Poprosili, bym przyszła po raz drugi, ale ja powiedziałam, że to niemożliwe, bo mój ówczesny chłopak grał tego dnia w operze mydlanej, a ja obiecałam mu, że zobaczę w telewizji jego występ. Joel był zszokowany! A jednocześnie mu to zaimponowało. Ostatecznie dostałam tę rolę (śmiech). Zaczęłam spotykać się z Joelem w kawiarni. Początkowo służbowo. Przy gorącej czekoladzie dyskutowaliśmy godzinami o roli. Przyniósł mi także kilka książek do przeczytania, m.in. Chandlera. Po prostu podrywał mnie na literaturę. Pobraliśmy się zaraz po premierze filmu i jesteśmy ze sobą już 32 lata. Niestety, dziś już nie prowadzi ze mną fascynujących rozmów o literaturze, odpowiada tylko wtedy, gdy musi, bywa zamknięty w sobie i mrukliwy, zajmuje większą część łóżka i bałagani w łazience (śmiech)…

"Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" to pani kolejna po „Fargo” oscarowa kreacja. Jaki ma pani do tego stosunek? Normalny! Jest mi oczywiście bardzo miło, ale nie pracuję dla nagród! One są dodatkiem, nie celem. I bez nagród wiem, że gram w dobrych filmach. Nie potrzebuję statuetek, by zwiększyć poczucie pewności siebie. Jeśli angażuję się w jakiś nowy projekt, to dlatego, że jest w nim możliwość pokazania metamorfozy bohaterki. W ogóle interesują mnie role kobiet dojrzałych, skomplikowanych, świadomych siebie, swojej kobiecości. Oczywiście nagroda dla mnie lub filmu zawsze przyciągnie większą publiczność, a reżyserom łatwiej przekonać producentów, by mnie angażowali. Jednak kiedy dostałam Oscara za rolę Marge w „Fargo”, to wcale nie było tak, że nagle wszystkie drzwi się dla mnie otworzyły. Po prostu nie kojarzę się z kinem kasowym. Ale pamiętam, że zaraz po Oscarze zrobiło się wokół mnie sporo szumu. Nie mogłam tak po prostu wyjść do sklepu czy na ulicę. Na szczęście to nie trwało długo i na razie mam spokój.

Nie brzmi pani jak gwiazda. Bo się nią nie czuję! Jestem aktorką, rzemieślnikiem. Nie mieszkamy w Hollywood, tylko w Nowym Jorku na Górnym Manhattanie już od ponad 20 lat. Jak pani widzi, mam naturalne zmarszczki i dzięki temu w wieku 60 lat mogę nadal grać kobiety po pięćdziesiątce i starsze. W ten sposób nigdy nie zabraknie mi pracy, bo aktorek po pięćdziesiątce z naturalną mimiką w Hollywood praktycznie nie ma.

Ma pani ogromny bagaż aktorskich doświadczeń. Nie myślała pani o tym, by stanąć po drugiej stronie kamery? Dwóch reżyserów w rodzinie wystarczy! Myślę raczej o zawodzie producenta. Przy „Olive Kitteridge” poczułam się filmowcem, nie tylko aktorką. Jestem jednym z producentów tego filmu. I mam do tego dryg! Ja przez całe wspólne życie z Joelem byłam gospodynią domową, która od czasu do czasu grywa w filmach, telewizji i bardziej regularnie w teatrze. Dużo także podróżowałam z Coenami i naszym synem. Na mojej głowie spoczywała cała logistyka przy takich wyjazdach. Trzeba było urządzać mieszkania, które nam wynajmowano na czas przygotowań i zdjęć, szukać szkoły dla Pedra, naszego adoptowanego syna, organizować transport do szkoły, sprzątać, gotować… Szczerze mówiąc, nie widzę różnicy między gospodynią domowa a producentem (śmiech)! Jestem naprawdę świetnie zorganizowana.

Decyzja o adopcji Pedra była głęboko przemyślana i ma związek z pani własnym dzieciństwem i doświadczeniami… To prawda. Zaadoptowaliśmy Pedra w 1995 roku, gdy miał zaledwie 6 miesięcy. Pochodzi z Peru. Kochamy go tak, jakby był naszym biologicznym dzieckiem. Nie urodzenie, ale wychowanie dziecka jest moim zdaniem najważniejszym testem rodzicielstwa. Ja też jestem dzieckiem adoptowanym. Wychowałam się w domu pastora. Miałam jeszcze dwójkę przybranego rodzeństwa. Dużo podróżowaliśmy po Ameryce. Tata był kaznodzieją, a więc my także żyliśmy przykładnie i po chrześcijańsku. Oboje rodzice byli bardzo porządnymi, dobrymi ludźmi. Kiedy osiągnęłam pełnoletniość, powiedzieli mi prawdę. Mogłam napisać do swojej biologicznej matki. I tak zrobiłam. Kierowała mną ciekawość, ale i ogromy żal. Jednak nie udało nam się nawiązać relacji. To poczucie opuszczenia zostaje w człowieku na całe życie, bo podkopuje zaufanie do najbliższej ci osoby. Trudno jest potem nawiązywać głębokie relacje z innymi ludźmi. Pedro też mógł napisać do swojej matki, ale nie chciał. Myślę, że go rozumiem, jak mało kto…

Czuje się pani dziś spełniona jako matka, aktorka, producentka? Wierzę, że wiele jeszcze przede mną. Ten zawód, myślę o aktorstwie, jest obarczony sporym ryzykiem. Niezależnie od tego, ile się w nim zarabia, a nawet niezależnie od tego, czy jest się celebrytą – żyje się w nieustannej niepewności. Ja na szczęście nie jestem uzależniona od tego, czy zadzwoni telefon z propozycją. Jako żona reżysera mam luksusową sytuację. W ostateczności na jakiś epizod u mojego męża zawsze mogę liczyć. No i generalnie jestem na jego – jak to się mówi – utrzymaniu. Nie muszę więc przyjmować każdej propozycji i stresować się przestojami. Mogę normalnie żyć. Jestem zwyczajną kobietą, która ma też swoje marzenia.

Jakie? Chciałabym na przykład zagrać w kinie akcji albo w musicalu. Nie wiem też, dlaczego nikt nie proponuje mi roli psychopatycznej morderczyni. Mogłabym być niezłym Hannibalem w spódnicy. Kiedy byłam młodsza, bardzo interesowały mnie sceny rozbierane. Nawet Joel przyznał, że nie miałby nic przeciwko temu. O wiele bardziej przeraża go myśl, że mogłabym śpiewać w musicalu! Zupełnie nie rozumiem dlaczego (śmiech)! Mam jeszcze jedno ciche marzenie.

Zamieniam się w słuch… Jeśli kiedykolwiek będę miała swój nagrobek, to chciałabym, by napisano na nim: „Tu spoczywa Marge Gunderson”. Nie Frances McDormand, tylko Marge z „Fargo”. Nie ma znaczenia, że to była moja wielka rola. I chcę zaznaczyć, że Milred z „Trzech billboardów” to taka Marge, która dorosła i dojrzała.