1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Tom Hanks o mediach, szukaniu prawdy i fiacie 126p

Tom Hanks o mediach, szukaniu prawdy i fiacie 126p

Tom Hanks (fot. BEW PHOTO)
Tom Hanks (fot. BEW PHOTO)
Tom Hanks, wybitny aktor znany z takich filmów jak "Zielona mila", "Forrest Gump", "Szeregowiec Ryan", "Terminal", "Cast Away: Poza światem" i "Masz wiadomość" kończy dziś 63 lata. Z tej okazji przypominamy rozmowę Anny Tatarskiej z aktorem. Dzięki roli w „Czwartej władzy” miał okazję walczyć w obronie wolności słowa i po raz pierwszy spotkać się na planie z Meryl Streep. Jeden z najsympatyczniejszych aktorów Hollywood opowiada nam o mediach, szukaniu prawdy i – oczywiście – o fiacie 126p.

Grał pan u Stevena Spielberga już pięć razy, ale podobno przy "Czwartej władzy" było inaczej. Tak, bo na planie rozbrzmiewał dźwięk maszyn do pisania. Dla mnie to wciąż dźwięk kojarzący się z atmosferą pracy. Zdaję sobie sprawę, że dziś odgłosy z nią wiązane to raczej gwar zatłoczonego Starbucksa, ale według mnie praca wciąż brzmi jak to charakterystyczne „taka-tadam-ciak-ciak-tabadamdam!” [z zaangażowaniem naśladuje maszynę do pisania].

Jak to się stało, że choć pracowaliście już z Meryl Streep razem poza ekranem, to w „Czwartej władzy” po raz pierwszy spotykacie się przed kamerą?
Naprawdę nie wiem! Całą moją karierę modliłem się: „Dobry Boże, uśmiechnij się do mnie i ześlij mi film z Meryl Streep”. Jedyne wytłumaczenie jest takie, że ona miała we wszystkich swoich kontraktach antyhanksowską klauzulę. Byliśmy jak orzeł i mangusta – jedno żyje w nocy, drugie za dnia. Marzyliśmy o spotkaniu, ale nie udawało nam się do niego doprowadzić. Oczywiście, to ja jestem mangustą, a Meryl – orłem.

Podobno niechcący wpuścił pan na planie Meryl w maliny.
Otóż Meryl nie wiedziała, że Steven nie uznaje prób. Miałem nad nią przewagę, bo pracowałem już ze Stevenem i znałem jego metody. Podzieliłem się uwagami na temat jego techniki z kolegami, którzy grali reporterów, ale zapomniałem wtajemniczyć Meryl. Może chodziło mi o to, żeby utrudnić jej pracę i zdobyć więcej zbliżeń dla siebie?! A tak na poważnie, to założyłem, że wszyscy wiedzą, jak on pracuje, tym bardziej Meryl, ta Meryl. Przecież ona wie wszystko. I jakoś nie przyszło mi do głowy, że ona może chcieć próbować sceny. Uznałem, że się odnajdziemy gdzieś w toku pracy.

Znaleźliście wspólny język. Są w filmie cudownie zagrane sceny, gdzie gadacie jedno przez drugie z ogromną naturalnością. Improwizacja czy doświadczenie?
Kiedy scena kręcona jest w szerokim planie, aktorzy mogą sobie pozwolić na to, by wchodzić sobie w słowo. Steven uwielbia swoich aktorów i w ogóle ludzi, z którymi pracuje. Często pyta ich o opinię, zawsze szuka jakiejś iskry, czegoś, gdzie nie sięga wyobraźnia. Na moje pytanie: „Gdzie jest ustawiona kamera?”, potrafi odpowiedzieć: „Nieważne, grajcie, moja w tym głowa, żeby było dobrze”. Steven to prawdziwy magik.

Wciela się pan w legendarnego wydawcę „The Washington Post”, Bena Bradlee. Tę postać unieśmiertelnił Jason Robards, który zagrał go we „Wszystkich ludziach prezydenta”. Inspirował się pan jego rolą?
Występowałem u boku Jasona milion lat temu [w „Filadelfii” – przyp. red.]. Zdaję sobie sprawę, że wielu osobom z Benem Bradlee kojarzy się właśnie on. Ale tym razem nie było potrzeby studiować jego występu. Bradlee funkcjonuje w pewnym stopniu jako mit. Uznałem, że grać go to tak, jakby podchodzić do postaci Ryszarda III czy innego Frankensteina.

Bradlee to rzeczywiście postać symbol, ale pan miał szansę go spotkać.
Poznałem go dzięki Norze Ephron [scenarzystka i reżyserka, m.in. „Bezsenności w Seattle” i „Masz wiadomość”]. Do spotkania doszło w Waszyngtonie, gdzie przyjechałem na otwarcie pomnika Drugiej Wojny Światowej, a on, jako były żołnierz, też tam był. Na galowej kolacji posadzono mnie obok Sally Quinn [dziennikarka „The Washington Post” i ostatnia żona Bena Bradlee – przyp. red.]. Z czasem atmosfera się rozluźniła, wszyscy się poprzesiadali i wreszcie mogłem z nim porozmawiać. W każdym klipie, wywiadzie, jaki potem obejrzałem, przygotowując się do filmu, był właśnie taki, jakiego pamiętam z tamtego spotkania przy drinku.

Poznał pan też Kay Graham, którą gra Meryl.
To było dzień przed tym, jak zmarła. Przedziwne zdarzenie, trudno mi o tym mówić. Zrobiła na mnie wrażenie osoby wyważonej, która nie wygłasza opinii, ot tak, z marszu. Rozmawialiśmy o filmach, zasugerowałem, że kiedyś wszyscy będą je oglądać w domowym zaciszu, na komputerach i wypasionych telewizorach. „O nie – odpowiedziała. – Głupota! Ludzie zawsze będą chodzili do kina”. Nie dowiedziałem się o niej zbyt wiele, ale moje wrażenia pokrywają się z materiałem, który znalazł się w jej autobiografii, nagrodzonej Pulitzerem „Personal History”.

„Czwarta władza” opowiada o Pentagon Papers – tajnym raporcie rządu USA dotyczącym wojny w Wietnamie, i o kwestii wolności prasy. To wciąż ważne i aktualne?
Na planie codziennie rano oglądałem wywiad, którego Ben Bradlee udzielił The Poynter Institute, centrum nauki o dziennikarstwie. Opowiada w nim o doświadczeniu, które zaważyło na jego życiu. Był młodym dziennikarzem, kiedy na jego oczach szef lokalnej policji bezczelnie skłamał na temat toczącej się sprawy. Ben nie mógł pojąć, jak ten człowiek może to robić. Wprost, patrząc w oczy, kiedy wszyscy wiedzą, że jest inaczej. Ben uważał, że kiedy na twoje pytanie ktoś odpowiada kłamstwem, trzeba się zastanowić, dlaczego to robi. Co to znaczy? To też jest materiał. Ta potrzeba dociekania prawdy zawiodła go w dziennikarskie kręgi. Miał głębokie poczucie odpowiedzialności za bycie przedstawicielem czwartej władzy. Uważał, że należy kopać tak długo, aż się człowiek dokopie do faktów, które pozwalają bezdyskusyjnie udowodnić tezę. Nie można twierdzić, że dwa plus dwa to pięć. I że Richard Nixon nie próbował powstrzymać „The New York Timesa” i „The Washington Post” przed opublikowaniem dokumentów obnażających winę Pentagonu. W 1971 roku rząd chciał ukryć swoje postępki, bo gdyby obywatele odkryli, że ich okłamywano, nie można by było ich dalej oszukiwać. To było podwójne nadużycie tego, czym ma być demokracja, zamach na samą podstawę idei wolności. Wolność oparta jest na pewnej transparentności działań. Dlatego tamto śledztwo „The Washington Post” i tamten wyrok Sądu Najwyższego były tak ważne. Sąd uznał, że prasa służy rządzonym, a nie rządzącym. Samo podważanie tej zasady byłoby de facto zamachem na pierwszą poprawkę, a bez niej Ameryka nie może istnieć w kształcie, w jakim została powołana do życia.

Pilnuje tego właśnie prasa, czyli tytułowa czwarta władza. Jako człowiek mający częstą styczność z mediami jak ocenia pan ich ewolucję?
Dziś artykuł nie może być już luźnym zbiorem anegdot czy opinii, musi być poszukiwaniem prawdy. To ważniejsze niż kiedykolwiek, bo otacza nas wodolejstwo i werbalna przemoc. Wiele wątpliwości wzbudza też we mnie fakt, że dziś każdy, kto prowadzi podcast czy stronę internetową, może się nazywać dziennikarzem, mieć swoją opinię i przekonywać do niej odbiorców. Oczywiście każdy ma prawo do własnej opinii, ale nie do własnych faktów – tu nie ma miejsca na subiektywizm.

Internet to idealne środowisko dla kombinatorów i mitomanów.
Ben Bradlee szybko zrozumiał, że ludzie kłamią. Kłamie hycel, szef policji, szef drukarni. Wszyscy. Internet wypełniony jest kłamstwami. Kolejnym newsowym postom na Facebooku można ufać mniej więcej tak jak napisom na ścianach w męskiej toalecie. Trudno się z tym konfrontować. Moja rada? Bądź czujny, ale nie stawaj się cyniczny. Prawda istnieje. Możemy się z nią nie zgadzać, ale ona istnieje, choć jest wciąż celem ataków. Kiedy prawda zaczyna być podważana, rozmywana przez władzę, to znaczy, że rozpoczął się proces legitymizacji fałszu. Dół staje się górą, czarne – białym, a dwa plus dwa już nie równa się cztery. Kiedy tak się dzieje, to znaczy, że znaleźliśmy się w rzeczywistości będącej dziwną kombinacją anarchii i „Big Brothera”.

Ostatnio przed wywiadami regularnie sprawdzam listy płac. Też odnosi pan wrażenie, że w kwestii równouprawnienia film jest kilka kroków za telewizją?
W telewizji kobiety naprawdę dają czadu. Są tam reprezentowane o wiele lepiej niż w tradycyjnym kinie. To bardziej zróżnicowana gałąź branży filmowej, także rasowo i etnicznie. Ekonomia branży filmowej jest dyktowana przez mężczyzn, którym wydaje się, że bilety do kina kupują ojcowie, synowie i bracia. Ja tego nie rozumiem. Pracowałem z wieloma kobietami i nigdy nie miałem wątpliwości, kto rządzi na planie. Jestem przekonany, że w tych salach konferencyjnych, na radach i za biurkami, na których wypisywane są czeki, proporcja płci będzie się zmieniała. Swoją drogą na początek przydałyby się konkretne zapisy o obowiązkowej równowadze płci. Tak, żeby te składy odzwierciedlały proporcję, jaka istnieje w społeczeństwie.

Kiedy media donosiły o kolejnych przypadkach molestowania w branży, o panu krążył następujący dowcip: „Tom Hanks oskarżony przez kolejną kobietę o bycie miłym gościem”.
Czy jakieś kobiety o to mnie posądzają? Ja pamiętam to inaczej!

Wspomógł pan swoim wizerunkiem akcję charytatywną na rzecz polskiego szpitala. W rezultacie w pana garażu zaparkował fiat 126p.
Przyznaję, że prowadziłem go tylko raz. Zmieściłem się do środka! Przysięgam, hamowanie przypomina udeptywanie gąbki…

Od lat ta sama żona, przyjaciel kobiet, szalenie kulturalny, miły człowiek – tak pana widzą, czy pan tego chce, czy nie. A jak pan widzi to, co się dzieje w branży w konsekwencji afery Weinsteina? Są i tacy, którzy biją na alarm, że zwariowaliśmy, że teraz nie będzie już się można podrywać, że to koniec flirtu…
Minie trochę czasu, zanim cała ta burza się uspokoi. Jeszcze trochę posłuchamy tego typu obaw. Ale tu nie chodzi o flirt! Nie ma żadnego prawa zabraniającego flirtu, a nawet zakochiwania się w koledze z planu. Ale musi istnieć rodzaj etosu, zasad mówiących, że osoba mająca władzę nie może podrywać podległych mu kolegów czy koleżanek, którzy nie są w stanie powiedzieć „nie” ze strachu przed utratą pracy. Nie ma, oczywiście, prawa zabraniającego bycia dupkiem, ale wydaje mi się, że istnieje pewna etyka zawodowa wskazująca, że nie można być dupkiem w pracy. Spokojnie, jestem pewny, że flirtowanie nigdy nie zostanie zakazane. Ale seksualne drapieżnictwo – owszem. Z czasem powstaną konkretne narzędzia prawne, by je klasyfikować i zwalczać. Zmiana wciąż trwa, na pewno część wydarzeń jeszcze przed nami, ale przekroczyliśmy już Rubikon.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

"Śpiewam, bo lubię". Katarzyna Miller zaczyna nową przygodę

Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Miniony rok? Nie był wcale taki zły, choć nie obyło się też bez trudnych rozliczeń z samą sobą. A kiedy już przyszedł spokój i pogodzenie, Katarzyna Miller ruszyła jak burza. Czego dowodem jest płyta „Choćby tylko na chwilę”, na której śpiewa – tak, tak – swoje własne piosenki. O tym, co psycholożce (w pewnym wieku) wypada, a co nie, rozmawia z Joanną Olekszyk.

Jak się czujesz, Kasiu?
A różnie, bo są różne części mojego czucia się. Jedna jest bardzo miła i związana z tym, że niedługo ukazuje się moja płyta. Druga, też miła, bierze się z tego, że jestem z siebie dumna, bo trzymam dietę. Trzecia jest smutna, bo mi się ta dieta trochę nudzi i na razie mam tak zwane plateau i już nie spadam z wagi. Ale czwarta jest taka, że wiem, że się nie poddam!

No to masz niezły bukiet uczuć, jak to piszemy w książce „Poznaj siebie. Karty emocji”! Podekscytowanie, znużenie, duma, zadowolenie...
Zgadza się, a do tego jeszcze dobrze czuję się u siebie w domu. Lubię być w moim mieszkaniu, podoba mi się, jak jest urządzone i jakie jest. Czyli kolorowe i naćkane, jak to u mnie.

A jaki był dla ciebie miniony rok? Jak się czułaś?
Nie był wcale zły. Zdaję sobie sprawę, że niektórym ludziom jest strasznie trudno i bardzo im z tego powodu współczuję, zwłaszcza tym, którzy stracili pracę albo którym padły firmy. Ja jednak patrzę na to, co było dobre. Na przykład poznałam moją firmę muzyczną – Life Art Group i chłopaków, z którymi zrobiłam płytę. Kolejne moje książki powychodziły, inne się powoli nakręcają. Ta pandemia mi się przydała. To, że przestałam wyjeżdżać na różne warsztaty na terenie całej Polski, początkowo mnie zmartwiło, a zaraz potem ucieszyło, bo byłam zmęczona i przepracowana, choć to bardzo lubię. Poczułam nawet ulgę, że przez jakiś czas nikt się do mnie nie odzywał zawodowo, bo wszyscy byli  skupieni na kwarantannie. Przeczytałam wtedy tyle kryminałów jak nigdy, a kryminały lubię, tylko do tej pory miałam na nie za mało czasu.

Ja wyznaję zasadę, że zawsze znajdzie się czas na kryminał. Choćby cztery stroniczki dziennie.
Dla mnie kryminał to lektura na wolny czas – urlop, wakacje. No, a teraz sobie wreszcie do woli poleżałam. Leżenie i czytanie, choć muszę dodać, że jednak przeważnie nie kryminały czytam, to jest w ogóle sytuacja, do której dążę w życiu. Czyli: wszystko pozałatwiać, by się położyć i czytać. Potem jednak dotarło do mnie, że jest pusto na ulicach, nie ma moich ukochanych knajp i ukochanego kina. No i nie ma spotkań, eventów, promocji książek czy płyt. Ja jestem mocno imprezowa. Lubię być zapraszana jako uczestnik i jako widz.

Potwierdzam!
Jestem i introwertyczna, i ekstrawertyczna. Pół na pół, na zmianę. Gdy posiedziałam w domu, to zapragnęłam wyjść. A że nie było dokąd, zrobiło mi się smutno. I ponieważ, poza fajnymi wyjątkami, byłam głównie ze sobą, zaczęłam się w siebie zagłębiać. Weszłam na poziom dość poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie.

Z czego się rozliczałaś?
Z siebie samej, ze wszystkiego, co wydarzyło się w moim życiu. Przeszłam proces, który jest bardzo potrzebny do zmiany wewnętrznego nastawienia i zmiany życia, czyli: najpierw musisz zaakceptować to, że czegoś nie możesz, a dopiero potem już możesz. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale postanowiłam sobie rzecz cudowną: że nie będę mieć do siebie o nic pretensji. Bo nie robię nic złego. I tego też uczę ludzi. Po prostu wybaczyłam sobie, to niesamowicie ważne.

I kiedy tak sobie poprzeżywałam, to potem poszłam jak burza. Dostałam energii, wróciła pogoda ducha, wszystko się zaczęło samo układać. Co jest dowodem na to, że to był dobry rachunek sumienia, i uczciwy. Niektórym trudno uwierzyć, że trzeba zaakceptować siebie, jak mówię, bez celofanu i kokardki, czyli taką, co to nie potrafię, nie wychodzi mi, źle się z czymś czuję czy źle myślę. Taką siebie trzeba przyjąć, w dodatku z czułością. Po tym wszystkim zrobiłam rzeczy, których wcześniej nie potrafiłam. I zrobiłam to w sposób konsekwentny. Wiem, że nie odpuszczę.

Doświadczyłaś momentów przełomowych...
W dodatku tak się cudnie poskładało – dla niektórych to śmieszne, a niektórym bliskie – że one zbiegły się z przesileniem dnia z nocą, z końcem kalendarza Majów, z rozpoczęciem ery Wodnika... Cieszę się, że weszliśmy w erę Wodnika, a pożegnaliśmy erę Ryb. Ryby jako znak zodiaku są łatwo uzależniające się, Wodnik zaś – towarzyski, wesoły, lotny, twórczy. W zodiaku chińskim był to rok Szczura, który też jest trudnym znakiem, ale weszliśmy teraz w rok Bawoła – bardziej pozytywnego, mocniejszego i pewniejszego od poprzednika. Era Wodnika jest wspaniała, cały świat wiąże z nią wielkie nadzieje. Ci, którzy się zajmują astrologią, bardzo się na te zmiany cieszą; ja astrologią się nie zajmuję, ale lubię ją i szanuję, jest dla mnie dobrą metaforą wielu spraw. I też mam nadzieję, że w tej nowej erze zmądrzejemy, staniemy się bardziej twórczy i społecznie uświadomieni. Chciałabym, by okazało się, że pandemia dała nam szansę na przemyślenia.

Niektórzy mówią, że to był najwspanialszy rok w ich życiu...
Ja nie powiem, że był najwspanialszy, bo właściwie nie wiem, który był najwspanialszy. Zawsze jestem zdania, że najcudowniejszy moment to ten, w którym jestem teraz. Nawet jeśli mi jest smutno.

A utożsamiasz się ze swoim znakiem zodiaku? Jesteś, zdaje się, Wagą...
Owszem, podoba mi się jej opis. Wagi są bezstronne, widzą zawsze oba końce tego samego problemu, dlatego spokojnie mogę pracować z parami, bo zawsze jestem po obu stronach. Ale czasami mi to „wyważenie” przeszkadza, bo z jednej strony – racja, ale z drugiej strony... (śmiech) Dużo bardziej mnie to męczy przy małych decyzjach niż przy dużych. Już wstać czy jeszcze poleżeć? I to nęci, i to kusi. Lubię to, że jestem Wagą. W całym naszym zachodnim zodiaku jest pierwszym znakiem, który zwraca się ku społeczności, a nie ku sobie – dla mnie to było zawsze szalenie ważne, by tworzyć wspólnoty. Ale co mnie naszło na te ezoteryzmy w naszej rozmowie, to nie wiem...

Wszystko przez erę Wodnika, tak sądzę.  Idźmy dalej tym tropem – kim jesteś w chińskim horoskopie?
Dzikiem. Bardzo łagodny, o dziwo, znak. Ja jestem dość mocna i potrafię się złościć, a świnia jest bardzo ciepła. No, ale ciepła też umiem być, lubię i bywam. Świnia w wielu aspektach jest podobna do Wagi. Waga jest dyplomatyczna, artystyczna. W numerologii jestem Trójką, a to totalny artysta. I lubi tworzyć dobrą atmosferę.

Z tą ezoteryką nie jesteś osamotniona, w tym roku nastąpił prawdziwy rozkwit zainteresowania astrologią.
I bardzo słusznie. Skoro przeszedł przez świat jeden wielki marsz czegoś dziwnego – bo pandemii nie uważam za rzecz straszną, są gorsze problemy i choroby – to chcemy to jakoś zrozumieć, wyjaśnić sobie i odnaleźć się w tym. Każda podpowiedź jest dobra – również ta prosto od gwiazd. A może gwiazdy są mądrzejsze od nas, ludzi?

W ubiegłym roku miałam kilka razy takie poczucie, że oto na naszych oczach dzieje się historia i że to doświadczenie jednoczące wszystkich.
Wojny też były wspólnymi doświadczeniami, i dżumy także. Widzę to jako przypomnienie: „zdajcie sobie sprawę, że jesteście równi, niezależnie od stanu majątkowego, pozycji społecznej i urody”. Bo każdego może capnąć. Choć podobno jednak nie każdego. Słyszałam, że ludzi z grupą krwi 0 RH- koronawirus bierze mniej, a ja taką mam.

A jak radziłaś sobie w tym roku z tym, że nie do końca od ciebie zależało, co ci się uda zrobić, a co nie? Wakacje, plany zawodowe – wszystko było odwoływane.
Jednych rzeczy nie zrobiłam, ale w ich miejsce zrobiłam coś innego. To dla mnie było od początku jasne, że kiedy jedno wypada, to robi się miejsce na coś innego. Jest tylko to, co jest. Marzenie jest marzeniem, jest planem, który wyjdzie albo nie. Oczywiście trzeba je mieć – i marzenia, i plany – bo człowiek lubi eksplorować siebie „na przyszłość”, ale tej przyszłości nie ma, więc my nie wiemy, która z tych rzeczy, co je chcemy, może się spełnić. I tak część się spełnia. A część nas zaskakuje. Jeśli będziemy nastawieni na sztywno, to nie przyjmiemy tych fajnych niespodzianek. Wróżki, tasując karty, mówią często taki tekst: „co cię spotka, co ci serce zaspokoi”. A może cię zaspokoi coś, czego się nie spodziewasz?

To jak było z płytą „Choćby tylko na chwilę”? Jej nagranie było twoim marzeniem?
Te piosenki, tak jak i wiersze zresztą, właściwie same do mnie przyszły. Napadły na mnie. Bez żadnej mojej prośby czy świadomej intencji. Ja jestem natchnieniowiec – coś mi się układa w głowie, gada do mnie, a kiedy mi się spodoba, to zapisuję. Czasami niestety gada w nocy i jeśli nie zdążę zapisać, to rano najczęściej już nie pamiętam. Pierwsza piosenka, która na mnie napadła, jest zresztą pierwszą na płycie, nazywa się „Spokój”. To było już dość dawno temu i w dodatku nie miało nic wspólnego z moim życiem. Po prostu pojawiła mi się taka opowieść o ludziach, którzy żyją ze sobą i właściwie nic innego sobie nie dają, poza poczuciem bezpieczeństwa. Są razem, a nie sami. „Nie ma klęsk, nie ma wzlotów, nie ma rozstań, powrotów, nie ma nic, tylko spokój”.

Pięknie…
„Nasze dni już bez zdarzeń, nasze oczy bez łez, nasze sny już bez marzeń, nasze ciała – bez serc”. Kiedy się słyszy te słowa, to ten spokój nie jest już taki beztroski, prawda?

Ale śpiewasz to takim błogim i przyjemnym głosem...
Bo w tym głosie jest łagodna akceptacja tego, że czasem tak żyjemy. Bardzo wielu ludzi tak żyje. I to wcale nie jest najgorsza wersja. Spokój to jest bardzo dużo. Wiele osób prosi mnie o „Dojrzałą miłość”, sama też lubię tę piosenkę. Z kolei „Pamięć” jest dla mnie ważna dlatego, że moje dwie przyjaciółki w odstępie paru miesięcy straciły ukochanych mężów – a nie każdy, kto ma męża, może powiedzieć, że jest on „ukochany” – i były w takiej żałobie po nich, że byłam w tym z nimi. To jest piosenka, która bardzo mnie obchodzi. „Otwieram książkę, twoją ostatnią i spać nie idę, by nie spać samotnie”. Wzrusza mnie to. Ale piszę też o tym, że czasem faceci sobie myślą, że pieniądze to wszystko. A to nieprawda. W „A mogło być coś z tej miłości” śpiewam razem z Maćkiem Szulcem. Tekst jest przewrotny, a puenta pozytywna.

Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński) Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)

Te piosenki przychodzą do ciebie od razu z melodią?
Niektóre tak. Na przykład „Idę w ciebie jak w tango” to jest mój dar od Bozi, w ogóle wszystkie są darami od Bozi, książki zresztą też. Stałam wtedy pod prysznicem i nagle, ku swojemu zaskoczeniu, zaśpiewałam: „Idę w ciebie jak w tango” w rytmie tanga właśnie. „O kurde! Ale fajne” – pomyślałam.  I zaraz poszło dalej: „Idę w ciebie jak w dym, moja ręka w twojej, ja i ty to rym”. Jak to cudnie iść tak w kogoś, prawda?! Później oczywiście musiałam trochę popracować nad tekstem, pomogła mi w tym Bela Olejnik. A potem zaśpiewała na promocji mojej pierwszej książki „Chcę być kochana tak jak chcę”. W ogóle paru fajnych aktorów i aktorek śpiewało wtedy moje piosenki. Pierwszy raz zaryzykowałam, że zaprezentuję je ludziom. A później one się już układały masowo. Siedziałam na przykład na koncercie w „Jazzowni”, cudownym klubie, którego już nie ma, a który mieścił się na Rynku Starego Miasta i w którym też sama występowałam; słuchałam sobie muzyki i w trakcie „napisał” mi się „Babski blues”. Coś zagrało, coś mi w duszy zaśpiewało, i ciach. Calutki tekst poszedł na serwetkę. Mówię, że to są nagrody, dary od mojej Pani Bozi, bo to jest dla mnie najlepsza wersja tego, co nad nami jest – czy to jest Nadświadomość, czy to jest Absolut, czy energia boska.

Pani Bozia?
Moja Pani Bozia. Moja osobista! Bardzo ją kocham i bardzo ją szanuję. Jest piękna, eteryczna, a jednocześnie bardzo prawdziwa.

Pewnie do tego ruda...
A nie mam pojęcia! Nie wznoszę wzroku tak wysoko! Pokornie się do niej modlę i nieustannie jej dziękuję, a i czasem proszę o pomoc, kiedy trzeba. Ostatnio proszę też moją mamę, i przyszła do mnie we śnie, tak bardzo ciepło. To jeden z ważnych przełomów w moim życiu, który nastąpił właśnie w ubiegłym roku. Mama  przyszła do mnie wtedy, kiedy zrobiłam coś bardzo ważnego, w dodatku przyszła razem z moją przyszywaną ciocią Zosią, czyli swoją przyjaciółką, którą bardzo kochałam. Siedziały sobie ze mną i były dla mnie bardzo dobre. To ważny sen. Wracając do mojej Pani Bozi, jest kochana i spełnia moje marzenia, choć czasami trzeba na nie poczekać. A piosenki same się piszą i, mam nadzieję, same mnie wybierają. Miałam okres, kiedy pisałam tzw. psychokicze. Dawałam też wtedy występy, które nazywałam „Psychokicz i liryka”.

Jakiś fragment?
„Marzę, by ciebie pomścić i zabić potrafię, uderzę wiele razy, grzech nie ma znaczenia, niechaj się spełnią drogi mego przeznaczenia”. Czyż to nie piękne? No taki kicz, że hej! „Czerwona suknia” na nowej płycie pochodzi właśnie ze zbiorów moich „psychokiczów”. To od nich się wszystko zaczęło – kiedy już się ośmieliłam śpiewać „psychokicze”, to słyszałam od ludzi: „Jakie to fajne!”. I chcieli więcej. Kilka razy śpiewałam w Kazimierzu Dolnym i na Kazimierzu w Krakowie, ale też w „Saloniku poetów” w Gdańsku czy w „Nowym Świecie” i „Pożarze w burdelu” w Warszawie. I w paru prywatnych klubach. Największa publiczność „naraz” była na promocji mojej książki – 350 osób u Porazińskich. Wszystko wtedy było pierwsze – pierwsza książka, pierwsze piosenki. Mnóstwo emocji!

Nie stresowałaś się?
Ależ oczywiście, że się stresowałam! A jednocześnie byłam tak podekscytowana. Misiu, przecież jako psychoterapeutka występuję od lat...

Co innego robić taki psychologiczny stand up, a co innego śpiewać!
Jestem psychoterapeutką, która pracuje nad sobą. A praca nad sobą dotyczy wszystkiego: głosu i emisji też. Chodzi o to, żeby mnie słyszano i słuchano, żeby moje ciało było swobodne, nawet jeśli jest grube i się niektórym nie podoba. Jako psychoterapeutka po przejściach mogę dużo: mogę się jednocześnie stresować i cieszyć.

Dziś nikogo już nie dziwi, że psycholog czy coach wychodzi na scenę i bawi publiczność do łez. Ty, jakieś 30 lat temu, byłaś tego prekursorką.
Dziękuję. Zawsze mówię i na poważnie, i na śmiesznie...

A teraz do tego jeszcze śpiewasz! Śpiewająca psycholożka – tego jeszcze nie było!
No to już jest. A w dodatku śpiewająca psycholożka w tym wieku (śmiech).

W Wikipedii podają, że jestem rocznik '62. I proszę bardzo, nie będę tego prostować. Choć nie jest to prawda. Czasami się przyznaję, choć nie zawsze mi się chce.

Ale chce ci się śpiewać. To pewne. Czy tą płytą rozpoczynasz karierę muzyczną?
Nie mam pojęcia, co nią rozpoczynam! Choć nie, jedno wiem, rozpoczynam nową przygodę. Moja praca też jest wielką przygodą. I nieustającą. To, że mnie dużo ludzi czyta, że na ulicy padają mi w ramiona i dziękują, że im życie uratowałam – jest wprost rozkoszne. Dziękuję mojej Pani Bozi, że mam taką robotę. I naprawdę czuję, że po to żyję. Wiem, że mam pomagać. Ludziom, którzy się gubią. Pierwszy raz to poczułam, kiedy zaczęłam pracować z alkoholikami. I zawsze o ludziach myślę nie, że są nie tacy jak trzeba i ja mam ich naprawić, tylko że jeszcze sami siebie nie odnaleźli. Wracając do płyty, chciałabym, by te piosenki po prostu się ludziom spodobały. Kiedy pierwszy raz dałam do przeczytania swoje wiersze mojej grupie terapeutycznej, to zaraz dziewczyny zaczęły je przepisywać, bo to „było o nich”. Jak ja się ucieszyłam! Raz przyszła do mnie studentka na gender studies, na których miałam wykłady, i przyprowadziła koleżankę. Usłyszałam, że mój tomik uratował ją od samobójstwa. „Pani mnie wtedy tak podtrzymała, tak ucieszyła, że warto żyć” – powiedziała. Wyobrażasz sobie, co ta dziewczyna mi dała za prezent?!

To o czym ty tam pisałaś?
Pisałam po prostu całą prawdę, dobre i smutne rzeczy też. Pierwszy wiersz był o tym, że można mi wszystko zrobić, również można mnie zabić, ale jestem.

„Byłam, bo chciałam” – śpiewasz na nowej płycie.
W ostatniej piosence. Cała płyta się kończy tymi słowami: „Byłam, bo chciałam”. Ale czasami nie chciałam być, więc rozumiem, że ludzie też czasem nie chcą. Można rozmawiać ze mną i o śmierci, i o samobójstwie, i o żałobie. Ja to wszystko znam...

Czyli mówisz, że wydajesz tę płytę nie tylko dla swojej przyjemności...
Przede wszystkim dla swojej przyjemności! Ale dla cudzej, mam nadzieję, też. Niektórzy mówią, że na nią czekają. Wiem, że będą również tacy, co powiedzą: „A czegóż to się jej zachciewa na stare lata?!”. I mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza, póty próbowania. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać. Ile mamy na to dowodów! Znam DJ Wikę, boską dziewczynę, znam Mazurównę – laska, że paść można. I Irenkę Santor – niech nam króluje po wsze czasy! Jest Ula Dudziak, Barbara Krafftówna. Danuta Szaflarska – niestety niedawno nas opuściła, ale co to była za kobieta! Grała do ostatniej chwili, błyszcząc intelektem. Długo by wyliczać!

Mnie mniej interesują ci, którym twoja płyta się nie spodoba, bardziej ci, którzy dzięki niej przestaną myśleć, że w pewnym wieku nie wypada. Zwłaszcza jeśli jest się psycholożką, urzędniczką, prawniczką, nauczycielką...
A jakie nauczycielki dzieci lubią najbardziej? Te, którym wypada! Niektóre kobiety po sześćdziesiątce mówią mi, że one nie pójdą na kurs, bo się wstydzą, że czegoś nie potrafią. Ale w takim razie ja bym nigdy nie wzięła się do pisania do gazet. Kiedy mi to kiedyś zaproponowano, dostałam ostrego pietra, bo przecież  NIGDY TEGO NIE ROBIŁAM. Ale na szczęście pewien przyjaciel spytał mnie: „Kasia, czytasz gazety?”. „Czytam”.  „Masz poczucie, że czasem ludzie bełkot piszą?”. „Mam”. „I się nie wstydzą”. Wiesz, że mnie tym przekonał?

Co jest wyznacznikiem tego, że trzeba za czymś iść? Że sprawia przyjemność? Że jest komuś potrzebne?
Że to cię rozwija. Śpiewałam jako dziecko i dużo tańczyłam, bo to kochałam. Tata raz mi powiedział, że fałszuję, więc się zawstydziłam i śpiewałam tylko na ogniskach i koloniach. I sama sobie. Ale śpiewanie było zawsze moim marzeniem. Kiedy mnie pytano, jaki dar chciałabym mieć, to odpowiadałam: piękny głos. Taki, który by się niósł po wielkiej sali koncertowej. Jak Barbra Streisand. Choć podobają mi się też niskie, czarne głosy, jakie miały Aretha Franklin czy Billie Holiday. A teraz LP. No ale zdawałam sobie sprawę, że nie mam takiego. Choć czasem ktoś powie, że ładny. No i nut nie znam. Muzycy mi zapisują to, co wyśpiewam. Mówisz, że się ośmielam. Z moimi przyjaciółkami piosenkarkami chodzimy po knajpach i czasem im mówię: „Mam nową piosenkę” – i śpiewam ją na głos. Wtedy mili ludzie wokół biją brawo, i to jest przeurocze. A one mi wtedy mówią: „My byśmy tak nigdy nie zaśpiewały”. „No bo wy jesteście profesjonalistki, a kim jestem ja? Wesołą amatorką, to i się ośmielam”.

Myślisz sobie: „A co ja mam do stracenia!”?
No pewnie. Przecież na tym nie zarabiam, bo zarabiam gdzie indziej.

A czemu właśnie teraz?
Ostatnio tak sobie pomyślałam: „Tyle lat ciężko pracuję i jestem zmęczona. Od czasu do czasu dam jakiś występ, ale do tego trzeba się też przygotować, no i ktoś musi mnie zaprosić, bo żebym sama coś zaproponowała, to nawet nie mam głowy i przestrzeni”. Więc mówię do przyjaciół: „A może to już sobie odpuszczę?”. A oni na to: „Czyś ty zwariowała? Przecież kiedy o tym mówisz, to masz gwiazdy w oczach. Ty masz to robić, i koniec”. Albo pytają: „A czemu ty płyty nie masz?”. „A co to ja za piosenkarka jestem, żeby płytę mieć?”. „Ale masz przyjemny głos i przede wszystkim twoje piosenki są o czymś”. I pomyślałam sobie: „Kurde, mają rację”. Powiem ci tak: śpiewam, bo lubię. A kiedy mnie jeszcze o to proszą, to jestem tak ucieszona, że nie czekam na dodatkową zachętę.

Co chciałabyś powiedzieć ludziom tą płytą?
Że warto kochać. Życie, siebie, ludzi. Oczywiście nie da się kochać bez przerwy, nie jestem naiwną nastolatką i nie wierzę w romantyczną miłość, o co dziewczyny mają do mnie czasem pretensje, ale wierzę w miłość jako pozytywną postawę wobec życia. Kiedy kochasz, zdajesz sobie sprawę, że są rzeczy straszne i smutne, że na niektóre nie mamy wpływu i musimy się z tym pogodzić, ale też na wiele spraw – mamy. A już na pewno mamy wpływ na to, jak traktujemy siebie i innych. I na to, czy sobie pozwolimy się śmiać, tańczyć, malować, pisać wiersze, dziergać, lubić niektórych szczególnie i cieszyć się... Proszę sobie wstawić w to wykropkowane, co komu potrzeba.

Płyta "Choćby tak na chwilę", wyd. MTJ, muzyka: Maciej Szulc, Wojciech Stec, słowa: Katarzyna Miller.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Kultura

Paszporty Polityki 2020. Oto najciekawsze osobowości minionego roku

Laureatami 28. edycji Paszportów Polityki zostali: Piotr Domalewski (film), Justyna Sobczyk (teatr), Mira Marcinów (literatura), Małgorzata Mirga-Tas (sztuki wizualne), Ania Karpowicz (muzyka poważna), duet Siksa (muzyka popularna) oraz Different Tales (kultura cyfrowa). (Fot. Polityka/Leszek Zych)
Laureatami 28. edycji Paszportów Polityki zostali: Piotr Domalewski (film), Justyna Sobczyk (teatr), Mira Marcinów (literatura), Małgorzata Mirga-Tas (sztuki wizualne), Ania Karpowicz (muzyka poważna), duet Siksa (muzyka popularna) oraz Different Tales (kultura cyfrowa). (Fot. Polityka/Leszek Zych)
Zobacz galerię 8 Zdjęć
Dziś wieczorem po raz 28. wręczono Paszporty Polityki, jedne z najważniejszych i najbardziej prestiżowych nagród w świecie kultury. Kogo wyróżniono w tym roku? Prezentujemy pełną listę laureatów. 

Paszporty Polityki to prestiżowa nagroda przyznawana przez tygodnik "Polityka" od 1993 roku. Wymyślił ją wieloletni szef działu kultury Zdzisław Pietrasik. Od 28 lat wręczana jest każdego roku młodym twórcom za wybitne osiągnięcia artystyczne. Artyści nagradzani są w następujących kategoriach: film, teatr, literatura, sztuki wizualne, muzyka poważna, muzyka popularna oraz, od 2016 roku, kultura cyfrowa. Od 2002 roku przyznawana jest także nagroda specjalna dla Kreatora Kultury. To wyróżnienie otrzymują osoby lub instytucje, które w sposób szczególny i niestandardowy przyczyniają się do krzewienia kultury polskiej w kraju i na świecie. W tym roku ogłoszono również wyjątkową Nagrodę Specjalną Kultura Zdalna 2020. Wszystkich laureatów wyłania specjalna kapituła składająca się z dziennikarzy tygodnika "Polityka".

Tegoroczna edycja Paszportów Polityki z pewnością przejdzie do historii. Większość zaplanowanych na 2020 rok wydarzeń kulturalnych odwołano, przesunięto, a w najlepszym razie przeniesiono do sieci. Ucierpieli zatem wszyscy zatrudnieni w tej branży ludzie. Najbardziej – ci najmniej widoczni. Wśród artystów szczególnie mocno dotknięci zostali debiutanci wchodzący do rywalizacji o uwagę w potrzaskanym sezonie oraz ci, którzy są w najlepszym momencie swojej kariery, a ich najwybitniejsze osiągnięcia trafiają do zamrażarki albo prezentowane są na sali z ograniczoną widownią. Widząc, w jak dramatycznej sytuacji są twórcy kultury, tygodnik "Polityka" postanowił zatem  podwyższyć finansowy wymiar nagrody i po raz pierwszy w historii przyznać w tym roku paszportowe „diety” nie tylko nagrodzonym, ale również nominowanym we wszystkich kategoriach.

Wśród nominowanych do Paszportów Polityki w 2020 roku znaleźli się:
  • film: Jan Holoubek, Maciej Cuske, Piotr Domalewski;
  • teatr: Maciej Pesta, Jędrzej Piaskowski i Hubert Sulima, Teatr 21;
  • literatura: Igor Jarek, Mira Marcinów, Patrycja Sikora;
  • sztuki wizualne: Małgorzata Mirga-Tas, Karol Palczak, Joanna Piotrowska;
  • muzyka poważna: Ania Karpowicz, Krystian Lada, Martyna Pastuszka;
  • muzyka popularna: 1988 (Przemysław Jankowiak), Marek Pędziwiatr, duet Siksa;
  • kultura cyfrowa: Different Tales, One More Level, Ovid Works.

Nazwiska zwycięzców ogłoszono 26 stycznia 2021 roku, podczas gali transmitowanej na żywo przez telewizję TVN. Wręczenie nagród ze względów bezpieczeństwa odbyło się bez udziału publiczności i mediów.

Paszporty Polityki 2020. Najciekawsze osobowości minionego roku według tygodnika "Polityka"

Film: Piotr Domalewski

Reżyser, scenarzysta, dramaturg, aktor (rocznik 1983). Pochodzi z Łomży. Ukończył z wyróżnieniem Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Krakowie oraz reżyserię na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Zaczynał jako aktor Teatru Wybrzeże, grając m.in. w spektaklach Anny Augustynowicz. Występował na deskach Teatru Muzycznego Capitol we Wrocławiu oraz w warszawskim Teatrze Roma. W 2017 roku jego pełnometrażowy debiut reżyserski „Cicha noc” (na podstawie własnego scenariusza) zdobył Złote Lwy na festiwalu w Gdyni, 10 Orłów i był nominowany do Paszportu Polityki. „Jak najdalej stąd” potwierdza jego autorską oryginalność, wyrażając zbiorowe odczucia Polaków AD 2020.

Piotr Domalewski - laureat Paszportu Polityki 2020w kategorii film. (Fot. Polityka/Leszek Zych) Piotr Domalewski - laureat Paszportu Polityki 2020w kategorii film. (Fot. Polityka/Leszek Zych)

Teatr: Justyna Sobczyk (Teatr 21)

Aktorami Teatru 21 są osoby z zespołem Downa i autyzmem. Bazując na własnych doświadczeniach, poddają krytycznej analizie status prawny i społeczny osób z niepełnosprawnościami w Polsce. Unikatowym treściom towarzyszy równie oryginalna forma, co razem uczyniło z Teatru 21 jedną z najbardziej cenionych grup teatralnych w kraju. Powstała w 2005 roku, ma na koncie kilkanaście różnorodnych, nierzadko brawurowych i dowcipnych spektakli, wyreżyserowanych przez swoją założycielkę Justynę Sobczyk i zrealizowanych z różnymi instytucjami i artystami. Od 2020 roku Teatr 21 prowadzi Centrum Sztuki Włączającej – społeczną instytucję kultury poświęconą twórczości artystów z niepełnosprawnościami i włączaniu w pole sztuki, kultury i nauki różnorodnych grup społecznych.

Justyna Sobczyk, założycielka Teatru 21 - laureatka Paszportu Polityki 2020 w kategorii teatr. (Fot. Polityka/Leszek Zych) Justyna Sobczyk, założycielka Teatru 21 - laureatka Paszportu Polityki 2020 w kategorii teatr. (Fot. Polityka/Leszek Zych)

Literatura: Mira Marcinów

Filozofka i doktor psychologii. Urodziła się w 1985 roku w Szczecinku. Pracuje jako adiunkt w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. W 2017 roku ukazał się tom 1. jej „Historii polskiego szaleństwa”. Wcześniej opublikowała „Na krawędzi wolności: szaleństwo jako wybór w filozofii Henryka Struvego” i – wspólnie z Bartłomiejem Dobroczyńskim – „Niezabliźnioną ranę Narcyza: dyptyk o nieświadomości i początkach polskiej psychoanalizy”. Rok temu została finalistką Nagrody Naukowej Polityki, a w tym roku otrzymała nominację za swój debiut prozatorski „Bezmatek” (wyd. Czarne), napisaną wyjątkowym, zarazem dzikim i precyzyjnym językiem opowieść o relacji córki i matki.

Mira Marcinów - laureatka Paszportu Polityki 2020 w kategorii literatura. (Fot. Polityka/Leszek Zych) Mira Marcinów - laureatka Paszportu Polityki 2020 w kategorii literatura. (Fot. Polityka/Leszek Zych)

Sztuki wizualne: Małgorzata Mirga-Tas

Mówi o sobie, że ma trzy tożsamości: artystki, Polki i Romki. I ta ostatnia, konsekwentnie znajdująca wyraz w jej sztuce, ujmuje widzów swą autentycznością. Urodziła się w 1978 roku, ukończyła ASP w Krakowie i po studiach powróciła w rodzinne strony; mieszka w Czarnej Górze, na granicy Spisza i Podhala. Z czasem wypracowała własny, charakterystyczny styl malarski charakteryzujący się bogactwem wyrazistych kolorów, mnogością ornamentów, dekoracyjnością, czerpiącą z etnograficznego dorobku wspólnoty. A równocześnie są to prace niezwykle narracyjne, niemal reporterskie sceny rodzajowe z życia rodziny, sąsiadów, romskich społeczności.

Małgorzata Mirga-Tas - laureatka Paszportu Polityki 2020 w kategorii sztuki wizualne. (Fot. Polityka/Leszek Zych) Małgorzata Mirga-Tas - laureatka Paszportu Polityki 2020 w kategorii sztuki wizualne. (Fot. Polityka/Leszek Zych)

Muzyka poważna: Ania Karpowicz

Flecistka i organizatorka. Urodzona w 1983 roku w Warszawie, studiowała w Łodzi i Detmold. W latach 1999–2015 nagradzana na ogólnopolskich i międzynarodowych konkursach. W latach 2006–2008 członkini European Union Youth Orchestra. W 2013 roku założyła kooperatywę muzyczną Hashtag Ensemble; zespół występuje na większości festiwali nowej muzyki w Polsce. Inicjowała szereg koncertów i festiwali, w tym WarszeMuzik, w ramach którego na podwórkach kamienic–ostańców getta warszawskiego grane są utwory kameralne kompozytorów – Żydów polskich. Jako solistka w swoim repertuarze kładzie szczególny nacisk na muzykę XX i XXI w. Angażuje się też w promocję twórczości kobiet.

Ania Karpowicz - laureatka Paszportu Polityki 2020 w kategorii muzyka poważna. (Fot. Polityka/Leszek Zych) Ania Karpowicz - laureatka Paszportu Polityki 2020 w kategorii muzyka poważna. (Fot. Polityka/Leszek Zych)

Muzyka popularna: Siksa

Duet określany często jako punkowo–performerski, utworzony w 2014 roku przez wokalistkę, aktorkę i poetkę Alex Freiheit oraz basistę Buriego. Grupę założyli w Toruniu, mieszkają w Gnieźnie, a zagrali wspólnie ponad 250 koncertów w całej Polsce i za granicą. Ich występy to monologi Alex na tle przesterowanej gitary basowej. W interakcji z publicznością nabierają oryginalnych walorów dramatycznych. Nominację przyniósł im najnowszy album „Zemsta na wroga”, jak poprzednie podejmujący tematy seksistowskiej opresji. W proroczo gorącym, prowokującym, niestroniącym od wulgaryzmów stylu konfrontuje perspektywę feministyczną z postawami prawicowego radykalizmu.

Duet Siksa - laureaci Paszportu Polityki 2020 w kategorii muzyka popularna. (Fot. Polityka/Leszek Zych) Duet Siksa - laureaci Paszportu Polityki 2020 w kategorii muzyka popularna. (Fot. Polityka/Leszek Zych)

Kultura cyfrowa: Marta Malinowska, Jacek Brzeziński, Artur Ganszyniec (Different Tales)

W deklaracji, jaką niesie nazwa studia Different Tales, nie ma cienia przesady. To są rzeczywiście Inne Opowieści. Odmienne formą, jak i intencją, od tradycyjnych gier wideo – to interaktywna proza, ilustrowana statycznymi głównie obrazami, z dźwiękowym pejzażem w tle. Jak znakomite rezultaty można osiągnąć, podążając tą ścieżką, dowodził już debiut studia: „Wanderlust: Travel Stories”, który zaowocował nominacją do Paszportów w roku ubiegłym. Tym razem o nominacji przesądziła opowieść „Werewolf: The Apocalypse – Heart of the Forest”, historia studentki z USA, która przybywa do Puszczy Białowieskiej w poszukiwaniu swoich korzeni.

Marta Malinowska, Jacek Brzeziński, Artur Ganszyniec (Different Tales) - laureaci Paszportu Polityki 2020 w kategorii kultura cyfrowa. (Fot. Polityka/Leszek Zych) Marta Malinowska, Jacek Brzeziński, Artur Ganszyniec (Different Tales) - laureaci Paszportu Polityki 2020 w kategorii kultura cyfrowa. (Fot. Polityka/Leszek Zych)

Nagrodę Specjalną Kultura Zdalna otrzymał Artur Liebhart, dyrektor Festiwalu Filmowego Millennium Docs Against Gravity, natomiast tytuł Kreatora kultury przyznano Bożenie i Lechowi Janerkom. 

  1. Styl Życia

Tam, gdzie pieprz rośnie - o podróży szlakiem króla przypraw opowiada Anna Janowska

Każda podróż otwiera na ludzi, nowe historie, smaki, zapachy, wydarzenia. (Fot. Getty Images)
Każda podróż otwiera na ludzi, nowe historie, smaki, zapachy, wydarzenia. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 13 Zdjęć
Można powiedzieć, że cały rok swojego życia podporządkowała jednej małej roślince. Do tego stopnia, że przyjaciele zaczęli nazywać ją spice girl.

Można powiedzieć, że cały rok swojego życia podporządkowała jednej małej roślince. Do tego stopnia, że przyjaciele zaczęli nazywać ją spice girl. Co skłoniło ją do podróży szlakiem pieprzu i napisania o nim książki "Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar"? Anna Janowska opowiada nam o wyprawie przez Keralę, Oman i Zanzibar.

Artykuł archiwalny, książka "Monsun przychodzi dwa razy. Podróż szlakiem pieprzu przez Keralę, Oman i Zanzibar" została wydana w 2016 roku.

Wybrałaś się w podróż, której motywem przewodnim, a wręcz kompasem był pieprz. W swojej książce odkrywasz jego historię, kulturę z nim związaną. Jak zaczęła się twoja fascynacja tą drobną rośliną, którą większość z nas traktuje jedynie jako pospolitą przyprawę?
Zaintrygowało mnie, że pieprz, coś dziś tak codziennego i mało istotnego, kiedyś był niezwykle cenny i ważny. Sprawiał, że ludzie wsiadali na statki, przepływali oceany, walczyli z piratami, ruszali w nieznane, przemierzali pustynie. Był niesamowicie interesującym wyzwaniem. Europa długo nie wiedziała, gdzie i jak on rośnie. Marco Polo pisał, że pochodzi z wysp, których jest dokładnie 7444. Starożytni wierzyli, że rośnie na drzewach strzeżonych przez jadowite węże. A jedyny sposób, by go zebrać, to podpalić ten las i wygonić gady. Długi czas monopol na handel tą przyprawą mieli kupcy arabscy, a także ci z republiki Genui i Wenecji. Neron tak uwielbiał pieprz, że jako przysmak jadał posypaną nim pajdę chleba z... miodem. Cała masa fenomenalnych historii powstała tylko dlatego, że Europa rozsmakowała się w pieprzu. Lubię wydarzenia i rzeczy z pozoru mało ważne, ale po bliższym przyjrzeniu kryjące w sobie wiele ciekawostek. Dlatego ruszyłam śladem pieprzu, przez Keralę w Indiach, Oman i Zanzibar.

Od czego zaczęłaś zgłębianie jego tajemnic?
Od plantacji pieprzu. Już sam proces uprawy jest niezwykle ciekawy. Pieprz jest pnączem. Dobrym towarzyszem plantacji kawy i herbaty. Gdy pojechałam do Kerali, okazało się, że panuje tam kryzys pieprzowy. Uprawy z nieznanych przyczyn umierały. Trafiłam w sam środek dramatu. Ludzie, którzy trudnili się uprawą pieprzu od pokoleń, nagle musieli zmagać się z jego zanikaniem. Pieprz usycha, bo monsun przynosi coraz mniej opadów. A to efekt zbyt wielu upraw, wycięcia dżungli i ocieplenia klimatu, więc można powiedzieć, że sam człowiek do tego doprowadził.

Czyli już na początku temat okazał się bardziej złożony, niż można by przypuszczać. Jak to jest brać udział w wędrówce, która ma swój temat przewodni? Bardziej cię to ograniczało, czy wręcz przeciwnie – wciąż otwierało na nowe?
W takiej podróży historie same pączkują, a szlaki się rozgałęziają. Łapiąc jakiś wątek, nie wiesz, do czego cię doprowadzi. Na przykład temat zdrowotnych właściwości pieprzu i innych przypraw, ich zastosowania w medycynie ajurwedyjskiej – tradycyjnej, hinduskiej wiedzy opartej na ziołach i roślinach, doprowadził mnie do szpitala ajurwedycznego w Kerali. Inny wątek zawiódł mnie do Omanu – na początku wcale nie planowałam tam jechać. Ale im więcej dowiadywałam się o tym kraju, tym bardziej byłam przekonana, że jeśli tam nie pojadę, to ta opowieść i podróż będzie niepełna. To nie była moja pierwsza wyprawa, ale przyznam, zaczęło mnie już trochę nudzić podróżowanie bez celu. Kiedy interesujesz się wszystkim, to tak naprawdę nie poznajesz nic. Wracasz z głową pełną wszystkiego i niczego jednocześnie. Odkryłam, że dużo bardziej fascynujące są wyprawy po coś. Bo wtedy możesz się skupić na tej rzeczy. Paradoksalnie to ułatwia wyjazd, bo go porządkuje. Nie miotam się bez sensu, dużo więcej poznaję i głębiej przeżywam.

Cel pozwala lepiej sfokusować się na tym, co najważniejsze?
Właśnie. Podążasz drogą, w której odkrywasz, że temat ma drugie i trzecie dno. Na przykład dzięki temu podejściu trafiłam w mieście Sur na samym krańcu Omanu, na czubku Półwyspu Arabskiego, do ostatniego zakładu szkutniczego. Przekazywany z ojca na syna działał tu od pokoleń. Ich statki pływały do Chin, Ameryki, przez ocean. Dziś robią dwie łodzie dhow w ciągu roku dla bogatych szejków. Tradycyjnymi metodami. W Indiach też buduje się dhow. Drewniane, z trójkątnym żaglem wykorzystującym monsunowe wiatry. Tradycyjną metodą, bez gwoździ – elementy łączy się tylko kołkami. Szkutnicy pracują bez planów, szkiców, projektów. Ci ludzie mają ten fach we krwi. Konstruktor, którego poznałam w Kerali, nigdy żadnej łodzi nie narysował. Wszystko miał w głowie. Gdy tam byłam, czułam, że może właśnie obserwuję ostatnich przedstawicieli zawodu, który odchodzi do lamusa.

Jakie jeszcze perełki odkryłaś po drodze?
Na każdym kroku fascynował mnie zamrożony świat przeszłości. Oman był dla mnie wielką niespodzianką. Trochę obawiałam się tam jechać sama, a niepotrzebnie. Spotkała mnie niesamowita gościnność i serdeczność. W najlepszym wydaniu. Ujmująco ciepli i przyjaźni ludzie. Podążając starożytnym szlakiem w Omanie, ciągle czułam zapach rodem z katolickiego kościoła. W kraju muzułmańskim? Dziwne. Okazało się, że to tam rosną... kadzidłowce, których żywica wydziela woń znaną nam z kościołów w Polsce. Oman od dawien dawna handlował kadzidłem. Same kadzidłowce też są niezwykle interesujące. Poskręcane, rachityczne, rosną tam, gdzie już nic nie ma – na pustyni. Cierpią. Krzyczą. I płaczą żywicą.

W życiu Omańczyków kadziło jest obecne cały czas – zawsze gdzieś się tli. Gdy do domu przychodzą goście, gospodarze wrzucają na palące się drewno kilka grudek żywicy. Dymem z kadzidła perfumują sobie ubrania, na jego bazie komponują też niezwykłe pachnidła. Żują żywicę z kadzidłowca, gdy boli ich gardło, stosują też jako remedium na stawy i żołądek. Z każdym nowym wątkiem pojawiał się cały ocean zależności i powiązań.

Skąd to zamiłowanie do grzebania w historii?
Właściwie nigdy nie przepadałam za historią – wydawała mi się śmiertelnie nudna i na dodatek podbijana trudnymi do zapamiętania datami. Ale swojej książki nie mogłam stworzyć bez niej. Musiałam zdobyć wiedzę, przefiltrować ją i tak odkryłam w sobie... pasję historyczną. Można znaleźć sposób na ciekawe opowiedzenie przeszłości, na przykład przez jej uczłowieczanie. O Vasco da Gamie pisałam nie jako o wielkim odkrywcy, ale jako o człowieku ze wszystkimi jego słabostkami. Zdarzało mu się być okrutnikiem, ignorantem, ale i tak go polubiłam. Cieszyły mnie ciekawostki historyczne, do których udało mi się dotrzeć.

Zaciekawiło mnie, że podczas pobytu w Indiach przeszłaś terapię ajurwedyczną. Jak wspominasz to doświadczenie?
Do szpitala ajurwedycznego Kalari Kovilakom, a de facto ekskluzywnego hotelu, trafiłam na tydzień. Cały swój świat trzeba zostawić za drzwiami. I to dosłownie. Nie możesz nawet nosić swoich ubrań. Dostajesz białe szaty. Pozbawiają cię też twojej codziennej rutyny – i tworzą nową, na którą składają się medytacja, joga, zabiegi ajurwedyczne, a wieczorami wykłady albo pokazy tańca czy tradycyjnej muzyki. Zostajesz wyrwana ze swoich kolein i oddajesz zdrowie i swoje problemy w ręce lekarzy, którzy przeprowadzają panczakarmę, rytuał oczyszczania. To najwyraźniej działa, bo niektórzy wracają tam regularnie. Ja też po ajurwedycznej terapii czułam się świetnie. Dobrze rozumiem chęć powrotu do tego miejsca. Gdy zdarza mi się, że padam ze zmęczenia i piętrzą mi się problemy, to tęsknię za tym, jak się czułam po tygodniu pobytu w tym szpitalu.

Spotkałam tam wielu Europejczyków, którzy szukali uspokojenia po problemach z alkoholem, terapii onkologicznej czy poważnych operacjach. A niektórzy chcieli po prostu schudnąć albo znaleźć czas dla siebie. Przeróżni ludzie, których przywiodło na południe Indii nie tyle poszukiwanie taniej duchowości, co próba zadbania o siebie. Oraz znalezienia tego, czego nie ma w medycynie europejskiej, a jest w ajurwedzie – holistycznego spojrzenia na człowieka. Dusza, ciało, głowa, mózg i emocje – to wszystko jest w niej jednością. Nawet gdy boli cię kolano, to ajurweda i tak zaczyna od głowy.

Czy podróż śladami pieprzu spowodowała w tobie jakieś zmiany, pozostawiła trwały ślad?
Podróż zawsze na nas wpływa. Gdy jesteś w drodze, więcej się dzieje. Jeden dzień jest niepodobny do drugiego, nie ma rutyny, a czas w magiczny sposób się rozciąga. Niekiedy, wracając do domu po miesięcznej wyprawie, mam wrażenie, że trwała ona rok. Każda podróż to też eksperyment na własnym organizmie. Bo jesteś nagle sam. Musisz zmagać się ze sobą i ze swoimi problemami. Radzić sobie w nowych sytuacjach.

Ja sobie nie wyobrażam życia bez wędrówki po świecie. Dzięki niej wiele się dowiedziałam nie tylko o innych, ale przede wszystkim o sobie samej. Nie miałabym tej wiedzy, gdybym została w domu. Może to zabrzmieć banalnie, ale w moim odczuciu każda wyprawa zdejmuje z oczu jakieś klapki i poszerza horyzonty. Otwiera na ludzi, nowe historie, smaki, zapachy, wydarzenia. Ci, którzy nie podróżują, bardzo dużo tracą. Tak wiele, że moim zdaniem zajęcia z globtroterki powinny być obowiązkowe w szkole podstawowej.

  1. Zwierciadło

Hanna Banaszak: "Mam za co dziękować"

"Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud". (Fot. Agata Preyss)
Przed dziesięciu laty zachwyciła się wierszem Wisławy Szymborskiej „Nienawiść”. Od tego czasu Hanna Banaszak myślała o płycie, na której opowie o człowieku i o planecie dźwigającej jego zło. Nagrała ją, bo wierzy w przebudzenie. „Stoję na tobie, Ziemio”, z jej autorskimi kompozycjami, właśnie się ukazała.

Pomyślałem, że pani płyta idealnie trafia w czas.
Zaczęłam ją tworzyć dziesięć, a może 11 lat temu. Tak się złożyło, że przerwałam tę pracę, ale rok temu postanowiłam skończyć. I rzeczywiście, trafia w swój czas. Zawsze trafiłaby, bo zawsze gdzieś toczy się wojna, ktoś coś dewastuje, roznieca ogień. Oczywiście, jest mnóstwo ludzi, którzy chcą coś dla planety zrobić, podczas gdy inni nawet nie myślą o następnych pokoleniach, które też przecież mają do niej prawo. Nie wierzę, że coś się naprawdę zmieni i nagle staniemy się lepsi, ale mimo to warto podjąć trud. Obchodzi mnie świat, obchodzi mnie Polska. Starałam się unikać moralizatorstwa. Do odbiorców należy ocena, czy to się udało. Nikogo nie pouczam, nie mówię: „Zobacz, co zrobiłeś”. Tekstami Wisławy Szymborskiej, Tadeusza Różewicza, Josifa Brodskiego, Witolda Gombrowicza, Wojciecha Młynarskiego, Doroty Czupkiewicz opowiadam o tym, co i mnie boli. Im dłużej żyję, tym bardziej męczy mnie ludzkość. Mimo wszystko ta płyta jest wołaniem o przebudzenie.

Można zatrzymać człowieka w jego obsesji czynienia zła?
Można to próbować robić większą uważnością, szacunkiem, edukacją, czułością i próbami zrozumienia, pokorą w stosunku do niego, nieocenianiem, głębszym słuchaniem… Zaczynając od siebie, mamy większe szanse na lepsze relacje. Dobrze jest się sobie przyjrzeć. Pracuję teraz nad książką o sobie, nie wiem, czy ją wydam, ale chciałam popatrzeć na siebie z dystansu, na dziecko, dziewczynkę, kobietę.

Jaka była ta dziewczynka?
Długo była nieśmiała, co trochę komplikowało jej życie. Mimo to miała dość duże poczucie własnej wartości. Potem przez przypadek zaczęła się jej muzyczna droga. Gdzieś zaśpiewała, ktoś ją zauważył, a ona wciąż nie przypuszczała, że to będzie jej zawód. Po prostu podążała za własną muzykalnością i miłością najpierw do dźwięków, a niedługo potem także do treści.

Tę nieśmiałość zamieniła pani później na osobność?
Lubię oddalać się od ludzi, co nie znaczy, że nie bywam z nimi blisko. W moim życiu to się odbywa pół na pół – obcowanie z samotnością jest twórcze i rozwijające, ale bycie z ludźmi daje też poczucie wspólnoty. Zwłaszcza gdy miewamy psychiczne upadki, potrzebujemy drugiego człowieka. Dobre bycie z ludźmi jest ważne, bo możemy się w sobie nawzajem przeglądać i uczyć, a także obdarzać niezbędnym do życia współodczuwaniem oraz czułością i serdecznością.

A jakie marzenia miała pani, będąc tamtą dziewczynką?
Nie przypominam sobie swoich marzeń. Może tylko jakieś błyski [śmiech]. W podstawówce bardzo chciałam zaśpiewać na szkolnej akademii. Jednak nikt nie wiedział, że śpiewać potrafię, a moja nieśmiałość nie pozwoliła mi się o to upomnieć. Marzyłam o dalekich podróżach, co na początku mojej kariery częściowo udało mi się zrealizować, ale zawsze były to wyjazdy połączone z koncertami. Obecnie, po milionach kilometrów, które przemierzyłam, większą atrakcją dla mnie jest zostać niż wyjechać.

W co była pani wtedy zasłuchana?
Uwielbiałam amerykańskie filmy musicalowe, z Ginger Rogers, Fredem Astaire’em, Marilyn Monroe. W domu było tylko radio i nieco później telewizor. Nie było jednak adapteru, z którego można odtwarzać płyty. Czasem udawało się złapać Radio Luxembourg, gdzie prezentowano muzykę z Zachodu, ale strasznie trzeszczało. Rodzice słuchali w nim też Radia Wolna Europa. Nie mogę powiedzieć, że swoją muzykalność kształtowałam na słuchaniu muzyki, może w pewnym stopniu. Największą muzyką była przyroda. Umiłowaniem przyrody zaraziła mnie mama. W dzieciństwie z naszego małego mieszkania wyjeżdżałam z rodzicami na całodniowe wycieczki za miasto. W okolicach Poznania jest mnóstwo pięknych miejsc. Jeździłyśmy do Puszczykowa, nad Jezioro Kierskie, i zwiedziłyśmy wszystkie okoliczne lasy.

Od kiedy stoi pani twardo na ziemi?
Dość wcześnie poczułam, że stoję na niej świadomie, ale nigdy nie przestałam mieć poczucia, że jestem w drodze. To ona jest istotna. Takim znaczącym przebudzeniem był rok 1980, kilka zdarzeń. Pierwszym był wypadek – spadłam z windą w stołecznym hotelu Warszawa. Miałam 23 lata, początek mojej popularności. Dwa dni wcześniej nakręciłam recital telewizyjny. Bardzo chwalono mnie za muzykalność. Polska telewizja chciała mnie wysłać na nauki do Londynu, ale nagle wszystko stało się nieaktualne. Szybko zrozumiałam, że tzw. sukcesy z piękną perspektywą nieoczekiwanie mogą się urwać. To dobra lekcja na początku kariery, bo od razu uczy dystansu i tłumi samozachwyty.

Miałam skomplikowane złamanie nogi. Recital oglądałam już po operacji w szpitalu, trzy tygodnie później. Mój powrót do zdrowia trwał około pół roku. Byłam po drugiej operacji i wciąż leżałam w szpitalu, kiedy umarł na serce mój ojciec, dla mnie wzór pracy i uczciwości. Wtedy stałam się dorosła. No i pojawiła się Solidarność, a wraz z nią nadzieja. To, co się działo, było wzniosłe i budujące. W lipcu 1981 roku graliśmy przez miesiąc z kabaretem Tey Zenona Laskowika w teatrze muzycznym w Gdyni. Na naszych występach pojawiały się znane solidarnościowe nazwiska, które po spektaklu odwiedzały nas za kulisami. Zdawałam sobie sprawę, że uczestniczę we fragmencie historii, dlatego wnikliwie się przyglądałam. To przykre, ale u niektórych z tych osób już wtedy dostrzegłam rodzącą się zawiść. To też mnie czegoś ważnego nauczyło. Że zawiść jest przyczynkiem do mniejszych i większych wojenek. Że ludzie nie umieją żyć skromnie, obrastają w tworzone mity, a w rzeczywistości są małymi nieszczęściami.

Mniej więcej wtedy, na początku lat 80., zdecydowała się pani na karierę solową.
Ha, ha, to raczej kariera zdecydowała się na mnie. Sama do mnie przyszła. Miałam dużo szczęścia, ale i nieskromnie powiem – talentu. Zaczęłam śpiewać muzykę i teksty, którymi mnie obdarowali wybitni twórcy. To były piękne piosenki dla młodej dziewczyny, ale w pewnym momencie dojrzałam do czegoś więcej i tu pojawił się Jonasz Kofta, który pozwolił mi się przeobrazić w artystkę znacznie dojrzalszą. Odtąd zaczęłam stawiać na głębsze treści i ich wiarygodny przekaz. Wiedziałam już, czego nie chcę.

Pani już nie chciała tamtej zalotnej?
Nie, bo z biegiem czasu stawała się coraz bardziej infantylna, a infantylizmu nie znoszę. Udało mi się wywalczyć prawo do scenicznego rozwoju. Ludzie, w tym także młodzi, przychodzą na moje koncerty, chociaż prawie nie ma mnie w mediach. Niektórzy napotkani przechodnie czasem mnie pytają, czy jeszcze śpiewam, a przecież nawet na chwilę nie przestałam, tylko ograniczyłam kontakt z mediami, które, zgodnie z moją filozofią uprawiania tego zawodu, specjalnie do niczego nie były mi potrzebne i raczej mnie męczyły, niż cieszyły. Mimo to publiczność wciąż obdarza mnie entuzjazmem, co znaczy, że chyba swój zawód wykonuję rzetelnie. Zwolennicy czynią mi wielki zaszczyt, odwiedzając mnie na koncertach. Mam dla nich czułość. Jestem wdzięczna. Ale nie traktuję śpiewania jako wielkiej misji, po prostu zapraszam do dialogu. Skoro dostałam od losu muzykalność, wrażliwość na słowo i udało mi się coś zrozumieć, to mam za co dziękować.

Fot. Agata Preyss Fot. Agata Preyss

Kiedy sobie pani uświadomiła, że może liczyć tylko na siebie?
To akurat uświadomiłam sobie dość wcześnie. Wiedziałam, że odpowiadam za całe moje życie. Nigdy nie oczekiwałam od nikogo pomocy. Musiałam sobie radzić. Dlatego nigdy nie rozpaczam z powodu chwilowej zawodowej ciszy. To zawsze świetny czas na tworzenie i głębsze przemyślenia.

Rekompensowała pani córce to, czego sama nie miała?
Córkę też nauczyłam odpowiedzialności za siebie. Nie posiadam wiele, ale do wszystkiego doszłam sama. To wielka wartość w życiu. Dając dziecku za dużo i za wcześnie, robi mu się krzywdę. Bo jaki ma mieć wtedy cel? Kiedy człowiek dorobi się czegoś sam, to szanuje innych, życie i świat.

Przez wiele lat pilnowała pani prywatności córki. A teraz?
Uważam, że to odrębny człowiek i nie mam prawa opowiadać o nim bez jego zgody. Zawsze tak uważałam, nawet jak Agata była małym dzieckiem. Niedawno zapytałam ją jednak, czy mogę coś czasem o niej napomknąć. Odpowiedziała: „Mamo, ja już urosłam, a ty sama masz wyczucie, gdzie jest granica”. Moja córka jest dziś mądrym i głębokim człowiekiem. Ma też wspaniałego synka, mojego ukochanego wnuka.

Jest znaną fotografką. Jak patrzy na mamę przez oko obiektywu?
Bardzo pięknie współpracuje. Potrafi stworzyć taką atmosferę, że osoba fotografowana czuje duży psychiczny komfort, co podczas sesji jest szalenie ważne, bo to dość intymna sytuacja. Kiedy czasami razem pracujemy, mogę rozjaśnić emocjonalnie twarz, zapomnieć o wszystkim, co problemowe, wyciszyć się. Poza tym Agata robi wspaniałe zdjęcia i zawsze w tym szuka piękna. Jak od dawna obserwuję, ludzie lubią z nią obcować zarówno w pracy, jak i w życiu.

Lubi panią na scenie?
Kiedyś powiedziała, że jest ze mnie dumna. To wielki komplement usłyszeć coś takiego od własnego dziecka. Czasem słucha moich nagrań, przy niektórych nawet się wzrusza. Pamiętam, że kiedy ją urodziłam, powiedziałam sobie, że muszę tak śpiewać i dobierać repertuar, żeby moje dziecko nigdy nie musiało się za mnie wstydzić.

Co to znaczy: „Jestem sałatką z twardych jesiennych orzechów”? To z pani wiersza.
Dalej jest tam jeszcze – „i świeżo zielonych listków”. To znaczy, że jestem silna i w drodze do mety, czyli nie stronię od świadomości śmierci. Staram się ją w sobie oswoić. Jednak te listki dopowiadają, że wciąż się czegoś uczę i miewam młodzieńczą nadzieję.

Wyobraża sobie pani życie bez śpiewania? Że scena mogłaby któregoś dnia się skończyć, widzowie – odmówić uwagi?
Scena tak, bo trochę nią jestem zmęczona, ale twórczość nie, ponieważ to paliwo dla mojej wyobraźni, napęd do spełnionego istnienia. Kocham tworzyć, różne zresztą rzeczy. A gdyby mnie opuścili widzowie, przyjęłabym to z godnością i poszukała innego zajęcia. Nie mam z tym problemu. W życiu jestem gotowa na różne ewentualności. Jestem dość mocno zahartowana.

Walczy pani o publiczność? Gusta się zmieniają, publiczność się zmienia.
Ale mówimy cały czas o tym samym – chcemy coś pięknego przeżyć, coś zrozumieć, kochać, dawać, brać… Rolą artysty jest proponować siebie widzowi, a nie dostosowywać się do jego niekoniecznie trafnych oczekiwań. Prawdziwy artysta nie wychodzi naprzeciw gustom. Raczej pracuje nad kolejnym ciekawym zaskoczeniem. To dużo trudniejsza droga, ale gdy się uda, przynosi znacznie większą satysfakcję. Ja tylko dbam o to, aby nie stawać się artystką przebrzmiałą, żeby być człowiekiem współczesnym.

Współczesnym, czyli jakim?
Takim, który dostrzega to, co dzieje się wokół niego teraz, i który do tego „teraz” ma prawo. Nie uważam, że jak się skończy ileś tam lat, to wypada się powoli wycofywać z wszystkiego. No, chyba że się tego pragnie albo nie ma się nic do powiedzenia. Dopóki jednak mamy siłę i coś sensownego do przekazania, to trzeba to robić.

Czy artysta może nie zauważyć, że przekracza granicę profesjonalizmu?
Tak, to się może zdarzyć, zwłaszcza gdy człowiek traci orientację na swój temat, a w zamglonym lustrze widzi tylko swoje piękne wspomnienie o dawnej sobie. Mam nadzieję, że zgodnie ze słowami piosenki Młynarskiego wyczuję, „kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni”, i odejdę, zanim zacznę wzbudzać litość. Wierzę, że na razie tak się jeszcze nie dzieje…

Zdarza się pani patrzeć na młodych wokalistów i myśleć: „Nie tędy droga”?
Dla każdego, kto długo chce istnieć na scenie, podstawą jest być utalentowanym, pracowitym i innym niż wszyscy. To pozwala rozłożyć karierę na długie lata. Kiedy zaczynałam, stawiało się na robienie waloru z prawdy o sobie. Przykro mi to mówić, ale obecnie najczęściej odnoszę wrażenie, jakbym słuchała wokalistów z tej samej taśmy produkcyjnej. Czasem trudno odróżnić zarówno głosy, jak i wygląd. Prawie każdy kogoś naśladuje, próbuje komuś dorównać, zaśpiewać tak jak jego idol. Czasem mu nawet dorównuje, tylko po co. Szkoda, że tego rzetelnie się nie uczy. Indywidualizm w sztuce to zasada ponadczasowa. Kilka ciekawych, dobrze zapowiadających się młodych osobowości na szczęście jest. Ale na pewno mniej niż w czasach, gdy ja zaczynałam.

Kiedy w 1976 roku zaśpiewała pani „Summertime”, mówiono, że narodziła się polska gwiazda.
Ja też na początku śpiewałam znane kompozycje, ale zawsze to robiłam inaczej, od siebie. Gdy miałam 16 lat, jeden z moich starszych kolegów, muzyk Michał Szóstek, pokazał mi Gershwina, którego prawie nie znałam. Zagrał „Summertime” i od razu się w tym utworze zakochałam. Michał grał, ja śpiewałam tak, jak czułam. Nie znałam innych wersji, więc w głowie nie miałam żadnych porównań. Nie znałam nawet wykonań Elli Fitzgerald ani Janis Joplin. Dlatego z łatwością zbudowałam interpretację własną.

Hanny Banaszak na scenie i w życiu są różne?
Nie przypuszczam, ale nie mnie to oceniać. Staram się zachować równowagę pomiędzy pracą a życiem. Na scenie próbuję interpretować to, czym inspiruje mnie codzienność, a w życiu – czerpać energię ze scenicznego spełnienia. Specjalnie też nie zmieniam się wizualnie. Nie stosuję masek, staram się przekazywać prawdę.

Jakie wspomnienia, osoby, myśli pojawiają się, kiedy śpiewa pani piosenkę?
Coraz częściej brakuje mi ludzi z mojego świata. Jedni odeszli, inni odchodzą, a reszta, która została, czuje się coraz bardziej osierocona. Czasem śpiewam dla nich, myślę o nich. Odrywam się od dość smutnej rzeczywistości dźwiękami, które im posyłam na scenie.

A gdyby tak uciec światu, zgiełkowi?
Ja już trochę uciekłam. Od lat przecież jestem obok, a nie w mateczniku artystycznych zdarzeń. Sama tak wybrałam i tak mi się podoba. Podążam własnym, wytyczonym przez siebie szlakiem i nie jest mi z tym źle.

Amerykański poeta William S. Merwin, z którym rozmawiałem dla „Zwierciadła”, napisał w wierszu: „Ostatniego dnia świata chciałbym zasadzić drzewo”. Co zrobiłaby pani ostatniego dnia świata?
Przeprosiłabym za nas, bo drzewo nadziei na lepsze jutro byłoby już zasadzone.

Hanna Banaszak, ur. w 1957 r. Karierę wokalistki rozpoczęła pod koniec lat 70. Teksty i muzykę tworzyli i tworzą dla niej: Wasowski, Przybora, Kofta, Matuszkiewicz, Młynarski, Satanowski, Pawluśkiewicz, Preisner i inni. Nagrała kilkanaście płyt. Od kilku lat swe recitale dopełnia własnymi kompozycjami i tekstami. Wydała tomik wierszy, ma w dorobku trzy wystawy fotograficzne. Uhonorowano ją licznymi nagrodami i wyróżnieniami, m.in.: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” i Bursztynowym Słowikiem.

  1. Kultura

Tilda Swinton nagrodzona Złotym Lwem za całokształt twórczości

Tilda Swinton, 77. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji (Fot. Yara Nardi/Forum)
Tilda Swinton, 77. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji (Fot. Yara Nardi/Forum)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
"Kino to moje szczęśliwe miejsce, moja prawdziwa ojczyzna", powiedziała Tilda Swinton odbierając Złotego Lwa za całokształt twórczości podczas uroczystej ceremonii otwarcia tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji. 

Trwa 77. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji. Podczas uroczystej ceremonii otwarcia, Złotego Lwa za całokształt twórczości otrzymała aktorka Tilda Swinton. Statuetkę odebrała z rąk Cate Blanchett, przewodniczącej jury, a następnie z dumą uniosła ją w górę wykrzykując "Viva Venezia. Kino, kino, kino... Wakanda Forever. Tylko miłość!". Swoimi słowami uczciła pamięć zmarłego niedawno Chadwicka Bosemana, aktora znanego m.in. z "Czarnej Pantery".

"Zawsze grasz samego siebie. Każdą postać musisz przepuścić przez swoje doświadczenia, a przez pryzmat każdej roli patrzysz też na swoje życie" - tak Tilda Swinton mówi o swoim zawodzie. Dziś przypominamy jej najważniejsze kreacje filmowe i odkrywamy, czego możemy się od nich nauczyć.

Wybór i opracowanie: Joanna Olekszyk

„Orlando”

Dla wielu osób film kultowy. Opowiada o podróży młodego szlachcica Orlando, który na przestrzeni wieków szuka swojej tożsamości, stopniowo zmieniając się w kobietę i ostatecznie odkrywając, że płeć to tylko rola, jaką mamy do odegrania.

Kadr z filmu 'Orlando' (Fot. Image Capital Pictures/Forum) Kadr z filmu "Orlando" (Fot. Image Capital Pictures/Forum)

„Musimy porozmawiać o Kevinie”

Historia nieperfekcyjnej matki, która nie radzi sobie z wychowaniem syna. Film porusza jeden z tematów tabu w naszej kulturze i zadaje odważne pytanie: Czy matka może nie kochać swojego dziecka? Dla Tildy była to próba zmierzenia się z największym lękiem, jaki przeżywa kobieta w ciąży – że nie uda jej się nawiązać kontaktu ze swoim jeszcze nienarodzonym dzieckiem.

Kadr z filmu 'Musimy porozmawiać o Kevinie' (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Musimy porozmawiać o Kevinie" (Fot. BEW Photo)

„Michael Clayton”

– Kiedyś zapytano mnie, co było największym wyzwaniem w moim życiu. Odpowiedziałam: zagranie bezwzględnej prawniczki wielkiej korporacji – wyznała Tilda. – Karen to samuraj, którego cesarzem jest firma, jest jak żołnierz gotowy do wykonania każdego rozkazu. Bezwzględna i bezbłędna, a ponieważ zajmuje wysokie stanowisko i jest kobietą, musi przebić „szklany sufit” i udowodnić wszystkim, że zasługuje na duże pieniądze, jakie jej płaci firma. To jedna z najbardziej przerażających i odhumanizowanych kreacji w karierze aktorki, uhonorowana Oscarem.

Kadr z filmu 'Michael Clayton' (Fot. NG Collection/Forum) Kadr z filmu "Michael Clayton" (Fot. NG Collection/Forum)

„Tylko kochankowie przeżyją”

Lekcja na temat tego, jak trwać długo w udanym związku. Eve i Adam, małżeństwo wampirów, są ze sobą całą wieczność, mają różne charaktery, ale też różne przyzwyczajenia i pasje, na dodatek mieszkają osobno, na dwóch przeciwległych krańcach świata. A mimo to łączy ich silna więź, wręcz telepatyczna, tak jakby byli dwoma różnymi kawałkami jednej całości.

Kadr z filmu 'Tylko kochankowie przeżyją' (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Tylko kochankowie przeżyją" (Fot. BEW Photo)

„Jestem miłością”

Bohaterka grana przez Tildę jest rosyjską arystokratką, żoną majętnego Włocha, osamotnioną zarówno w Mediolanie, jak i w małżeństwie, tęskniącą za miłością, którą niespodziewanie zaczyna czuć do przyjaciela swojego syna. To opowieść o tym, czy siła uczucia jest w stanie pokonać wszelkie przeszkody.

Kadr z filmu 'Jestem miłością' (Fot. NG Collection/Forum) Kadr z filmu "Jestem miłością" (Fot. NG Collection/Forum)

„Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa”

Biała Czarownica w wydaniu Tildy jest zła w najbardziej przerażający sposób, bo opierający się na emocjonalnej niestabilności. Tworząc tę postać, aktorka opierała się na doświadczeniach z własnego dzieciństwa i tym, czego najbardziej się bała – wcale nie krzyku czy groźby, ale chłodnej grzeczności przechodzącej w okrucieństwo.

Kadr z filmu 'Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa' (Fot. BEW Photo) Kadr z filmu "Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa" (Fot. BEW Photo)

„Nienasyceni”

Początkowo Tilda nie chciała zagrać w tym filmie ani w żadnym innym z powodu cierpienia po śmierci matki. Ostatecznie przyjęła tę rolę, ale ponieważ prywatnie ciężko było jej wydobyć z siebie głos, zaproponowała, by jej postać – piosenkarka rockowa - również była (na skutek operacji) bez głosu. Jej milczenie jest tu przeciwieństwem hałasu, jaki robią inni ludzie dookoła niej, i konsekwencją chaosu z jej przeszłości, który czasem ma wpływ na jej teraźniejszość.

Kadr z filmu 'Nienasyceni' (Fot. Image Capital Pictures/Forum) Kadr z filmu "Nienasyceni" (Fot. Image Capital Pictures/Forum)