1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Polskie akcenty na Festiwalu Filmowym Mar del Plata w Argentynie

Polskie akcenty na Festiwalu Filmowym Mar del Plata w Argentynie

Trwa 26. Mar del Plata International Film Festival, odbywający się w dniach od 5. do 13. listopada. Przewodniczącym jury międzynarodowego tegorocznej edycji Festiwalu jest Jacek Bromski, Prezes Stowarzyszenia Filmowców Polskich.

Do głównego konkursu międzynarodowego zakwalifikowanych zostało 13 filmów, wśród nich polski kandydat do Oscara - W ciemności Agnieszki Holland. Obraz konkuruje z filmami z  Argentyny, Wielkiej Brytanii, Francji, Chile, Meksyku, Singapuru, Iranu, Niemiec, Stanów Zjednoczonych.

Program Festiwalu jest bogaty - 27 sekcji konkursowych, wydarzeń, imprez specjalnych. Wśród nich  program Focus on Poland, czyli przegląd nowych polskich filmów: Wymyk, w reż. Grega Zglińskiego, Uwikłanie, w reż. Jacka Bromskiego, Róża, w reż. Wojciecha Smarzowskiego, Sala samobójców,  w reż. Jana Komasy, Kret, w reż. Rafaela Lewandowskiego i animacja 3D Miasto ruin. Przewodniczący jury międzynarodowego - Jacek Bromski, jest laureatem Grand Prix Festiwalu  Mar del Plata z 2001 za film To ja złodziej. Film Jacka Bromskiego otrzymał wówczas obok Grand Prix również nagrodę jury katolickiego i nagrodę za scenariusz.

Festiwal w Mar del Plata w Argentynie należy do ścisłej czołówki międzynarodowych festiwali filmowych. Zakwalifikowany został przez organizację FIAPF (International Federation of Film Producers Associations) do 14 najważniejszych imprez filmowych na świecie, obok m.in. festiwalu w Cannes, Berlinie i Wenecji.

Szczegóły na

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Film "Sala samobójców. Hejter" dostępny na VOD

Maciej Musiałowski (fot. Jarosław Sosiński, materiały prasowe Kino Świat)
Maciej Musiałowski (fot. Jarosław Sosiński, materiały prasowe Kino Świat)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Najnowszy film Jana Komasy, "Sala samobójców. Hejter" można obejrzeć już legalnie w Internecie za pośrednictwem VOD. Dystrybutor zdecydował się na taki ruch po tym, jak zaledwie tydzień po premierze filmu zamknięto kina z powodu epidemii koronawirusa.

Autorką plakatu do filmu 'Sala samobójców. Hejter' jest ilustratorka Olka Osadzińska Autorką plakatu do filmu "Sala samobójców. Hejter" jest ilustratorka Olka Osadzińska

Pomimo epidemii, w ciągu pierwszego weekendu wyświetlania obraz przyciągnął do kin grubo ponad sto czterdzieści tysięcy widzów. Tym samym reżyserowi Janowi Komasie udała się rzecz niezwykła. Ledwo opadły przecież emocje wokół jego „Bożego ciała”, które dopiero co biło się o Oscara. I które także, tak jak „Sala samobójców. Hejter”, od pierwszego dnia przyciągało do kin tłumy widzów.

Dlaczego nie?

„Skąd ta popularność?" — będą zastanawiać się ci, którzy „Sali samobójców. Hejtera” jeszcze nie widzieli. Kto film już zobaczył, zna odpowiedź. Nad historią, którą pokazał Komasa na ekranie, trudno przejść do porządku dziennego.

No ale po kolei. Najnowszy „Hejter” miał być w założeniu kontynuacją głośnej „Sali samobójców”, nakręconej ponad dziewięć lat temu. Wtedy oglądaliśmy historię nastolatka (zagranego świetnie przez Jakuba Gierszała), który uzależnia się od wirtualnego świata. Spędza w sieci praktycznie cały czas, co kończy się tragicznie dla niego samego i niezwykle boleśnie dla jego bliskich. Czy Komasa opowiada dalszy ciąg tej konkretnej historii? I tak i nie. W „Hejterze” jest łącząca te dwie fabuły bohaterka – o czym za chwilę. Pobrzmiewają też znajome wątki. I tym razem reżyser pokazuje nam, jak niebezpiecznym żywiołem jest sieć i media społecznościowe. Tyle że przez te 9 lat, jakie minęły od premiery pierwszej części, świat – również ten wirtualny – bardzo się zmienił. A więc i „Hejter” to zupełnie inna opowieść.

Głównym bohaterem jest tu Tomek. Chłopak z maleńkiej miejscowości, który trafia do Warszawy i zaczyna studia prawnicze. Szybko orientujemy się, że ambicje ma ogromne, wierzy, że świat stoi przed nim otworem. W sumie, dlaczego nie? Zwłaszcza, że są państwo Krasuccy. Wielkomiejscy, zadowoleni z siebie, zamożni, z koneksjami. Znają Tomka od dziecka. Jeździli do miejscowości, gdzie się wychował, na wakacje, a teraz wspierają go finansowo. Wszystko to brzmi pięknie, gdyby nie pewna podsłuchana – wcale nie przypadkiem – rozmowa, z której jasno wynika, że co prawda z pozoru otwarci i pełni troski Krasuccy Tomka finansują, ale za plecami się z niego podśmiewają i nim pogardzają. Uważając za parweniusza z zapadłej wiochy, który zaproszony na kolację nie wie nawet, jak zachować się przy stole. Cios jest dla Tomka tym większy, że potajemnie kocha się w córce Krasuckich – Gabi, a ona również bezceremonialnie się z niego wyśmiewa. Zresztą sama Warszawa okazuje się nie być dla Tomka tak przyjazna, jak mu się mogło wydawać. Miasto wielkich możliwości? Dobre sobie, nasz bohater dzwoniąc do dziesiątek firm, do których śle CV, wciąż słyszy to samo. Że nie są nim zainteresowani. No i jeszcze studia. Tomek z hukiem wylatuje z uczelni oskarżony o plagiat, na nic zdają się tłumaczenia, że ciężko utrzymać się w stolicy, że brak mu czasu na pisanie.

Wspólne ogniwo

To jeszcze moment, kiedy trzymamy za niego kciuki. Jak długo? Odpowiedź w kinie. Po drodze staje się dla nas jasne, że ambicja, instynkt przetrwania, urażona duma i złamane serce popchną Tomka do najgorszego. A pomocne okażą się tu nowe media i zapotrzebowanie na internetowych trolli. Hejt w sieci, suto opłacane kampanie, które mają niszczyć znanym osobom karierę, preparowanie fake newsów, fałszywe konta na Facebooku i Instagramie? Dlaczego nie. Firma, która po pierwsze w ogóle go zatrudnia, po drugie oferuje mu dobre pieniądze, a przede wszystkim – co się wkrótce okaże – daje mu właściwie nieograniczoną władzę nad życiem innych ludzi, jest agencją wyspecjalizowaną w czarnym PR-ze. I tu właśnie pojawia się wspomniana bohaterka łącząca obie części „Sali samobójców”. Grana przez Agatę Kuleszę Beata Santorska. Poznaliśmy ją 9 lat temu jako matkę głównego bohatera, teraz jest szefową agencji.

Młodzi zdolni

A skoro już o dobrych rolach mowa: obsada „…Hejtera” robi wrażenie. Dość wspomnieć Danutę Stenkę (gra Krasucką) czy Macieja Stuhra, który w filmie wciela się w Pawła, kandydata na prezydenta. Sympatycznego i zupełnie nieświadomego spisku, jaki się przeciwko niemu zawiązuje, czarnej kampanii wymierzonej przeciwko niemu. A jednak aktorem, który ma wręcz hipnotyczną zdolność skupiania na sobie uwagi jest tu grający Tomka Maciej Musiałowski (nie mylić z Maciejem Musiałem!).

Maciej Musiałowski (fot. Jarosław Sosiński, materiały prasowe Kino Świat) Maciej Musiałowski (fot. Jarosław Sosiński, materiały prasowe Kino Świat)

To właściwie debiutant, znany do niedawna głównie z serialu „Druga szansa” i programu „Ameryka Express”, a teraz także z TVN-owskiego „Kodu genetycznego”. Oraz z roli w warszawskim Och-Teatrze w spektaklu „Stowarzyszeniu umarłych poetów”, o którym wspominam także dlatego, że gra tu swoją postać na zmianę z właśnie, nomen omen, Maciejem Musiałem. W „Hejterze” daje popis umiejętności. Z jednej strony jest wrażliwcem, właściwie jeszcze dzieciakiem, typem dobrego ucznia, który tylko czeka, żeby się wykazać i żeby go pochwalono. Z drugiej – karierowiczem potajemnie pałającym żądzą zemsty. Musiałowski umie te skrajne cechy brawurowo połączyć. I jest przekonywujący. Co można powiedzieć także o Vanessie Aleksander, filmowej Gabi. To dużo mniejsza, a jednak także udana rola.

Vanessa Aleksander (fot. Jarosław Sosiński, materiały prasowe Kino Świat) Vanessa Aleksander (fot. Jarosław Sosiński, materiały prasowe Kino Świat)

Trzeba przyznać, że Jan Komasa ma oko do młodych talentów. Zjawiskowy Bartek Bielenia, nagrodzony właśnie statuetką Orła za rolę chłopaka udającego księdza w „Bożym ciele” jest na to doskonałym dowodem. Tak zresztą jak Zofia Wichłacz z „Miasta 44” czy wreszcie Jakub Gierszał, dla którego poprzednia „Sala samobójców” była jedną z pierwszych ważnych ról. „Hejter” jest wreszcie potwierdzeniem ogromnego talentu scenarzysty, zaledwie 28-letniego Mateusza Pacewicza. Pracowali z Komasą już przy „Bożym ciele”, jeździli je promować w Stanach przed Oscarami. Dla obydwu międzynarodowy sukces tamtego filmu oznacza propozycje płynące m.in. z Hollywood. I dobrze, bo to jeden z ciekawszych duetów reżyser-scenarzysta w naszym kinie.

Efekt Komasy

Ciekawe, bo o ile „Boże ciało” wydaje się być opowieścią o tym, że w człowieku tkwi dobro, które może ujawnić się nawet w okolicznościach mocno ku temu niesprzyjających, o tyle „Hejter” jest tej tezy lustrzanym odbiciem. Zło jest tu tym groźniejsze, że zupełnie nieuchwytne. Jego inicjatorów nie da się przyłapać na gorącym uczynku. Sprawcy to niekoniecznie ci, którzy zaciskają pięści czy sięgają po broń i robią komuś fizyczną krzywdę. Płatni hejterzy tacy jak Tomek siedzą grzecznie za swoimi biurkami, przed ekranami swoich laptopów. Po prostu chcą mieć pracę i właśnie za hejt im płacą. Czy to oni są winni jego konsekwencjom? Złamanym karierom, załamaniom nerwowym, a nawet realnemu rozlewowi krwi? Film stawia te i wiele innych pytań, choćby to najprostsze: „Dokąd to wszystko zmierza?”. Ale przy okazji dobrze diagnozuje też współczesną Polskę. Wydawać by się mogło, że nie jesteśmy społeczeństwem hierarchicznym, że lata PRL-u skutecznie wyrównały nas pod względem klasowym. Naprawdę? To dlaczego dzieciaki z prowincji, takie jak Tomek, w zetknięciu z sympatycznymi, tolerancyjnymi i otwartymi kosmopolitami takimi jak Krasuccy, tak często czują się, delikatnie mówiąc, jak obywatele drugiej kategorii? Albo wprost: jak śmiecie?

„Sala samobójców. Hejter” idealnie punktuje i nasze narodowe grzechy i globalne zagrożenia, ale, zdaje się, wcale nie to jest jego największą siłą. Koniec końców w kinie bardziej niż o trafne diagnozy chodzi jednak o to, żeby coś poczuć, o autentyczne emocje. A Komasa jak mało kto umie je wywoływać. Mam nadzieję, że nie zdradzę zbyt wiele, jeśli napiszę, że wzroku Tomka z finałowej sceny się nie zapomina. I efekt ten, zapewniam, utrzymuje się jeszcze długo po seansie.

  1. Kultura

Jan Komasa - okno z możliwościami

Jan Komasa. (Fot. Rafał Placek)
Jan Komasa. (Fot. Rafał Placek)
Nominacja do Nagrody Akademii Filmowej dla „Bożego Ciała” katapultowała Jana Komasę do oscarowej ligi. "Nigdy nie bałem się wyzwań, ale boję się, że nie wykorzystam w pełni tej chwili" – mówił nam przed uroczystością. Dziś premiera jego kolejnego filmu, "Sala samobójców. Hejter". 

Oscary, Hollywood, szampan, złoto i światowi celebryci – zmiana w życiu?
Na pewno, choćby pod tym względem, że teraz przez parę miesięcy, przynajmniej do ogłoszenia kolejnych oscarowych nominacji za rok, ludzie chcą bardziej niż kiedykolwiek słuchać, co mam do powiedzenia. Mam na myśli głównie producentów. To jest ten moment, w którym każdy filmowiec, by pracować dalej, powinien skupić się i wykorzystać szansę: otwiera się portal z możliwościami. Normalnie trzeba się przebijać, chodzić, znajdować, szukać własnego „momentum”. A teraz ta chwila jakby sama do mnie przyszła. już nominacja do Oscara to rodzaj paszportu – „byłeś w tej stawce; liczysz się bardziej”.

Jesteś w tej „stawce”, czyli „oscarowej lidze”, jednym z młodszych.
Jeżeli chodzi o Polaków, zazwyczaj nominowani byli twórcy już jakoś uznani. I dobrze. Skądinąd w ciągu ostatnich dziesięciu lat mieliśmy jeden z lepszych okresów w polskiej kinematografii – Oscar dla „Idy” i Pawła Pawlikowskiego był tego ukoronowaniem.

Twoje „Boże Ciało” wykracza poza tu i teraz. Teoretycznie jest filmem bardzo polskim: kościół katolicki, wiara, domowy fałsz w małej społeczności i tak dalej. A jednocześnie – co, jak myślę, zostało zauważone przez akademię Filmową – jest filmem uniwersalnym. Wyczuwałeś to już na poziomie scenariusza czy temat „rósł ci w rękach”?
Pamiętam twojego lakonicznego SMS-a po premierze „Bożego ciała”: „Dotknąłeś!”. I o to chodzi – ja chcę dotykać; dotykać różnych trudno wyrażalnych spraw, dotykać widzów, robić wszystko, by odbiorcy filmów nie pozostawali obojętni, bez względu na to, skąd są i gdzie mieszkają. Nigdy się nie kieruję jakimś konkretnym punktem widzenia, czy socjologicznym, czy politycznym. Nie uprawiam publicystyki. Staram się podążać właśnie za tematem uniwersalnym czy raczej za tym, co w danym temacie jest uniwersalnego. Na przykład „Miasto 44” to dla mnie nie jest opowieść tylko o powstaniu warszawskim, chociaż tak się o tym filmie mówi, ale o nienawiści, jej narodzinach, o tym, co wyczynia z ludźmi i jak łatwo można wpaść w szaleństwo wojny. Tak samo jest z „Bożym Ciałem” – to od początku był dla mnie film o jakimś terrorze bycia w grupie, o tym, co sobie robimy, że definiujemy się nawzajem jako lepszych i gorszych, kierując się pozorami, etykietkami, że główny bohater skazany już w zasadzie na niebyt społeczny nagle poprzez oszustwo uzyskuje to, że ludzie go słuchają, a ma coś do powiedzenia. Wystarczy zmienić jedną składową w łańcuszku kłamstw i świat się odmienia, i tak dalej…

I że wartości czasem są tam, gdzie nikt, kierując się społecznymi schematami, by ich nie szukał.
Tak jest. Ta nasza umowa społeczna jest absolutnie manewrowalna – na dobre i na złe, a władzę dzierży ten, kto dzierży narrację. Oczywiście, dochodzi do tego opowieść o duchowości, o jej potrzebie. To nie jest uzależnione od religii czy kraju… Niedawno, kilka dni temu, Koreańczycy zainteresowali się „Bożym Ciałem”, być może będą robić remake.

„Sala samobójców. Hejter” to twój nowy film. Młody chłopak z prowincji, zakompleksiony, ale ambitny, nie może przebić warszawskiego szklanego sufitu. Jego frustracja prowadzi do nieszczęścia. Film o wykluczeniu, o nienawiści rodzącej się z wykluczenia?
Wydaje mi się, że jest to zdanie tyleż celne, co zwodnicze. Oczywiście, do pewnego stopnia jest to film o wykluczeniu, ale mnóstwo ludzi jest wykluczonych, a nie zabijają. Zatem ten film jest rodzajem prowokacji – chciałem go zrobić, żeby przestraszyć wszystkich tym, jak kruche jest to, co tworzymy wokół siebie: wartości, kręgi zaufania. Cały czas interesują mnie wątki, które pojawiają się w „Mieście 44” czy w pierwszej „Sali samobójców” – wątki apokaliptyczne. Bez względu na to, czy apokalipsa nadciąga nad całe miasto, czy nad rodzinę (kiedy widzimy jej rozkład; na marginesie, zawsze bardzo mocno przemawiał do mnie „American Beauty” Sama Mendesa). Interesowało mnie pokazanie owej apokalipsy w różnej skali, przewrotnie, bo z punktu widzenia twórców tego końca świata, ludzi go wywołujących – w przypadku „Hejtera” poprzez użycie social mediów i podobnych narzędzi.

Jan Komasa na planie filmu 'Sala samobójców. Hejter'. (Fot. Jarosław Sosiński) Jan Komasa na planie filmu "Sala samobójców. Hejter". (Fot. Jarosław Sosiński)

Bohater „Hejtera” zrozumiał, że pewnych rzeczy nie „przeskoczy”. Choćby skończył Harvard, zawsze będzie człowiekiem spoza „elity”.
Tak. Tylko, jak powiedziałem, nie każdy z podobnego powodu zabija. To, oczywiście, jest ważny wątek: historia to potwierdza, i to nie raz – wśród tych wykluczonych znajdzie się czasem ktoś, kto się nie zatrzyma. I to jest przerażające, i również dlatego trzeba walczyć z wykluczeniem. Przecież – to skrajny przykład – Adolf Hitler (studiowałem wczesny, „formatywny” okres jego życia), kiedy był nastolatkiem, próbował się rozbijać po salonach Wiednia, gdzie jego rówieśnicy i ludzie trochę starsi byli dobrze zakorzenieni. Chodził na rauciki, imprezy w tym „wiedeńku”, odpowiedniku naszej warszawki, i niby tam był, niby aspirował, wydawał pieniądze rodziny, by zaistnieć, jednak ciągle miał nad sobą szklany sufit. Ściskano mu rękę, mówiono, jak jest fajnie, a jednak drabina była tak wysoka, że byłoby mu potrzebne pokolenie lub dwa, żeby naprawdę stał się dla tych salonów partnerem. To rodziło uraz, frustrację prowadzącą do obsesji, której skutki były straszliwe.

Czy to jest do uniknięcia? Czy takie szklane sufity jak ten oddzielający twojego bohatera Tomka Giemzę od rodziny państwa Krasuckich mogą w ogóle zniknąć?
Nie chcę narzucać swojej interpretacji, jest ona tylko jedną z wielu możliwych: uważam, że trudno tego uniknąć. Możemy próbować być otwarci jak tylko się da, ale czasem – i jest to straszne, i prowokacyjne – nawet dobre odruchy mogą okazać się destrukcyjne, zabójcze. To sytuacje bez wyjścia, jak z tragedii greckiej – pewne rzeczy zdają się nie do uniknięcia. W koszmarze sennym widzimy zbliżającego się potwora i nic nie możemy zrobić, mamy nogi jak z ołowiu. Poprzez taką piętrową prowokację chciałbym filmem wywołać rozmowę, dyskusję.

Po sukcesie „Bożego Ciała” wyprowadzisz się, uciekniesz, wyemigrujesz – Kalifornia wzywa?
Propozycji jest dużo. Amerykański rynek nie jest dla mnie aż taką nowością, jeżdżę tam – właściwie tylko do Los Angeles – od dziesięciu lat co roku na co najmniej kilka tygodni. Teraz rzeczywiście otworzyło się okno z możliwościami. Dla Amerykanów już sama oscarowa nominacja to dużo, bo stawia człowieka na liście reżyserów różnych projektów, czy to filmów kinowych, czy seriali. I, oczywiście, poważnie rozważam jakiś rodzaj przeprowadzki, niczego nie wykluczam, ponieważ perspektywa robienia czegoś po angielsku zawsze była dla mnie nęcąca. Choć szczególnie pociągająca byłaby sytuacja, gdyby zadziało się to w Polsce, to znaczy, gdyby te hollywoodzkie pieniądze trafiły tu do nas, gdyby projekty z amerykańskimi lub angielskimi środkami i aktorami, przy polskim współudziale, mogłyby być realizowane u nas. Taką międzynarodową formułę kina zawsze miałem gdzieś w głowie, zawsze mi imponowała. Bardzo cenię filmowców, którzy potrafili przekroczyć granicę pomiędzy ambitnym kinem lokalnym a angielskojęzycznym, nie tracąc na poziomie. Oczywiście, są też przykłady tego, jak ktoś został zjedzony przez Hollywood, jak talent czy kreatywność zdezawuowały się, spaliły w zderzeniu z tym „wielkim przemysłem”.

Boisz się?
Boję się tylko, że nie wykorzystam w pełni tych otwartych dzisiaj drzwi. Naprawdę mam tak „przestawiony wektor”, że lubię dużo pracować i nigdy nie bałem się wyzwań, lubiłem się mierzyć z rzeczami, które wydają się poza zasięgiem. Przyzwyczaiłem się też do odrobiny szaleństwa – bo na przykład w takim projekcie jak „Miasto 44” szaleństwo było potrzebne, by taki film w ogóle zrobić, więc… poświęcenie mnie stymuluje. Takie miesiące jak te ostatnie, kiedy masę czasu spędziłem w LA na chodzeniu, spotykaniu się, rozmawianiu z największymi producentami stojącymi za wieloma ważnymi filmami, które czytelnicy „Zwierciadła” widzieli w ostatnich latach w kinach – to zaczęło mnie motywować. Zresztą okazało się, że to są tacy sami producenci jak tutaj, ekipy działają na podobnych zasadach jak u nas, a koniec końców liczy się to, co masz do powiedzenia i czy potrafisz to powiedzieć.

Tego ostatniego – rzemiosła – uczysz studentów.
Chcę przekazywać moim studentom także rodzaj wrażliwości, choć nie wiem, czy mi się to uda, bo jako wykładowca zawalam terminy, zwłaszcza ostatnio. Z bólem, ale coś za coś. Może zdobędę jakąś wiedzę, którą będę mógł się dzielić trochę później. Uważam, że największym moim życiowym odkryciem czy wartością jest potrzeba dzielenia się. Wiesz, polskie środowisko filmowe, zresztą nie tylko polskie, przez wiele lat cierpiało na coś w rodzaju syndromu oblężonych twierdz, pewnych baniek, w których filmowcy się zamykali… Pamiętam – to mnie uderzało, kiedy zaczynałem – potworną nieufność w biznesie filmowym. Mam taką naiwną nadzieję, że udaje się to zmieniać, że można się dzielić wiedzą, kontaktami, możliwościami, rozdawać to wszystko, bo przecież jako twórcy musimy się uczyć ciągle zmieniającej się rzeczywistości. Nie można tego robić, zamykając się. O, takie misyjne mam podejście, może naiwne, ale ono daje mi spokój ducha w zakręconym dla mnie czasie.

Tak zakręconym, że aż trafiłeś do kalifornijskiego szpitala.
Kamienie nerkowe. Bolało. Akurat po nominacji się zaczęło. Wcześniej nic nie czułem, więc podejrzenia były różne, niepokojące. Spędziłem kilka dni, łykając środki przeciwbólowe, jednocześnie wokół te splendory… Czyli były udręka i ekstaza – „jakie to katolickie…” – tak powiedział jeden ze znajomych producentów.

Jak rodzina przyjęła sukces? Żona, dzieci, siostra?
Spore obciążenie. Oczywiście, oprócz radości. Pewnie to minie, uspokoi się. Choć przy okazji poprzednich produkcji już poznałem trochę, co to jest popularność czy waga pewnego sukcesu. I wiem, że człowiek, jego ciało, zawsze reaguje, czy to sukces, czy porażka, napina się podobnie, stresuje się fizycznie i szczęściem, i nieszczęściem. Mam już pewne doświadczenie i mam nadzieję, że potrafię do wszystkiego podejść z dystansem większym niż kiedyś. I że w jakimś spokoju będę razem z żoną wychowywał dzieci dalej, choć nie jest to łatwe, kiedy dużo pracy, kiedy tyle się dzieje. Już od momentu trafienia na tę oscarową short listę mój syn na treningach piłkarskich słyszał: „Tata jest w Hollywood”, córka też jest pytana na imprezach o ojca. No cóż, to normalne, byle jakoś nie przesadzić.

„Młody reżyser z Polski” – tak pisano w nagłówkach zagranicznych gazet przy okazji nominacji. Fajnie. Może już nigdy nie przestaniesz być młody? Dorian Gray przemysłu filmowego. Nie irytuje cię to trochę?
[Śmiech]. Myślę o sobie wciąż jak o młodym człowieku. Mam takie trochę podwójne życie, bo niby młody, ale już 19-letnia córka, czyli teoretycznie mógłbym być dziadkiem (choć córki nie namawiam), z drugiej strony… W jednym życiu jestem przed czterdziestką – pamiętam, kiedy zaczynałem w 2001 roku szkołę filmową, normą było, że reżyserzy debiutują w wieku 40 lat – „w drugim życiu” mam przecież już spore doświadczenie. Ale do każdego projektu podchodzę, jakbym był na początku drogi. Może to dobre połączenie rozdwojenie? Czuję oddech czterdziestki na plecach, czekam na nią, choć pewnie tak jak po trzydziestce – nie zmieni się wiele, może tylko kamienie nerkowe rozbite laserowo znowu się zmaterializują. Nie mam już takiego organizmu, który bezstresowo przejdzie przez dwumiesięczną kampanię oscarową, przez okres bez snu. Kiedyś imprezowałem z moimi młodymi aktorami, żeby ich poczuć, złapać ich energię i żeby przenieść ją na ekran. Teraz czuję się już nieco głupio, jak starszy brat, który nieproszony przysiadł się z piwem (choć nie piję). Ta rola zaczęła być już odrobinę żenująca, zacząłem to wyczuwać…

Pan Jan Komasa, oscarowy reżyser. Dziękuję.
Nie przesadzaj!

  1. Kultura

Orły 2020: bezkonkurencyjne "Boże Ciało"

Bartosz Bielenia oraz Eliza Rycembel z nagrodami (fot. BEW)
Bartosz Bielenia oraz Eliza Rycembel z nagrodami (fot. BEW)
Za nami Orły 2020, czyli wręczenie nagród Polskiej Akademii Filmowej, nazywanych polskimi Oscarami. W tym roku niepokonany okazał się polski kandydat do prawdziwych nagród Akademii Filmowej, czyli "Boże Ciało", a nagrodę za osiągnięcia życia otrzymała jedna z najwybitniejszych aktorek - Maja Komorowska. 

Dotychczas nie udało się to żadnemu innemu filmowi. "Boże Ciało" Jana Komasy zdobyło aż 11 statuetek. - Od samego początku chcieliśmy zrobić film, który będzie łączył, a nie dzielił - podkreślił na scenie Jan Komasa, który ustanowił w tym roku historyczny wynik. "Boże Ciało" zdobyło nagrody m.in. w kategorii najlepszy film, najlepszy scenariusz, najlepsza reżyseria, najlepsze zdjęcia oraz nagrodę publiczności. Statuetkę otrzymali również aktorzy wcielający się w głównych bohaterów: Bartosz Bielenia oraz Aleksandra Konieczna.

Dwie statuetki przyznane zostały filmom: "Pan T." - za najlepszą scenografię i najlepsze kostiumy oraz "Ikar. Legenda Mietka Kosza", który otrzymał nagrodę w kategorii najlepsza muzyka i najlepszy dźwięk. Najlepszym filmem dokumentalnym okrzyknięto "Tylko nie mów nikomu" w reżyserii Tomasza Sekielskiego.

Bracia Sekielscy z nagrodą za najlepszy dokument. (fot. BEW) Bracia Sekielscy z nagrodą za najlepszy dokument. (fot. BEW)

W tym roku nagrodę za osiągnięcia życia przyznano jednej z najwybitniejszych polskich aktorek - Mai Komorowskiej, znanej i uwielbianej dzięki niezapomnianym kreacjom w filmach Krzysztofa Zanussiego, Andrzeja Wajdy, Krzysztofa Kieślowskiego, Tadeusza Konwickiego, Edwarda Żebrowskiego. Skromna w życiu prywatnym, na scenie posiada ogromną charyzmę i siłę ekspresji.

Wśród gości nie zabrakło największych gwiazd polskiego kina i teatru: Agnieszki Holland, Agaty Buzek, Agaty Kuleszy, Pawła Wilczaka, Magdaleny Cieleckiej, Marty Żmudy Trzebiatowskiej, Andrzeja Chyry i wielu innych.

  1. Kultura

Mary Komasa - czułe punkty

Mary Komasa: rocznik 1985, polska wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów i multiinstrumentalistka. Od 11 lat mieszka w Berlinie. Za pierwszą płytę „Mary Komasa” nominowana do Fryderyka w kategorii fonograficzny debiut roku 2016. 10 października ukazał się jej drugi album „Disarm”. (fot. Kasia Ładczuk)
Mary Komasa: rocznik 1985, polska wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów i multiinstrumentalistka. Od 11 lat mieszka w Berlinie. Za pierwszą płytę „Mary Komasa” nominowana do Fryderyka w kategorii fonograficzny debiut roku 2016. 10 października ukazał się jej drugi album „Disarm”. (fot. Kasia Ładczuk)
Mary Komasa nie ma nic przeciwko temu, żeby stać się głosem swojego pokolenia. Śpiewa przecież o straconych złudzeniach rówieśników, wolności i odpowiedzialności. W tej ostatniej widzi ratunek dla świata.

Wierzysz, że sztuka wciąż może coś uruchamiać w ludziach? Nie tylko zainicjować dyskusję, sprowokować refleksję, ale doprowadzić do realnych zmian?
Jestem o tym przekonana. Wierzę, że sztuka uruchamia wrażliwość i ułatwia komunikację ze światem. Głęboko wierzę w sens treści, które mam do przekazania, tak jak każdy artysta z dobrymi intencjami. Ile razy sama wyszłam z opery, płacząc?! Sztuka potrafi dotknąć naszych najgłębszych lęków i tęsknot. Robi to bez pytania, bez wahania, dotyka bezpośrednio naszych czułych punktów. Wiesz, 13 października, czyli w dniu wyborów, grałam premierowy koncert w Krakowie. Widzowie płakali nie tylko podczas występu, ale i po. Bo sztuka wciąż ma moc uruchamiania emocji! Wyłączyliśmy wrażliwość, więc teraz trzeba spojrzeć wstecz i odnaleźć w sobie guzik, który uruchomi ją z powrotem.

Czuję, że w odróżnieniu od pierwszej płyty, przepełnionej młodzieńczymi ideałami, na drugiej ukazujesz siebie również jako świadomą swoich praw i obowiązków obywatelkę.
O to chodziło! Wiele osób pyta mnie: „Dlaczego na twój drugi album musieliśmy czekać aż cztery lata?”. To nie jest tak, że przez ten czas nic nie robiłam – między innymi realizowałam wraz z moim mężem, Antonim Komasą-Łazarkiewiczem, muzykę do seriali i filmów. Mieliśmy mnóstwo pracy. Poza tym jestem typem człowieka, który nie lubi się do niczego zmuszać. Czekałam. Nie chciałam siebie cisnąć. Sztuka, którą uprawiam, nie znosi kompromisów. Przez wiele lat uciekałam przed niektórymi ważnymi pytaniami. Niby wiedziałam, co myślę, ale bałam się konfrontacji ze sobą samą. Przekraczając trzydziestkę jakiś czas temu, doszłam do ściany. Poczułam, że uniki są niedojrzałe. Osłabiają mnie.

Tym bardziej że dość wcześnie weszłaś w tzw. dorosłość.
To prawda. Miałam 23 lata, gdy wzięłam ślub i zostałam macochą na pełny etat dla dwóch córek Antoniego, a sama przecież dopiero rozpoczynałam dorosłe życie. Byłam obarczona wieloma problemami i w ogóle nie interesowałam się polityką, po części dlatego, że nie musiałam, ale po części, bo tak było mi wygodniej. Uważałam, że to mnie nie dotyczy. Przynależę do pokolenia ’85. I jak się okazało, cała generacja dość długo nie miała świadomości obywatelskiej – moi rówieśnicy omijali ten aspekt codzienności. Ja przynajmniej miałam wymówkę – dom, dzieci... Ale to marna wymówka! Nie zadawaliśmy sobie podstawowych pytań przez lata: Co ja robię na tym świecie i jaka w związku z tym ciąży na mnie odpowiedzialność? Nie chodzi o wolność, ale o powinność. Dziś wiem, że mój głos jest ważny. Nie obarczam osób trzecich odpowiedzialnością za moje działania i wybory. Być może to właśnie moje pokolenie będzie musiało dokonać zmian, uruchomić inne myślenie dotyczące ekologii, tolerancji czy sztuki. Świat się rozpada. To idealny czas dla artystów, by mogli tworzyć, ale koszmarny dla ludzi chcących po prostu żyć. I o tym są moje piosenki.

Stałaś się głosem pokolenia?
Nie mam nic przeciwko! Utwór „Degenerate Love” mówi o tym, że moje pokolenie, choć dorastało w kraju bez komuny, nie dostąpi raju na ziemi. Nie ma nieba, które nam obiecano. Wychowywałam się w wolnym kraju, moje dzieciństwo nie różniło się zbytnio od dzieciństwa moich rówieśników w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii: też obchodziłam urodziny w McDonaldzie, a potem słuchaliśmy wszyscy tych samych płyt i oglądaliśmy podobne seriale. I co? I nic. Bo nic nikomu nie jest i nie będzie dane w prezencie.

A może jednak twoja postawa to jest coś, co wyniosłaś z domu?
Na pewno, bo zostałam wychowana w duchu empatii i odpowiedzialności wobec drugiego człowieka. Tyle że długo musiałam pracować nad tym, by pokochać siebie. Zawsze uważałam, że nie ma co za bardzo nagradzać się za własne osiągnięcia. Skromność przede wszystkim. Dziś umiem patrzeć sobie w oczy z zadowoleniem – staję przed lustrem i najzwyczajniej w świecie lubię siebie. Nie znaczy to, że nie jestem krytyczna wobec własnych działań i umiejętności, ale nie poprzestaję na samej krytyce. Wiem, że dopóki nie zaczniemy kochać siebie, nie będziemy umieli pokochać innych. A niesienie pomocy – ludziom, zwierzętom, planecie – jest kluczowe i świadczy o postępie cywilizacyjnym! Jestem idealistką i wierzę, że każdy z nas też może taki być! Popatrz, Greta Thunberg jeszcze rok temu siedziała sama, zastanawiając się, jak ruszyć tłumy, a dzisiaj popiera ją tyle osób!

Ale to wszystko wymaga konsekwencji, cierpliwości, pokory...
Masz rację. Żyjemy w dobie aplikacji mobilnych. Patrzę na moje pasierbice i widzę, że jeśli nie dostaną czegoś natychmiast, to przestają się tym interesować – 18-latkom starcza cierpliwości i zainteresowania na 30 sekund, bo tyle trwają filmiki na Instagramie.

Wspomniałaś o ekologii. Na co dzień żyjesz w Berlinie, który słynie z zastosowania najlepszych ekologicznych rozwiązań w miejskiej przestrzeni: rośnie tu ponad 20 mln drzew i każde otoczone jest urzędniczą opieką!
Wiem dobrze, o czym mówisz, mam kompostownik w mieszkaniu, pięć różnych śmietników i cały czas wymieniam lub oddaję butelki [śmiech]. Nie mam też auta, jeżdżę komunikacją miejską, a jak trzeba, to chodzę 12 km dziennie. Jeśli miałabym zrobić bilans, to wszystko, co zarabiam, wydaję na swój luksusowy styl życia, bo ekologia wciąż sporo kosztuje, o ile ktoś zdecyduje się być i żyć eko na co dzień, a nie tylko w weekendy. Z Polski wyniosłam wolność, ale to Berlin nauczył mnie, jak ją spożytkować. Berlin nauczył mnie dyscypliny.

Czy dla kogoś żyjącego w ten sposób Polska może być wciąż bliska i zrozumiała?
Oczywiście. Mam tu rodziców i rodzeństwo, a także wielu przyjaciół. Wracam tu za każdym razem z radością, tylko czasami telefony od męża uświadamiają mi smutną prawdę – rozmawiam z Antonim, który mówi: „Już powinnaś być dawno w domu! Słyszę to w twoim głosie, za długo jesteś w Polsce!”.

Co to znaczy?
Nigdy nikogo nie atakuję ani nie oceniam. Jest to po części kwestia wychowania, a po części wiąże się z życiem w Berlinie, chyba najbardziej lewicującym miejscu Europy, jeśli nie świata. Żyję w gejowsko-tureckiej dzielnicy i nigdy nie widziałam tutaj bójki. W Polsce wciąż jest inaczej. Jesteśmy cały czas poranieni: zapatrzeni w przeszłość nie potrafimy myśleć perspektywicznie. Ale skoro nie umiemy rozmawiać z dziećmi o seksie, to jak mamy je nauczyć miłości i szacunku do innej osoby? Boli mnie to. I to Antoni czuje w moim głosie, gdy telefonuję z Polski.

Mówisz o dyscyplinie, a przecież Berlin dla wielu jest synonimem hedonizmu i buntu.
Mnie Berlin nauczył poszanowania dla odmienności i niezależności innych. Tego, w co można wolność i niezależność przekuć. To się wiąże zarówno z dyscypliną, jak i ze świadomością. Oczywiście, zawsze można iść do Berghain [kultowy klub słynący z kapryśnej selekcji przy drzwiach i imprez techno trwających nawet trzy dni – przyp. red.]. Klub jest czynny non stop, można tańczyć, pić i ćpać o każdej porze. Wielu moich znajomych dało się złapać na tak pojmowaną wolność. Tyle że według mnie z wolnością ma to niewiele wspólnego – dla mnie Berghain oznacza zniewolenie. Berlin, który znam i cenię, jest idealnym miastem dla ludzi lubiących mieć swoje rytuały, chcących żyć po swojemu. Mieszkam tu od 11 lat, to miasto miało duży wpływ na mój styl życia i sposób bycia. Nie mam przeciwko czemu się buntować. Pragnę współgrać z ludźmi, którzy tutaj żyją.

I chyba dobrze ci to wychodzi, a w zasadzie wam: od lat pracujesz z mężem, który jest kompozytorem filmowym.
Pracuję i żyję z człowiekiem, który też jest twórcą, więc rozumie moje lęki, frustracje, ambicje, marzenia. Ja też go rozumiem i staram się być zawsze wyrozumiała. Żadne z nas nie jest też zazdrosne o wzajemne sukcesy – nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. Kibicujemy sobie i pomagamy. A to nie jest łatwa praca – spełniamy się w niej, ale też często po drodze spalamy. Dużo nas kosztuje nie tylko to, by realizować się w sposób szczery i uczciwy, ale też, by namówić innych do współpracy. To szalenie emocjonujące.

Antoni to bez wątpienia mój największy przyjaciel, powiernik. Ostatnią płytę nagrywaliśmy w różnych częściach Europy: w Berlinie, Amsterdamie i Wielkiej Brytanii. W Londynie w ciągu pięciu dni musieliśmy nagrać wokale do dziesięciu piosenek. Nie stać nas było na więcej, a i tak nie było luksusów: studio przypominało małą kuchnię w bloku, prócz mnie z mikrofonem musiało się w niej zmieścić dwóch producentów z konsolą i mój mąż. Tempo było szalone, a na dodatek to był trudny prywatnie dla mnie czas – zmagam się z endometriozą i akurat byłam na dwa miesiące przed operacją. Tylko Antoni wiedział, przez co przechodzę. Zaraz po nagraniach rozłożyłam się na całego, ale przez te pięć dni dawałam z siebie wszystko. Mąż był moim największym wsparciem.

A czy jest też trochę tak, że dzięki jego córkom masz dostęp do tego, o co chodzi ich pokoleniu – o co walczą, jakie mają ideały, czego się boją?
Tak, ale wciąż to ja jestem najbardziej cool w naszym domu! Zwykle przekraczam najwięcej granic i mam najfajniejszego Instagrama [śmiech]. Trzy lata temu powiedziałam dziewczynom, że jest taka streetwearowa marka Vetements i za moment będzie absolutnie na topie. Dzisiaj wszyscy chcą się tam ubierać albo kopiują ciuchy z tą metką i noszą się w takim stylu. To jest akurat śmieszny przykład, na co dzień po prostu żyjemy ze sobą dobrze i tyle. Dziewczyny są wyrozumiałe wobec mnie, doskonale wiedzą, że mogę być emocjonalnie i fizycznie wyczerpana po wielu godzinach nagrań. Wymagam pewnie od nich wiele, ale też wiele daję z siebie. I mam świadomość, że ciąży na mnie odpowiedzialność wychowawcza. Chyba najbardziej lubię to poczucie, że mogę poszerzać ich horyzonty. Nie tylko modowe!

Pytanie na koniec: widziałaś „Boże Ciało” [film brata Mary, Jana Komasy – przyp. red.]? Jest polskim kandydatem do Oscara!
Oczywiście, ale musiałam pojechać specjalnie na festiwal filmowy do Gdyni, gdzie produkcja pokazywana była premierowo. Brat pewnie dysponował linkiem, ale nie chciał mi go udostępnić! I teraz powiem coś, co będzie powrotem do początku naszej rozmowy – dla mnie „Boże Ciało” jest jak dialog: mojego brata z widzem, ale też ze mną czy z naszym rodzeństwem i z rodziną. Ten film jest jak ostatnia, najświeższa wiadomość od Janka. To swoisty dowód: sztuka potrafi mieć moc sprawczą, potrafi uruchamiać dyskusje i uczucia, polerować wrażliwość, a nawet doprowadzać do zmian w myśleniu. „Boże Ciało” to niezwykle szczery i osobisty obraz stworzony przez mojego brata. I choć jesteśmy wszyscy sobie bliscy, to wiadomo, że są emocje czy refleksje, do których nie mamy wzajemnie dostępu. Dzięki „Bożemu Ciału” wiem o bracie trochę więcej. I wiem także, jakie mamy szczęście w życiu – każde z nas zajmuje się sztuką.

  1. Kultura

Agnieszką Holland: "Za rzadko wychodzimy poza nasz własny punkt widzenia"

Agnieszka Holland (Fot. BeW)
Agnieszka Holland (Fot. BeW)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dzisiaj urodziny ma Agnieszka Holland, z tej okazji przypominamy wywiad z archiwalnego numeru "Zwierciadła". W szczerej rozmowie reżyserka wyznaje, czy w pracy bywa tyranem, jakie ma zdanie o psychoterapii i jak ocenia polskie kino.

Dostała pani kiedyś lanie?
Raz mama uderzyła mnie ścierką. Nie pamiętam już nawet za co, ale bardzo się wtedy na nią obraziłam, bo w gruncie rzeczy zostałam przez nią wychowana w poczuciu, że mam rację, a także prawo do afirmacji oraz samorealizacji.

Ojciec wychowawczo się nie udzielał?
On zawsze był mniej obecny, poza tym dość szybko umarł – miałam wtedy 13 lat. W domu nie było przyzwolenia na nielojalność, kłamstwo – tu moja mama była bardzo krytyczna, miałam za to dużo swobody opartej na wzajemnym zaufaniu – tak rodziła się moja wiara w to, że mogę i potrafię.

Czy była pani kiedykolwiek pacjentką psychoterapeuty?
Tak, w pewnym momencie życia, w Paryżu, udałam się do psychoterapeuty. To był, pamiętam, bardzo trudny dla mnie okres, niemal depresyjny, i pomyślałam sobie: „Może taka pomoc mi się przyda?”. Ale od razu muszę powiedzieć, że ta historia po prostu nie bardzo wypaliła.

Jako reżyser przejęła pani rolę terapeuty?
Pewnie trochę tak (śmiech). Była to, owszem, dosyć ciekawa pani psychoterapeutka, ale Francuzka. I szybko wyszło na jaw, że trudno leczyć się u cudzoziemca. Gdy zaczęłam opowiadać jej o mnie i o historycznych okolicznościach, które sprawiły, że moje życie potoczyło się tak, a nie inaczej, zauważyłam, że ona słucha tych wszystkich egzotycznych nowinek z ogromnym zainteresowaniem. Po dwóch sesjach, chcąc utrzymać jej uwagę, zaczęłam kontynuować to, co potrafię najlepiej, czyli opowiadać jej o ciekawych sekwencjach ze swojego życia, i obserwowałam, jak ona jako zainteresowany widz bierze udział w moim „filmie”.

A po trzeciej sesji?
Pomyślałam sobie: „jak to jest możliwe, żebym to ja płaciła za to, za co normalnie płacą mnie?” (śmiech). Odniosłam wrażenie, że nie jestem w tej relacji szczera, ponieważ zamiast w rolę pacjenta weszłam w rolę dobrego opowiadacza. To był mój ostatni raz. Czy cokolwiek mi to wszystko dało? Być może pomogło mi to w uruchomieniu w sobie pewnego mechanizmu, swego rodzaju gotowości na spotkanie terapeutyczne z drugą osobą. Do psychoterapii nigdy już nie powróciłam, ale myślę, że jest to dziedzina pożyteczna, mogąca pomóc wielu osobom.

Trzeba jednak bardzo rzetelnie sprawdzać, kogo się wybiera?
Oczywiście, bo to jest bardzo delikatna materia, a możliwości kontroli np. ze strony Towarzystwa Terapeutycznego ograniczone. Widziałam, głównie w Stanach, przykłady, kiedy niekompetentny czy też osobowościowo niewłaściwy dla danego człowieka terapeuta albo wręcz wykorzystujący sytuację do nabijania sobie kasy, żeruje mniej lub bardziej świadomie na człowieku. I zamiast pomóc, może zaszkodzić.

W serialu „Bez tajemnic”, którego reżyserii się pani podjęła, terapeuta niesie na swoich plecach potężny życiowy bagaż. Poszłaby pani do takiego?
Pewnie nie (śmiech). Ale... jednocześnie taki terapeuta, w związku z tym, jak ciężki bagaż niesie, sprawia wrażenie, że jest w stanie zrozumieć więcej. W „Bez tajemnic” pokazany jest ważny problem: na ile uprawianie psychoterapii stygmatyzuje czy też stwarza kłopoty psychologiczne i życiowe u samego terapeuty. Widać, że Andrzej – w tej roli świetny Jerzy Radziwiłowicz – średnio radzi sobie ze swoim własnym życiem, w myśl przysłowiowego „szewc bez butów chodzi”. Myślę jednak, że wbrew pozorom może być skuteczny.

A nie ma pani poczucia, że w Polsce bezkrytycznie zachłysnęliśmy się psychoterapią?
Chyba nie, choć nie prowadziłam badań socjologicznych. Wydaje mi się, że Polakom psychoterapia jest bardzo potrzebna, zarówno ta zbiorowa, jak i indywidualna, dlatego, że ani nasza szkoła, ani kultura, ani również Kościół nie są osadzone na introspekcji, a sama spowiedź nie zawsze wystarcza. Mimo tej naszej katolickości widzę zbyt mało rozliczania się człowieka samego ze sobą. Za rzadko wychodzimy poza nasz własny punkt widzenia, więc nasza empatia, zrozumienie kontekstu, korzeni własnych problemów – jest niedorozwinięta. A dobra psychoterapia właśnie tego potrafi nauczyć, bo poza zadaniem terapeutycznym pełni także funkcję pedagogiczną, poznawczą. O ile się orientuję, a rozmawiałam z paroma polskimi psychoterapeutami, są to ludzie świadomi i kompetentni, na dość wysokim poziomie zawodowym. Nie sądzę więc, żeby po Polsce hulała banda hochsztaplerów. Takich „specjalistów” widzę raczej w dziedzinie znachorstwa bądź opracowywania wizji katastrof lotniczych. Na pewno więcej narcyzów możemy spotkać wśród polityków niż wśród psychoterapeutów. Narcyzm uważam zresztą za jeden z głównych naszych współczesnych psychicznych mankamentów, prawdziwie niebezpieczny.

Na jakim fundamencie buduje pani relacje z ludźmi?
Ja mam specyficzny zawód – nie można go uprawiać bez automatycznego autorytetu, to troszeczkę – tak jak mówił kiedyś Andrzej Wajda – mieszanka dwóch komponentów, kaprala i poety. To znaczy trzeba być człowiekiem twórczym i mieć wizję dzieła, które się tworzy, a jednocześnie siłę, która pozwoli narzucić ludziom swoją wolę i do pewnego stopnia nimi manipulować.

Prosta droga do szaleństwa?
Tak, choć, jak widać, jeszcze się jakoś trzymam (śmiech). Ale to jest tak, że ludzie świadomie poddają się tej manipulacji, ponieważ wiedzą, że praca filmowa, zwłaszcza na linii reżyser–aktor ma swoje reguły, które, dodam, nie są sztywne, bo każdy wypadek jest zawsze trochę inny. Niemniej uczestnicy tej gry akceptują pewną hierarchię, w której ja jestem jak dowódca w jednostce wojskowej i nie ma szans na to, że każdy może przyjść i stwierdzić: „nie no, ja bym to zrobił zupełnie inaczej, bo mi się to w ogóle nie podoba”. Nie ma takiej możliwości, bo wtedy po prostu wszystko by się rozpadło. Jest to zatem stosunek hierarchiczny, ale z zachowaniem silnego działania zbiorowego, w którym każdy może odcisnąć swoje piętno na efekcie końcowym i od każdego mniej lub więcej coś zależy, co widać na ekranie. Chodzi o to, by wydobywać z ludzi najlepsze, co mają do zaoferowania. Jeżeli mają jakieś talenty i właściwości, to trzeba spowodować, żeby wyszły one na jaw, a ludzie na ogół dają z siebie to, co najlepsze, jeżeli mają poczucie sensu i czują się docenieni. W związku z tym obowiązkiem reżysera, producenta czy kierownika produkcji jest stworzenie takiej atmosfery, w której ekipa się otwiera.

Agnieszka Holland, Michalina Olszańska oraz James Norton. Na planie filmu 'Obywatel Jones'. (Fot. BeW)
Agnieszka Holland, Michalina Olszańska oraz James Norton. Na planie filmu "Obywatel Jones". (Fot. BeW)

A co pani robi z anarchistami?
Anarchista nie może zmieścić się w ekipie filmowej. Nie ma dla niego szans. Musi znaleźć sobie inną pracę.

Często mówi pani ludziom „do widzenia”?
Nie, bo na ogół oni idą do tego zawodu ze świadomością, gdzie i jakie są granice, a ja również o tym nie zapominam. Oczywiście, zdarzają się reżyserzy, którzy wykorzystują swoją władzę, powodując tym samym, że ludzie stają się strasznie nieszczęśliwi.

Wypatraszając ich do rosołu?
Tak. Albo żerują na ludziach, przekraczając granice ich bezpieczeństwa prywatnego, zachowując się chamsko, bardzo arbitralnie i tyrańsko. Co ciekawe, czasami osiągają przy tym świetne rezultaty, co widać wyraźnie np. w teatrze. Ale taka postawa jest dla mnie nie do przyjęcia, wierzę, że ludzkie życie jest cenniejsze niż efekt, który się osiąga.

Gdy przyjmowała pani propozycję reżyserowania „Bez tajemnic”, co panią targnęło? Rozsądek? Szósty zmysł?
Na pewno u mnie jest to zawsze instynktowne, muszę czuć, że mam coś do powiedzenia w sprawie i że będzie to dla mnie ciekawe doświadczenie, bo wtedy jest nadzieja, że zainteresuje także innych. „Bez tajemnic” to jest trochę takie ćwiczenie stylistyczne, eksperyment: bardzo dobrze napisany scenariusz, dużo ludzkich spraw i minimalistyczna forma, w której wyraźnie można skupić się na aktorze i tekście. Jurka Radziwiłowicza, który od początku jest z tym serialem związany, cenię, Maćka Stuhra, który zastąpił teraz Krysię Jandę, znam i bardzo lubię. Doszły dwie kobiety – Agata Kulesza jako życiowa partnerka terapeuty i Karolina Kominek jako histeryczna pacjentka Maćka. Agata ma w sobie taki rodzaj wolności, humoru i światła, a jednocześnie jest tak świetną i inteligentną aktorką, że może zagrać wszystko. Wybierając ją do tej roli, wiedzieliśmy, że swoją ludycznością na pewno rozrusza Jurka. Wyszło to naprawdę fajnie i cieszę się, że się na ten serial zdecydowałam.

A jak dużo propozycji pani odrzuca?
Bardzo często odmawiam amerykańskim producentom ze względu na nieciekawe scenariusze. Jeśli chodzi o serial, to warunkiem są też fajni ludzie, którzy go robią. To mała inwestycja, miesiąc życia, np. w Stanach, za to można popróbować innego stylu. Natomiast jeśli chodzi o film fabularny, to są na ogół już trzy lata życia – wtedy muszę mieć dodatkowo jakąś motywację wewnętrzną, szczególnie w moim wieku, gdy ten czas robi się już taki krótki. To musi być naprawdę coś ważnego.

A czy w polskiej filmografii powstaje jeszcze coś, co jest w stanie panią ubawić?
Myślę, że humor jest najbardziej osobistą rzeczą w człowieku. „Rejs” jest dla mnie śmieszny, w „Misiu” są bardzo zabawne kawałki. Być może PRL bardziej się do tego nadawał? Mam wrażenie, że śmiech w tamtych czasach bardzo nam wszystkim pomagał. A teraz? Bierze mnie raczej purnonsens, humor anglosaski czy tradycyjny żydowski, którego kontynuatorem jest Billy Wilder, potem Woody Allen. Na pewno nie jestem w ogóle wrażliwa na tzw. rechot męski, czyli coś tam o jajach, cycach, pedałach. To mnie w ogóle nie bawi. Nie jestem pewna, czy przez ostatnie 10 lat choć raz uśmiechnęłam się na jakimś polskim kabarecie. O współczesnych polskich komediach już w ogóle nie wspomnę. Są żenujące, choć na pewno robią je czasem zdolni ludzie. Problemem jest chyba fakt, że prawdziwy humor wymaga pracy wielu osób. Mało jest takich pojedynczych geniuszów. Przy amerykańskim Saturday Night Show pracuje ogromny team ludzi. U nas na pewno zdolnym do stworzenia komedii człowiekiem jest Julek Machulski, ale jeśli on sam jest sobie żeglarzem, sterem i okrętem? Nigdy nie widziałam całego „Świata według Kiepskich”, ale te strzępki, które podejrzałam w Internecie, mają potencjał, chociażby ze względu na obecność tak świetnych aktorów, jak Rysio Kotys czy Andrzej Grabowski. Wie pani, komedia filmowa to ambitne zadanie, trudno utrzymać poziom przez dłuższy czas.

Podjęłaby się pani takiego zadania?
Podjęłabym się. To nie byłaby komedia „uhahaha”, a pewnie lekki wczesnoallenowski absurd. Miałam nawet ze dwa takie projekty, ale nigdy nie udało mi się ich sfinansować. Nikt nie da mi pieniędzy na komedię. Mam łatkę tragika. I żadna terapia tu nie pomoże (śmiech).