1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Charlize Theron o swojej roli w filmie "Gorący temat"

Charlize Theron o swojej roli w filmie "Gorący temat"

Charlize Theron na tegorocznej Oscarowej imprezie Vanity Fair. (Fot. BEW PHOTO)
Charlize Theron na tegorocznej Oscarowej imprezie Vanity Fair. (Fot. BEW PHOTO)
Najpierw była seksafera, która wstrząsnęła całą Ameryką i sprawiła, że ruch #MeToo urósł w siłę. Teraz powstał o tym film. "Gorący temat" to dla Charlize Theron dużo więcej niż udana rola. To także nagroda za determinację. I symbol solidarności z innymi kobietami.

Prawie metr osiemdziesiąt, bez trzech centymetrów. Posągowa sylwetka, a do tego spojrzenie, które na długo pozostaje w pamięci. Tak jak jej życiorys. Charlize Theron to z jednej strony dziecko szczęścia, pierwsza w historii aktorka z RPA nagrodzona Oscarem. Z drugiej – dziewczyna, która bardzo wcześnie zetknęła się z mroczniejszą stroną życia. Dorastała w czasach apartheidu, kiedy to tablice z oznaczeniami „tylko dla białych” czy wydzielone miejsca dla kolorowych w środkach transportu były na porządku dziennym. W 1994 roku w RPA wreszcie oficjalnie ogłoszono koniec apartheidu, a Nelson Mandela został pierwszym czarnoskórym prezydentem. Tylko że 19-letnia wówczas Theron mieszkała już poza Afryką. I dopiero dekadę później, jako znana aktorka, przyznała, że wyjazd był ucieczką bardziej od dawnego życia niż z własnego kraju. Że jej ojciec nie zginął – jak mówiła wcześniej – w wypadku samochodowym, a został zastrzelony przez mamę Charlize. W obronie własnej. Do dziś gwiazda twierdzi, że tamto doświadczenie jej nie złamało, przeciwnie, uruchomiło w niej jakąś wewnętrzną siłę. Zdarzyło jej się mówić otwarcie o alkoholizmie ojca, przyczynie tamtej tragedii, ale i miłości, jakiej zaznała w domu ze strony obojga rodziców. Dzięki mamie miała szansę wyjechać, pracować jako tancerka baletowa, a później, kiedy dopadła ją ciężka kontuzja kolana, jako modelka. Zdaje się, że owa siła zadecydowała też o karierze aktorskiej. Jeśli tylko wierzyć legendzie, jak to jeden z agentów filmowych dostrzegł Theron w banku. Robiła akurat karczemną awanturę, wykazując przy tym taką charyzmę, że ów agent postanowił zaprosić ją na przesłuchanie.

Jest wyrazista i na ekranie, i w życiu. Dziennikarze, którzy mają okazję przeprowadzać wywiad z Theron, zgadzają się, że to jedna z najbardziej bezpośrednich w kontakcie hollywoodzkich gwiazd. Nie stroni od mocnych słów, nie stroi fochów, krążą legendy o jej pracowitości. Aktorka samotnie wychowuje dwójkę adoptowanych dzieci, znosząc dzielnie komentarze w sieci na temat tej decyzji i metod wychowawczych. Poglądy Theron na równouprawnienie (ostro walczy m.in. o równe zarobki dla kobiet w branży filmowej) są również wyraziste. Chyba najlepiej oddaje je jedna z jej dosadnych wypowiedzi:

„Jestem dumna, że jestem piep...ną feministką”
Stąd też decyzja, żeby wziąć udział w filmie „Gorący temat”. Który wyprodukowała i w którym zagrała Megyn Kelly, dziennikarkę kanału Fox News. To ona w lipcu 2016 roku razem z innymi pracownicami tej stacji doprowadziła do odejścia dyrektora Rogera Ailesa, którego wspólnie oskarżyły o molestowanie seksualne.

Tekst: Zofia Fabjanowska

Charlize Theron z Nicole Kidman i Margot Robbie, kadr z filmu 'Gorący temat'. (Fot. materiały prasowe Monolith Films) Charlize Theron z Nicole Kidman i Margot Robbie, kadr z filmu "Gorący temat". (Fot. materiały prasowe Monolith Films)

Charlize Theron w rozmowie z Arturem Zaborskim

Jestem pod wrażeniem, jak bardzo można upodobnić się do granej bohaterki. Wiele razy przechodziłaś na ekranie transformację, ale to, jak zmieniłaś się na potrzeby najnowszej roli, przebija wszystko. Przez pierwsze 30 minut oglądania nie byłem w stanie rozpoznać cię na ekranie. Pamiętasz, jak grałam w filmie „Monster”? [To za tę rolę aktorka dostała w 2004 roku Oscara – przyp. red.]. Nosiłam wtedy charakteryzację, której wykonanie zajmowało za każdym razem kilka godzin. Recenzenci piali z zachwytu, po tamtej roli oczekiwania wobec mnie niewyobrażalnie urosły. A przecież w takich przypadkach to, jak wyglądam na ekranie, w najmniejszym stopniu nie zależy ode mnie. To praca sztabu ludzi – makijażystów, kostiumografów, techników. Kiedy zdecydowałam się, że zagram w „Gorącym temacie”, od razu wiedziałam, że muszę się otoczyć najlepszymi specjalistami na rynku. A nie ma wybitniejszego speca od Kazu Hiro [charakteryzatora m.in. z Oscarem i nagrodą BAFTA na koncie – przyp. red.]. Człowieka tak zajętego, że praktycznie nie bierze nowych zleceń. Musiałam go błagać. A kiedy w końcu się mną zajął, przypomniałam sobie, jakim koszmarem są takie przemiany [śmiech].

Kazu zaprojektował osiem protez, które musiałam nosić. Najgorsza była ta podtrzymująca łuki brwiowe, bo powodowała, że nie mogłam przymknąć oczu. Nieraz czułam nieznośne pieczenie spojówek i nic nie mogłam z tym zrobić. A to i tak nic w porównaniu z treningiem emisji głosu.

Podobno przypłaciłaś go zdrowiem.
Skoro moja bohaterka Megyn Kelly jest autentyczną osobą, żeby się do niej upodobnić, musiałam zapoznać się z jak najobszerniejszym materiałem dokumentalnym. Było tego naprawdę dużo – w końcu Megyn przez lata występowała na antenie Fox News, mogłam jej zachowania studiować do woli. Uczyłam się jej sposobu chodzenia, śmiechu, przejęłam jej tiki, zaczęłam reagować jak ona i mówić jak ona. To ostatnie kosztowało mnie szczególnie dużo wysiłku. Miałam fantastyczną trenerkę emisji głosu, która ostrzegała mnie, że mam być ostrożna przy pracy ze strunami głosowymi, ale nie potraktowałam tych zaleceń poważnie. Nie zdawałam sobie po prostu sprawy, że można uszkodzić struny głosowe. Przez lata grania w filmach akcji nie załatwiłam się tak jak tym razem. Nadwerężyłam struny do tego stopnia, że przez trzy tygodnie byłam niema. Nie przesadzam, nie mogłam wydobyć z siebie słowa. Dużo mnie to doświadczenie nauczyło. Pierwszy raz straciłam kontrolę nad swoim ciałem, przestało reagować na komendy, które mu wydawałam. Teraz traktuję to wydarzenie symbolicznie.

Co miało symbolizować?
Wszystkie kobiety, które w wyniku molestowania pozbawiono głosu. Wierzę, że takie filmy jak „Gorący temat” im go przywracają, że działają jak remedium.

Nie miałaś obaw, że jeśli weźmiesz tę rolę, rozzłościsz swoich fanów? Ty, znana feministka, grasz dziennikarkę, która długo była twarzą prawicowej telewizji i bohaterką konserwatywnej Ameryki.
Zawsze się obawiam, kiedy mam grać kogoś, kto się ode mnie znacząco różni. Nie chodzi tylko o poglądy polityczne, ale też o podejście do natury, planety, zwierząt, drugiego człowieka. Tak było i tym razem. Zresztą tę samą zagwozdkę miała Nicole Kidman grającą Gretchen Carlson, pierwszą dziennikarkę Foxa, która oskarżyła Ailesa. Nicole była akurat na planie drugiego sezonu „Wielkich kłamstewek”, kiedy odebrała od nas telefon. Skonfundowana zapytała Meryl Streep, co powinna zrobić. Ta tylko zmrużyła wymownie oczy za okularami i tym swoim charakterystycznym mruknięciem, którym w serialu zawsze mówi bohaterom, co mają robić, wycedziła: „Cholera, jasne, że tak!” [śmiech].

Dlaczego w ogóle zajęłaś się tym tematem? Dlaczego postanowiłaś wyprodukować ten film i zagrać w nim jedną z głównych ról?
Bo takie postaci jak Megyn – które trudno jednoznacznie ocenić, wprawiające nas w zakłopotanie – to największe szczęście dla aktorów. Nigdy nie chciałam budować Megyn pomnika. Nawet kiedy teraz o niej myślę, towarzyszą mi mieszane uczucia. Nie mogę powiedzieć, że ją uwielbiam, choć może trochę tak jest. Nie powiem ci, że mi imponuje, choć skłamałabym, mówiąc, że nie robi na mnie wrażenia. Megyn zaprzedała się Fox News, stacji produkującej fake newsy i hołdującej wartościom, które mnie nie definiują. A jednocześnie to Megyn rozwaliła tę stację od środka, to między innymi dzięki niej rozkręcał się ruch #MeToo, który odbił się szerokim echem na całym świecie. Kiedy molestujący kobiety szef stacji Roger Ailes został obalony, inne pracownice zdały sobie sprawę, że mają po swojej stronie przepisy i adwokatów gotowych je egzekwować. Zadziałał efekt domina i rewolucja ruszyła w świat. W ten oto sposób Megyn, kobieta, która wcześniej występowała przeciwko kobietom, stała się dla nich ogromnym wsparciem.

Wiesz doskonale, że nie wszystkim ruch #MeToo się podoba. Są głosy, i to także kobiece, że to próba przerzucenia winy na mężczyzn, którym ofiary nie miały przecież obowiązku ulegać.
Dlatego bardzo ważne dla mnie, i jako aktorki, i jako producentki, było to, żeby pokazać, jak kobiety różnią się między sobą. Nie można przypisywać płci cech moralnych. Nie wszystkie kobiety są dobre, nie każda z nas jest uczciwa, nie mamy wpisanego w genotyp etycznego postępowania. Nie twierdzę, że nie zdarzają się sytuacje, kiedy to kobiety z własnej inicjatywy próbują coś ugrać przez łóżko. Mam też świadomość, że #MeToo i Time’s Up, jak to się dzieje przy okazji wszystkich rewolucji, mogły skrzywdzić także niewinnych mężczyzn, udowodniono przecież kilka przypadków niesłusznie oskarżonych osób. My, kobiety, musimy więc walczyć zarówno z seksualną opresją ze strony facetów, jak i z niemoralnym wykorzystywaniem koniunktury przez inne kobiety. Natomiast wiem jedno: świat jeszcze nigdy na taką skalę nie sympatyzował z kobietami. Trzeba zrobić z tego właściwy użytek. Mężczyźni muszą wiedzieć, że to nie jest rewolucja wymierzona w nich jako płeć, tylko w praktyki, które stały się w pewnym momencie normą.

„Po co nam kolejny film o #MeToo?” – także takie komentarze towarzyszyły waszej premierze. Ludzie argumentowali, że jest ostatnio wysyp produkcji na ten temat.
Po co? Odpowiedź jest prosta: po to, żeby pokazywać nowy punkt widzenia. Po jednej z projekcji „Gorącego tematu” podszedł do mnie mężczyzna, który powiedział, że dzięki filmowi zrozumiał, że był świadkiem napastowania seksualnego swojej koleżanki z biura. Wtedy nie zdawał sobie z tego sprawy, nie poskładał skrawków informacji w całość. Zrozumiał dopiero wtedy, kiedy w naszym filmie zobaczył punkt widzenia ofiary. I właśnie o to nam chodziło. O te wszystkie szczegóły, które w prawdziwym życiu powinny nas zaniepokoić.

Na przykład?
Zasłanianie okien w biurach, kiedy w środku są tylko dwie osoby, zamykanie drzwi na klucz, zauważalne zmiany humoru naszych koleżanek, niepokój związany z odwiedzaniem szefa. Ofiary, z którymi rozmawiałam, wielokrotnie mówiły, że najbardziej bolesne było dla nich to, że nikt nie zauważał ich krzywdy.

A ty sama? Czujesz się dziś, w 2020 roku, bezpieczniejsza, niż kiedy zaczynałaś karierę?
W Hollywood pojawiły się jasne reguły, które określają, co wolno, a czego już nie. Dzięki temu w naszym środowisku coraz częściej słychać: „Nie podoba mi się to, co robisz”, i to zarówno z ust kobiet, jak i mężczyzn. Wreszcie walczymy o siebie, stawiamy granice i nie boimy się reagować, kiedy ktoś je narusza. Choć, oczywiście, bawi mnie, kiedy słyszę, że #MeToo rozwiązało wszystkie problemy i nie ma więcej tematu. Jesteśmy na samym początku nowej ery. Właściwie to trudno mi uwierzyć, jak powoli idą zmiany, które dotyczą pozycji i roli kobiety. Kiedy zastanawiam się, jak za kilka pokoleń ludzie będą myśleli o czasach, w których żyjemy, wyobrażam sobie, że będą mieli takie same skojarzenia, jakie ja mam z XIX wiekiem. Czyli niby postęp techniczny, niby rozwój cywilizacyjny, a obyczajowo nadal średniowiecze.

Co masz do powiedzenia mężczyznom, którzy twierdzą, że teraz boją się skomplementować kobietę, że jest seksowna?
Mnie samej kiedyś nie przeszkadzało zwracanie się do faceta: „Ale ciacho!”, „gorący towar”, „niezły tyłeczek”. A dzisiaj nie przeszłoby mi coś takiego przez gardło. Zrozumiałam, jaką takie słowa mają wagę, z czym się wiążą, jak uprzedmiotowiają osobę, o której mówimy.

Czyli zgadzasz się, że w czasach #MeToo komplementowanie stało się trudniejsze.
Ale nie niemożliwe. My, kobiety, chcemy być podrywane, słyszeć, że dobrze wyglądamy. Nie wyobrażam sobie, żeby reakcją na miłe słowa mogło być z mojej strony: „P..prz się, koleś!”. Ale też jeśli ktoś dwa razy zastanowi się nad znaczeniem słów i ich wagą, to co w tym złego? Co może być złego w tym, że nie powiesz mi, że jestem seksowna, bo uznasz, że to może naruszyć moje poczucie godności? Wolę nie usłyszeć komplementu niż zostać zraniona. Granica pomiędzy tym, co przystoi, a co nie, jest bardzo wyraźna. Nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej. Naprawdę nie tak trudno ocenić, które określenia są OK, a które nie.

Czy nie o to właśnie chodzi? O zmianę perspektywy. Żeby przestać mówić o zmianach i o rewolucji, tylko o normie, oczywistościach, które do tej pory traktowaliśmy jak puste deklaracje.
Jak to możliwe, że w 2019 roku wśród nominowanych do Oscara nie było ani jednej reżyserki? Albo że wśród 44 prezydentów USA nie ma ani jednej prezydentki? Ekscytujemy się każdym większym osiągnięciem kobiety w polityce czy w zarządach korporacji. Czy naprawdę mam się cieszyć, że polityczka zaszła daleko w wyborach – zwłaszcza że przegrała z człowiekiem, który neguje globalne ocieplenie? Serio, to jest powód do otwierania szampana? Nie w moim świecie. Dobrze, że sama nie jestem polityczką, bo brakuje mi cierpliwości w takich sytuacjach. Od razu skacze mi ciśnienie.

A kiedy tak ci skacze, jaką znajdujesz sobie odskocznię?
Coraz częściej gram w komediach. Jeśli film w tym gatunku jest dobry, autentycznie pozwala mi się uspokoić. Niedawno zagrałam z Sethem Rogenem w „Niedobranych”. W normalnych okolicznościach oburzam się, kiedy tylko temat dyskryminacji pojawi się na tapecie, a tym razem mieliśmy na planie ubaw z polityków, mizoginów, homofobów i rasistów. Było pięknie!

Praca jako odskocznia? Podejrzewam cię o pracoholizm. Kiedy przy okazji przygotowań do roli straciłaś głos, zrobiłaś sobie chociaż chwilę przerwy?
Martwiłam się tylko o film. Kombinowałam, jak możemy poprzestawiać sceny, żebym mogła w nich wystąpić, zamiast zastanawiać się, jak się wyleczyć. W końcu dotarło do mnie, że z moimi priorytetami jest coś nie tak. Dopiero to skłoniło mnie do myślenia: „Charlize, czy naprawdę to, w czym grasz, jest dla ciebie ważniejsze od twojego zdrowia?”. Niby odpuściłam, ale w myślach cały czas błagałam wszystkie dobre duchy i siły, żeby wreszcie pozwoliły mi przemówić przed kamerą. Jednocześnie przekonywałam samą siebie, że jeśli tak się nie stanie, to nie będzie moja wina.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.

  1. Kultura

„Wszyscy wszystko zjedli” – film o sile kobiet i dzieleniu się dobrem

"Wszyscy wszystko zjedli" opowiada historię Madiny, doświadczonej przemocą domową Czeczenki, która uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. (Fot. materiały prasowe)
"Wszyscy wszystko zjedli" to historia przyjaźni, tolerancji, dokument o udzielaniu i dawaniu pomocy. A przede wszystkim opowieść o sile kobiet i o dzieleniu się dobrem.

Film „Wszyscy wszystko zjedli” opowiada historię dziewczynki, która przeżyła dwie krwawe wojny. Dziewczyny, którą wydano za mąż, wbrew jej woli, bez miłości. Matki, która całą swoją miłość oddaje dzieciom. Dlaczego zabawki wożono jej aż z Kazachstanu? Dlaczego ukończyła tylko trzy klasy podstawówki? Jak przetrwała domowy terror? Skąd znalazła się w Polsce? No, i jak jej mieszka się u rodziny Stuhrów? Dwuosobowa ekipa filmowa (reżyser, operator i dźwiękowiec Kamil Witkowski oraz pomocnik reżysera Marina Hulia) zaprasza do mlaskania, wąchania, dumania.

Madina, doświadczona przemocą domową Czeczenka, uciekła wraz z rodziną do Polski, aby zbudować nowe życie na nieswojej ziemi. Tutaj przygarnęła ją rodzina Stuhrów. Kobieta, wraz z innymi czeczeńskimi matkami, gotuje – nie tylko dla rodziny i przyjaciół; gotuje dla warszawskich bezdomnych oraz dla samotnych staruszek w podwarszawskiej Radości. Miesza w dużym garze smaki i zapachy, losy i opowieści.

– Nareszcie! Jednak marzenia się spełniają! Po wielu latach starań w końcu udało mi się zagrać w filmie u boku samej Madiny Mazalievej! Bo to Dobra Kobieta jest Maciej Stuhr.

– Na całym świecie kobiety walczą o swoje człowieczeństwo, a nie status „samicy gatunku homo sapiens”. Trudno to robić nie mając domu. Nie mając nic. Kobiety takie, jak Madina, zwyciężają ludzką obojętność. Jak to robią? Czym to robią? Talerzem zupy rozdają miłość. Dziękujemy Ci, Madino, że ratujesz świat. Dzięki Tobie ma czym się „najeść” do syta Dorota Sumińska.

Wszyscy wszystko zjedli. Do cna. Bo Madina jest geniuszem gotowania. Będzie kroiła, wałkowała, lepiła, doprawiała. Z ekranu popłynie do Was zapach ziół i przypraw kuchni Madiny. O jedzeniu będzie, o mlaskaniu. O głodzie będzie. O matczynej miłości i o tym, jak Europa wyzwoliła Madinę.

Premiera filmu „Wszyscy wszystko zjedli” 10 czerwca o godzinie 18:00 w warszawskim Kinie Muranów.

  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

"Proste rzeczy" – czuła opowieść o poszukiwaniu życiowych fundamentów

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Błażej Sitowski. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)
Mówią: rzuć wszystko i wyjedź z miasta. Ale co dalej? Ucieczka z miejskiej dżungli to dopiero początek, zwłaszcza wtedy, gdy zabieramy ze sobą bagaż nierozwiązanych spraw rodzinnych, tak jak bohater filmu "Proste rzeczy" Grzegorza Zaricznego.

Nagrodzony na prestiżowym festiwalu Sundance Grzegorz Zariczny to reżyser, który odważnie eksploruje terytorium na granicy fabuły i dokumentu. W „Prostych rzeczach”, czułej opowieści o poszukiwaniu życiowych fundamentów, podpatruje autentyczną relację Błażeja (Błażej Kitowski), Magdy (Magdalena Sztorc) i ich córki Ali, wprowadzając do historii katalizator w postaci fikcyjnego wujka (Tomasz Schimscheiner) – brata zmarłego ojca Błażeja, który pojawia się, by pomóc młodym w remoncie wiejskiego domu. To punkt wyjścia do refleksji nad rodzinnymi relacjami i uporządkowania bolesnych spraw z przeszłości. Zariczny w umiejętny sposób zderza tu słodko-gorzką codzienność z bezmiarem uniwersalnych problemów.

Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)Grzegorz Zariczny, ur. w 1983 roku absolwent reżyserii filmowej Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego oraz kursu dokumentalnego w Szkole Wajdy. W 2012 roku jego dokument krótkometrażowy „Gwizdek” miał premierę światową i otrzymał Grand Prix na festiwalu filmowym w Sundance. W 2016 roku zrealizował debiut fabularny „Fale”, który miał premierę w Konkursie Głównym MFF w Karlovych Varach. W 2020 roku ukończył swój drugi film fabularny „Proste rzeczy”, który miał polską premierę w Konkursie Głównym MFF Nowe Horyzonty. (Fot. Jarosław Sosiński/Before my eyes)

Rozmowa z odtwórcami głównych ról: Magdaleną Sztorc i Błażejem Kitowskim

Jaką rolę w filmie odegrały wasze doświadczenia?
Grzegorz Zariczny zaprosił nas do udziału w filmie „Proste rzeczy” w momencie, kiedy byliśmy świeżo upieczonymi rodzicami. Nasza córka Alicja miała niecały rok. W tym czasie również zdecydowaliśmy się przeprowadzić na wieś i zaadaptować tam sobie część domu. Byliśmy w trakcie prac, kiedy zaczęły się rozmowy o wspólnej realizacji filmu. Najważniejszą postacią w tym układzie był Błażej. Grzegorz chciał opowiedzieć o jego trudnej relacji z ojcem i pokazać, jak młody mężczyzna – ojciec i partner - mierzy się z bolesnymi doświadczeniami z przeszłości, by odnaleźć spokój i siłę do działania w teraźniejszości.

Czy kamera w sferze intymnej jest rodzajem terapii? Przejrzeniem się w lustrze?
Kamera w sferze intymnej jest na pewno dużym przeżyciem, przynajmniej w życiu naturszczyków. Podeszliśmy do tematu z dużym zaangażowaniem, z wiarą, że historia, którą chce opowiedzieć Grzegorz, bazująca na naszych doświadczeniach, ale jednocześnie pozostająca fabułą, współgrająca z wrażliwością i wizją Grześka, będzie miała sens i będzie ważna dla widza. Chcielibyśmy, żeby ta historia kogoś poruszyła. Włożyliśmy w to dużą część siebie. Błażej na pewno musiał otworzyć swoją puszkę Pandory – dużo go to kosztowało. Czy film okazał się terapią? Nie, to tylko film.

Kadr z filmu 'Proste rzeczy', na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Proste rzeczy", na zdjęciu Magdalena Sztorc i Błażej Sitowski. (Fot. materiały prasowe)

Mieliście precyzyjny scenariusz czy improwizowaliście?
Bazowaliśmy raczej na treatmencie. Rozpisaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć na sceny. Każdą scenę Grzegorz z nami omawiał, każda miała swój cel. My również inspirowaliśmy Grześka – przez wiele tygodni spotykaliśmy się weekendami, opowiadaliśmy o naszej codzienności, działaniach, planach, wspomnieniach. Oprócz nas i Grzegorza, w spotkaniach brał udział Tomasz Schimscheiner (filmowy wujek), Weronika Bilska (autorka zdjęć) i Bartosz Świderski (drugi reżyser).Podczas planu zdjęciowego każda scena była improwizowana. Mówiliśmy własnym językiem, niemieliśmy rozpisanych dialogów. Najczęściej wszystko działo się w jednym dublu, w długich ujęciach – jedna kłótnia, jedna scena na rybach, itd. Ogromne znaczenie w tym projekcie i jego finalnym kształcie miał też montaż – trwał ponad rok.

Czy film wpłynął na waszą rodzinę?
Cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w takim przedsięwzięciu. Nie da się tego wymazać. To też ważna rodzinna pamiątka. Jednocześnie był to eksperyment, trochę igranie z ogniem, z emocjami, z przeszłością. Nie zawsze czuliśmy się na to gotowi. Do dziś prowadzimy dyskusje, czy to miało sens, czy ten film nie utrudnił nam pewnych spraw. Czy to tak naprawdę nie było wywoływanie duchów, które dopiero teraz zaczynają nas nękać. Czy dopiero teraz nie nadszedł czas, żeby pewien rozdział zamknąć.

Film Grzegorza Zaricznego „Proste rzeczy” w kinach od 4 czerwca.

  1. Kultura

Kino noir – zestawienie najlepszych filmów

„Asfaltowa dżungla” w reżyserii Johna Hustona to jeden z najważniejszych filmów noir. W roli Angeli Phinlay wystąpiła znakomita Marilyn Monroe. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)
„Asfaltowa dżungla” w reżyserii Johna Hustona to jeden z najważniejszych filmów noir. W roli Angeli Phinlay wystąpiła znakomita Marilyn Monroe. (Fot. Image Capital Pictures/Film Stills/Forum)
"Wielki sen" z Humphreyem Bogartem, "Gilda" z Ritą Hayworth, "As w potrzasku" z Kirkiem Douglasem, czy "Proszę nie pukać" z Marilyn Monroe to kultowe filmy, które zna prawie każdy. Reprezentują one tzw. kino noir - gatunek, w którym królują czarno-białe kadry, najczęstszym tematem jest zbrodnia, a głównym bohaterem prywatny detektyw z piękną kobietą u swego boku. Zapraszamy na nasz przegląd najlepszych filmów noir.

Kino noir to popularny w latach 40. i 50. XX wieku gatunek w kinie amerykańskim, którego powstanie ściśle wiązało się z atmosferą pesymizmu i niepokoju, jaka zapanowała w Stanach Zjednoczonych wraz z wybuchem II wojny światowej. Sam termin wywodzi się natomiast z francuskiego filmoznawstwa, a po raz pierwszy użyty został w 1946 roku przez krytyka Nino Franka. Historie tzw. „czarnej serii” opierano głównie na klasycznych amerykańskich powieściach kryminalnych. Najczęściej pokazywały one niewyjaśnione zbrodnie, jednak bez moralizowania, happy endów i jasnego podziału na dobro i zło. Głównymi bohaterami zwykle byli prywatni detektywi, przeciętniacy przypadkowo wplątani w świat przestępczy oraz tzw. kobiety fatalne, czyli femme fatale. Najczęściej wybieraną lokacją było natomiast miasto, którego mroczny klimat uzyskiwano za sprawą charakterystycznych środków wizualnych: wyrazistych cieni, mocnych kontrastów i agresywnego montażu.

Najbardziej znanym aktorem kina noir był Humphrey Bogart. Wykształcił on charakterystyczny typ męskiego bohatera – prywatnego detektywa lub przestępcy, cynicznego ironisty i zatroskanego twardziela w prochowcu i z papierosem. Wraz ze swoją żoną Lauren Bacall, która partnerowała mu m.in. w „Wielkim śnie” oraz „Mrocznym przejściu” tworzyli najpopularniejszą parę kina noir, podobnie jak Adrian Ladd oraz Veronica Lake („Pistolet do wynajęcia”, „Błękitna dalia”). Ikoną gatunku stała się również Rita Hayworth („Gilda”, „Dama z Szanghaju”) oraz Jane Greer, kultowa odtwórczyni ról kobiet fatalnych. Innymi znaczącymi aktorami kina noir byli też m.in. James Cagney, Richard Conte, Richard Widmark oraz Robert Mitchum. Do najpopularniejszych filmów noir możemy zaliczyć:

„Sokół maltański” (1941)

Pierwszym w historii filmem noir był „Sokół maltański” w reżyserii debiutującego wówczas Johna Hustona. Grupa podejrzanych osobników nie cofnie się przed niczym, aby zdobyć drogocenny skarb - wysadzoną klejnotami statuetkę sokoła. Detektyw Sam Spade (w tej roli znakomity Humphrey Bogart) za wszelka cenę pragnie dowiedzieć się, dlaczego tak bardzo zależy im na jej zdobyciu - i kto stoi za zamordowaniem jego partnera. W pozostałych rolach wystąpili m.in. Jerome Cowan, Mary Astor oraz nominowany do Oscara Sydney Greenstreet.

Kadr z filmu „Sokół maltański”. (Fot.  Film Stills/Forum)Kadr z filmu „Sokół maltański”. (Fot. Film Stills/Forum)

„Gilda” (1946)

„Gilda” Charlesa Vidora to jeden z najsłynniejszych filmów w dorobku aktorskim Rity Hayworth. Jego akcja toczy się w Buenos Aires, a głównym bohaterem jest nałogowy hazardzista Johnny Farrell (Glenn Ford), który zatrudnia się w jednym z tamtejszych kasyn. Wszystko komplikuje się, gdy żona przełożonego, piękna Gilda, okazuje się być dawną kochanką Johnny'ego. Produkcję krytykowano za prowincjonalność, utrwalanie szkodliwych stereotypów, a nawet przesadne epatowanie seksualnością Hayworth. Mimo to, film odniósł wielki sukces, a dziś zaliczany jest do klasyki amerykańskiego kina.

Kadr z filmu „Gilda”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Gilda”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Wielki sen” (1946)

Filmowa ekranizacja powieści Raymonda Chandlera „Wielki sen” to klasyk nie tylko kina noir, ale również kina detektywistycznego. Tytuł został dodany do National Film Registry, a także znajduje się na liście arcydzieł magazynu „Empire”. Prywatny detektyw Philip Marlowe zostaje wynajęty przez generała Sternwooda, aby rozwikłać sprawę szantażowania jego córki Carmen, która popadła w długi u księgarza Arthura Geigera. Na pozór rutynowa sprawa prowadzi bohatera do mrocznego półświatka Los Angeles pełnego gangsterów, morderców i zepsutych bogaczy. W rolach głównych wystąpili wspomniani wcześniej Humphrey Bogart i Lauren Bacall.

Kadr z filmu „Wielki sen”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Wielki sen”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„Pocałunek śmierci” (1947)

„Pocałunek śmierci” Henry’ego Hathawaya to kolejny klasyczny obraz kina noir. Po nieudanym napadzie na jubilera złodziej zostaje schwytany i odmawia wydania swoich wspólników. Bohater zmienia jednak zdanie, gdy dowiaduje się, że jego żona popełniła samobójstwo. Film był również bardzo udanym debiutem aktorskim Richarda Widmarka, który za drugoplanową rolę psychopatycznego zabójcy otrzymał Złoty Glob oraz nominację do Oscara. Krytycy byli zgodni: aktor stworzył „błyskotliwą kreację, która utrwaliła jego image na wiele lat”.

Kadr z filmu „Pocałunek śmierci”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Pocałunek śmierci”. (Fot. BEW Photo)

„Dama z Szanghaju” (1947)

Kultowa „Dama z Szanghaju” z Orsonem Wellesem po obu stronach kamery opowiada historię marynarza Mike'a O'Hary, który dołącza do rejsu z państwem Bannister, a tym samym zostaje wplątany w morderczą intrygę. Film zaczyna się, gdy Elsa Bannister (Rita Hayworth) zostaje napadnięta przez młodych złodziejaszków podczas spaceru w parku. Gdy pomocy udziela jej Mike, ta proponuje mu, aby zaciągnął się na jacht jej męża. Problem w tym, że na pokładzie przebywa także detektyw Sidney Broome i Grisby, który proponuje O'Harze 5000 dolców za sfingowanie własnej śmierci...

Kadr z filmu „Dama z Szanghaju”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)Kadr z filmu „Dama z Szanghaju”. (Fot. Columbia Pictures/Entertainment Pictures/Forum)

„Asfaltowa dżungla” (1950)

Gangsterski klasyk kina noir „Asfaltowa dżungla” polecali niegdyś w kultowym cyklu „Perły z lamusa” Tomasz Raczek i Zygmunt Kałużyński - to chyba najlepsza rekomendacja. Pewien złodziej po wyjściu z więzienia decyduje się na ostatni skok w swej karierze, chcąc ukraść dużą ilość drogocennej biżuterii. W tym celu opracowuje perfekcyjny plan i kompletuje ekipę mającą dokonać rabunku. Jego wspólnicy to kierowca, włamywacz i zabójca, a całe „przedsięwzięcie” ma sfinansować pewien adwokat-bankrut. Wkrótce gangsterzy wpadają jednak w poważne tarapaty. Film wyróżniono m.in. nagrodą na Festiwalu w Wenecji i 4 nominacjami do Oscara.

Kadr z filmu „Asfaltowa dżungla”. (Fot. Mondadori Collection/Universal Images Group/Forum)Kadr z filmu „Asfaltowa dżungla”. (Fot. Mondadori Collection/Universal Images Group/Forum)

”Bulwar zachodzącego słońca” (1950)

Zawierający elementy dramatu, horroru i komedii „Bulwar zachodzącego słońca” Billy'ego Wildera to prawdziwa klasyka gatunku. Film przedstawia historię wygasłej gwiazdy kina niemego, która próbując wrócić na ekran, wiąże się z młodym scenarzystą. Gdy mężczyzna postanawia zakończyć związek, kobieta popada w szaleństwo. Strzela do ukochanego, a moment przybycia policji wykorzystuje jako okazję do swego ostatniego aktorskiego występu. Dogłębnie penetrujący świat show biznesu obraz spodobał się nie tylko widzom, ale również krytyce, o czym najlepiej świadczy 11 nominacji do Oscara oraz 3 statuetki.

Kadr z filmu „Bulwar zachodzącego słońca”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Bulwar zachodzącego słońca”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„Nieznajomi z pociągu” (1951)

Oparty na powieści Patricii Highsmith film „Nieznajomi z pociągu” to wciągająca historia, która wgniecie was w fotel. Podczas podróży pociągiem główni bohaterowie, Guy Haines (Farley Granger) i Bruno Anthony (Robert Walker), rozmawiają o pomyśle na zbrodnię doskonałą: jeden zabija wskazaną przez swego wspólnika ofiarę, po czym drugi rewanżuje się podobnie, dzięki czemu nie sposób powiązać zamordowanych ze sprawcami. Po chwili zawierają umowę: żona Guya „w zamian” za ojca Brunona. Film wyreżyserował i wyprodukował mistrz suspensu Alfred Hitchcock.

Kadr z filmu „Nieznajomi z pociągu”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)Kadr z filmu „Nieznajomi z pociągu”. (Fot. Mary Evans Picture Librar/Forum)

„As w potrzasku” (1951)

Fabuła filmu „As w potrzasku” z legendą kina Kirkiem Douglasem w roli głównej powstała na podstawie dwóch autentycznych wydarzeń. Głównym bohaterem jest tu arogancki reporter, który zostaje zatrudniony w niewielkiej redakcji. Kiedy dowiaduje się o wypadku wewnątrz pobliskiej kopalni, postanawia wykorzystać go do własnych celów. Wyreżyserowany, wyprodukowany i napisany przez Billy'ego Wildera obraz zapewnia widzom całą gamę emocji, trzymając w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. W pozostałych rolach wystąpili m.in. Jan Sterling, Robert Arthur, Porter Hall i Frank Cady.

Kadr z filmu „As w potrzasku”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)Kadr z filmu „As w potrzasku”. (Fot. Collection CSFF/Rue des Archives/Forum)

„Proszę nie pukać” (1952)

Dramat „Proszę nie pukać” oparty na powieści Charlotte Armstrong przedstawia historię Nell Forbes, która po nieudanej próbie samobójczej trafia do szpitala psychiatrycznego. Niedługo po jego opuszczeniu zostaje zatrudniona jako opiekunka do dziecka przez bogate małżeństwo. Rodzina nie zna jednak przeszłości kobiety, która początkowo nie wzbudza niepokoju swoim zachowaniem, lecz w pewnym momencie zaczyna zagrażać nie tylko sobie, ale też swojej podopiecznej. W rolę Nell wcieliła się Marilyn Monroe - była to pierwsza dramatyczna, i zarazem pierwszoplanowa kreacja aktorki.

Kadr z filmu „Proszę nie pukać”. (Fot. BEW Photo)Kadr z filmu „Proszę nie pukać”. (Fot. BEW Photo)