1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Śladami Winnych – spotkanie z Ałbeną Grabowską w Brwinowie

Śladami Winnych – spotkanie z Ałbeną Grabowską w Brwinowie

Ałbena Grabowska w willi „Aida”, która znajduje się obecnie w prywatnych rękach, ale jest udostępniana 
dla zwiedzających. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
Ałbena Grabowska w willi „Aida”, która znajduje się obecnie w prywatnych rękach, ale jest udostępniana dla zwiedzających. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
Zobacz galerię 11 Zdjęć
Najpierw ona podarowała im dom oraz burzliwe losy. Teraz wspólnie dają nowe życie miastu, w którym zaczęła się ta historia. Po Brwinowie ze „Stulecia Winnych” oraz tym współczesnym oprowadza nas pisarka Ałbena Grabowska.

Urokliwe miasteczko położone 25 kilometrów od Warszawy, dawne letnisko, dziś liczące ponad 10 tysięcy mieszkańców. Miasto powieściowej rodziny Winnych, do którego ściągają dziś fani, by zobaczyć choćby słynne Glinki, kościół Świętego Floriana, ale też ulicę Mickiewicza, przy której miał stać dom Winnych. A może też spotkać samą Ałbenę Grabowską, na co zresztą są duże szanse, bo jej egzotyczna uroda nie pomaga ukryć się w tłumie.

Ałbena Grabowska stoi w holu, w którego wystroju dominują trofea myśliwskie Stanisława Wilhelma Lilpopa. (Fot. Szymon Szcześniak)Ałbena Grabowska stoi w holu, w którego wystroju dominują trofea myśliwskie Stanisława Wilhelma Lilpopa. (Fot. Szymon Szcześniak)

Zapraszamy do ogrodów

Kiedy zastanawiała się, gdzie umieścić akcję trylogii, do której pisania właśnie zasiadała przy kuchennym stole, Brwinów był wyborem oczywistym. – Miasto ze wspaniałą historią, z cudownymi miejscami i mieszkańcami. Tu działy się rzeczy niezwykłe, kluczowe dla historii Polski – opowiada. – Poza tym ważne jest dla mnie, by identyfikować się z miejscem, w którym mieszkam. I z jego społecznością. Robię zakupy po sąsiedzku, staram się wspierać lokalnych producentów oraz mieszkańców w potrzebie. My w ogóle wszyscy lubimy sobie pomagać. Ta sąsiedzka otwartość ma swoje odbicie w corocznej imprezie Festiwal Otwarte Ogrody, podczas której w Brwinowie, Podkowie Leśnej i Milanówku w kolejne weekendy czerwca mieszkańcy otwierają swoje prywatne ogrody dla zwiedzających. Pokazują, czym się zajmują, a że mieszka tu wielu malarzy, muzyków, pisarzy czy innej maści artystów, w takim ogrodzie często można posłuchać kameralnego koncertu czy krótkiego wykładu o konserwacji obrazów. Dziś Podkowa, Milanówek i Brwinów tworzą Podwarszawskie Trójmiasto Ogrodów. – To piękna kontynuacja idei Stanisława Lilpopa, przemysłowca, właściciela ziemskiego i wielkiego wizjonera. Miał marzenie, by z Podkowy Leśnej stworzyć miasto ogród – opowiada pisarka. – Uważał, że w otoczeniu przyrody można się świetnie rozwijać intelektualnie i tworzyć silne lokalne więzi. Powiedział profesorskim rodzinom z Warszawy: „Przyjedźcie do Podkowy, ja wam daję ziemię na bardzo korzystnych warunkach, nie bierzcie służby, tu jest Brwinów-Letnisko, tu są ludzie, oni powinni dla was pracować. Trzeba integrować tę społeczność”.

Willa Aida (Fot. Szymon Szcześniak)Willa Aida (Fot. Szymon Szcześniak)

Stanisław Lilpop jest pochowany na cmentarzu w Brwinowie, a jego willa „Aida” jest wprawdzie w prywatnych rękach, ale kustosz tego miejsca udostępnia je zwiedzającym. To w „Aidzie” były kręcone zdjęcia do serialowego wesela Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów, choć prawdziwe odbyło się w hotelu Bristol. – Ale ślub był w Brwinowie, ten prawdziwy i ten opisany przeze mnie – podkreśla Ałbena. W serialu wystąpiło też Stawisko, położone w pobliskiej Podkowie Leśnej, miejsce zamieszkania Iwaszkiewiczów, a w czasie wojny przytulisko dla literatów, poetów, ale też ludzi biednych, wykluczonych, głodnych. – Oni tu naprawdę dzielili się wszystkim, co mieli. Uratowali niejedno życie – mówi. Dziś w Stawisku mieści się muzeum Jarosława Iwaszkiewicza. – Pani kustosz przyznała mi niedawno, że obecnie zainteresowanie tym miejscem jest kilkukrotnie większe. I wszyscy pytają o serial, o książki. Cieszę się, że przywołałam tego cudownego pisarza. Mnie miłość do niego zaszczepił dziadek. Dał mi opowiadania, zaprowadził na jego grób.

Na archiwalnym zdjęciu Jarosław i Anna Iwaszkiewiczowie z córką Marią – na schodach willi. (zdjęcie archiwalne)Na archiwalnym zdjęciu Jarosław i Anna Iwaszkiewiczowie z córką Marią – na schodach willi. (zdjęcie archiwalne)

Ludzie i miejsca

– Oczywiście planujemy wycieczki śladami Winnych. I niewykluczone, że czasem będę sama je oprowadzała, w szczególnych momentach, jak Noc Muzeów, Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, a może i rocznica bitwy pod Brwinowem – zapewnia pisarka.

Co dwa lata w Brwinowie 12 września ma miejsce rekonstrukcja tego ważnego dla brwinowian wydarzenia, obecnego też na kartach „Stulecia Winnych”. – Kiedy byłam tu pierwszy raz, zachwyciły mnie jego rozmach, liczba osób zaangażowanych w rekonstrukcję, w tym wojsko. Gdy zobaczy się ludzi, którzy stoją kilka metrów od siebie i otwierają ogień, a do tego ostrzał z samolotu – to zmienia się nastawienie do samej wojny. Już się nie wydaje, że to jest taka przygoda albo gra komputerowa.

Winni nie mieszkali pod żadnym konkretnym numerem, dlatego warto przejść przez całą ulicę Mickiewicza. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Winni nie mieszkali pod żadnym konkretnym numerem, dlatego warto przejść przez całą ulicę Mickiewicza. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Co będzie na trasie oprowadzania? – Oczywiście ulica Mickiewicza, kościół Świętego Floriana, który wygląda inaczej niż w serialu, ale stoi w tym samym miejscu. Stawisko, „Aida” – wylicza. – Zaprowadziłabym też ludzi na Glinki. Na jednym z jeziorek jest wakepark, skąd można wypożyczyć sprzęt do surfowania. No i do cukierni „Jarzyna”. Kawiarnia jest utrzymana w stylu art déco, można przycupnąć też w ogródku, zjeść cudowne ciasto albo pączka – naprawdę lepszych w życiu nie jadłam. Latem sprzedawane są pyszne lody. Moje ulubione smaki to słony karmel i śliwka z czekoladą.

Pisarka obok słynnej kawiarni „Jarzyna”, gdzie latem zajada się lodami. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Pisarka obok słynnej kawiarni „Jarzyna”, gdzie latem zajada się lodami. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Ale Brwinów to coś więcej niż miejsca. – Z tym miastem byli związani wspaniali ludzie, nie tylko Stanisław Lilpop czy Jarosław Iwaszkiewicz. Na przykład Helena Bartkiewiczówna, ciotka literata Zygmunta Bartkiewicza. Była pierwszą kobietą, która otworzyła w Warszawie salon fotograficzny, w sumie pierwszą kobietą w Polsce. W roku 1865! To naprawdę coś!

Pałacyk Kasyno powstał jako pawilon sportowy z inicjatywy Lilpopa; architekt Juliusz Dzierżanowski zainspirował się obiektem pewnego kasyna w uzdrowisku Vichy. Obecnie jest siedzibą Centrum Kultury i Inicjatyw Obywatelskich, w części znajduje się kawiarnia. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Pałacyk Kasyno powstał jako pawilon sportowy z inicjatywy Lilpopa; architekt Juliusz Dzierżanowski zainspirował się obiektem pewnego kasyna w uzdrowisku Vichy. Obecnie jest siedzibą Centrum Kultury i Inicjatyw Obywatelskich, w części znajduje się kawiarnia. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

W pobliżu mieszkał profesor Kazimierz Michałowski, wybitny egiptolog, ale też rodzina Regulskich, pokazana zresztą w serialu. Ona, Halina, była feministką, on, Janusz, naukowcem. Był jeszcze Stefan Kiedrzyński, dziś zapomniany literat, ale przed wojną jego książki miały więcej ekranizacji niż Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. – I uchodził za o wiele lepszego pisarza. Dołęga mu ogromnie zazdrościł. Dziś wszyscy znają Dołęgę, natomiast większość książek Kiedrzyńskiego spłonęła podczas wojny. Zachowały się nieliczne ekranizacje, choćby „Kłamstwo Krystyny”. Pamiętam, że jak byłam mała, leciało co święta w telewizji.

Ałbena Grabowska przy fotoplastykonie, w którym można oglądać historyczne zdjęcia miasta, w tle kościół Świętego Floriana w Brwinowie. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Ałbena Grabowska przy fotoplastykonie, w którym można oglądać historyczne zdjęcia miasta, w tle kościół Świętego Floriana w Brwinowie. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Dobre duchy

Współczesny Brwinów nadal ma coś z klimatu letniska. – Latem powietrze wręcz stoi i panuje tu taka cisza, że czuję się jak na wakacjach. Zwłaszcza że dom mam drewniany – mówi pisarka. – Żyjemy sobie w takiej enklawie, w mieście ogrodzie, ale z dobrym transportem do cywilizacji. Nie narzekamy. Zresztą u nas są centra handlowe i targ, piekarnie i banki. Mamy blisko autostradę, pociąg, który w 30 minut dowozi nas do centrum Warszawy, a w Podkowie Leśnej – kolejkę WKD, do której mam niezwykły sentyment: 40 minut i jesteś w stolicy, a do tego po drodze podziwiasz piękne krajobrazy. Mamy też, już trzecią kadencję, wspaniałego gospodarza Brwinowa. Dzięki niemu miasto rozkwita. Teraz czekamy na wiosnę, bo zrewitalizowano miejski park. Kiedyś to było miejsce, o którym starzy brwinowianie mówili tylko, jeśli chcieli przestrzec dzieci: „Obejdź naokoło, nie idź przez park”. No to teraz park mamy piękny, są tam staw, plac zabaw, stojące szachy, a niedługo wyrośnie i zakwitnie też ogród botaniczny.

Pałac Wierusz-Kowalskich został wybudowany w latach 1936–1937. Pierwszym właścicielem był Tadeusz Wierusz-Kowalski. Pałac stanowił letnią rezydencję rodziny. Obecnie należy do Brwinowa i jest w trakcie remontu. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)Pałac Wierusz-Kowalskich został wybudowany w latach 1936–1937. Pierwszym właścicielem był Tadeusz Wierusz-Kowalski. Pałac stanowił letnią rezydencję rodziny. Obecnie należy do Brwinowa i jest w trakcie remontu. (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Na terenie parku stoi pałac Wierusz-Kowalskich, również uwieczniony w „Stuleciu...”. Park i pałac kiedyś należały do SGGW i prowadzono tam zajęcia. Niedawno miastu udało się pozyskać te tereny i rozpocząć remont. Ma być w nim ośrodek kultury. – Choć nie miałam żadnego udziału w odzyskaniu i rewitalizacji, to czuję się tak, jakby to też moja opowieść sprawiła, że park i pałac na powrót są nasze, brwinowskie. Tak jakbym pisząc o Wieruszach, w jakiś sposób przywołała dobre duchy – twierdzi Ałbena Grabowska.

Kadr z serialu „Stulecie Winnych”, Weronika Humaj jako Anna Winna oraz Lidia Sadowa jako Anna Lilpop na tle Stawiska.Kadr z serialu „Stulecie Winnych”, Weronika Humaj jako Anna Winna oraz Lidia Sadowa jako Anna Lilpop na tle Stawiska.

Podziękowania dla Urzędu Gminy Brwinów za udostępnienie zdjęć związanych z Brwinowem.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Kinga Preis - poszukująca, przenikliwa, przebojowa

Kinga Preis marzy o życiu blisko przyrody. (Fot. Marta Wojtal)
Kinga Preis marzy o życiu blisko przyrody. (Fot. Marta Wojtal)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kinga Preis każdą rolę gra tak, jakby była pierwsza, a żadna wcześniejsza nie zostawiła śladu. Wybitna osobowość aktorska. Mogliśmy oglądać ją w serialu „Stulecie Winnych” (według wydanej przez Wydawnictwo Zwierciadło sagi Ałbeny Grabowskiej), w którym grała Bronisławę, „szefową” rodu Winnych. TVP potwierdziła, że powstanie drugi sezonu serialu - w lipcu ruszają prace na planie. 

Bronia mało mówi, ale trzyma w karbach tę rodzinę, tę historię… Przy niej nic nie może się rozpaść?

Mężczyźni w tej opowieści są delikatni, nie mają odwagi zawalczyć o miłość. Mąż Broni dużo pije, traktuje się go, jakby nie umiał poradzić sobie z życiem. To Bronia jest „szefową” rodziny. Przeżywa niepowodzenia swoich dzieci. To prosta kobieta, chłopka, ale z głodem wiedzy. Chce, aby jej dzieci się uczyły, chce je otworzyć na świat. Sama nie miała szansy wyruszyć poza Brwinów, który pewnie bardzo kocha.

Bronia ma w rodzinie respekt. Widać, że kiedy na coś reaguje, powie dosadniej słowo, wszyscy się wycofują.

Autorytetu nie zdobywa się histerią, narzucając coś. Zdobywa się go spokojem i determinacją. Bronia chce wszystkim pomagać. Opiekuje się chorymi w szpitalu. Walczy o prawa kobiet. Wyrastałam w domu, w którym ważną rolę odgrywały kobiety.

Miała pani w głowie kobiety ze swojej rodziny, grając tę rolę?

Moja mama i babcia były związane z Wrocławiem, ze środowiskiem artystycznym. Babcia Marysia tańczyła w Zespole Pieśni i Tańca „Śląsk”, a potem przez wiele lat pracowała w Operze Wrocławskiej, gdzie większość zawodowego życia przepracowała też moja mama. Nie mogę więc powiedzieć, żeby to były proste kobiety. Każda z nas wychowała jedno dziecko. Nie wyobrażam sobie posiadania drugiego, a co dopiero czwórki własnych dzieci, i do tego gromady wnuków. Dla mnie Antoni był ogromnym wyzwaniem i jest pępkiem świata. Bronia tych światów miała dużo więcej. Życie na wsi zależało od przyrody, pór roku, od Boga, wiary, w której została wychowana. My tak nie postrzegamy własnego losu. Inaczej też walczymy z melancholią, depresją. Bronia na smutek duszy czytała książkę przy świecy, rozmawiała z bliskimi. Tak naprawdę wszystko nas różni. Moje życie jest prostsze, nie muszę podejmować wyborów ostatecznych, żyję szybciej, intensywniej. Ale czy jestem przez to szczęśliwszym człowiekiem?

Grając, sięga pani do intuicji?

Nigdy nie staram się kopiować, odwzorowywać. Na pewno do roli dostają się jakieś okruchy z mojego życia, ale z mojej strony nie jest to działanie z premedytacją. Lubię być zaskakiwana w trakcie sceny czymś, co się nagle pojawia albo co proponuje partner. Sama również lubię zaskakiwać. W „Stuleciu Winnych” kimś szczególnym i bliskim był dla mnie reżyser Piotrek Trzaskalski. Mam różne doświadczenia na tym polu. A tu spotkałam człowieka, który mając przed sobą blisko sto dni zdjęciowych, na każdej stronie scenariusza narysował kadry do poszczególnych scen, był dociekliwy i czuły wobec wszystkich aktorów. Niezwykłym partnerem dla mnie był również operator Witold Płóciennik. To jest wielki artysta, który dzięki swojej wrażliwości za pomocą kamery namalował świat z początku XX wieku. Scena, w której Kasia, synowa Broni, rodzi, jest jak z Rembrandta. Uwielbiam obserwować operatorów w pracy. Jesteśmy w tym samym miejscu, patrzymy na to samo, ale operator widzi świat, jakiego ja nie jestem w stanie dostrzec. Każdy artysta, z którym się spotykam, buduje swoją przestrzeń, przekracza ją, nawzajem z siebie czerpiemy, i tak powstaje Bronia Winna.

Jak wyglądałaby pani saga rodzinna?

Moi pradziadkowie Jan i Michalina Pieszkowie pochodzili ze Lwowa. Uciekli z kresów, kiedy moja babcia Marysia była malutka. Przyjechali najpierw do Wojcieszowa na Dolnym Śląsku, a potem do Wrocławia. Prawie nie pamiętam swoich  pradziadków. Na różnych uroczystościach rodzinnych wtrącało się coś bałakiem [lwowska gwara uliczna – przyp. red.], śpiewało piosenki ze Lwowa, ale nikt mnie nie wychowywał w kulcie tego miasta. Dopiero dzisiaj się zastanawiam, czym musiało być dla moich bliskich wysiedlenie bez możliwości powrotu…

Jacy byli pani dziadkowie?

Mam superbabcię i bardzo opiekuńczą mamę, one się wspaniale uzupełniały.

W domu rządziła babcia czy mama?

Babcia chciała rządzić, ale słuchałam mamy. Marzeniem babci był śpiew, ale ponieważ los płata figle, to całe życie przetańczyła. Najwyższą ze sztuk była dla niej zawsze muzyka. Moja mama skończyła liceum w klasie fortepianu, ale dalej tą drogą nie poszła. Potem była próba zachęcenia mnie do pójścia w tym samym kierunku. Równie nieudana. W domu stało pianino, babcia goniła mnie do lekcji. Kiedy poszłam do szkoły podstawowej, były różne akademie ku czci. Pamiętam mój pierwszy występ. Miałam zagrać fragment piosenki „Czy pozwoli panna Krysia, młody ułan pyta...”. Z nerwów nie trafiłam w żadną czystą nutę. To była kakofonia. A potrafiłam ten utwór zagrać. Ale i tak najpełniej realizuję artystyczne ambicje swojej babci.

Pamięta pani ojca?

Nie. Mam jedno wspomnienie z tatą… zostawmy. Jak ważny jest ojciec, wiem, bo patrzę na więź mojego Piotra z Antonim. Sama tego nie doświadczyłam. Trudno jest żałować uczucia, którego się nigdy nie przeżyło.

Nigdy nie chciała się pani dowiedzieć czegoś o ojcu?

Miałam taką potrzebę, kiedy miałam kilkanaście lat, ale szybko zgasła, ponieważ do niczego się nie dokopałam.

A jego rodzina?

Nie utrzymywaliśmy żadnego kontaktu.

Nie myślała pani, że może opowiedzieliby coś ważnego?

Więzy krwi nie powodują, że ktoś jest dla nas ważny.

Nie miała pani czasem poczucia, że przez brak ojca…

…coś mnie ominęło? Mam syna i myślę, że wychowanie syna jest naprawdę czymś innym niż wychowanie córki. Kiedy byłam w ciąży, mówiłam do swojego brzucha: „Marysiu”. Marzyłam o urodzeniu dziewczynki. Niefrasobliwy lekarz powiedział mi na tydzień przed porodem, że jednak będzie syn. Przeżyłam jeden z najpoważniejszych kryzysów w swoim życiu. Dziś, oczywiście, się z tego śmieję. Krzyczałam do mojego męża: „Za co to wszystko?! Po co te dziewięć miesięcy udręki? Żeby syna urodzić?!”. Teraz nie wyobrażam sobie, że mogłabym mieć córkę.

Ale skąd to w pani było?

Klasyka stereotypu. Tak jak większość mężczyzn chce mieć syna, by grać z nim w piłkę i móc po męsku pogadać, tak większość kobiet pragnie córeczki, z którą będzie się wspólnie bawić w domek i rodzinkę. Ja się ze swoim synem świetnie dogaduję. To spokojny, fajny facet. Zawsze był taki. A u dziewczynek zauważam feerię niezdrowych ekscytacji. Mam ukochaną sąsiadkę Stenię. Kiedy coś razem oglądamy i występuje mała dziewczynka, porozumiewawczo spoglądamy na siebie, a w oczach: „Gardzę różem”. Wiem, to okropna klisza, ale utrwalił ją mój zawód. Dziewczynki na planie bywają szalenie rezolutne, takie stare malutkie.

Kinga Preis najbardziej ceni pracę w teatrze (Fot. Marta Wojtal) Kinga Preis najbardziej ceni pracę w teatrze (Fot. Marta Wojtal)

W zawodzie od razu trafiła pani na mistrza. Na trzecim roku studiów zagrała pani główną rolę u Jerzego Jarockiego w „Kasi z Heilbronnu”, dzisiaj opisywaną jako legendarna. Czym to dla pani było?

Nie umiem odpowiedzieć, na czym polegała technika prof. Jarockiego. Nie czułam, że to lekcja, jakiś konkretny przekaz. Byłam jedną z osób, którymi w umiejętny sposób poruszał. Umiał znakomicie użyć aktora. Myślę, że brał z tego, kim byłam. Przecież Kasia jest łatwowiernym, nieświadomym, zaczarowanym człowiekiem. Dokładnie taka byłam. Chciałam kochać teatr. Jeśli wyobrażałam sobie zawodowe życie, to tylko w teatrze. W ogóle nie myślałam o graniu w kinie.

Czym dzisiaj jest dla pani teatr?

Miejscem, z którego w porę uciekłam, myślę o Teatrze Polskim we Wrocławiu, gdzie pracowałam 17 lat. Odeszłam, zanim doprowadzono do jego zniszczenia. Mówiło się, że jest to teatr zespołowy, nie gwiazdorski. Byliśmy skupieni na pracy, tam w pewnym odizolowaniu nie chcieliśmy uciekać do Warszawy, gdzie czekało zapewne więcej propozycji. Był miejscem dla tak różnych twórców, jak Jerzy Jarocki, Krystian Lupa, Jan Klata. Wystarczyła chwila, żeby to wszystko zniweczyć. W ubiegłym roku byłam w Teatrze Polskim. Śpiewałam podczas gali piosenek Wojciecha Młynarskiego. Niewielu moich kolegów tam zostało. Weszłam do smutnego miejsca, gdzie ludzie siedzący w bufecie niespecjalnie się lubią. Dzisiaj nie mam żadnej potrzeby wejścia w spektakl teatralny. Koledzy mówią: „Przestań, na pewno żałujesz”. Nie żałuję. Mam dużo więcej wolnego czasu i to uwielbiam. Jestem wolnym człowiekiem. Może kiedyś zatęsknię.

To co pani właściwie robi, kiedy nic nie robi?

Czytam, rozmawiam z mężem, mam dużo więcej czasu dla syna albo idę na spacer, albo nie idę i po prostu sobie siedzę. Wyjeżdżam, chodzę do kina, takie tam.

I marzy pani?

Jestem człowiekiem, którego uruchamia wyobrażenie o wygranej w totolotka. Gram bardzo rzadko, ale w momencie obstawienia liczb już stąd wyjeżdżam, już pakuję walizkę, już jestem na drugim końcu świata. Marzenia? Nie pracować. Albo nie pracować w tym zawodzie. Teraz marzę już o przeprowadzce, bo niebawem przeniosę się na wieś. Potrzebuję przyrody.

Kupiła pani dom?

Buduję. Nie potrafię czerpać przyjemności z miasta. Mając wolny dzień, pakowałam plecak i jechałam z rodziną w góry. Wychowałam się na Sępolnie. To dzielnica jak z programów Davida Attenborough. Dzieciństwo było bez telewizora, bez iPhone’a, więc miałam wyrobione inne części ciała niż kciuk. Jako dzieciaki wariowaliśmy na ogródkach działkowych, zakładaliśmy się, kto po zmroku przejdzie po cmentarzu…

Gdzie pani buduje dom?

Na wsi pod Wrocławiem. Dom jest otwarty na przyrodę.

A co przed oknem?

To, co nam wyrośnie. Mąż namawiał, żebyśmy kupili duże drzewa. „Piotrusiu – mówię – chcę patrzeć, jak rosną”. Wczoraj pojechaliśmy z mężem do lasu pod Trzebnicą i byliśmy tam siedem godzin. To mi sprawiło autentyczną przyjemność.

Siedmiogodzinny spacer?

Idziemy, zatrzymujemy się, obserwujemy. Drogę przebiegł nam piękny byk. Potem podglądaliśmy łanie daniela. Pierwsza szóstka stała na polanie. To były dosyć drobne łanie, szarobrązowe. Mąż mówi: „Pójdę lasem i wypłoszę ci je, żeby na ciebie wyszły”. Zrobił to tak skutecznie, że jak doszłam do granicy polany, to już tylko widziałam ich lusterka, czyli zadki, gdy stały w rządku, by przeskoczyć przez rzekę. W pewnym momencie żuraw z polany wyleciał tak nisko, jakby spod nas. Widzieliśmy też cztery orły. Tam są ogromne stawy i jest coraz więcej orłów. Przed samym zmrokiem mąż zauważył następne daniele. „Są na mojej czternastej” – powiedział. Jak się na nie spojrzy, to udają, że nie patrzą. Chociaż wiem, że cały czas nas obserwują. Czy to nie jest fascynujące, taki spacer po lesie?

Syn zajął się kinem?

Tak, przechodzi swoją drogę w tej branży. Przez półtora roku miał zaszczyt i szansę pracować z wybitnymi ludźmi kina, reżyserami, operatorami i aktorami. Aż mu zazdroszczę.

Wyobrażała sobie pani, że syn staje za kamerą, a pani gra? W jaki sposób patrzyłby na panią?

Uważa pewnie, że jesteśmy z Piotrem takie „wariatuńcie”, jak to się u nas w domu mówiło. Ale rodzina zawsze ma dyskomfort, oglądając najbliższych na ekranie. Myślę, że kiedy mój syn zobaczył scenę gwałtu w „Pod Mocnym Aniołem”, to nie było pozytywne przeżycie.

Rozmawialiście o tym?

Myślę, że Antoni docenia ten film, bardzo mu się podoba, ale nie komentuje mojego w nim udziału. Bardzo mnie kocha jako mamę i ceni jako aktorkę, ale zobaczyć rodzica w takiej roli to duże wyzwanie. Mój mąż też jest z tej branży, ale nie sądzę, że nie pika mu serce, gdy gram tego typu sceny. Zabrałam kiedyś moją mamę na premierę spektaklu Teatru Telewizji „Stygmatyczka”. Były tam sceny, kiedy Wandzie Boniszewskiej, zakonnicy, którą grałam, otwierają się rany na rękach, stopach, na czole. Moja mama przeżyła to bardzo dramatycznie. Myślę, że nie widziała w tej bohaterce zakonnicy, tylko córkę. Staram się wejść na sto procent w sytuację i w jakimś sensie wyzbyć się siebie, zatracić w tym, co robię. Grając, nie jestem Kingą Preis, aktorką wcielającą się w filmie „Pod Mocnym Aniołem” w postać Mani, która jest gwałcona. W tym momencie jestem tą Manią. To się dzieje w mojej świadomości, w mojej psychice, w moim ciele. Czuję tak, jakby to było naprawdę. Widz, mam nadzieję, też w to wierzy.

Co dzieje się w pani po zagraniu ekstremalnie trudnej sceny?

Czuję przyjemność, że coś przeżyłam. Na pewno nie czuję tego, co człowiek zgwałcony, czyli zbrukania, raczej zmęczenie, utratę ogromnej energii. I wbrew pozorom niechęć powrotu do realności, do świata. Pewnie, że nie czuję się dobrze po scenie gwałtu ani po tym, jak w „Domu złym” mąż zabił mnie siekierą. Leżałam w błocie, półnaga, było potwornie zimno. Ale był to dla mnie zarazem koniec zdjęć. Pojawił się żal, jaki mają dzieci, kiedy odbiera im się coś najcenniejszego. Odebrano mi coś, co już nigdy się nie przydarzy. Nigdy już nie zagram w „Domu złym” i nie przeżyję podobnych emocji. Nie umiem tego inaczej powiedzieć. Wielu aktorom ciężko jest się rozstać z rolą. Kiedy patrzę na dobrych aktorów, nie myślę jedynie o ich fizycznej zmianie, ale że zostaje jakiś ślad tego, co zagrali. Czasem, kiedy kończę zdjęcia, jest mi żal, czasem się cieszę, że już koniec, a czasem nic mnie to nie obchodzi. Bywa, że za role, które są lżejsze do udźwignięcia, widzowie kochają nas najbardziej. Kiedy to słyszę, myślę: „Fajnie, miło”. Ale czekam na nowe wyzwania.

Kinga Preis, grając, lubi uciekać od samej siebie. (For. Marta Wojtal) Kinga Preis, grając, lubi uciekać od samej siebie. (For. Marta Wojtal)

Na reżysera, który widzi panią inaczej niż wszyscy?

Teraz pracuję z Piotrem Domalewskim. Zmusza mnie do wydobycia czegoś zupełnie innego. A ja lubię uciec samej sobie.

Jest pani w zawodzie nienasycona?

Zna pan serial „Gdzie jest mój agent?”. Każda z postaci jest wspaniale napisana. Tego naprawdę zazdroszczę – dobrze napisanych ról. U nas albo trzeba się zrzygać do umywalki, albo być korpo-glamour. Tak bym chciała w telewizji odwagi. Nie tylko u aktorów.

 

Saga obyczajowa Ałbeny Grabowskiej, na motywach której powstał serial "Stulecie Winnych", dostępna jest w naszym sklepie internetowym: