1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Przyjaciele: Spotkanie po latach” – wszystko, co warto wiedzieć o odcinku specjalnym serialu

„Przyjaciele: Spotkanie po latach” – wszystko, co warto wiedzieć o odcinku specjalnym serialu

W odcinku specjalnym
W odcinku specjalnym "Przyjaciół", odtwórcy głównych ról, czyli Jennifer Aniston, Courteney Cox, Lisa Kudrow, Matt LeBlanc, Matthew Perry i David Schwimmer, po 17 latach wspólnie celebrować będą uwielbiany przez wszystkich serial. (Fot. materiały prasowe HBO)
Na tę wiadomość czekali niemalże wszyscy. Serialowi „Przyjaciele”, czyli Jennifer Aniston, Courteney Cox, Lisa Kudrow, Matt LeBlanc, Matthew Perry i David Schwimmer, po 17 latach wracają do kultowego studia nagrań, aby wspólnie celebrować uwielbiany przez wszystkich serial. Poniżej zdradzamy wszystkie szczegóły dotyczące produkcji.

”Przyjaciele” to jeden z najbardziej cenionych seriali komediowych w historii telewizji. Produkcja, której lata emisji przypadły na lata 1994-2004, stała się prawdziwym fenomenem i zyskała pokaźne grono fanów na całym świecie. Serial docenili jednak nie tylko widzowie, ale też krytycy. „Przyjaciół” nagrodzono bowiem wieloma nagrodami Emmy i Złotym Globem. To inteligentna komedia, która zagląda w serca i umysły grupy przyjaciół mieszkających w Nowym Jorku. W rolach głównych wystąpili Jennifer Aniston (Rachel), Courteney Cox (Monica), Lisa Kudrow (Phoebe), Matt LeBlanc (Joey), Matthew Perry (Chandler) oraz David Schwimmer (Ross). Twórcami serialu są natomiast Marta Kauffman oraz David Crane, którzy wraz z Kevinem Brightem pełnili także obowiązki producentów wykonawczych. Łącznie powstało dziesięć sezonów, czyli 236 odcinków.

Od momentu zakończenia emisji „Przyjaciół” w 2004 roku, w mediach co chwilę krążyły plotki na temat kontynuacji serialu, o czym marzyła zdecydowana większość jego fanów. Sami twórcy jednak milczeli jak zaklęci, a odtwórcy głównych ról wielokrotnie podkreślali, że pomimo miłych wspomnień związanych z produkcją i ogromnego sentymentu nie zamierzają wracać na plan zdjęciowy. Na przeciw oczekiwaniom widzów na całym świecie, wyszła w końcu stacja HBO, która w lutym ubiegłego roku ogłosiła w oficjalnym komunikacie prasowym, że pracuje nad długo wyczekiwanym wielkim powrotem serialu. Początkowo owiany tajemnicą projekt miał zadebiutować na nowo powstałej platformie HBO Max w 2020 roku. Wiadomo było jedynie, że ma być to wspominkowy odcinek specjalny. Całe przedsięwzięcie wstrzymała jednak pandemia koronawirusa, a premierę przesunięto na maj 2021 roku. Później etapami odkrywano kolejne karty.

Dziś wiemy już, że serialowi „Przyjaciele”, czyli Jennifer Aniston, Courteney Cox, Lisa Kudrow, Matt LeBlanc, Matthew Perry i David Schwimmer, po 17 latach powrócą do studia nagrań Warner Bros w Burbank, aby wspólnie celebrować uwielbiany przez wszystkich serial. Nagrany przy udziale publiczności odcinek specjalny zatytułowany „Przyjaciele: Spotkanie po latach” będzie pewnego rodzaju podróżą sentymentalną, w której aktorzy odwiedzą plan, ponownie odegrają kultowe sceny, sprawdzą własną wiedzę na temat serialu i powspominają dawne czasy. W programie pojawi się również wielu wyjątkowych gości, m.in. David Beckham, Justin Bieber, James Corden, Cindy Crawford, Cara Delevingne, Lady Gaga, a także aktorzy znani z ról drugoplanowych i epizodycznych: Tom Selleck (Richard), James Michael Tyler (Gunter), Maggie Wheeler (Janice) oraz Reese Witherspoon (Jill). Liczymy na dobrą zabawę i masę wzruszeń.

Odcinek specjalny będzie dostępny również dla rodzimej widowni. Polska premiera programu odbędzie się w HBO GO równolegle z premierą amerykańską, czyli 27 maja. Na platformie dostępne są również wszystkie odcinki serialu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Szachy przechodzą swój renesans. Czy to efekt "Gambitu królowej"?

"Gambit królowej" był numerem 1 Netflixa aż w 63 krajach i otrzymał szereg nagród, m.in. dwa Złote Globy. (Fot. materiały prasowe Netflix)
62 miliony widzów w miesiąc od premiery - ten wynik uczynił z historii o genialnej szachistce fenomen minionego roku. Szybko wyszedł też poza srebrny ekran - szachownice zniknęły ze sklepów, a liczba grających online poszybowała w górę. 

Miniserial sam miał dobry timing i doskonale wpasował się w trendy. Nakręcony tuż przed pandemią wyszedł w szczycie drugiej fali oferując widzom azyl w nostalgii lat 60. Świetnie zrealizowana opowieść była numerem 1 Netflixa aż w 63 krajach, otrzymała szereg nagród, m.in. dwa Złote Globy. Na efekt "Gambitu królowej" złożyła się jednak nie tylko fabuła i gra aktorska, ale też pokazanie pojedynków szachowych, tak by intrygowały nie tylko zawodowych graczy.

Widzowie też chcą grać w szachy

Już w listopadzie, czyli miesiąc po premierze "Gambitu królowej", ogromny skok zainteresowania odnotowały internetowe kursy szachowe czy portale do gry online. Najpopularniejszy z nich Chess.com wprowadził pod koniec listopada opcję z gry z Beth Harmon (czyli tak naprawdę z botem grającym na podobnym poziomie co serialowa mistrzyni na różnych etapach kariery), ale nawet bez tego zarejestrowało się w nim prawie trzykrotnie więcej nowych graczy niż jeszcze miesiąc wcześniej.

Polską aplikację Szachy na urządzenia mobilne od studia Chess & Checkers Games w październiku ubiegłego roku pobrało ok. 450 tys. użytkowników. W listopadzie ta liczba wyniosła 680 tys., a w grudniu było już ponad 1,5 mln pobrań.

- W naszym przypadku istotną rolę odegrała nie tylko popularność serialu, ale również fakt, że na początku listopada wprowadziliśmy możliwość gry online z drugą osobą - wybraną losowo spośród osób korzystających w tym samym czasie z aplikacji - mówi Łukasz Oktaba, założyciel i prezes studia gamingowego Chess & Checkers Games, które w połowie 2018 r. wydało aplikację Szachy.

Szachy fascynowały już kilka lat temu

Zanim jednak miliony poznały fikcyjną historię Beth Harmon, podobną rolę ambasadora szachów pełnił już prawdziwy arcymistrz Magnus Carlsen. Przystojny i wygadany młody Norweg nie pasował do stereotypowego wizerunku szachisty i szybko zyskał status celebryty - jego mecze o mistrzostwo świata transmitowane przez publiczną telewizję śledzą setki tysięcy Norwegów - co przysporzyło też fanów samym szachom. W Polsce także mamy świetnego zawodnika - Jana-Krzysztofa Dudę, który pokonywał już samego Carlsena i ma całkiem spore grono kibiców nad Wisłą.

Wzrost zainteresowania szachami zbiegł się z boomem gamingowym. Gry komputerowe przestają uchodzić tylko za zabawę dla nastolatków, szczególnie od kiedy firmy za nimi stojące zarabiają naprawdę duże pieniądze. Wraz z dojrzewaniem branży okazało się też, że emocje budzą nie tylko efektowne produkcje wymagające szybkiego refleksu, a do cyfrowego świata pasuje też ponad tysiącletnia analogowa gra. Transmisje rozgrywek szachowych online cieszą się coraz większą popularnością na platformie streamingowej Twitch. Podczas ubiegłorocznego turnieju online pojedynki z udziałem amerykańskiego arcymistrza Hikaru Nakamury oglądało na żywo po kilkadziesiąt tysięcy osób.

Na to wszystko nałożyła się pandemia, która sprzyja aktywnościom niewymagającym kontaktu z innymi. W przedłużającej się izolacji szachy, w które można grać z domownikami lub online z dowolną osobą na świecie, przeżywają renesans. Jeszcze przed premierą “Gambitu królowej” liczba pobrań aplikacji Szachy skoczyła z 200 tys. w maju do 450 tys. w październiku. Przez cały ubiegły rok produkcję firmy Chess & Checkers Games pobrało łącznie 9 mln osób, czyli o 69 proc. więcej niż w całym 2019 r. W 2021 r. popularność klasycznej gry nie wygasa - tylko w lutym aplikację pobrało 1,1 mln osób.

- Przesadą byłoby uznać, że Netflix przyszedł na gotowe, ale na pewno jego produkcja trafiła na podatny grunt, który przygotowaliśmy wraz z innymi entuzjastami odkrywania na nowo klasycznych gier. Po tym, jak pandemia przemodelowała nasze nawyki w kierunku gier rozumianych nie tylko jako zabawa, ale też trening intelektualny i sposób interakcji ze znajomymi, spodziewałbym się, że szachy będą wciąż na fali i nie będzie takie ważne, czy gra się analogowo, na laptopie czy na smartfonie - ocenia Łukasz Oktaba z Chess & Checkers Games.

Na podstawie materiałów prasowych Profeina. Pobudza media. 

  1. Moda i uroda

Regencycore - nowy trend po serialu Netflixa

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Bridgertonowie" (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Hit Netflixa – serial „Bridgertonowie” – przyczynił się do powstania nowego trendu, w którym moda regencji łączy się ze współczesnymi rozwiązaniami. Regencycore jest pełne romantyzmu, kolorów, piór i pereł. W nowym świetle pokazuje styl znany nam choćby z powieści Jane Austen. I sprawia, że tym bardziej tęsknimy za możliwością „wielkiego wyjścia”.

Czasy regencji – uznawane za jedne z najbardziej eleganckich, stylowych i dekadenckich. Na ulicach wielkich miast spacerowali dandysi, dla których codzienne ubieranie było normą performance’u. Biżuteria i ozdoby błyszczały w blasku słońca, a na salony wkraczał walc. Nowy, kontrowersyjny taniec, początkowo, przez publiczne obejmowanie, uznany za niemoralny. Gdy odtańczono go w Wiedniu po raz pierwszy, urażone damy ostentacyjnie opuściły salę balową, sugerując, że tak bliskie przytulanie może wywołać różnego rodzaju choroby. Ale młodzi go pokochali i wkrótce stał się nieodłączną częścią europejskich przyjęć. W tym samym takcie wirują bohaterowie jednej z najgłośniejszych produkcji Netflixa, serialu „Bridgertonowie”, który zaraz po premierze na całym świecie zebrał widownię liczącą ponad 60 milionów. Mariaż ulubionych kostiumowych filmów z intrygą przypominającą tą ze słynnej „Plotkary” okazał się przepisem na sukces, a styl w nim prezentowany przyczynił się do powstania nowego trendu 2021 roku, który otrzymał nazwę regencycore.

Tajemnice arystokracji

Oparty na popularnej serii książek Julii Quinn serial to pełna dramatów historia szlacheckich rodzin rozgrywająca się w 1813 roku. Londyńskie czasy regencji pokazane są jako pełne skandali i tajemnic (rozgrywających się wśród arystokratów, monarchii, debiutantek i ich zalotników), które regularnie w swoich felietonach ujawnia anonimowa Lady Whistledown. Ale co tam fabuła – spójrzcie na ich stroje! Kolorowe i pełne fantazji, ukazujące modę czasów georgiańskich w nowym świetle. To właśnie za ich sprawą na popularności zyskują dziś empirowe, odcięte przy biuście kreacje, bufiaste rękawy, pełne barw i wzorów, czy mieniące się muśliny. Potwierdza to raport analityków Lyst, zgodnie z którym od czasu premiery serialu liczba wyszukiwań frazy „gorsety” wzrosła o 123 proc. O 93 proc. wzrosło zainteresowanie sukniami empirowymi, o 49 proc. – opaskami z pereł i piór. Długie rękawiczki w stylu Daphne Bridgerton wyszukujemy o 23 proc. częściej. Podobnie dzieje się z kolorami. Zgodnie z badaniami Lyst pod względem barw dominują popularne w czasach regencji róż i żółć.

Veronique Heilbrunner na paryskim tygodniu mody (2020) (Fot. Imaxtree) Veronique Heilbrunner na paryskim tygodniu mody (2020) (Fot. Imaxtree)

Blichtr i piękno

Moda czasów regencji odcinała się od nienaturalnych sylwetek stylu rokoko. Choć wciąż obowiązywały w niej gorsety, brak sztywnej krynoliny sprawiał, że była o wiele bardziej nowoczesna. Idealna na zmiany, jakie niosła za sobą nowa era. A było ich sporo, bowiem od 1811 roku nastąpił moment wielkich przemian obyczajowo-kulturalnych, często porównywanych do rewolucji lat 60. XX wieku. Dokładnie w tym roku w Wielkiej Brytanii król Jerzy III, przez chorobę, został uznany za niezdolnego do rządzenia, a tron jako regent przejął jego syn, książę Walii. Jerzy (później koronowany jako Jerzy IV) dał się poznać jako niegrzeczny, lubiący zabawę książę, który choć nigdy nie postawił stopy na polu bitwy, pokonał najsłynniejszego człowieka ówczesnej Europy, Napoleona Bonapartego. Paradoksem jest, że określany mianem grubego głupca regent rozpoczął erę wznoszącą Wielką Brytanię na szczyty wyrafinowania. Jak tylko uwolnił się spod kontroli rodzicielskiej, zaczął prawdziwie szaleńcze życie – niezliczone kochanki (mówi się, że szantażował kobiety samobójstwem), nielegalny ślub i gigantyczne sumy przeznaczane na stroje. To wszystko sprawiło, że ówcześni twórcy karykatur zyskali nową muzę i doskonałą ofiarę swoich prześmiewczych szkiców. Na jednym z nich umieszczono scenę z głośnego przyjęcia, które książę regent wyprawił w 1811 roku z okazji otrzymania nowej funkcji. W sali próbowało się zmieścić 30 tysięcy osób, przez co część została poturbowana i wyszła ze złamaniami, inni – z poszarpanymi ubraniami. A te były przecież nie tylko piękne, lecz także szalenie drogie.

Powrót do natury

By znaleźć początki romantycznego stylu regencji, musimy cofnąć się o parę lat i przenieść na drugą stronę kanału La Manche, gdzie królowa Francji Maria Antonina z fascynacją słucha o naturalistach pokroju Jeana-Jacques’a Rousseau. Postanawia więc wydać majątek na sztucznie wykreowaną niedaleko Wersalu wioskę, przypominającą normandzką wieś. Tuż przed rewolucją francuską spędzała tam całe dnie, zrzucając przy tym mało wygodne warstwy tafty i zastępując je delikatnymi, bawełnianymi białymi sukienkami przypominającymi halki. Na cześć królowej nazwano je chemise à la reine. Ku zaskoczeniu dworu w takiej kreacji pozowała także do portretu pędzla Élisabeth Vigée-Lebrun, który wywołał we Francji niemałe oburzenie. Nie zmienia to faktu, że fason chemise à la reine stał się niezwykle popularny, po latach także w Wielkiej Brytanii czasów regencji.

Moda regencji a Bridgertonowie

Choć kostiumy z serialu „Bridgertonowie” niewątpliwie czerpią z mody czasów regencji, to przez wprowadzone unowocześ­nienia różnią się od tych z filmów „Duma i uprzedzenie” czy nawet z najnowszej ekranizacji słynnej powieści „Emma”. Może właśnie dlatego pokochał je Internet XXI wieku?

Anya Taylor-Joy w filmie „Emma” (2020). (Fot. BEW) Anya Taylor-Joy w filmie „Emma” (2020). (Fot. BEW)

Regencycore, zgodnie z XIX-wieczną modą, skupia się na sylwetce z wysoko odciętą talią i głębokim, kwadratowym dekoltem. Choć wciąż korzystano z gorsetów, nie musiały być one tak ciasno wiązane, bowiem nowe kroje nie podkreślały talii. Suknie wciąż sięgały ziemi, czasem doszywano do nich sunący po ziemi tren. Arystokracja kochała biżuterię, dodatki w rodzaju eleganckich rękawiczek czy charakterystycznych zdobionych czapek oraz kolory, które świadczyły o ich bogactwie. Intensywne pigmenty były przecież bardzo drogie. Ale też barwy przez nie uzyskane nie były tak intensywne jak w serialu Netflixa. Dla przykładu ostrą magentę udało się uzyskać dopiero dekady później, w 1859 roku. Podobnie sprawa wygląda z dekoracyjnością kreacji Bridgertonów i Featheringtonów – choć hafty i zdobienia były w czasach regencji niezwykle popularne, w rzeczywistości nie były aż tak strojne. Wszystkie tkaniny zdobiono wówczas ręcznie, więc by ceny materiałów nie sięgały kosmosu, trzeba było się ograniczyć. W regencycore nie ma tego problemu. Kreacje są zdobne, mieniące i pełne nasyconych kolorów, co było celem Ellen Mirojnick, kostiumografki serialu, która nadzorowała ręczne szycie 7500 strojów. Nowoczesności dodają im mocno uwspółcześnione makijaże, fryzury, brokat, a także akcesoria – sztuczna biżuteria, perły, pióra, spinki, kolie. Nowa wizja mody regencyjnej jest więc mieszanką obecnych trendów z tymi z epoki georgiańskiej, przez co łatwiej nam je przetłumaczyć na język współczesnej ulicy. Współcześni projektanci już od kilku sezonów czerpią z mody czasów georgiańskich i wiktoriańskich, chętnie bawiąc się historycznymi rozwiązaniami, typu: romantyczne falbany, bufki, kryzy, stójki, a nawet podkreślając talię gorsetami. Takie rozwiązania dodają nowoczesnym kreacjom romantyzmu i kobiecości. Często korzystają z nich: Simone Rocha, Sarah Burton z Alexander McQueen, Giambattista Valli, Alessandro Michele z Gucci, Julien Dossena z Paco Rabanne czy Kate i Laura Mulleavy z Rodarte. Regencycore doskonale się w te tendencje wpisuje, bo choć sama regencja księcia Walii trwała dziewięć lat, to o modzie regencyjnej często mówi się jako o tej panującej do czasów wiktoriańskich.

Inna rzeczywistość

Jest jeszcze jeden aspekt obecnej mody na historię. Według ekspertek psychologii mediów, dr Pameli B. Rutledge i dr Shiry Gabriel, oglądanie filmów kostiumowych przynosi pozytywne korzyści, w tym poprawę zdrowia psychicznego. Nic więc dziwnego, że w tak trudnym roku, jakim był 2020, jeszcze chętniej wracamy do ulubionych historycznych dramatów, a nowe produkcje, jak „Małe kobietki”, „Emma” czy właśnie „Bridgertonowie”, biją rekordy popularności. „Oglądając kolejny odcinek serialu kostiumowego, na błogie 40 minut przenosimy się do świata niezwykle oddalonego i różnego od tego, w którym obecnie żyjemy. Łatwiej jest zapomnieć o swoich problemach, gdy zastanawiasz się, jak do licha żyli ludzie, którzy musieli borykać się z koniecznością korzystania z nocnika, nie wspominając już o niepraktycznych ubraniach”, czytamy w magazynie wydawanym przez British Council. Przenosząc się do czasów bez prądu, bieżącej wody i zwyczajnych dla nas wygód, zdajemy sobie sprawę z tego, w jak komfortowych czasach żyjemy. Obserwujemy świat bez telefonów, Inter­netu i aplikacji, w którym rozrywką byli inni ludzie, a życie toczyło się wolniej. Na listy czekało się tygodnie lub miesiące, podczas gdy dzisiaj na wysłane wiadomości spodziewamy się natychmiastowej odpowiedzi.

Keira Knightley w filmie „Duma i uprzedzenie” (2005). (Fot. BEW) Keira Knightley w filmie „Duma i uprzedzenie” (2005). (Fot. BEW)

W czasach rozszalałego konsumpcjonizmu i świata instant mamy wyrzuty sumienia, gdy się nie rozwijamy albo nie jesteśmy produktywni, co przy lockdownie może być szczególnie uciążliwe. Podróże po przeszłości pozwalają więc nie tylko oderwać się na chwilę od tego, co wokół, lecz także utwierdzają w przekonaniu, że wolniejszy i niezależny od Internetu tryb życia też może być fascynujący. Załóżmy więc suknię z wysokim stanem, perły i biżuterię w stylu regencycore i wirujmy w rytm walca. Nawet jeśli na razie tylko we własnym domu. 

  1. Kultura

„Wąż” - nowy kryminalny serial Netflixa

Jenna Coleman, Tahar Rahim. „Wąż”, 8 odcinków, premiera 2 kwietnia, Netflix.
Jenna Coleman, Tahar Rahim. „Wąż”, 8 odcinków, premiera 2 kwietnia, Netflix.
Egzotyczne plenery, stylowa muzyka, kolorowe kostiumy, a do tego wciągająca historia oparta na prawdziwych wydarzeniach. „Wąż” to świetnie zrealizowany thriller, który trzyma w napięciu od pierwszego do ostatniego odcinka.

Doniesienia na temat Charlesa Sobhraja wypełniały kiedyś czołówki światowych gazet. Ten oszust, pół Wietnamczyk, pół Hindus, wychowany we Francji w szkole z internatem, w połowie lat 70. stał się numerem jeden na liście morderców poszukiwanych przez Interpol. Działał w Tajlandii, ale też w Nepalu i Indiach, na tzw. szlaku hipisów polował na młodych turystów z Zachodu szukających oświecenia, wolności albo po prostu wrażeń. Podawał się za handlarza drogich kamieni, zdobywał ich zaufanie, odurzał i okradał, często zabijał. Oglądając jego postępki, trudno nie pomyśleć, jak łatwym celem dla wszelkiej maści łotrów są turyści. I że dziś, w dobie Internetu i social mediów, kiedy to nie tak łatwo zniknąć bez śladu, Sobhraj miałby o wiele trudniejsze zadanie.

W tytułowej roli zobaczymy Tahara Rahima, który dostał ostatnio nominację do Złotego Globu i BAFT-y za udział w „Mauretańczyku”. Sobhraj w jego interpretacji w jednej chwili potrafi dostrzec ludzkie słabości, wie kogo uwieść, a kogo przekupić czy zastraszyć. Z jednej strony jest pewnym siebie narcystycznym psychopatą, który gardzi swoimi ofiarami i czuje się bezkarny, z drugiej człowiekiem bez przynależności, który mści się na świecie za odrzucenie i od dziecka doświadczaną pogardę. Historia jego awanturniczego życia jest jednak przede wszystkim trzymającym w napięciu dreszczowcem, który opowiada o spotkaniu zła i bezinteresownego idealizmu. Bo na drodze Charlesa Sobhraja staje początkujący pracownik holenderskiej ambasady, który stawia na szali karierę i własne bezpieczeństwo, by upomnieć się o pamięć niewinnych ofiar i wymierzyć mordercy sprawiedliwość.

„Wąż”, 8 odcinków, premiera 2 kwietnia, Netflix.

  1. Kultura

Meksykański serial "Kto zabił Sarę?" nowym liderem na Netflixie

Meksykański serial kryminalny
Meksykański serial kryminalny "Kto zabił Sarę?" został nowym liderem na platformie Netflix. (Fot. materiały prasowe Netflix)
Tydzień. Tyle wystarczyło nowemu serialowi Netflixa "Kto zabił Sarę?", aby stać się najchętniej oglądaną produkcją na platformie. Meksykański kryminał w pięknym stylu zdetronizował dotychczasowego lidera - medyczny "New Amsterdam", który przez ostatnie dwa tygodnie utrzymywał się na szczycie listy TOP 10. 

Meksykańskie seriale na Netflixie mają się naprawdę nieźle. Po sukcesie czarnej komedii "Dom kwiatów" i komediodramacie "Córka innej matki" przyszedł czas na mroczny thriller "Kto zabił Sarę?" oparty na scenariuszu José Ignacio Valenzueli. Ten dziesięcioodcinkowy serial kryminalno-sensacyjny z elementami telenoweli to wielowątkowa historia, której bohaterowie szukają odpowiedzi na zawarte w tytule serialu pytanie.

Tytułowa Sara (Ximena Lamadrid) ginie w tragicznych okolicznościach podczas wakacji ze znajomymi. Za porwanie oraz morderstwo dziewczyny zostaje oskarżony jej brat, Alex Guzman (Manolo Cardona). Gdy niesłusznie skazany mężczyzna wychodzi po 18 latach z więzienia, planuje dokonać skrupulatnie zaplanowanej zemsty. Jedyne, czego pragnie, to odegrać się na Rodolfie Lazcano (Alejandro Nones), który wrobił go w zabójstwo. Sytuacja komplikuje się jednak, gdy bohater nawiązuje sentymentalną relację z Elisą (Carolina Miranda), najmłodszą córką Lazcano, i gdy odkrywa, że Rodolfo jest niewinny, a jego reputację zniszczył ktoś zupełnie inny - ktoś, kto umiejętnie ukrywał się w cieniu. W ten sposób Alex poznaje najmroczniejsze tajemnice i zewnętrzne zawirowania wokół majętnej rodziny Lazcano, której dosłownie każdy członek ma coś na sumieniu. Zdrady, romanse, homofobia, hipokryzja, handel ludźmi i brutalne morderstwa to tylko niektóre z ich grzeszków.

Oprócz wymienionych wcześniej aktorów, na ekranie podziwiać możemy także inne gwiazdy meksykańskiej telewizji, w tym Ginésa García Millána, Claudię Ramírez oraz Eugenia Sillera.

Największą zaletą produkcji jest bez wątpienia dobre prowadzenie wątku kryminalnego. Trzeba przyznać, że niespodziewane zwroty akcji oraz umiejętne odkrywanie kolejnych elementów układanki to coś, co wychodzi twórcom najlepiej. Do plusów można zaliczyć także naturalną grę aktorów oraz niewymuszone dialogi. Ciekawym zabiegiem jest również fabuła rozmieszczona na dwóch planach czasowych, co sprawia, że seans jest jeszcze bardziej interesujący. Niestety produkcja ma również sporo niedociągnięć. Przede wszystkim twórcy wzięli na warsztat zbyt dużo wątków, z których większość urywa się w połowie. W oczy rzuca się także powierzchowne potraktowanie istotnych dla meksykańskiego społeczeństwa problemów, w tym m.in. homofobii, zabójstw oraz znęcania się nad kobietami. Dobrze, że takie tematy zostały poruszone przez twórców, jednak można było poświęcić im nieco więcej uwagi.

"Kto zabił Sarę?" powróci z drugim sezonem

Choć serial zadebiutował na platformie zaledwie kilka dni temu, zapowiedziano już premierę drugiego sezonu, który wystartuje na Netflixie już 19 maja. Ogłoszono również, że na ekranie pojawią się też zupełnie nowe twarze, m.in. Matias Novoa, Daniel Gimenez Cacho i Antonio de la Vega. Na razie niewiele wiadomo na temat fabuły, jednak wiele wskazuje na to, że kryminalna intryga nabierze jeszcze większych rumieńców, a my w końcu poznamy odpowiedzi na mnożące się w trakcie pierwszego sezonu pytania.

  1. Kultura

"Ally McBeal" powraca. Powstaje reboot kultowego serialu

Losy Ally McBeal i jej skomplikowanego miłosnego trójkąta śledziliśmy niegdyś z zapartym tchem. Jak donoszą zagraniczne portale, już wkrótce ma powstać reboot tego popularnego serialu. (Fot. BEW Photo)
Losy Ally McBeal i jej skomplikowanego miłosnego trójkąta śledziliśmy niegdyś z zapartym tchem. Jak donoszą zagraniczne portale, już wkrótce ma powstać reboot tego popularnego serialu. (Fot. BEW Photo)
Przebojowa prawniczka Ally McBeal powraca. Jak donoszą zagraniczne portale, serialowy hit przełomu tysiącleci, doczeka się rebootu, czyli produkcji luźno nawiązującej do oryginalnej serii. 

Rozgrywający się w środowisku prawniczym serial "Ally McBeal" to przepełniona niebanalnym humorem historia życia i miłosnych perturbacji pewnej młodej bostońskiej prawniczki. Produkcja zadebiutowała w 1997 roku i od razu stała się hitem - najpierw w Stanach Zjednoczonych, później również w Polsce. Do roku 2005 powstało łącznie 5 sezonów, na które składa się 112 odcinków, a każdy z nich opowiada o innej sprawie, którą zajmuje się tytułowa bohaterka wraz ze swoimi przyjaciółmi.

Charyzmatyczna Ally McBeal (w tej roli Calista Flockhart) ma około 30 lat i jest osobą z niezwykle bogatym życiem wewnętrznym. Posiada szaloną wyobraźnię, jest zabawna, wrażliwa i romantyczna, ale potrafi też dogryźć. Na sali rozpraw radzi sobie znakomicie, jednak w życiu prywatnym miewa zarówno spektakularne wzloty, jak i bolesne upadki. Na co dzień pracuje w bostońskiej kancelarii Cage & Fish, prowadzonej przez jej kolegę z czasów studiów, Richarda Fisha (Greg Germann) oraz jego wspólnika, Johna Cage'a (Peter MacNicol). W firmie spotyka swoją pierwszą miłość – żonatego już Billy'ego Thomasa (Gill Bellows), z którym spędziła swoje dzieciństwo i nastoletnie lata, jednak rozłączyły ich odległe miejsca studiów. W kancelarii Richarda pracuje również jego Billy'ego, Georgia Thomas (Courtney Thorne-Smith). Gdy dawni kochankowie odkrywają, że ich uczucie nie do końca wygasło, sytuacja robi się nieco niezręczna. Żadne z nich nie planuje jednak odchodzić z pracy...

Serial 'Ally McBeal' z Calistą Flockhart zyskał miliony fanów na całym świecie. (Fot. BEW Photo) Serial "Ally McBeal" z Calistą Flockhart zyskał miliony fanów na całym świecie. (Fot. BEW Photo)

Po ogłoszeniu powrotu kultowych seriali z lat 90. - mowa tu o oczywiście o "Przyjaciołach" i "Seksie w wielkim mieście" - przyszedł czas na "Ally McBeal". Według doniesień zagranicznych portali, już wkrótce ma postać reboot tego uwielbianego przez widzów hitu. Produkcja jest na razie na wczesnym etapie. W prace nad projektem zaangażowany jest twórca oryginalnej wersji serialu, czyli David E. Kelley (tym razem powraca nie jako scenarzysta, a producent wykonawczy), natomiast w roli nietuzinkowej prawniczki prawdopodobnie ponownie zobaczymy Calistę Flockhart. Wciąż nie potwierdzono jednak reszty obsady. Nie znamy również daty premiery produkcji oraz tego, gdzie ją zobaczymy. Spekuluje się, że nowa "Ally McBeal" pojawi się na platformie streamingowej Hulu, na której dostępne są obecnie wszystkie dotychczasowe sezony serialu. Czy nowa wersja powtórzy sukces oryginału? Tego dowiemy się niebawem.