1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Ukobiecanie – rozmowa z Wandą Hagedorn, autorką najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce

Ukobiecanie – rozmowa z Wandą Hagedorn, autorką najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce

Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu. (Fot. Wanda Hagedorn)
Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu. (Fot. Wanda Hagedorn)
Uważam, że musimy być ze sobą szczere i świadome tego, co znaczą nasze tak zwane wybory i decyzje. One nie są autonomiczne, choć bardzo chciałybyśmy wierzyć, że są – mówi Wanda Hagedorn, autorka „Totalnie nie nostalgii” i „Twarzy, brzucha, głowy”, najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce.

Kiedy umawiałyśmy się na wywiad, w mejlu do pani napisałam „wszyscy nasi rozmówcy”. Od razu pani zareagowała: „Mam nadzieję, że rozmówczynie także”, upominając się o uwzględnienie kobiet w użytej przeze mnie liczbie mnogiej. Sporo się ostatnimi czasy zmieniło, coraz częściej stosujemy w języku polskim feminatywy, mówiąc: „lekarka, rektorka, reżyserka”. Dla pani, jak rozumiem, to dopiero początek zmian, jakie powinny zajść?
Nie tylko dla mnie jest to ważne, w wielu krajach toczy się batalia o „przepisanie” języka. To oczywiście trudny projekt – wymyślić język, który by odzwierciedlał nową genderową rzeczywistość, byłby kompletnie inkluzywny, nie wykluczał nas, kobiet. Wiem, że taka kampania jest teraz w Polsce – żeby mówić „psycholożka”, „naukowczyni”, „antropolożka” – i zdaję sobie sprawę, że te „nowe” żeńskie rzeczowniki brzmią na początku dziwnie, nawet niezdarnie, wydają się za długie, ale jestem pewna, że wkrótce wszyscy do nich przywykną. Pomijanie kobiet w języku kreuje dziurę językową, przyczynia się do naszej niewidoczności w sferze publicznej, jest uwłaczające i obraźliwe.

Ktoś mógłby się spierać, że przecież to tylko słowa, niewinne formy gramatyczne, które dość powszechnie uważa się za neutralne.
Pani mówi „uważa się”, a ja pytam, kto uważa? Rodzaj męski nie jest neutralny, a już na pewno nie jest niewinny. Odzwierciedla seksistowską historię i tradycję dozorowaną przez mężczyzn. Dzisiaj, ponieważ role kobiet w społeczeństwie i polityce zmieniły się diametralnie, uważanie męskich form gramatycznych za neutralne fałszuje rzeczywistość.

Pani debiutancką „Totalnie nie nostalgię” uznano za jeden z najlepszych polskich komiksów obyczajowych minionej dekady. Także „Twarz, brzuch, głowa” wywołuje w Polsce sporo zamieszania. Tymczasem pani od ponad trzech dekad mieszka w Australii, od lat pracuje w organizacjach pozarządowych. Jak to się stało, że zajęła się pani pisaniem, i dlaczego wybór padł akurat na komiks?
Moja praca w Australii była bardzo bliska tego, co chciałam zawsze w życiu robić: sektor NGO dawał mi poczucie, że przyczyniam się do sprawiedliwszego świata, do wyrównywania ludzkich szans. Natomiast moim pierwszym i najsilniejszym pragnieniem było pragnienie tworzenia. Zawsze chciałam pisać, robić filmy, teatr. Kiedy przyjechaliśmy do Australii, nie mogłam tego robić, bo musieliśmy się tutaj z Markiem, moim partnerem, zorganizować życiowo i utrzymać, a praca twórcza, jak wiadomo, zabiera dużo czasu, a daje niewiele dochodu. Pracowaliśmy oboje na pełny etat, mieliśmy dzieci w szkole podstawowej. Niemniej wiedziałam, że prędzej czy później uda mi się wrócić do tworzenia. Przymierzałam się na przykład do robienia teatru ulicznego w Melbourne z młodzieżą sudańską, ale ten projekt nie wyszedł.

Dlaczego wybrałam komiks? Bo trafiłam na Alison Bechdel [autorkę powieści graficznych „Fun Home” i „Jesteś moją matką?” – przyp. red.]. Odnalazłam się w jej komiksach, znalazłam podobieństwa do własnych doświadczeń. Zachwyciły mnie jej czarny humor i autoironia. To Bechdel zainspirowała mnie do napisania „Totalnie nie nostalgii”. Wiedziałam oczywiście, że komiksu sama nie narysuję, ale na pewno dam radę napisać scenariusz. Będę musiała zaprosić rysowniczkę albo rysownika do współpracy i cały projekt będzie jeszcze większą frajdą.

Przy pierwszym tytule pracowała pani z Jackiem Frąsiem. Przy drugim – z Olą Szmidą. Płeć Oli miała znaczenie?
Tak. Wierzę, że wspieranie siostrzeństwa w każdej sferze życia jest niezwykle ważne, zwłaszcza na rynku pracy, gdzie wciąż mamy niewyrównaną sytuację genderową. Poza tym komiks był przez długi czas domeną mężczyzn, więc najwyższa pora, żeby stał się też domeną kobiet.

A Jacek też miał być kobietą [śmiech]. Zanim zaczęliśmy współpracę, długo szukałam rysowniczki w Polsce, ale mi się nie powiodło. Kiedy w końcu ktoś polecił mi Jacka Frąsia i zobaczyłam jego rysunki – spodobały mi się szczególnie ilustracje w „Glinnie” – zdecydowałam się zaprosić go do współpracy. Olę znalazłam w czasie o wiele krótszym. Miałam szczęście. Bardzo się cieszyłam, że zgodziła się na współpracę i że jest z nowego, młodszego pokolenia, już popeerelowskiego.

Skąd się wzięło „ukobiecanie”? Ukute przez panią słowo klucz, które przewija się przez cały komiks „Twarz, brzuch, głowa”.
Chodzi o nawiązanie do znanego powiedzenia Simone de Beauvoir: „Nie rodzimy się kobietami – stajemy się nimi”. Chciałam to całe stwierdzenie zawrzeć w jednym słowie, żeby łatwiej mi było operować nim w tekście, a jednocześ­nie, żeby sugerowało sprawców całego procesu, czyli ukobiecaczy, zawierało premedytację i intencję. „Stawanie się kobietą” brzmiało zbyt biernie. Kto ukobieca? My siebie czy ktoś nas? „Ukobiecanie” w komiksie opisuje proceder wtłaczania kobiet w kaftan kobiecości według przepisu patriarchalnego. Proceder, który wciąż się niestety odbywa na masową i globalną skalę – system mówi nam, co mamy robić, jak się zachowywać, jak wyglądać, wyznacza się nam „kobiece” role i limity.

Jedna z pierwszych scen w pani komiksie „Twarz, brzuch, głowa”: siedzi pani wygodnie w fotelu w salonie fryzjerskim. Z głośników sączy się muzyka, wszyscy naokoło uśmiechnięci, łącznie z panią. Jest miło, ale za moment nie będzie już tak miło.
Bardzo lubiłam ten salon, był pełen życia, kolorowy, stylowy. Po wyjściu z niego z nowymi, błyszczącymi włosami zawsze czułam się lepiej. Jak te włosy – odnowiona i kolorowa. W tej scenie z komiksu opowiadam o szczególnie podniecającym momencie: dostałam właśnie doskonałą pracę, wchodziłam w nowy etap zawodowy i życiowy. Tym bardziej szokujący był „wstrząs”, którego doznałam w moim ulubionym salonie fryzjerskim.

Kolorystka dobiera dla pani odcień „intensywny imbir” i zagaja rozmowę. Od słowa do słowa, w końcu z jej ust pada TO pytanie: „Czy ma pani już wnuki?”. Pierwsza pani myśl?
Wnuki?! A więc widzi mnie jako babcię. Kobietę w wieku babci. Starszą kobietę. Nie byłam przygotowana na to nagłe, nowe znaczenie mojej osoby. Zaczęła się gonitwa myśli – cały ten ciąg skojarzeń związanych ze społeczną stygmatyzacją starszych kobiet. Na przykład stygmatyzujące angielskie słowo granny. Niewidoczność, przezroczystość starszych kobiet... Wszystko to pojawiło mi się w tamtym momencie w głowie, wywołując panikę. Doszła do tego podświadoma trwoga śmierci, z którą kojarzy się starość, strach przed przemijaniem i przed wszystkim, z czym przemijanie się kojarzy. Setki myśli w jednym krótkim momencie.

Po powrocie do domu zaczęłam szukać wsparcia w feministycznych tekstach. Zawsze to robię w krytycznych momentach – porównuję moje doświadczenia z doświadczeniami autorek feministek. Stanęłam przed półką i wyciągnęłam „Starość”, w której Simone de Beauvoir opisuje, jak jeden z jej amerykańskich studentów w rozmowie z kolegą przyznał, że bardzo mu się podobał jej wykład, dodając: „Był doskonały, ale nie zdawałem sobie sprawy, że ona jest już starą kobietą”. Ów kolega powtórzył to de Beauvoir: „Tak panią nazwał, madame. An old woman”. De Beauvoir, oburzona, wykorzystała tę obserwację do opisania pojawiającej się w nas nagle obcej osoby, z którą same się nie identyfikujemy, a którą widzą w nas inni.

I właśnie pani, świadoma siebie, oczytana feministka, w obliczu przemijania decyduje się – czego jesteśmy świadkami w „Twarzy, brzuchu, głowie” – na środek zaradczy w postaci botoksu, a potem wampirzego liftingu. Wbrew temu, przed czym Susan Sontag, którą cytuje pani w komiksie, ostrzegała, pisząc: „Wmawiają nam, że nieustanne korygowanie i naprawianie twarzy jest moralnym obowiązkiem kobiet [...]”.
Z jednej strony była Sontag, która napisała to w latach 70. Tymczasem nadeszły lata 90. i zaczęła się trzecia fala feminizmu. Jej głównym założeniem było: „Każda decyzja kobiety o sobie jest z natury rzeczy feministyczna”, a jej heroinami zostały takie ikony popu, jak: Madonna, Oprah Winfrey, bohaterki serialu „Seks w wielkim mieście”. Feminizm trzeciej fali dał mi triumfalne przyzwolenie odmładzania twarzy botoksem, i to w sekrecie. W komiksie opisuję to z ironią, ponieważ „dyscyplinując” twarz, byłam w konflikcie sama ze sobą.

A dzisiaj?
Dzisiaj uważam, że musimy być ze sobą szczere i świadome tego, co znaczą nasze tak zwane wybory. Albo kolaborujemy z systemem, albo nie. Wiem, że wiele kobiet się ze mną nie zgodzi, choćby feministki trzeciej fali, ale uważam, że decyzja, żeby wkłuwać sobie igły w twarz i torturować się na wiele innych sposobów, płacąc jeszcze za to niemałe pieniądze, wynika z poddania się presji i opresji. Nasze decyzje nie są autonomiczne, choć bardzo chciałybyśmy wierzyć, że są.

Czyli nigdy więcej nie zrobiłaby sobie pani zabiegu?
Absolutnie nie. Przeszłam już przez to doświadczenie, sięgnęłam jego granicy, zrozumiałam, na czym polega, nazwałam je „zdradą siebie” i „zdradą twarzy”, i wyartykułowałam je w komiksie. Żadnych więcej zabiegów, upiększań, przycinań. Ale na brzuch nadal spoglądam krytycznie. Sprawdzam go w lustrach, oknach wystawowych, a po ukończeniu każdego biegu mam nadzieję, że się zmniejszył [śmiech]. Odruchu „zwalczania brzucha” już się chyba nie pozbędę.

„Wciągnijcie brzuchy”, mówi uwieczniony w pani komiksie wujek, kiedy jako dziewczynka pozuje pani z siostrami do zdjęcia. A z pani ukochanych książek dla dzieci ilustrowanych przez Szancera spoglądają śliczne, obowiązkowo wiotkie i „bezbrzuszne” królewny i księżniczki. Buntowała się pani wtedy przeciwko tylu różnym rzeczom, dlaczego nie przeciwko temu?
Bunt był we mnie istotnie od dziecka. Wychowywałyśmy się z siostrami w dysfunkcyjnej rodzinie, w ciągłym strachu przed ojcem opresorem, cierpiąc i współczując mamie. To naturalnie budziło mój opór. Dlaczego nie buntowałam się przeciwko opresji ciała? Bo jako dziecko nie byłam jej jeszcze świadoma. „Dbanie o wygląd” było dokuczliwe, był to niekwestionowany obowiązek kobiet i dziewczynek, wszystkie wiedziałyśmy, że musimy się wciąż odchudzać, upiększać, wybielać piegi, przyciemniać rzęsy i ubierać w kamuflujące tuszę sukienki. Ale do buntu przeciw temu musiałam dorosnąć. Zrozumieć, na czym opresja kobiecego ciała polega, dlaczego jest groźna, kto ją uprawia. Sformułować to sobie i wyartykułować.

Kiedy została pani świadomą feministką?
Mogę odpowiedzieć bardzo dokładnie: w Australii w 1988 roku. W Polsce moje myślenie było zdominowane sytuacją, jaka panowała w kraju, opresją polityczną, życiem za żelazną kurtyną bez możliwości wyjazdu, rozwoju, bez perspektyw. Sprawa wolności politycznej była dla wszystkich najważniejsza, sprawa wolności genderowej nie pojawiła się jeszcze na moim wewnętrznym radarze. Jedyną feministyczną książką, którą pamiętam z tego czasu, jest „Własny pokój” Virginii Woolf.

Kiedy w 1987 roku wyemigrowaliśmy z Markiem i naszymi dziećmi do Australii, znaleźliśmy się w innym społeczeństwie. Kwestia równouprawnienia kobiet i feminizm były częścią mainstreamowej kultury. Wszystkie uniwersytety oferowały kierunek women’s studies. W Australii ruch feministyczny nie funkcjonował jako ideologia, był bardzo praktyczny. Żywy i obecny w polityce, w szkołach, na uniwersytetach, w mediach, w sztuce. Był integralną częścią debat społecznych. Okulary genderowe same mi więc wsiadły na nos, nie musiałam ich nawet zakładać. Dzięki nim zobaczyłam nagle na nowo moje dzieciństwo, młodość, PRL, zrozumiałam, jak perfidnie i bezkarnie funkcjonuje system patriarchalny, jak mężczyznom wszystko uchodzi na sucho.

Dzięki swoim komiksom patrzy pani na przeszłość z dystansem czy raczej wspomnienia zamienione w kadry nadal wywołują w pani emocje?
Żeby móc zanalizować i zinterpretować opisywane doświadczenia z dzisiejszej perspektywy, muszę mieć do nich dystans. Jednocześnie w momencie, kiedy do nich wracam i opisuję je, wywołują we mnie emocje. Te same, co w przeszłości, i nowe, jest to nieuniknione. Bardzo często muszę przerywać wtedy pisanie i się uspokajać.

Oglądając narysowane już plansze, patrzę na nie pod kątem estetyki: stylu, kreski, ekspresji, dynamiki rysunku, w jaki sposób wyrażają znaczenia, które próbuję przekazać. Ola Szmida mówiła w naszych wywiadach o „Twarzy, brzuchu, głowie”, że ona właściwie rysowała Wandę jako siebie. I ja to widzę – Wanda z komiksu bardzo często nie jest do mnie podobna, jest Olą albo po prostu kobietą. Bardzo mi się ten zabieg podoba.

Pisząc, mierzy się pani z dylematem, do jakiego stopnia się obnażyć?
Nie, to słowo nie pasuje do moich intencji w pisaniu. Gabriela Zapolska już dawno zdefiniowała strach przed „obnażaniem” jako dulszczyznę. Od dawna stosuję feministyczną zasadę, że to, co osobiste, jest polityczne, a więc moje doświadczenia ukazują nie tylko mnie, ale politykę społeczną i kulturową wobec mnie jako przedmiotu opresji i kontroli. Żeby to pokazać w tekście, nie można niczego przemilczać, ukrywać, zatajać.

Oba moje komiksy są bardzo osobiste, tyle że skupiają się na różnych okresach mojego życia. „Totalnie nie nostalgia” mówi o dzieciństwie i doświadczeniach mojej rodziny, w „Twarzy, brzuchu, głowie” opowiadam o doświadczeniach dojrzałej kobiety. Jeśli chodzi o „obnażanie” członków mojej rodziny w „Totalnie nie nostalgii”, przed rozpoczęciem pisania odbyłam długie rozmowy z moimi siostrami i z mamą. Mama miała najpierw opory, ale kiedy opowiedziałam jej dokładnie cały zamysł komiksu, zgodziła się być bohaterką mojej opowieści. Wszystkie moje siostry uczestniczyły w całym procesie tworzenia i to było dla nas doświadczenie katartyczne. Z ojcem nie utrzymuję kontaktu i nawet mi nie przyszło do głowy prosić go o zgodę. W komiksie nie obnażyłam go, tylko wyoutowałam jako sprawcę przemocy, ukobiecacza, narcystycznego patriarchę.

Dopiero co była premiera „Twarzy, brzucha, głowy”, a pani – jak słyszę – już pracuje nad czymś nowym.
Pracuję nad projektem komiksu, który ze względu na swoją specyfikę będzie skierowany do australijskiej publiczności. Jestem dopiero na wstępnym etapie, mam plan scenariusza. Teraz muszę wyjechać do jakiejś samotni, żeby się odizolować i zacząć pisać.

Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Odważne, inspirujące, niezależne. 7 portretów niezwykłych kobiet

Prezentujemy portrety 7. niezwykłych kobiet. (Fot. materiały prasowe National Geographic)
Prezentujemy portrety 7. niezwykłych kobiet. (Fot. materiały prasowe National Geographic)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Od medycyny, przez biologię morską i ekologię, po lotnictwo czy technologie wykorzystywane w kosmosie – każda z tych i wielu innych dziedzin rozwija się z udziałem niezwykłych kobiet. Prezentujemy portrety 7. niezwykłych kobiet, które nie tylko kształtują historie i społeczeństwo, ale i inspirują kolejne pokolenia.

Na co dzień tych nazwisk nie odnajdujemy na pierwszych stronach gazet, ale ich historie i osiągnięcia stanowią niezbity dowód na to, że kobiety mają w sobie niezwykłą siłę i moc zmieniania sposobu, w jaki postrzegamy świat. Amelia Earhart, pierwsza na świecie pilotka, która samotnie przeleciała nad Oceanem Atlantyckim, badaczka Ella Al-Shamahi zmieniająca oblicze współczesnej paleontologii czy też dr Amani Ballour, która ratuje przed śmiercią ofiary wojny domowej w podziemnym szpitalu w Syrii. W naszej galerii prezentujemy sylwetki 7. wybitnych kobiet, które zrobiły wiele dobrego dla nas i świata.

Z okazji 8 marca, czyli Dnia Kobiet, National Geographic postanowiło przybliżyć portrety fascynujących kobiet, dla których granice istnieją tylko po to, by je przekraczać. W ramach cyklu „Inspirujące kobiety” (od 6 marca w każdą sobotę od godz. 17.00) National Geographic przypomina produkcje dokumentalne przybliżające sylwetki działaczek i kobiecych postaci, stanowiących inspirację dla pokoleń.

Co więcej, dwie z dokumentalnych produkcji, poświęconych przełomowym sylwetkom kobiet, zostaną udostępnione bezpłatnie na kanale You Tube. Dokument „W poszukiwaniu Amelii”, opowiadający o zagadce zaginięcia pierwszej kobiety, która w 1932 roku przeleciała samotnie nad Oceanem Atlantyckim, oraz film „Diana: żywa legenda”,  dokonujący wnikliwego spojrzenia na życie rodzinne jednej z najpopularniejszych osób w brytyjskiej rodzinie królewskiej. Obie produkcje będą dostępne na kanale YT National Geographic Polska od soboty 6 marca do poniedziałku 8 marca.

  1. Styl Życia

"Daję kobietom poczucie sprawczości i zaradności życiowej" - rozmowa z instruktorką stolarki Kasią Sawko

Żadne specjalne talenty nie są do tej pracy potrzebne, choć oczywiście się przydają. Wtedy finezja i spektakularne efekty pojawiają się szybciej, a sam proces obróbki drewna jest dużo przyjemniejszy - mówi instruktorka stolarki Kasia Sawko. (Fot. archiwum prywatne, materiały prasowe)
Żadne specjalne talenty nie są do tej pracy potrzebne, choć oczywiście się przydają. Wtedy finezja i spektakularne efekty pojawiają się szybciej, a sam proces obróbki drewna jest dużo przyjemniejszy - mówi instruktorka stolarki Kasia Sawko. (Fot. archiwum prywatne, materiały prasowe)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Nigdy nie miałam poczucia, że praca ujmuje mi kobiecości – mówi instruktorka stolarki Kasia Sawko. Nam opowiada o swojej fascynacji drewnem i o tym, jak wielką satysfakcję ma z tego, że dzięki prowadzonym przez nią warsztatom kobiety nie tylko odzyskują poczucie sprawczości, ale i stają się bardziej zaradne życiowo.

Kasia Sawko, instruktorka stolarki, założycielka projektu „Wióry lecą”, autorka poradników o renowacji mebli i stolarce dla początkujących. (Fot. archiwum prywatne) Kasia Sawko, instruktorka stolarki, założycielka projektu „Wióry lecą”, autorka poradników o renowacji mebli i stolarce dla początkujących. (Fot. archiwum prywatne)

Jak w pani życiu pojawiły się drewno i stolarka?
To czysty przypadek. Były ferie zimowe, siedziałam w domu z moim partnerem. Mieliśmy wspólnie pod opieką trzy córki, które są w różnym wieku, i nie dogadywały się ze sobą. W pewnym momencie mój partner stwierdził: „jadę po deski, może drewno je w końcu rozerwie”. Mieliśmy tylko podstawowe narzędzia. Dziewczynki zabrały się do robienia mebelków dla lalek i bardzo się w to wkręciły. Były skupione na pracy i nagle przestały się ze sobą kłócić. W domu pojawiła się nowa energia. Pomyślałam, że taka aktywność przydałaby się też kobietom, zwłaszcza tym, które siedzą w domu z dziećmi. Wpadłam na pomysł warsztatów stolarskich. Nazwałam je „Wióry lecą” i zaprosiłam na nie koleżanki za pośrednictwem Facebooka. Wyobrażałam sobie, że z kilkoma bliskimi kobietami będziemy w mojej kuchni heblować deski. Tymczasem już następnego dnia chęć udziału w warsztacie wyraziło kilkaset osób. Od tego czasu moje życie się zmieniło – postanowiłam poświęcić je stolarce. Szkoda mi było nie wykorzystać energii, która pojawiła się w związku z jednorazowym, w pierwotnym założeniu, przedsięwzięciem.

I postanowiła pani odejść z pracy. Co dokładnie stało za tą decyzją?
Jestem osobą, która bardzo entuzjazmuje się pracą i zawsze wkładam w nią całe serce, niezależnie od tego, co wykonuję – choćby miało to być wkładanie listów do koperty. Wcześniej pracowałam w organizacjach pozarządowych, tuż przed „Wiórami” w Instytucie Badawczym w Centrum Cyfrowym. Lubiłam to robić, ale jednocześnie czułam, że gdzieś mnie ciągnie, że potrzebuję zmiany. Efekty mojej pracy były bardzo odroczone w czasie, co zaczęło mi w pewnym momencie przeszkadzać. Tymczasem na warsztatach stolarskich było inaczej. Ludzie szybko brali się do roboty, wiedzieli, czym się konkretnie mają zajmować, nie było czasu na small talki, efekt pojawiał się po kilku godzinach wysiłku, był nie dość że piękny, to jeszcze praktyczny. Szalenie spodobała mi się ta energia pracy fizycznej. Poczułam, że w nas wszystkich pracujących za biurkiem drzemie za nią tęsknota.

Co dziś odpowiada pani na pytanie o zawód?
Często mówię, że jestem instruktorką stolarki, choć teraz to już nie do końca prawda, bo z powodu pandemii musiałam zawiesić działalność, skoncentrowałam się na książce i przez chwilę pracowałam w domu kultury. Aktualnie zbieram energię na nowe projekty związane z majsterkowaniem i nie tylko.

Fot. materiały prasowe/archiwum prywatne Kasi Sawko Fot. materiały prasowe/archiwum prywatne Kasi Sawko

Jak uczyła się pani stolarki?
Gdy zaczynałam, nie miałam o niej pojęcia – wszystkiego uczyłam się dzień przed warsztatami. Spędzałam 10–12 godzin dziennie pod okiem stolarzy. Zatrudnialiśmy fachowców, trudno o lepszą szkołę. Pójście do szkoły zawodowej byłoby w moim przypadku trochę pozorowanym działaniem. Nie potrzebowałam papierów ani dyplomów. Kursy, które prowadziłam, przeznaczone były dla amatorów. Fachu uczyłam się bezpośrednio od rzemieślników.

Czy na swojej zawodowej drodze spotkała pani mentorkę?
Kilka kobiet starszych ode mnie, z pokolenia moich rodziców. Były to osoby po prostu bardzo szczere. Jedną z nich była Hanna, z którą pracowałam – twarda, prostolinijna kobieta, która zawsze trafiała w sedno. Fascynowało mnie to, bo sama sobie na to niekoniecznie pozwalałam. Kontakt z nią podziałał na mnie ośmielająco, choć nie był to żaden oficjalny proces mentoringu czy coachingu.

Co dała pani praca z drewnem?
Poczucie sprawczości, odpoczynek dla głowy oraz bardzo konkretne życiowe korzyści: samodzielnie zbudowałam sobie kuchnię, z której jestem bardzo dumna. Zyskałam też domową zaradność, która jest dla mnie bardzo atrakcyjna.

A jak reagowały znajome na to, że postanowiła pani zająć się stolarką?
Na początku było to dla nich spore zaskoczenie, ale jednocześnie bardzo szybko podłapały mój entuzjazm i zaczęły mi kibicować. Warto podkreślić, że przez wiele lat pracowałam w organizacjach pozarządowych, znam wiele aktywistek. To specyficzne, bardzo otwarte środowisko. Przez moje warsztaty przewinęło się mnóstwo znajomych, trochę imprezowo, trochę z ciekawości. Dostałam od nich mnóstwo dobrej energii i wsparcia.

A mężczyźni stolarze?
Nigdy nie mianowałam się doświadczoną stolarką, zatem nikt nie traktował mnie jak zagrożenie.Na samym początku zdarzyło mi się spotkać kilku bardziej protekcjonalnych rzemieślników, którzy potraktowali mnie z wyższością, ale wynikało to po prostu z ich indywidualnych cech. Od wielu lat nie spotkałam się z taką reakcją. Inni stolarze traktują mnie zupełnie normalnie.

Fot. materiały prasowe/archiwum prywatne Kasi Sawko Fot. materiały prasowe/archiwum prywatne Kasi Sawko

Wyobrażam sobie, że do pracy z drewnem potrzeba sporej siły fizycznej…
Jeśli chce się sklecić półkę na zioła czy podstawkę pod laptopa, żadna siła nie jest konieczna. Więcej potrzeba jej przy renowacji mebli, zwłaszcza przy rozkładaniu ich na części. Jednak jeśli robi się to wolno i rozłoży pracę w czasie, to nawet najbardziej wiotkie, nieprzywykłe do pracy fizycznej kobiety dadzą sobie z tym radę. Co najwyżej następnego dnia będą czuły zakwasy. Ja jestem silna i krzepka z natury, więc to nigdy nie był dla mnie duży problem. Do tego korzystam głównie z ręcznych narzędzi, które są lekkie i łatwe w obsłudze. Trudniej bywało podczas warsztatów wyjazdowych, gdy trzeba było rozpakować samochód z wszystkimi materiałami. Wtedy momentami czułam, że faktycznie nadużywam swoich kobiecych sił.

Wydaje mi się, że stolarka może być postrzegana jako niekobiecy zawód, choćby ze względu na to, że niszczy dłonie, wymaga noszenia roboczych ubrań. Czy to nie było dla pani problemem?
Z bliższymi koleżankami robiłyśmy sobie podczas warsztatów konkursy na najlepiej zachowany manikiur. Faktem jest, że przez te wszystkie lata zmężniały mi dłonie, które z natury były smukłe. Bardzo wiele osób podkreślało też, że kobieta z narzędziami jest sexy. To chyba trochę fantazja jak z męskich kalendarzy, nigdy nie miałam poczucia, że stolarka ujmuje mi kobiecości. Niemniej jednak po kilku latach zatęskniłam za czymś bardziej delikatnym, zwiewnym, pachnącym i w związku z tym zapisałam się na kurs masażu.

Drewno jest w końcu szorstkie i chropowate w dotyku, zostawia drzazgi…
Tak, drzazgi i pył są wszędzie. Ale jednocześnie drewno pachnie, a przedmioty, które z niego powstają, są piękne. Do tego zdecydowana większość osób w stolarni na moich warsztatach to były kobiety. Siłą rzeczy panowała więc tam zupełnie inna atmosfera niż w tartaku, gdzie rżnie się drewno na gabaryty.

Czy kobiety pracują w stolarce inaczej niż mężczyźni?
Jestem ostrożna, jeśli chodzi o wyciąganie takich uogólniających wniosków. Zauważyłam jednak kilka zachowań, które mnie samej również były bliskie. Na przykład to, że kobiety podchodziły do procesu twórczego bardziej płynnie, jeśli coś je przestawało kręcić, zmieniały zdanie, w połowie pracy decydowały się, że zamiast półki powstanie regał. Dla wielu mężczyzn, którzy pracowali jako instruktorzy, to było często nie do przełknięcia. Zaobserwowałam też, że mężczyźni byli bardziej zawzięci. Gdy coś sobie postanowili, mogło im to zająć mnóstwo czasu, ale i tak dokończyli swój projekt.

Fot. materiały prasowe/archiwum prywatne Kasi Sawko Fot. materiały prasowe/archiwum prywatne Kasi Sawko

Osobiście jestem dosyć niezgrabna, jeśli chodzi o manualne czynności. Jakie trzeba mieć predyspozycje, by zająć się stolarką?
Jeśli ktoś jest manualnie chaotyczny i uważa się za niezdarę, to cechą, którą powinien mieć, jest cierpliwość. Nie znam osoby, której przy odpowiednim samozaparciu nie udałoby się czegoś zbudować. Jeśli ktoś się wkręcił w pracę, to prędzej czy później mu się udawało. Żadne specjalne talenty nie były potrzebne, choć oczywiście się przydają. Wtedy finezja i spektakularne efekty pojawiają się szybciej, a sam proces pracy z drewnem jest dużo przyjemniejszy.

Najbardziej bym się chyba bała tego, że utnę sobie palec...
To częsta obawa. Gdy zaczynałam, wydawało mi się, że kobiety mogą mieć trudność z pokonaniem lęku przed ostrzem. A jednak tak się nie działo. Wszyscy się po prostu brali do roboty i bardzo mało osób wymagało dodatkowego psychologicznego wsparcia. Na pewno pomagało też przeszkolenie z zasad BHP na samym początku i fakt, że trudniejsze czynności wykonywało się w asyście instruktora. Tworzyliśmy na tyle bezpieczną atmosferę, że wszyscy się przełamywali. Zdarzało się, owszem, że niektórzy odmawiali ze skorzystania z ostrzejszych narzędzi. Ale byli to także mężczyźni.

Przeprowadziła pani mnóstwo warsztatów, napisała dwie książki. W pewnym sensie stała się pani mentorką dla tysięcy kobiety. Jakie to uczucie?
Nie czuję się wyjątkowo, ale mam świadomość, że moje „Wióry” były dla wielu osób ważne i coś zmieniły w ich życiu. Czuję satysfakcję, gdy widzę, że ktoś znalazł na moich warsztatach coś prawdziwego dla siebie. Cieszę się, że mogę dać kobietom okazję, żeby spróbować czegoś zupełnie nowego, poczuć trochę siły w nieznanym obszarze. Po moich warsztatach mają więcej sprawczości, co wynika choćby z korzystania z narzędzi, które potem przydają się do tysiąca rzeczy na co dzień. Nie muszą już wzywać pana Kazika do byle naprawy, są w stanie ją same ogarnąć. Część kobiet znalazła też na moich warsztatach nowe przyjaźnie, dla innych była to forma wytchnienia od klawiatury czy rodziny. Była też garść takich, które otworzyły biznesy związane z drewnem, co oznaczało dla nich bardzo namacalną zmianę w życiu zawodowym. Nie chciałabym przy tym dorabiać jakiejś filozofii do moich warsztatów. Dla niektórych kobiet to był po prostu miły prezent, który dostały na mikołajki. Niektóre oddychały z ulgą po skończeniu warsztatów i wracały do domu oglądać seriale.

Fot. materiały prasowe/archiwum prywatne Kasi Sawko Fot. materiały prasowe/archiwum prywatne Kasi Sawko

Jakie ma pani plany na przyszłość?
Remontuję właśnie siedlisko. To moje wymarzone miejsce. Mam nadzieję, że oprócz warsztatów związanych z majsterkowaniem będę tam organizować takie związane z przetworami, uprawą roślin czy ziołami. Intuicja mi podpowiada, że to dobry kierunek.

Polecamy książkę: „Sęk w tym. Stolarka dla początkujących”, Kasia Sawko, wyd. Buchmann. Polecamy książkę: „Sęk w tym. Stolarka dla początkujących”, Kasia Sawko, wyd. Buchmann.

Kasia Sawko, założycielka projektu „Wióry lecą”, w ramach którego prowadzi warsztaty stolarskie. Lingwistka z wykształcenia, animatorka kultury i trenerka edukacji medialnej. Autorka poradników o renowacji mebli i stolarce dla początkujących.

  1. Styl Życia

Daria Mejnartowicz udowadnia, że podróże mogą zmienić życie, nie tylko nasze

Daria Mejnartowicz z dziewczynkami z domu dziecka Avoko Akany Faravohitra w Antananarywie, stolicy Madagaskaru. (Fot. archiwum prywatne)
Daria Mejnartowicz z dziewczynkami z domu dziecka Avoko Akany Faravohitra w Antananarywie, stolicy Madagaskaru. (Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
W dzieciństwie marzyła o tym, by jeździć po świecie i pomagać innym. Może dlatego, że sobie samej pomóc wtedy nie potrafiła. Dziś, jak sama mówi, pokazuje dziewczynkom i kobietom, jak odbić się od dna i uwierzyć w siebie. Daria Mejnartowicz udowadnia, że podróże mogą zmieniać życie, nie tylko nasze.

W dzieciństwie marzyła o tym, by jeździć po świecie i pomagać innym. Może dlatego, że sobie samej pomóc wtedy nie potrafiła. Dziś, jak sama mówi, pokazuje dziewczynkom i kobietom, jak odbić się od dna i uwierzyć w siebie. Rozmawiamy z Darią Mejnartowicz, która udowadnia, że podróże mogą zmienić życie, nie tylko nasze.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru miesięcznika "Sens" (9/2019).

Chciałam spytać o pani podróże, ale zacznę od lęku przed lataniem. Podobno długo się pani z nim zmagała…
Mój lęk przed lataniem przybierał naprawdę spektakularne rozmiary: uciekałam z lotnisk, w ostatniej chwili wyjmowano mój bagaż z luku… Paul, mój narzeczony, zawsze powtarzał, że latanie jest o wiele bezpieczniejsze od jazdy samochodem, o czym zresztą boleśnie się przekonałam, ale mimo to panicznie bałam się latać. Jestem spod znaku Panny, więc do wszystkiego podchodzę bardzo metodycznie, dlatego przez lata kupowałam mnóstwo audiobooków, DVD i książek na temat opanowywania lęku przed lataniem, mam pokaźną biblioteczkę. Byłam też na kursie na lotnisku Heathrow – Flying Without Fear, prowadzonym przez byłego kapitana brytyjskich linii lotniczych – Keitha Godfreya. A jednak lęk nie mijał. Aż przyszedł taki dzień, już po śmierci Paula, kiedy wracałam od jego rodziny w Londynie – zawsze jeździłam nocnym pociągiem do Niemiec, stamtąd do Brukseli, z Brukseli pociągiem Eurostar przez tunel pod kanałem La Manche – i w tej drodze powrotnej w połowie tunelu zabrakło prądu i pociąg stanął. Nie było nie tylko światła, ale też klimatyzacji, więc robiło się coraz goręcej… To było gorsze od wszystkiego, czego kiedykolwiek doświadczyłam w samolocie, choć nigdy nie doznałam złych rzeczy, chodziło głównie o zamknięcie na małej przestrzeni. Wtedy powiedziałam sobie: „Koniec. Następnym razem lecę samolotem”. Kolejna podróż, w jaką się wybrałam, to był już lot British Airways. Miałam specjalny list od Keitha skierowany do pilota samolotu, w którym on informuje: „to jest Daria, która jest w moim programie Fearful Flyers, opowiedz jej, proszę, o locie i o tym, co się będzie podczas niego działo”. Kapitan wyjaśnił, co trzeba, i dodał, że będziemy trochę krążyć nad lotniskiem, bo jest straszna pogoda…

No nie…
Ale to mnie uspokoiło, wiedziałam przynajmniej, co się będzie działo. Powiedział, że ma nadzieję, że pójdzie nam to sprawnie, bo chce zdążyć na kolację z żoną. Kiedy poznajesz kogoś, kto ma dowieźć cię bezpiecznie na miejsce i w dodatku jest taki wyluzowany, a jednocześnie profesjonalny jak ten pilot, chętniej oddajesz swoje życie w jego ręce. Na dodatek okazało się, że było wolne miejsce w klasie biznes, więc stewardesa przesadziła mnie, żeby móc mieć stale na oku. Kiedy wylądowaliśmy, wręczyła mi szampana ze słowami: „Niech pani weźmie go do domu i świętuje”.

Cudowne zakończenie!
Ale okupione latami zmagań i panicznego lęku. Długo byłam przekonana, że to jest największe ograniczenie w moim życiu, że najtrudniej będzie mi sobie z nim poradzić.

Dlatego, że chciała pani podróżować?
Po prostu chciałam realizować swoją pasję i wtedy wydawało mi się, że nie ma trudniejszego wyzwania. Że łatwiej jest założyć rodzinę, urodzić dziecko, zmienić pracę, a to, ten lęk, jest zupełnie poza moją kontrolą. Teraz się z tego śmieję, bo lęk przed lataniem zwalczyłam, byłam w 73 krajach, a rodziny nie udało mi się założyć, choć bardzo bym chciała.

Podobno kiedy jako dziewczynkę ktoś pytał, na co pani odkłada pieniądze, odpowiadała pani: „na podróże”.
Zawsze miałam ogromną potrzebę, by zarabiać pieniądze i bardzo nie lubiłam ich wydawać. Przez siostry jestem postrzegana jako sknera. Dla mnie shopping na poprawę humoru jest całkowicie irracjonalny. Kiedy czegoś potrzebuję, kupuję to. Proste. Jako dziewczynka nie dostawałam kieszonkowego i nie zawsze alimenty, musiałam na siebie zarabiać. Mojej mamy nie obchodziło, że nie mam zimowych butów, mówiła: „Chcesz buty, idź sobie zarób”. Moją pierwszą pracą było zbieranie jagód, które sprzedawałam potem sąsiadom. Czasem wydawałam te pieniądze na niezbędne rzeczy, ale głównie odkładałam. Oczywiste było, że na to, by jeździć po świecie. Miałam na tym punkcie świra. Kiedy oglądałam w telewizji programy o dzieciach z Afryki, to czułam, że moje całe ciało się rwie, chciałam tam jechać i pomagać. Podróżowanie zawsze było dla mnie jednoznaczne z pomaganiem.

Daria Mejnartowicz w dzieciństwie marzyła o tym, aby jeździć po świecie i pomagać innym. (Fot. archiwum prywatne) Daria Mejnartowicz w dzieciństwie marzyła o tym, aby jeździć po świecie i pomagać innym. (Fot. archiwum prywatne)

Czyli nie tyle marzyła pani o podróżach, co o pomaganiu?
To zaczęło się bardzo wcześnie. Sama pochodziłam z trudnego, choć, jak to się mówi, dobrego domu, moi rodzice – lekarka i student prawa – szybko się rozstali, mama nadużywała alkoholu i, jak później dowiedziałam się z dokumentów, cierpiała na chorobę dwubiegunową. Prawie się nami nie zajmowała, musiałyśmy same dbać o to, by odrobić lekcje czy zorganizować sobie czas wolny. Może dlatego już jako dziecko miałam bardzo rozwiniętą wrażliwość na potrzebujących, a ponieważ nie byłam w stanie pomagać innym dzieciom, mogłam przynajmniej pomagać zwierzętom. Dokarmiałam okoliczne psy i koty, czasem przemycałam je do domu.

Pani historię znam z reportażu w „Wysokich Obcasach” i jest ona wstrząsająca: trauma dzieciństwa, zdrada narzeczonego, niesprawiedliwe zwolnienie z pracy, potem śmierć ukochanego w wypadku, mobbing. Mówi pani, że pomaganie potrafi uratować nam życie. Gdy patrzy pani wstecz, sądzi pani, że pomagając innym, chciała pani pomóc też sobie?
Na pewno. Oczywiście widzę to dopiero dzisiaj. Jako dziecko tego nie analizowałam, to był po prostu impuls, odruch serca. I zwierzęta kochały mnie bezwarunkowo. Dziś moja chęć niesienia pomocy wynika z poczucia niesprawiedliwości, potrzeby naprawiania tego świata i zmniejszania zła, jakie się na nim dzieje. Na pewno moje życiowe wybory są podyktowane dawną traumą, choćby wybór studiów. Miałam potrzebę, by służyć innym, a służba zdrowia wydawała mi się idealnym terytorium do pomagania; medycyny się bałam, wybrałam rehabilitację ruchową. Pracę magisterską pisałam o stanie psychicznym kobiet po usunięciu macicy, potem na studiach doktoranckich zajęłam się seksualnością i przemocą seksualną wobec osób z zespołem Downa – też nie przez przypadek. Szukałam grup, które potrzebują specjalnej uwagi i nie bałam się zajmować tematami tabu.

Zawsze idę tam, gdzie niewygodnie. Chcę zabierać głos w imieniu tych, którzy nie potrafią lub których krzyk jest niesłyszalny. Przez wiele lat pracowałam jako menedżer na basenie na Inflanckiej. Organizowałam różne zajęcia w wodzie i na sali gimnastycznej dla nastolatków z upośledzeniem umysłowym, w tym z zespołem Downa. Widziałam, jak wiele im to daje. Że wreszcie są traktowane godnie, dorośle, a nie infantylnie, jak bywa na zajęciach warsztatowych, gdzie proponuje się im głównie lepienie kwiatków. Potem zaczęłam aktywować warszawskich seniorów w ramach programu „Senior: starszy, sprawniejszy”.

A kiedy pojawiły się dziewczynki z Tanzanii? W przemówieniu podczas konferencji Sieci Przedsiębiorczych Kobiet „Be the Change” mówiła pani wzruszająco, że marzą o komplecie majtek i paczce bawełnianych podpasek.
Zanim do nich dojdę, musimy się trochę cofnąć w czasie. Po intensywnych latach pracy na Inflanckiej przeniosłam się do kliniki ortopedycznej Carolina Medical Center, gdzie odpowiadałam za fizjoterapię, rozwój i marketing. Zaczęłam wtedy współpracę z nieistniejącą już organizacją PWNet, założoną przez Dorotę Warakomską. Wspólnie organizowałyśmy różne akcje edukacyjne dla kobiet. Dorota któregoś razu wspomniała mi o programie mentoringowym dla kobiet organizowanym pierwszy raz w Polsce przez fundację Vital Voices Global Partnership i zarekomendowała mnie do niego. Potem Agnieszka Bilińska i Ambasada Amerykańska, która mnie wtedy obserwowała, zgłosili mnie do programu Fortune Magazine/US State Department Global Women’s Mentoring Partnership w Stanach Zjednoczonych, którego celem było spotkanie nas, 25 kobiet z całego świata z mentorkami, kobietami sukcesu z USA. To było niesamowite przeżycie. Zaczęłam myśleć, że może to jest szansa na to, by spełnić marzenie z dzieciństwa. Wcześniej aplikowałam do różnych organizacji pomocowych, ale bez powodzenia, a dzięki temu programowi mogłam być w kontakcie z działaczkami z kilkudziesięciu krajów na świecie. VVGP stworzył networking, który wtedy liczył około 130 kobiet, teraz ponad 300. Cały czas jesteśmy ze sobą w kontakcie i spotykamy się podczas różnych eventów. To zakręcone liderki z pasją wprowadzania zmian w lokalnych społecznościach. Prowadzą fundacje, są akademiczkami, polityczkami, biznesmenkami.

Ghana, Assin Foso, program mentoringowy i sportowy dla dziewcząt. (Fot. archiwum prywatne) Ghana, Assin Foso, program mentoringowy i sportowy dla dziewcząt. (Fot. archiwum prywatne)

Zaprzyjaźniłam się wtedy z liderką z Birmy Misu Borit  i zaplanowałyśmy wyjazd. Zlinkowała mnie ze swoim kuzynem dr. Wunna, który pracuje jako wolontariusz w bardzo biednej klinice Golden Girls Clinic. To był 2012 rok. Zorganizowałam zbiórkę pieniędzy wśród znajomych i pojechałam do nich z podstawowym sprzętem medycznym i pomocami rehabilitacyjnymi, które zmieściłam w dwóch walizkach, resztę dokupiłam na miejscu. Przez dwa tygodnie urlopu zajmowałam się rehabilitacją osób po udarach, w Birmie zupełnie niepraktykowaną.

Warto zaznaczyć, że za wszystkie podróże płaci pani sama i przeznacza na nie urlopy…
Tak, choć trzy ostatnie bilety lotnicze – na wyjazd do syryjskich uchodźców, do Jordanii i na Filipiny – zasponsorowała mi jedna z mentorek Katarzyna Kołczewska, z niewykorzystanych mil lotniczych swojej firmy medycznej. Ale zwykle za przelot, wizę i pobyt płacę z własnych środków. Wróciłam do Birmy w 2015 roku, wtedy odwiedziłam tamtejsze domy dziecka, ujął mnie bardzo ten kraj i tamtejsi ludzie, jeśli ktoś szuka wolontariatu, to polecam klinikę, w której byłam. Kolejne miejsce to był Ngoenga School for Tibetan Children With Special Needs, gdzie pojechałam na misję rehabilitacyjną dla tybetańskich niepełnosprawnych dzieci uchodźców. Ten projekt realizowałam z ministrem zdrowia Tybetu. No i Kenia, czyli Kibera Slum w Nairobi. Tu mogłam połączyć pomoc z moją kolejną pasją – sportem, który mnie samej bardzo wiele dał.

Pomaga nadać sens czy odrywa od problemów?
Sport to cudowne narzędzie, by rozwijać osobowość, cechy liderskie, dawać poczucie własnej wartości i nadawać życiu sens. Podam przykład. W Kibera Slum, drugim z największych miejskich slumsów na świecie, gdzie średnia życia to 33 lata ze względu na AIDS i wysoką przestępczość, powstała drużyna Challengers, która składa się z żon przestępców. Na co dzień jest im tu bardzo trudno, spotykają się z dużą agresją, do tego każda ma gromadkę dzieci i jest całkowicie zależna od męża. Jane, moja koleżanka, która prowadzi na miejscu fundację, wymyśliła, że aby dać im trochę oddechu i nowe perspektywy, stworzy z nich drużynę piłki siatkowej, która będzie regularnie trenować i rozgrywać mecze. Od tamtej pory to jest stały projekt, w który jestem zaangażowana. W Kibera Slum rozwijamy głównie siatkówkę, edukację dziewczynek i temat podpasek, które w Kenii są luksusem. Zależy nam na tym, żeby dawać je dziewczynkom, by w czasie menstruacji mogły chodzić do szkoły, a przy okazji by lokalne kobiety mogły je szyć i sprzedawać.

Ten sam pomysł widzimy w Oscarowym dokumencie „Okresowa rewolucja”.
My robimy dokładnie to samo, tylko nasze podpaski są materiałowe, wielokrotnego użytku, z wkładką, którą się wyjmuje i pierze. W filmie jest mowa o Indiach, ale w Afryce kobiety i dziewczynki są w podobnej sytuacji. A ponieważ los kobiet i dziewczynek zawsze był mi specjalnie bliski, trafiłam do Tanzanii i do New Hope For Girls Organization. Pojawiła się ona w moim życiu po raz pierwszy w 2015 roku. To dom założony przez Consoler – sama miała bardzo trudne dzieciństwo i postanowiła, że jeśli przetrwa, to poświęci swoje życie dziewczynkom, które dotyka przemoc czy bieda. Adoptuje je, w porozumieniu z biologicznymi rodzicami, i daje im nowy dom. Mogą chodzić do szkoły, a jeśli nie ma na to środków, sama je uczy. Coraz częściej udaje się znaleźć sponsorów, którzy łożą na edukację dziewczynek. Jestem zapaloną ambasadorką tej organizacji, działa w Tanzanii nieprzerwanie, nawet teraz, przed naszą rozmową udało mi się za sprawą sponsorki z Irlandii, Polki, która prowadzi własną klinikę, dopiąć ufundowanie ubezpieczenia zdrowotnego dla dziewczynek, bo niektóre często chorują. Ta sama Margo postanowiła niedawno zaadoptować jedną z tamtejszych dziewczynek, która chciałaby rozwijać się w kierunku medycznym, będzie jej fundować szkołę, a potem studia, a kiedy dorośnie, zaprosi ją do Irlandii. Joe pojechała w lipcu na uczelnię z internatem…

Dziewczynki z Tanzanii są mi bliskie też dlatego, że dostałam od nich cudowny prezent, wielki plakat, na którym każda z nich się podpisała, wkleiła swoje zdjęcie i wszystkie napisały, że od teraz są moją rodziną, że mnie adoptują i żebym do nich przyjechała spędzić starość – będą się mną opiekować. W Polsce nie miałam jeszcze takich propozycji (śmiech).

Zdążyłyśmy przejrzeć zaledwie część pani pamiątek z podróży. Jest tego mnóstwo.
Wśród innych projektów były: Ghana, Gwatemala, San Salwador, Nepal, Madagaskar, Liberia, Jordania, Nigeria, Indie, Kamerun, Vanatu, Syria, Filipiny i Litwa. Obecnie organizuję je na pięciu kontynentach. Pomagam też w Polsce. Wszystko staram się opisywać i dokumentować. Zachowuję zdjęcia, rysunki dzieci, maile wysyłane przy okazji każdej misji… Co jakiś czas sprawdzam, co dzieje się z osobami, którym pomagamy, i też to dokumentuję…

Jak tak pani teraz patrzy na to, co udało się dokonać, pani wewnętrzne dziecko się uśmiecha? Jest bardziej spokojne? Szczęśliwe?
Na pewno jest to dla mnie działanie terapeutyczne, budujące poczucie sensu i nadające życiu wartość. Największy kryzys miałam po śmierci Paula. Musiałam zdecydować: strzelić sobie w głowę czy zrobić coś sensownego z resztą mojego życia? Byłam po trzydziestce i pracowałam na różnych warsztatach rozwoju osobistego. Ewa Foley i Joy Manne, z którymi wtedy miałam częsty kontakt, poradziły mi: „Po prostu trzeba życiu nadać wartość”. Gerhard Walper powiedział: „Pozwól sobie na dobre życie, wreszcie”. Przestałam siebie pytać: „Dlaczego?”, czyli wyszłam ze stanu ofiary, a zaczęłam pytać: „Po co? Jaki jest w tym sens? Po co ja przeżyłam?”. Zobaczyłam, że wiele osób pyta mnie, jak pomagać i jak może pomóc mi pomagać innym. I że to się samo nakręca. A ponieważ powinno się robić w życiu to, co przychodzi nam bez trudu, naturalnie i bez wysiłku – stwierdziłam, że pomaganie jest chyba moim darem, talentem. Że jest we mnie jakiś potencjał. Może właśnie dzięki temu wszystkiemu, co przeżyłam, potrafię się wczuć w perspektywę ofiary, kogoś, kto potrzebuje pomocy. Może gdybym tych wszystkich traum nie przeszła, nie miałabym w sobie tej wrażliwości. Bardzo boli mnie ludzka krzywda i niesprawiedliwość, i uważam, że jeśli się ją widzi, trzeba natychmiast reagować. Na przykład, gdy widzę, jak fizjoterapeuci są zmuszani do pracy na rzecz wskazanych przez lekarza pacjentów bez wynagrodzenia, od razu protestuję, piszę maile, dzwonię. Bo to nie jest OK. Nie boję się reagować i iść pod prąd, co niekiedy przysparza mi wrogów.

Kenia, Kibera Slum, International Day of the Girl Child. (Fot. archiwum prywatne) Kenia, Kibera Slum, International Day of the Girl Child. (Fot. archiwum prywatne)

Wyjeżdza pani czasem tylko po to, by poleżeć na plaży?
Jakby ktoś chciał mnie bardzo ukarać, to musiałby mnie wysłać na wycieczkę do Egiptu do pięciogwiazdkowego hotelu na tydzień. Najgorsza kara, naprawdę!

Jak można więc pani pomóc w pomaganiu?
Na stałe współpracuję z fundacją, która ma grzecznościowo utworzone dla mnie konto. Można na nie przelewać środki; są one w 100 proc. przekazywane na cele akcji, które organizuję. Można się ze mną skontaktować przez Facebooka, Messengera i LinkedIn. Każdemu, kto będzie zainteresowany, powiem, czego aktualnie potrzebujemy: opłacenia nauki dziewczynce, kursu zawodowego, pomocy edukacyjnych, sprzętu medycznego, rehabilitacyjnego czy sportowego.

Zaczęłyśmy od lęku przed lataniem, co jest teraz dla pani największą barierą do pokonania?
To, z czym się zmagam, to wbrew pozorom lęk przed osamotnieniem. Kiedy przychodzi weekend, święta czy czas wolny, tych wszystkich moich przyjaciół z całego świata przy mnie nie ma. A ja potrzebuję mieć wokół siebie ludzi. Być może swoją nadaktywnością uciekam od poczucia pustki, bycia niepotrzebną, bezwartościową. Wciąż mam poczucie, że jestem nie dość dobra, i ciągle muszę udowadniać światu, że warto mnie kochać. Czasem się zastanawiam, co bym robiła, gdybym nie robiła tego, co robię. Jaki sens miałoby wtedy życie. Choć zaraz sobie przypominam, co powiedziała jedna z moich mentorek Nemi Nath – że celem życia jest samo życie. Tego muszę się jeszcze nauczyć. Ale może to przyjdzie samo, tak jak sam odszedł lęk przed lataniem. Nadal czasem nie czuję się komfortowo w powietrzu, ale powtarzam sobie to, co kazał mi Keith napisać na karteczce: „turbulencje są nieprzyjemne, ale nie są niebezpieczne” i że odwaga polega na tym, że bojąc się czegoś – robię to mimo lęku.

Daria Mejnartowicz zrobiła doktorat w zakresie rehabilitacji ruchowej, magisterium zarządzania i marketingu oraz MBA, ukończyła też studia podyplomowe w zakresie wychowania seksualnego, spełnia swoje marzenia, podróżując po świecie i wspierając mieszkańców krajów rozwijających się, głównie kobiety i dziewczynki.

  1. Styl Życia

Jak wygląda świat zza kierownicy ciężarówki? Rozmowa z "trucking girl" Iwoną Blecharczyk

Gdy Iwona Blecharczyk trafiła za kierownicę tira, była pionierką w męskim świecie, a kobiecość ukrywała pod workowatymi ubraniami i wygoloną fryzurą. Dziś jej wideorelacje z tras oglądają miliony osób. (Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk)
Gdy Iwona Blecharczyk trafiła za kierownicę tira, była pionierką w męskim świecie, a kobiecość ukrywała pod workowatymi ubraniami i wygoloną fryzurą. Dziś jej wideorelacje z tras oglądają miliony osób. (Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Po roku pracy jako nauczycielka angielskiego trafiła za kierownicę tira. Dziesięć lat temu Iwona Blecharczyk była pionierką w męskim świecie, kobiecość ukrywała pod workowatymi ubraniami i wygoloną fryzurą. Dziś jej wideorelacje z tras oglądają miliony osób. A przede wszystkim czuje się spełniona. Skąd to poczucie i co jeszcze daje jej bycie „trucking girl”?

W dzieciństwie bawiła się pani samochodzikami czy lalkami?
I jednym, i drugim. Wychowywałam się na wsi. Moi rodzice byli nauczycielami, ale oprócz tego pracowali w gospodarstwie. Gdy były żniwa, tata jechał kombajnem, a mama ciągnikiem z dwoma przyczepami. Zawsze była kobieca i o siebie dbała, a jednocześnie nie bała się zajęć, które można uznać za typowo męskie. Wymykała się stereotypom i mam to po niej.

Kobieta za kierownicą tira na pewno przełamuje stereotypy! Jak trafiła pani do takiej pracy?
Z wykształcenia jestem anglistką i przez rok pracowałam jako nauczycielka. Ale to nie było to. Już na studiach razem z moim chłopakiem prowadziłam dwuosobową firmę transportową – jeździliśmy busem przez całą Europę aż do Anglii. Zawsze fascynowały mnie duże pojazdy, zwłaszcza amerykańskie ciężarówki. Moim zdaniem są piękne. Chciałam pracować jako kierowca, bo uwielbiam być w ruchu. Zrobiłam prawo jazdy na tira i zaczęłam szukać pracy. Nie było to łatwe, ale w końcu znalazłam firmę, która zaryzykowała i mnie zatrudniła.

Nie bała się pani ruszyć w trasę?
Bałam się, i to jak! Może trudno w to uwierzyć, ale z natury jestem bardzo strachliwa. Całe życie się za kimś chowałam: za rodzicami, siostrą, chłopakiem. W pewnym momencie poczułam jednak, że tak dalej nie mogę. To była kwestia wyboru, czy zostanę ozdobą przy czyimś boku, czy będę żyć własnym życiem.

I co okazało się najtrudniejsze?
Na początku wszystko było trudne i przerażające. Pierwszego dnia zjechałam z dwiema wielkimi walizkami do bazy i uświadomiłam sobie, że przez najbliższy miesiąc będę podróżować w niewielkiej naczepie z innym kierowcą… mężczyzną, którego nie znałam. Przeraziłam się, ale nie zrezygnowałam. Zresztą, jak to zwykle bywa, wszystko potoczyło się dobrze. Kolega okazał się cierpliwym nauczycielem, dał mi dużo wsparcia, nie było w nim ani grama szowinizmu. Dzięki niemu sporo się dowiedziałam nie tylko o prowadzeniu ciężarówki, ale też jak sobie poradzić w trasie choćby z jedzeniem.

Iwona Blecharczyk jako pierwsza Polka jeździła po tzw. wodowych szlakach, czyli zamarzniętych jeziorach w Kanadzie (na zdjęciu z sezonu Ice Road 2017/2018). (Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk) Iwona Blecharczyk jako pierwsza Polka jeździła po tzw. wodowych szlakach, czyli zamarzniętych jeziorach w Kanadzie (na zdjęciu z sezonu Ice Road 2017/2018). (Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk)

No właśnie, świat kierowców to typowo męskie towarzystwo. Jak się pani w nim odnalazła?
Faktycznie to męski świat, a przy tym niezwykle zróżnicowany. Ciężarówkami jeżdżą mężczyźni po zawodówkach, emerytowani wojskowi, menedżerowie, którzy postanowili rzucić pracę w korporacji, czy księża, którzy zrzucili sutannę. Spotkałam się więc z rozmaitymi reakcjami. Jeszcze kilka lat temu kierowcy – nieprzyzwyczajeni do kobiet jeżdżących ciężarówkami – zwykle byli zszokowani na mój widok. Na początku trzymałam ich  na dystans: nosiłam za duże męskie ubrania, miałam wygolone pół głowy. Za wszelką cenę chciałam pokazać, że przyjechałam do pracy i nie oczekuję, że ktoś będzie coś za mnie robił. Jednocześnie, gdy jakiś kierowca proponował mi pomoc, nie odmawiałam, pamiętając, że być może pierwszy raz spotyka kobietę za kierownicą tira, i w zależności od tego, jak się zachowam, w przyszłości pomoże lub nie innej kobiecie. Widzę, że moje koleżanki, a jest ich coraz więcej, różnie radzą sobie z przewagą mężczyzn w transporcie. Niektóre próbują być męskie i bezpośrednie, dużo przeklinają i nie ma dla nich tematów tabu. Inne trzymają kolegów na dystans i lubią ich za wszystko strofować. Ja dziś pewnie jestem gdzieś pośrodku.

Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk

Ale nie ma już pani wygolonej głowy…

Po kilku latach przyszedł taki moment, że poczułam się swobodniej. Wiele się nauczyłam, nie musiałam już nikomu nic udowadniać i zaczęłam wracać do siebie. Dziś w trasie chętnie noszę odzież roboczą – to najwygodniejsze ubrania pod słońcem! Najczęściej się nie maluję, chyba że planuję nakręcić materiał do mediów społecznościowych albo mam ochotę poczuć się piękna. Za to w prywatnym samochodzie wożę sukienkę i szpilki na wypadek, gdyby miała mnie spotkać niespodziewana sesja zdjęciowa.

Przyznam, że bardzo mnie ciekawi, jak w trasie wyglądają kwestie higieny.
Piszę o tym dużo w książce, która właśnie się ukazała. Kierowcy korzystają z łazienek na stacjach benzynowych, które w Europie są naprawdę w strasznym stanie. Zawsze są brudne, pytanie tylko, jak bardzo. Wiem, że Polacy mają tendencję do marudzenia i mówienia, że u nas wszystko jest fatalne, ale to nieprawda. Im bardziej na zachód i południe Europy, tym warunki dla kierowców są gorsze. Gdy wyjechałam na rok pracować w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych, przeżyłam szok. Kierowcy mają tam zapewnione wręcz luksusowe warunki, na stacjach dostają ręczniki, łazienki są myte po każdej osobie. Kiedyś byłam przekonana, że niedogodności związane z kwestiami higieny są wpisane w ten zawód i tak po prostu musi być. Jednak od jakiegoś czasu przestałam się na to godzić i wiem, że nie jestem jedyna. Planowałam nawet zorganizować większą akcję nagłaśniającą problem, ale na razie wszystko pokrzyżowała pandemia.

Czy czuje się pani samotna w trasie?
Na samym początku samotność była męcząca i trudna. Przede wszystkim dlatego, że nagle musiałam sobie sama ze wszystkim poradzić. Później nauczyłam się być sama ze sobą i pokochałam to. Jestem introwertyczką i bardzo mi odpowiadało, że mogę samotnie zwiedzać świat. Dziś jednak pracuję jako kierowca przewożący duże ładunki ponadgabarytowe, a to już praca zespołowa, wymaga nieustannego kontaktu z pilotem czy innymi kierowcami w konwoju.

Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk

Mam wrażenie, że za kierownicą łatwiej ułożyć myśli…
Faktycznie, zwłaszcza podczas jazdy nocą nagle przychodzą rozwiązania wszystkich problemów i wpada się na genialne pomysły, które potem wystarczy realizować.

Czy tak wpadła pani na pomysł własnego kanału na YouTubie?
Pomysł na media społecznościowe był efektem ogromnej potrzeby dzielenia się z innymi szczegółami mojej pracy. Przez pierwszy rok zadręczałam opowieściami z trasy rodzinę i znajomych. Widziałam, że zaczęli patrzeć na mnie jak na nudziarę, która wciąż opowiada o tym samym. Chciałam założyć bloga, ale w końcu stanęło na fanpage’u na Facebooku. Pierwszy film, który opublikowałam na YouTubie, stał się wiralem. Okazało się, że ludzie są ciekawi mojej pracy i mnie samej.

Kiedy znajduje pani na to czas?
Obecnie pracuję jako kierowca w transporcie specjalistycznym i prowadzę tylko w nocy. W ciągu dnia mam więc trochę czasu dla siebie. Część spędzam oczywiście na załadunku czy rozładunku. Popołudniami trenuję albo przygotowuję materiały do mediów społecznościowych.

Jak długo więc pani śpi?
Od czterech do sześciu godzin. Może się wydawać, że to mało, ale w trasie funkcjonuję w zupełnie innym trybie. Jestem skoncentrowana i skupiona na działaniu. Gdy wracam do domu, odsypiam. Ostatnio zdarzyło mi się spać nawet 12 godzin. Wcale nie czułam się potem lepiej.

Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk

Co ta praca w pani zmieniła?
Przekonałam się, że jestem odważna, że daję radę zrobić dużo rzeczy, o które bym siebie nawet nie podejrzewała. Mam większą pewność siebie. Przede wszystkim jednak czuję się spełniona. Od samego początku wiedziałam, że to jest to! Musiałam tylko się tego nauczyć i pokonać problemy codzienności. Martwiłam się, jaki będzie następny punkt podróży, jakie pojawią się tam przeszkody i czy uda mi się przeżyć (śmiech). Gdy poczułam się za kierownicą swobodniej  i zaczęłam jeździć na południe Europy, byłam najszczęśliwsza na świecie. Wiedziałam, że jestem w miejscu, w którym chcę być.

Skąd to poczucie spełniania?
Każdego dnia jestem gdzie indziej i spotykam innych ludzi. Zwiedzam, a jednocześnie pracuję, nie tracę ani godziny ze swojej kariery. Przez ostatnie dziewięć lat zobaczyłam miejsca, o których nawet nie śniłam. Do tego z dala od typowo turystycznych szlaków. Moje podróżowanie jest też ekologiczne – nie zostawiam śladu węglowego wyłącznie dla własnej fanaberii, tylko przy okazji rozwożę towary, robię coś dobrego dla innych. Teraz marzę o tym, by pojechać ciężarówką na Syberię. Nie wiem jeszcze, jak to zrobię, ale powoli drążę temat. W przyszłości chciałabym też założyć własną firmę transportową.

A co poradziłaby pani osobom, które chciałyby spełniać swoje zawodowe marzenia?
Zaczęłabym od zadania sobie pytania: co jest dla mnie naprawdę najważniejsze w życiu? Jednak współczesny świat nie ułatwia odpowiedzi, więc musimy odrzucić wszystkie filtry, które narzuca. Dla mnie na przykład sporą przeszkodą w podjęciu pracy jako kierowcy była degradacja społeczna. Kierowca jest postrzegany gorzej niż nauczycielka, którą wcześniej byłam. Musiałam to sobie ułożyć w głowie. Dziś myślę, że każdy człowiek ma swoje powołanie. Każdy mniej więcej je zna, problemem jest tylko to, że nie zawsze odpowiada ono naszym oczekiwaniom, bo nie wiąże się z odpowiednim statusem. To z tego powodu decydujemy się potem na rzeczy, które nas unieszczęśliwiają.

Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk Fot. archiwum prywatne Iwony Blecharczyk

Polecamy książkę: 'Trucking girl', Iwona Blecharczyk, wyd. Muza Polecamy książkę: "Trucking girl", Iwona Blecharczyk, wyd. Muza

  1. Zdrowie

„Bezpieczne miejsce dla kobiet” - rozmowa z Aleksandrą Głuchowską, współwłaścicielką kliniki Infemini

fot. materiały Infemini
fot. materiały Infemini
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Z badań przeprowadzonych w 2019 roku przy współpracy Polskiego Towarzystwa Ginekologii Onkologicznej wynika, że 3 miliony Polek chodzi do ginekologa rzadziej niż raz do roku albo nie była u niego nigdy. Najczęściej, po raz pierwszy w gabinecie ginekologicznym pojawiamy się... w momencie zajścia w ciążę. Na taki stan rzeczy wpływ mają nie tylko traumatyczne doświadczenia, które wciąż spotykają kobiety u lekarzy (z raportu opublikowanego kilka lat temu przez Grupę Edukatorów Seksualnych Ponton wynika, że znaczna część kobiet postrzega wizytę u ginekologa jako "zło konieczne" kojarzące jej się ze strachem i wstydem), ale także brak edukacji seksualnej w Polsce. 

Z badań przeprowadzonych w 2019 roku przy współpracy Polskiego Towarzystwa Ginekologii Onkologicznej wynika, że 3 miliony Polek chodzi do ginekologa rzadziej niż raz do roku albo nie była u niego nigdy. Najczęściej, po raz pierwszy w gabinecie ginekologicznym pojawiamy się... w momencie zajścia w ciążę.

Na taki stan rzeczy wpływ mają nie tylko traumatyczne doświadczenia, które wciąż spotykają kobiety u lekarzy. Z raportu opublikowanego kilka lat temu przez Grupę Edukatorów Seksualnych Ponton wynika, że znaczna część kobiet postrzega wizytę u ginekologa jako "zło konieczne" kojarzące jej się ze strachem i wstydem. Obawa przed spotkaniem z ginekologiem to również efekt braku edukacji seksualnej w Polsce. 

Wizyty u specjalistów często kojarzą nam się z ostatecznością, przyznaniem do tego, że mamy poważny problem, z którym nie potrafimy sobie poradzić. Wizyta u lekarza wiąże się ze stresem, strachem przed bólem lub wykryciem choroby, a także wstydem. Jednym z często podkreślanych powodów strachu przed pójściem do specjalisty jest nieprzyjemna atmosfera - bezosobowe podejście do pacjentek, brak zrozumienia, surowe nieprzyjemne otoczenie.

Powstała niedawno na warszawskim Mokotowie klinika Infemini to miejsce, które chce odczarować złe skojarzenia z wizytą ginekologiczną - oferują empatyczne podejście do klientek oraz możliwie jak najmniej stresujące przeprowadzenie przez cały proces leczenia. Z Aleksandrą Głuchowską, współwłaścicielką kliniki rozmawiamy o tym, jak stworzyć miejsce przyjazne dla kobiet połączone z fachowością, wiedzą i kompleksową opieką.

Jak pojawił się u Pani pomysł na powstanie miejsca o tak holistycznym podejściu do kobiecego zdrowia i kondycji? Aleksandra Głuchowska: Zwykle najsilniejszym bodźcem do istotnych decyzji w naszym życiu są własne doświadczenia. Nie inaczej było w moim przypadku. Znalazłam się kiedyś w sytuacji, że żaden z kilkunastu lekarzy, jakich odwiedzałam z moją mamą nie był w stanie zdiagnozować, co jej dolega. A symptomy były bardzo silne. Moja mama czuła, że nie jest to „zwykły stres”, który może wpływać na kondycję całego organizmu. Od neurologa, przez laryngologa, trafiłyśmy wreszcie do szpitala zakaźnego, gdzie również nie udało się postawić diagnozy. Po kilkudniowej hospitalizacji i wielu wnikliwych badaniach, usłyszałam od lekarza, że nie wie, co dolega mojej mamie i życzy powodzenia w dalszym szukaniu przyczyny złego samopoczucia. Nigdy nie czułam się tak bezradna. Wiedziałam, że lekarz chce nam pomóc, ale naprawdę nie wie jak. Nie wiedziałyśmy obie, co dalej. Wtedy zaczęłam więcej myśleć o zdrowiu, o systemie opieki zdrowotnej, o tym jak się czuję, kiedy jestem u lekarza, jakie emocje mi towarzyszą. Ale również o tym, że często przyczyna naszych schorzeń leży zupełnie w innym miejscu, niż pierwotnie nam się wydaje. Przy okazji, w moim towarzyskim gronie pojawiło się kilku lekarzy ginekologów i zaczęliśmy rozmawiać o kobiecym zdrowiu. Tak też powstała myśl o stworzeniu miejsca innego niż wszystkie, o nieszablonowym podejściu, gdzie zarówno pacjent, jak i sam lekarz będzie czuł się dobrze i gdzie nikogo nie zostawimy z okropnym uczuciem bezsilności i osamotnienia.

fot. materiały Infemini fot. materiały Infemini

Wiele kobiet skarży się na nieodpowiednie podejście do pacjentek, które doświadczają niekiedy bardzo negatywnych przeżyć np. w gabinetach ginekologicznych. Brak empatii, zainteresowania pacjentką, traktowanie jej jako "jednej z wielu", nie wspominając już o tych wizytach, podczas których lekarze przekraczają granice, upokarzają pacjentki, pozostawiając je niejednokrotnie z ogromną traumą przed powrotem na badania. W jaki sposób można temu zapobiec? Odpowiedź na to jest banalna, co nie znaczy, że prosta – empatia. Czasami ta empatia gdzieś się gubi, ponieważ coś, co jest codziennością w pracy lekarza w pewien sposób wypacza emocje. Dlatego kluczem jest to, aby zawsze starać się czuć emocje innych i pracować nad tą umiejętnością. Coś, co dla nas jest normalne, dla drugiej strony może oznaczać wielkie szczęście lub koniec świata. Prawidłowe myślenie to takie, że pacjent to suma emocji, którą lekarz musi odczytywać i zawsze traktować go w sposób taki, w jaki sam chciałby zostać potraktowany.

Jednym z problemów, o których mówi się ostatnio coraz więcej jest brak możliwości zajścia w ciążę przez partnerów. Konsekwencje długotrwałego starania się o posiadanie dziecka często prowadzą również do poważnych konsekwencji w zakresie relacji między partnerami i ich zdrowia psychicznego. W takich sytuacjach pojawia się stres, frustracja, wzajemne obwinianie się... Co zrobić, aby pacjentów nie pozostawiać jedynie z poczuciem "postawionej diagnozy"? Mówiąc o problemach z zajściem w ciąże, faktycznie powinniśmy rozpatrywać to w kontekście niepłodności pary, a nie jedynie jednej strony. Nawet jeśli przyczyna leży faktycznie u jednego z partnerów, to wpływ ma ona na oboje. I o tym powinien pamiętać każdy lekarz. Dlatego właściwą praktyką jest zalecenie przez niego spotkania z psychologiem, który będzie wsparciem i pomoże uporać się z negatywnymi myślami. My patrzymy na to jeszcze szerzej. Nie zostawiamy naszych pacjentów z diagnozą i zaleceniem kolejnych badań. Towarzyszymy parze podczas całej drogi i często zaangażowanych jest wielu naszych specjalistów w starania pary o upragnione potomstwo – od lekarza ginekologa, przez endokrynologa, dietetyka po psychologa. Oni również konsultują się między sobą, wymieniają spostrzeżeniami i zaleceniami – a wszystko po to, aby wspólnie pomóc przyszłym rodzicom.

fot. materiały Infemini fot. materiały Infemini

Infemini to miejsce posiadające szeroką ofertę medyczną z zakresu ginekologii, endokrynologii, ginekologii onkologicznej, dietetyki, psychologii czy seksuologii. Co odróżnia to miejsce od innych placówek tego typu? Przede wszystkim nasze myślenie o zdrowiu i podejście do samego pacjenta. Infemini to nie jest przychodnia, w której czekam w wąskim korytarzu na to, aż zostanę wywołana do gabinetu. To miejsce, gdzie przychodzi się na spotkanie z lekarzem, a nie na wizytę lekarską. Zależało nam na tym, aby zminimalizować stres związany z samym udaniem się do przychodni, a także zniwelować u pacjentów poczucie bycia „jednym z wielu”. Dla nas opieka nad pacjentem jest nadrzędną wartością, dlatego nikt, kto pojawi się w Infemini nie może wyjść z poczuciem bezradności. Jesteśmy po to, aby pomagać.

Jednym z głównych założeń Infemini jest stworzenie jak najmniejszego dystansu, jaki zazwyczaj panuje pomiędzy lekarzami a pacjentami. Pacjentki umawiają się na spotkanie z lekarzami - nie nazywając tego wizytą, czekają na zaproszenie do gabinetu w otoczeniu pięknych kwiatów, eleganckich mebli vintage, w oczekiwaniu mogąc skupić się na lekturze "Sztuki kochania" bądź "Biblii waginy". Uważa Pani, że może to zmienić podejście do regularnego badania się i nietraktowania wizyty u specjalisty jako nieprzyjemnego obowiązku? My kobiety bardzo dużo myślimy o innych, a mało o sobie. Taka nasza natura, że zamartwiamy się o zdrowie swoich najbliższych, ale siebie już stawiamy gdzieś trochę dalej. Do tego często fundujemy sobie autosabotaż, wstydzimy się swoich problemów albo nie chcemy kusić losu – bo jak lekarz coś wykryje to…? no właśnie! To wtedy możemy o siebie walczyć, mamy szansę na pokonanie różnych schorzeń czy trudności. I to jest naszym, Infemini, zadaniem – edukowanie kobiet w temacie własnego zdrowia i ciała czy uczenie miłości do siebie samej. Świadoma kobieta to szczęśliwa kobieta. Jesteśmy w stanie wydać na wizytę u kosmetyczki 100-200 zł na piękne paznokcie, ale wizytę u lekarza, który sprawdzi, czy z naszą tarczycą lub piersiami jest wszystko ok… to już mamy opór. A przecież bycie pięknym zaczyna się od naszego wnętrza. Dosłownie i w przenośni. Najpiękniejszym prezentem, jaki możemy zrobić sobie samej to przyjrzeć się swojemu zdrowiu. I można to zrobić w miłej atmosferze i przyjaznym otoczeniu. Właśnie po to, by nie mieć poczucia nieprzyjemnego obowiązku, a miło spędzonego czasu.

fot. Wiktoria Wasiak fot. Wiktoria Wasiak

W Infemini panuje niezwykle przyjazna, domowa wręcz atmosfera - w środku oczekując na wizytę u specjalisty można poczuć się, jak... w kawiarni, bądź innym miejscu kojarzącym nam się z miłymi spotkaniami. Wnętrze zaprojektowane przez Agatę Sobkowiak wzbudza nie tylko poczucie bezpieczeństwa, ale po prostu chce się do niego wracać. Stonowane kolory, komfortowe fotele, kanapy, lobby, które daje poczucie, jakbyśmy wcale nie udawały się do lekarza. To zupełnie inne podejście niż znane nam dotychczas, gdzie gabinety z reguły zniechęcają swoją surowością. To było podstawowe założenie, żeby miejsce oczekiwania na spotkanie z lekarzem było dalekie od typowej poczekalni. Ma być higienicznie, ale nie bezdusznie. Zadałyśmy więc sobie pytanie, gdzie czujemy się najlepiej udając się na spotkanie? Oczywiście w kawiarni! Tam jest miło i przyjemnie. Wybrałyśmy również kolory, które mają ciepłą tonację, meble o obłych kształtach, a nawet kwiaty doniczkowe, które wprowadzają życie i energię do wnętrza. Te wszystkie drobne elementy mają wpływać na nasz dobry nastrój, na zmniejszanie napięcia emocjonalnego i przede wszystkim poczucie, że znalazłam się w miłym i bezpiecznym miejscu, w którym również mogę napić się kawy czy herbaty, a nawet udać się do lekarza z mamą czy przyjaciółką, gdzie wspólnie zadbamy o swoje zdrowie.

fot. materiały Infemini fot. materiały Infemini

I najważniejsze - czyli przede wszystkim niezwykle szeroka oferta z zakresu ginekologii, położnictwa, seksuologii. Czy wśród pacjentów zdarzają się również mężczyźni, czy to miejsce przeznaczone wyłącznie dla kobiet? Infemini zostało stworzone z myślą o kobietach, ale nie wyłącznie dla kobiet. Kobiece życie to relacje: rodzicielskie, partnerskie, towarzyskie. Są wokół nas mężczyźni, o których my same się troszczymy, a w niektórych problemach jesteśmy wprost przecież razem. Czasami dotyczy to starań o upragnione potomstwo, a czasami satysfakcji z życia seksualnego obojga partnerów. Dlatego nie chcieliśmy, żeby Infemini dystansowało mężczyzn i już na etapie projektu wyeliminowaliśmy nawet kolory, które mogłyby krępować Panów. Wybraliśmy uniwersalne odcienie, w których każdy będzie czuł się dobrze. Ponadto mamy w ofercie różnego rodzaju badania skierowane do mężczyzn, aby i oni zadbali o siebie.

fot. Wiktoria Wasiak fot. Wiktoria Wasiak