1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Ukobiecanie – rozmowa z Wandą Hagedorn, autorką najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce

Ukobiecanie – rozmowa z Wandą Hagedorn, autorką najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce

Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu. (Fot. Wanda Hagedorn)
Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu. (Fot. Wanda Hagedorn)
Uważam, że musimy być ze sobą szczere i świadome tego, co znaczą nasze tak zwane wybory i decyzje. One nie są autonomiczne, choć bardzo chciałybyśmy wierzyć, że są – mówi Wanda Hagedorn, autorka „Totalnie nie nostalgii” i „Twarzy, brzucha, głowy”, najbardziej znanych feministycznych komiksów w Polsce.

Kiedy umawiałyśmy się na wywiad, w mejlu do pani napisałam „wszyscy nasi rozmówcy”. Od razu pani zareagowała: „Mam nadzieję, że rozmówczynie także”, upominając się o uwzględnienie kobiet w użytej przeze mnie liczbie mnogiej. Sporo się ostatnimi czasy zmieniło, coraz częściej stosujemy w języku polskim feminatywy, mówiąc: „lekarka, rektorka, reżyserka”. Dla pani, jak rozumiem, to dopiero początek zmian, jakie powinny zajść?
Nie tylko dla mnie jest to ważne, w wielu krajach toczy się batalia o „przepisanie” języka. To oczywiście trudny projekt – wymyślić język, który by odzwierciedlał nową genderową rzeczywistość, byłby kompletnie inkluzywny, nie wykluczał nas, kobiet. Wiem, że taka kampania jest teraz w Polsce – żeby mówić „psycholożka”, „naukowczyni”, „antropolożka” – i zdaję sobie sprawę, że te „nowe” żeńskie rzeczowniki brzmią na początku dziwnie, nawet niezdarnie, wydają się za długie, ale jestem pewna, że wkrótce wszyscy do nich przywykną. Pomijanie kobiet w języku kreuje dziurę językową, przyczynia się do naszej niewidoczności w sferze publicznej, jest uwłaczające i obraźliwe.

Ktoś mógłby się spierać, że przecież to tylko słowa, niewinne formy gramatyczne, które dość powszechnie uważa się za neutralne.
Pani mówi „uważa się”, a ja pytam, kto uważa? Rodzaj męski nie jest neutralny, a już na pewno nie jest niewinny. Odzwierciedla seksistowską historię i tradycję dozorowaną przez mężczyzn. Dzisiaj, ponieważ role kobiet w społeczeństwie i polityce zmieniły się diametralnie, uważanie męskich form gramatycznych za neutralne fałszuje rzeczywistość.

Pani debiutancką „Totalnie nie nostalgię” uznano za jeden z najlepszych polskich komiksów obyczajowych minionej dekady. Także „Twarz, brzuch, głowa” wywołuje w Polsce sporo zamieszania. Tymczasem pani od ponad trzech dekad mieszka w Australii, od lat pracuje w organizacjach pozarządowych. Jak to się stało, że zajęła się pani pisaniem, i dlaczego wybór padł akurat na komiks?
Moja praca w Australii była bardzo bliska tego, co chciałam zawsze w życiu robić: sektor NGO dawał mi poczucie, że przyczyniam się do sprawiedliwszego świata, do wyrównywania ludzkich szans. Natomiast moim pierwszym i najsilniejszym pragnieniem było pragnienie tworzenia. Zawsze chciałam pisać, robić filmy, teatr. Kiedy przyjechaliśmy do Australii, nie mogłam tego robić, bo musieliśmy się tutaj z Markiem, moim partnerem, zorganizować życiowo i utrzymać, a praca twórcza, jak wiadomo, zabiera dużo czasu, a daje niewiele dochodu. Pracowaliśmy oboje na pełny etat, mieliśmy dzieci w szkole podstawowej. Niemniej wiedziałam, że prędzej czy później uda mi się wrócić do tworzenia. Przymierzałam się na przykład do robienia teatru ulicznego w Melbourne z młodzieżą sudańską, ale ten projekt nie wyszedł.

Dlaczego wybrałam komiks? Bo trafiłam na Alison Bechdel [autorkę powieści graficznych „Fun Home” i „Jesteś moją matką?” – przyp. red.]. Odnalazłam się w jej komiksach, znalazłam podobieństwa do własnych doświadczeń. Zachwyciły mnie jej czarny humor i autoironia. To Bechdel zainspirowała mnie do napisania „Totalnie nie nostalgii”. Wiedziałam oczywiście, że komiksu sama nie narysuję, ale na pewno dam radę napisać scenariusz. Będę musiała zaprosić rysowniczkę albo rysownika do współpracy i cały projekt będzie jeszcze większą frajdą.

Przy pierwszym tytule pracowała pani z Jackiem Frąsiem. Przy drugim – z Olą Szmidą. Płeć Oli miała znaczenie?
Tak. Wierzę, że wspieranie siostrzeństwa w każdej sferze życia jest niezwykle ważne, zwłaszcza na rynku pracy, gdzie wciąż mamy niewyrównaną sytuację genderową. Poza tym komiks był przez długi czas domeną mężczyzn, więc najwyższa pora, żeby stał się też domeną kobiet.

A Jacek też miał być kobietą [śmiech]. Zanim zaczęliśmy współpracę, długo szukałam rysowniczki w Polsce, ale mi się nie powiodło. Kiedy w końcu ktoś polecił mi Jacka Frąsia i zobaczyłam jego rysunki – spodobały mi się szczególnie ilustracje w „Glinnie” – zdecydowałam się zaprosić go do współpracy. Olę znalazłam w czasie o wiele krótszym. Miałam szczęście. Bardzo się cieszyłam, że zgodziła się na współpracę i że jest z nowego, młodszego pokolenia, już popeerelowskiego.

Skąd się wzięło „ukobiecanie”? Ukute przez panią słowo klucz, które przewija się przez cały komiks „Twarz, brzuch, głowa”.
Chodzi o nawiązanie do znanego powiedzenia Simone de Beauvoir: „Nie rodzimy się kobietami – stajemy się nimi”. Chciałam to całe stwierdzenie zawrzeć w jednym słowie, żeby łatwiej mi było operować nim w tekście, a jednocześ­nie, żeby sugerowało sprawców całego procesu, czyli ukobiecaczy, zawierało premedytację i intencję. „Stawanie się kobietą” brzmiało zbyt biernie. Kto ukobieca? My siebie czy ktoś nas? „Ukobiecanie” w komiksie opisuje proceder wtłaczania kobiet w kaftan kobiecości według przepisu patriarchalnego. Proceder, który wciąż się niestety odbywa na masową i globalną skalę – system mówi nam, co mamy robić, jak się zachowywać, jak wyglądać, wyznacza się nam „kobiece” role i limity.

Jedna z pierwszych scen w pani komiksie „Twarz, brzuch, głowa”: siedzi pani wygodnie w fotelu w salonie fryzjerskim. Z głośników sączy się muzyka, wszyscy naokoło uśmiechnięci, łącznie z panią. Jest miło, ale za moment nie będzie już tak miło.
Bardzo lubiłam ten salon, był pełen życia, kolorowy, stylowy. Po wyjściu z niego z nowymi, błyszczącymi włosami zawsze czułam się lepiej. Jak te włosy – odnowiona i kolorowa. W tej scenie z komiksu opowiadam o szczególnie podniecającym momencie: dostałam właśnie doskonałą pracę, wchodziłam w nowy etap zawodowy i życiowy. Tym bardziej szokujący był „wstrząs”, którego doznałam w moim ulubionym salonie fryzjerskim.

Kolorystka dobiera dla pani odcień „intensywny imbir” i zagaja rozmowę. Od słowa do słowa, w końcu z jej ust pada TO pytanie: „Czy ma pani już wnuki?”. Pierwsza pani myśl?
Wnuki?! A więc widzi mnie jako babcię. Kobietę w wieku babci. Starszą kobietę. Nie byłam przygotowana na to nagłe, nowe znaczenie mojej osoby. Zaczęła się gonitwa myśli – cały ten ciąg skojarzeń związanych ze społeczną stygmatyzacją starszych kobiet. Na przykład stygmatyzujące angielskie słowo granny. Niewidoczność, przezroczystość starszych kobiet... Wszystko to pojawiło mi się w tamtym momencie w głowie, wywołując panikę. Doszła do tego podświadoma trwoga śmierci, z którą kojarzy się starość, strach przed przemijaniem i przed wszystkim, z czym przemijanie się kojarzy. Setki myśli w jednym krótkim momencie.

Po powrocie do domu zaczęłam szukać wsparcia w feministycznych tekstach. Zawsze to robię w krytycznych momentach – porównuję moje doświadczenia z doświadczeniami autorek feministek. Stanęłam przed półką i wyciągnęłam „Starość”, w której Simone de Beauvoir opisuje, jak jeden z jej amerykańskich studentów w rozmowie z kolegą przyznał, że bardzo mu się podobał jej wykład, dodając: „Był doskonały, ale nie zdawałem sobie sprawy, że ona jest już starą kobietą”. Ów kolega powtórzył to de Beauvoir: „Tak panią nazwał, madame. An old woman”. De Beauvoir, oburzona, wykorzystała tę obserwację do opisania pojawiającej się w nas nagle obcej osoby, z którą same się nie identyfikujemy, a którą widzą w nas inni.

I właśnie pani, świadoma siebie, oczytana feministka, w obliczu przemijania decyduje się – czego jesteśmy świadkami w „Twarzy, brzuchu, głowie” – na środek zaradczy w postaci botoksu, a potem wampirzego liftingu. Wbrew temu, przed czym Susan Sontag, którą cytuje pani w komiksie, ostrzegała, pisząc: „Wmawiają nam, że nieustanne korygowanie i naprawianie twarzy jest moralnym obowiązkiem kobiet [...]”.
Z jednej strony była Sontag, która napisała to w latach 70. Tymczasem nadeszły lata 90. i zaczęła się trzecia fala feminizmu. Jej głównym założeniem było: „Każda decyzja kobiety o sobie jest z natury rzeczy feministyczna”, a jej heroinami zostały takie ikony popu, jak: Madonna, Oprah Winfrey, bohaterki serialu „Seks w wielkim mieście”. Feminizm trzeciej fali dał mi triumfalne przyzwolenie odmładzania twarzy botoksem, i to w sekrecie. W komiksie opisuję to z ironią, ponieważ „dyscyplinując” twarz, byłam w konflikcie sama ze sobą.

A dzisiaj?
Dzisiaj uważam, że musimy być ze sobą szczere i świadome tego, co znaczą nasze tak zwane wybory. Albo kolaborujemy z systemem, albo nie. Wiem, że wiele kobiet się ze mną nie zgodzi, choćby feministki trzeciej fali, ale uważam, że decyzja, żeby wkłuwać sobie igły w twarz i torturować się na wiele innych sposobów, płacąc jeszcze za to niemałe pieniądze, wynika z poddania się presji i opresji. Nasze decyzje nie są autonomiczne, choć bardzo chciałybyśmy wierzyć, że są.

Czyli nigdy więcej nie zrobiłaby sobie pani zabiegu?
Absolutnie nie. Przeszłam już przez to doświadczenie, sięgnęłam jego granicy, zrozumiałam, na czym polega, nazwałam je „zdradą siebie” i „zdradą twarzy”, i wyartykułowałam je w komiksie. Żadnych więcej zabiegów, upiększań, przycinań. Ale na brzuch nadal spoglądam krytycznie. Sprawdzam go w lustrach, oknach wystawowych, a po ukończeniu każdego biegu mam nadzieję, że się zmniejszył [śmiech]. Odruchu „zwalczania brzucha” już się chyba nie pozbędę.

„Wciągnijcie brzuchy”, mówi uwieczniony w pani komiksie wujek, kiedy jako dziewczynka pozuje pani z siostrami do zdjęcia. A z pani ukochanych książek dla dzieci ilustrowanych przez Szancera spoglądają śliczne, obowiązkowo wiotkie i „bezbrzuszne” królewny i księżniczki. Buntowała się pani wtedy przeciwko tylu różnym rzeczom, dlaczego nie przeciwko temu?
Bunt był we mnie istotnie od dziecka. Wychowywałyśmy się z siostrami w dysfunkcyjnej rodzinie, w ciągłym strachu przed ojcem opresorem, cierpiąc i współczując mamie. To naturalnie budziło mój opór. Dlaczego nie buntowałam się przeciwko opresji ciała? Bo jako dziecko nie byłam jej jeszcze świadoma. „Dbanie o wygląd” było dokuczliwe, był to niekwestionowany obowiązek kobiet i dziewczynek, wszystkie wiedziałyśmy, że musimy się wciąż odchudzać, upiększać, wybielać piegi, przyciemniać rzęsy i ubierać w kamuflujące tuszę sukienki. Ale do buntu przeciw temu musiałam dorosnąć. Zrozumieć, na czym opresja kobiecego ciała polega, dlaczego jest groźna, kto ją uprawia. Sformułować to sobie i wyartykułować.

Kiedy została pani świadomą feministką?
Mogę odpowiedzieć bardzo dokładnie: w Australii w 1988 roku. W Polsce moje myślenie było zdominowane sytuacją, jaka panowała w kraju, opresją polityczną, życiem za żelazną kurtyną bez możliwości wyjazdu, rozwoju, bez perspektyw. Sprawa wolności politycznej była dla wszystkich najważniejsza, sprawa wolności genderowej nie pojawiła się jeszcze na moim wewnętrznym radarze. Jedyną feministyczną książką, którą pamiętam z tego czasu, jest „Własny pokój” Virginii Woolf.

Kiedy w 1987 roku wyemigrowaliśmy z Markiem i naszymi dziećmi do Australii, znaleźliśmy się w innym społeczeństwie. Kwestia równouprawnienia kobiet i feminizm były częścią mainstreamowej kultury. Wszystkie uniwersytety oferowały kierunek women’s studies. W Australii ruch feministyczny nie funkcjonował jako ideologia, był bardzo praktyczny. Żywy i obecny w polityce, w szkołach, na uniwersytetach, w mediach, w sztuce. Był integralną częścią debat społecznych. Okulary genderowe same mi więc wsiadły na nos, nie musiałam ich nawet zakładać. Dzięki nim zobaczyłam nagle na nowo moje dzieciństwo, młodość, PRL, zrozumiałam, jak perfidnie i bezkarnie funkcjonuje system patriarchalny, jak mężczyznom wszystko uchodzi na sucho.

Dzięki swoim komiksom patrzy pani na przeszłość z dystansem czy raczej wspomnienia zamienione w kadry nadal wywołują w pani emocje?
Żeby móc zanalizować i zinterpretować opisywane doświadczenia z dzisiejszej perspektywy, muszę mieć do nich dystans. Jednocześnie w momencie, kiedy do nich wracam i opisuję je, wywołują we mnie emocje. Te same, co w przeszłości, i nowe, jest to nieuniknione. Bardzo często muszę przerywać wtedy pisanie i się uspokajać.

Oglądając narysowane już plansze, patrzę na nie pod kątem estetyki: stylu, kreski, ekspresji, dynamiki rysunku, w jaki sposób wyrażają znaczenia, które próbuję przekazać. Ola Szmida mówiła w naszych wywiadach o „Twarzy, brzuchu, głowie”, że ona właściwie rysowała Wandę jako siebie. I ja to widzę – Wanda z komiksu bardzo często nie jest do mnie podobna, jest Olą albo po prostu kobietą. Bardzo mi się ten zabieg podoba.

Pisząc, mierzy się pani z dylematem, do jakiego stopnia się obnażyć?
Nie, to słowo nie pasuje do moich intencji w pisaniu. Gabriela Zapolska już dawno zdefiniowała strach przed „obnażaniem” jako dulszczyznę. Od dawna stosuję feministyczną zasadę, że to, co osobiste, jest polityczne, a więc moje doświadczenia ukazują nie tylko mnie, ale politykę społeczną i kulturową wobec mnie jako przedmiotu opresji i kontroli. Żeby to pokazać w tekście, nie można niczego przemilczać, ukrywać, zatajać.

Oba moje komiksy są bardzo osobiste, tyle że skupiają się na różnych okresach mojego życia. „Totalnie nie nostalgia” mówi o dzieciństwie i doświadczeniach mojej rodziny, w „Twarzy, brzuchu, głowie” opowiadam o doświadczeniach dojrzałej kobiety. Jeśli chodzi o „obnażanie” członków mojej rodziny w „Totalnie nie nostalgii”, przed rozpoczęciem pisania odbyłam długie rozmowy z moimi siostrami i z mamą. Mama miała najpierw opory, ale kiedy opowiedziałam jej dokładnie cały zamysł komiksu, zgodziła się być bohaterką mojej opowieści. Wszystkie moje siostry uczestniczyły w całym procesie tworzenia i to było dla nas doświadczenie katartyczne. Z ojcem nie utrzymuję kontaktu i nawet mi nie przyszło do głowy prosić go o zgodę. W komiksie nie obnażyłam go, tylko wyoutowałam jako sprawcę przemocy, ukobiecacza, narcystycznego patriarchę.

Dopiero co była premiera „Twarzy, brzucha, głowy”, a pani – jak słyszę – już pracuje nad czymś nowym.
Pracuję nad projektem komiksu, który ze względu na swoją specyfikę będzie skierowany do australijskiej publiczności. Jestem dopiero na wstępnym etapie, mam plan scenariusza. Teraz muszę wyjechać do jakiejś samotni, żeby się odizolować i zacząć pisać.

Wanda Hagedorn urodziła się w Szczecinie. Od 35 lat mieszka w Australii. Pracuje w organizacjach pozarządowych. Komiksy „Totalnie nie nostalgia” i „Twarz, brzuch, głowa” wydała Kultura Gniewu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Materiał partnera

Czy można opóźnić klimakterium?

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Jeżeli słowo menopauza przywodzi nam na myśl głównie uderzenia gorąca, wahania nastroju czy problemy z nadwagą, oraz jeżeli obawiamy się tego szczególnego okresu w naszym życiu – już teraz powinnyśmy dowiedzieć się o nim czegoś więcej.  Okazuje się bowiem, że moment pojawienia się klimakterium można opóźnić. Wiemy, że jest to możliwe, a jednocześnie nieskomplikowane. W tym przypadku nasze dobre samopoczucie powinno być dla nas priorytetem.

Czym właściwie jest okres przekwitania?

Pojawiająca się u kobiet menopauza sprawia, że organizm dąży do zakończenia okresu płodności. Klimakterium to proces naturalny i potrzebny. Niestety jest on też często bardzo niekomfortowy, a nawet uciążliwy – zwłaszcza że objawy nie znikają po kilku miesiącach. Chociaż ustaje menstruacja, to początkowo krwawienia występują nieregularnie. Najczęściej wymieniane symptomy przekwitania to uderzenia gorąca, bóle głowy i mięśni, kołatanie serca, wahania nastroju, zmęczenie, a nawet nieuzasadniony niepokój. Jeżeli objawy te są dla nas zbyt trudne do tolerowania, to powinniśmy skontaktować się z lekarzem – najlepiej z ginekologiem.

Kiedy pojawia się klimakterium?

W zależności od organizmu – klimakterium może pojawić się w różnym wieku. Zazwyczaj mówi się, że menopauza ujawnia się między 45. a 55. rokiem życia. Jeżeli jej objawy zauważymy znacznie wcześniej – powinniśmy niezwłocznie skontaktować się z lekarzem pierwszego kontaktu albo specjalistą, ponieważ jest to niepokojąca reakcja organizmu. Czasami przekwitanie zaczyna się wcześniej właśnie ze względu na złą kondycję naszego organizmu. Warto reagować od razu. Ile natomiast może trwać okres klimakterium i towarzyszące mu uderzenia gorąca? Tutaj również ciężko o jednoznaczną odpowiedź, ale zakłada się, że około 10 lat.

Co zrobić, aby opóźnić klimakterium?

Podstawowe pytanie, które często słyszą lekarze (zwłaszcza ginekolodzy), dotyczy tego, czy istnieje sposób na odłożenie w czasie okresu przekwitania. W końcu jest to moment, kiedy kobieta przestaje być płodna i w którym przyspieszają procesy starzenia. Okazuje się, że w pewnym stopniu mamy wpływ na to, jak wcześnie zacznie się menopauza. W dużej mierze zależne jest to od naszego stylu życia – zdrowe odżywianie, regularne uprawianie sportu, nawadnianie organizmu i zrezygnowanie z używek daje najlepsze rezultaty.

Ważne także, aby regularnie się badać oraz w razie potrzeby rozpocząć kurację hormonalną. Dzisiejsza medycyna znacząco się rozwinęła, dlatego lekarze mają możliwość pomóc pacjentkom przetrwać ten trudny czas. Specjalista na pewno zaleci nam jednak przede wszystkim zmianę diety na taką, która zawiera najważniejsze składniki odżywcze – ich niedobory pojawiają się podczas klimakterium.

Warto pamiętać, że podczas menopauzy nasza gospodarka hormonalna nie działa należycie – stąd też pojawiają się problemy z częstym przybieraniem na wadze, a nasza cera staje się mniej napięta i przesuszona. Zmarszczkom możemy natomiast przeciwdziałać poprzez stosowanie właściwych kosmetyków zawierających w składzie m.in. kwas hialuronowy czy koenzym Q10.

  1. Seks

Kobiety są kobietom potrzebne

Wsparcia kobiet potrzebujemy, począwszy od narodzin. Tutaj wszystko się zaczyna: w momencie przyjścia na świat i odbicia się w reakcji mamy. (Fot. iStock)
Wsparcia kobiet potrzebujemy, począwszy od narodzin. Tutaj wszystko się zaczyna: w momencie przyjścia na świat i odbicia się w reakcji mamy. (Fot. iStock)
Kobiety są kobietom potrzebne, by poprzeć swoje prawo do stawiania granic. I nie chodzi tylko o mówienie „nie”, również o mówienie „tak”. Dopiero kiedy czujemy się odrębne i samodzielne, zdolne do wyrażania potrzeb, możemy naprawdę cieszyć się życiem seksualnym – mówi Olga Haller, psycholożka, terapeutka.

Często mówisz, że kobiety powinny się wspierać w odkrywaniu i rozwijaniu swojej seksualności. Co to wsparcie oznacza?
Wsparcia kobiet potrzebujemy, począwszy od narodzin. Tutaj wszystko się zaczyna: w momencie przyjścia na świat i odbicia się w reakcji mamy. Najlepiej, gdy wzrokiem, gestem czy słowami daje nam bezwarunkową akceptację: „Cieszę się, że jesteś dziewczynką!”. W opiece powinnyśmy doświadczyć szacunku i delikatności. W ten sposób dowiadujemy się, jak traktować swoje ciało: „Zasługuję na uznanie i szacunek, moje potrzeby będą zaspokojone, mam prawo je mieć”. Mama to wielka nauczycielka, uczy nas, jak być kobietą.

Jeśli nie doświadczamy wsparcia w tym pierwszym okresie, ucierpi na tym nasze życie seksualne?
Tak, może utrwalić się w nas przekonanie, że coś z nami jest nie tak, że nie zasługujemy na miłość i że ma to związek z naszą płcią. Ten brak zdeterminuje nasze życie, będziemy np. poszukiwać w mężczyznach akceptacji, potwierdzenia siebie jako kobiety i często używać w tym celu własnego nieakceptowanego ciała. Dlatego tak trudno nam stworzyć szczęśliwe związki. Bo chcemy dostać od mężczyzny to, czego nie dostałyśmy od mamy: pełne bezpieczeństwo, bliskość, niezachwianą pewność, że jesteśmy chciane.

Czy bliskie relacje z innymi kobietami mogą nam pomóc odczarować negatywne wzorce z przeszłości?
Kobiece kręgi i grupy rozwoju, których powstaje coraz więcej, pomagają nam zapełnić lukę po matce. Grupa staje się taką zastępczą mamą – dajemy sobie wzajemnie prawo do bycia kobietami, wzmacniamy się i otwieramy na kontakt ze sobą samą. Kobiety są nam potrzebne, by poprzeć nasze prawo do stawiania granic. I nie chodzi tylko o mówienie „nie”, również o mówienie „tak”. Dopiero kiedy czujemy się odrębne i samodzielne, zdolne do wyrażania potrzeb, możemy naprawdę cieszyć się życiem seksualnym. Bo zdejmujemy z mężczyzny ciężar odpowiedzialności za nasze szczęście: i w życiu, i w łóżku. To daje niezwykłe poczucie wolności.

Tylko czy my potrafimy się wspierać? Czy poza stworzonymi do tego celu grupami czujemy wspólnotę kobiet?
Kobiety bardzo często wspierają się w nieszczęściu albo przeciwko mężczyznom. Pamiętam ten klimat z dzieciństwa: wizję ciężkiego kobiecego losu. I kobiety z rodziny, które wspierały się poprzez umacnianie tej wizji. Była w tym mieszanka sprzecznych emocji i przekonań. Taka jest dola kobiety – to z jednej strony. A z drugiej – to my tak naprawdę jesteśmy silne, wszystko się jakoś kręci dzięki nam i naszej zaradności. W pamięci mam obraz swojej babci. To była cudowna kobieta o ognistym temperamencie. A jednocześnie miewała nerwicowe lęki, bóle głowy i inne dolegliwości psychosomatyczne. Teraz myślę, że była to cena, jaką płaciła za ten wewnętrzny konflikt. Kobiety uczą się ukrywania swojej siły i swoich pragnień, również w seksie, a w relacjach z innymi kobietami nieczęsto mogą liczyć na poparcie, jeśli chcą to zmienić. Mogą się sobie godzinami zwierzać, rozumieć w cierpieniu i narzekać na mężczyzn.

Wiele kobiet uderza w rozpaczliwy ton: „Gdzie ich szukać, tych dojrzałych mężczyzn?!”, czasem jednak daje wyraz lekkiej pogardzie: „Co oni tam wiedzą, są lata świetlne za nami”.
Przekonanie, że my jesteśmy wspaniałe, a oni to dranie lub fajtłapy, doraźnie wzmacnia poczucie wspólnoty, ale tak naprawdę powoduje, że każda z nas zostaje samotna w swojej tęsknocie za miłością i spełnieniem w związku. Czasami nasze urazy sprawiają, że wpadamy w emocjonalną pułapkę: muszę mieć mężczyznę, żebym mogła uwierzyć w swoją wartość, a jak już go mam, to czym prędzej muszę udowodnić, że on jest niczym. I seks staje się jedną z aren tej rozgrywki. Celem jest uniknięcie bólu głębokiego zranienia z dzieciństwa („taka, jaka jestem, nie zasługuję na bezwarunkową matczyną miłość”). Wykorzystujemy m.in. swoją seksualność, żeby mu zaprzeczyć. Uwodzimy lub pozwalamy się uwodzić, pomiatamy albo dajemy sobą pomiatać, spełniamy oczekiwania, stawiamy warunki, nagradzamy seksem lub karzemy odmową albo w ogóle jesteśmy „ponad to”. Jeśli w kontaktach z przyjaciółkami uda się wyjść poza pocieszanie, radzenie, towarzyszenie w nieszczęściu i montowanie koalicji, a pojawi się otwartość na dzielenie się uczuciami i potrzebami, to wzrasta szansa na wsparcie, które posłuży przemianie.

Jakie były twoje przyjaźnie z kobietami: „w szczęściu” czy „w nieszczęściu”?
Bywało różnie. Jedna przyjaźń zakończyła się nagle i niespodziewanie. Doskonale się rozumiałyśmy, obie przez kilka lat byłyśmy w nieszczęśliwych związkach. Ale kiedy wreszcie się rozwiodłam, a ona nie, nasza relacja tego nie wytrzymała. Każda poszła w swoją stronę, zachowując szacunek dla odrębnych wartości, jakie nami kierowały. Inna przyjaźń trwa i rozwija się, choć pamiętam też okres przejściowy – kiedy uczyłam się przyjaźnić właśnie w szczęściu i nie potrzebowałam pomocy w doraźnych problemach. Wśród kobiet zdarza się też często, że przyjaźń trwa, dopóki przyjaciółki nie mają partnerów. A kiedy ich już znajdują, wychodzą za mąż, znacznie mniej inwestują w przyjacielskie kontakty. Wydaje mi się, że kobiety zachowują się czasami tak, jakby znalezienie partnera było jedynym ważnym zadaniem życiowym, a w związek ten musimy zaangażować się na sto procent. A na dodatek tego samego oczekujemy od niego, zgodnie z zakończeniem każdej bajki: „a potem żyli długo i szczęśliwie”. Możemy zrezygnować z pomysłu, że mężczyzna da nam wszystko – będzie przyjacielem, misiem i dzikim kochankiem. Rozwijając kobiece przyjaźnie, w których dajemy i bierzemy zrozumienie, akceptację i bliskość, umacniamy swoją tożsamość płciową, autonomię i moc. To z kolei  pozwala nam na więcej swobody, radości i satysfakcji w łóżku. W głębokich rozmowach z przyjaciółkami oraz w grupach rozwojowych możemy przyjrzeć się na nowo wyniesionym z domu przekazom na temat kobiecości, seksualności, związków i mężczyzn. Mamy szansę zrobić remanent: co z tego biorę, a czego nie.

Jest coś, co zatrzymałaś po swoim remanencie? Moja babcia, choć bardzo narzekała na mężczyzn i powtarzała, że „chłop to nieszczęście”, wciąż mi np. śpiewała piosenkę o Małgorzatce, która zamiast wracać do ojca i matki, woli tańczyć z góralami, i błyskała okiem na wieści o chłopakach. Takie słodko-gorzkie historie.
Babcia i mama opowiadały mi różne historie. Uwielbiałam ich słuchać. Było tam dużo o niespełnionych miłościach, tchnęły tęsknotą i żalem za czymś utraconym. Odebrałam je jednak jako naukę, że można marzyć i pragnąć czegoś więcej. A z drugiej strony, że tęsknota to coś wpisanego w los kobiety. Musiałam nauczyć się sięgania po to, za czym tęsknię, i działania. Dostałam też skarb, dzięki któremu pewnie mam odwagę rozmawiać o kobiecej seksualności. Bo babcia potrafiła być niebywale spontaniczna. Mówiła o sobie, że jest „kobietą naturalną”. Jak byłam mała, kąpałyśmy się w cynowej wannie: najpierw ja, potem mama, a na końcu babcia – która wskakiwała przy nas do wody radośnie, na golasa! Gdy miałam z 11 lat i zaokrąglające się piersi, z zachwytem nazywała je „cytrynkami”. Czułam zawstydzenie, ale i dumę, że zauważyła i się cieszy. Pomagała mi oswoić się z przejawami kobiecości. Kiedyś, w czerwcowy ciepły wieczór tuż przed pójściem spać, porwała mnie na spacer. Do dziś pamiętam: mocny zapach jaśminów, ciepłe, wilgotne powietrze i ja z babcią przechadzające się w letnich płaszczykach zarzuconych na podkasane koszule, pod którymi hulał wiatr, a my – bez majtek!

Rozmawiałam kiedyś ze śpiewaczką pieśni ukraińskich Marjaną Sadowską. Zapytałam ją, jakie są te ukraińskie wiejskie kobiety. A ona na to: „Wyobraź sobie babki, które zbierają się razem, śpiewają, jedzą, piją... Najpierw usłyszysz opowieści o tragizmie ludzkiego istnienia, potem takie erotyczne o ich mężach, że wstydzę się ich słuchać, a one same wstydzą się ich śpiewać, a na koniec zaśpiewają ci o obrzędzie chrzcin dziecka”.
Taka sprośność w opowieściach, przyśpiewkach, powiedzonkach to najprostszy przekaz, który zawiera przyzwolenie na cielesność i fizjologię. To nazywanie wprost, lekko i bez wstydu. Trudno o to w dzisiejszych czasach. Kiedyś zarabiałam na wakacje pracą w polu w towarzystwie wiejskich kobiet. Pieląc chwasty, zaczynały gadki o chłopach i zaśmiewały się rubasznie. Czułam się z nimi swobodnie. Sprośne żarty w takiej atmosferze są dla młodej dziewczyny czymś pozytywnym, za to kiedy sprośności opowiadają przy niej mężczyźni, staje się to przykrym przekroczeniem intymności.

Myślisz, że łatwo jest nam przyjaźnić się z kobietami, które manifestują swoją seksualność?   
Coś w tym jest. Jeśli któraś swobodnie robi coś, za czym skrycie tęsknimy, budzi się zazdrość, jesteśmy gotowe potępić ją ze świętym oburzeniem. Kobieta, która pokazuje swój seksualny wdzięk, odważa się przyznawać do pragnień wobec mężczyzn, przekracza konwenanse, może się spotkać z odrzuceniem. Łatwo przykleić jej etykiety: puszczalskiej, łatwej, dziwki. Na szczęście budzimy się, zachwyca nas możliwość bycia razem.

Co zrobić, żeby nie zazdrościć, ale uczyć się od siebie nawzajem? Czy nie trzeba przypadkiem zacząć od początku: odgrzebać swoją historię, przypomnieć kobiety z rodziny, zaopiekować się swoją małą dziewczynką...?
Na moim ostatnim warsztacie dotyczącym seksualności jedna z kobiet podzieliła się taką fantazją: wszystkie siedzimy w kręgu, jak czarownice czy szamanki, a w środku, w cieple ogniska, leży uśmiechnięte niemowlę, Nowa Dziewczynka – wreszcie bezpieczna, przywitana z radością i zaakceptowana w całości.

  1. Moda i uroda

Stworzone przez kobiety, dla kobiet. "My Story" od Converse

Najnowsza kolekcja Converse „My Story”. (Fot. materiały prasowe)
Najnowsza kolekcja Converse „My Story”. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Najnowsza kolekcja Converse „My Story” to hołd złożony kobietom, które nie boją się dzielić swoją historią i jednocześnie zachęta do bycia odważną.

Każdej wiosny marka Converse w swoich działaniach celebruje kobiecość. Dwa lata temu podczas kampanii "Love the progress"  marka walczyła o zmianę definicji słowa „kobieta” na bardziej pozytywną. W ramach akcji "Love fearlessly" Converse poprzez znane postaci zachęcał do pokochania samego siebie i rozpoczął dyskusję na temat samoakceptacji.

Tegoroczna kolekcja „My Story” stworzona przez projektantki Converse zainspirowana została młodymi, odważnymi i niezależnymi kobietami, które swoimi działaniami udowadniają, że kobiety to prawdziwe liderki. Klasyki od Converse stały się płótnem dla fantazyjnych wzorów stworzonych przez kobiety. Kolekcja zaprojektowana, aby nadać kolor i znaczenie słowom i aby zachęcić do opowiedzenia twojej historii.

Kolekcja składa się z ikon od Converse – Chuck 70, Chuck Taylor all Star i Chuck Taylor All Star Platform. Każdy z modeli ozdobiony jest różnorodnymi wersjami napisu „My Story” co w symboliczny sposób pokazuje jak różne historie kryją się za każdym z nich.

Do kampanii „My Story” marka Converse zaprosiła dwie młode artystki – Sofię i Rocię, które są członkiniami społeczności All Stars. Każda z nich dzieli się swoją historią, którą już niebawem będzie można poznać na kanale @Converse.Polska na Instagramie.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

All Stars to międzynarodowa społeczność młodych artystów i aktywistów, która została stworzona przez markę Converse. Członkowie All Stars inspirują markę swoją twórczością, działaniami i osiągnięciami, a brand staje się dla nich platformą, dzięki której mogą dotrzeć do szerokiej grupy odbiorców. Converse wspiera działania tych młodych ludzi, ponieważ zdaje sobie sprawę, że to oni poruszają świat do przodu i stoją za pozytywnymi zmianami, które na nas czekają.

Poza kampanią „My Story” marka Converse szykuje coś specjalnego. W ramach globalnej akcji City Forest, która miała już swoją odsłonę w Polsce w zeszłym roku, marka planuje stworzenie kilku murali stworzonych przy użyciu oczyszczających powietrze farb fotokatalitycznych. We współpracy z polskimi artystami powstanie kilka murali, które będą zachęcały do przełamywania barier i walki z dyskryminacją na różnym tle. Pierwsze dzieła już powstały, aby dowiedzieć się więcej na temat murali odwiedź stronę conversecityforest.com, poznaj historie artystów stojących za tymi projektami i dowiedz się ile wirtualnych drzew zostało posadzonych do tej pory dzięki użyciu farb fotokatalitycznych.

Kolekcja My Story dostępna będzie na converse.pl oraz w sklepach stacjonarnych Converse.

  1. Styl Życia

Odważne, inspirujące, niezależne. 7 portretów niezwykłych kobiet

Prezentujemy portrety 7. niezwykłych kobiet. (Fot. materiały prasowe National Geographic)
Prezentujemy portrety 7. niezwykłych kobiet. (Fot. materiały prasowe National Geographic)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Od medycyny, przez biologię morską i ekologię, po lotnictwo czy technologie wykorzystywane w kosmosie – każda z tych i wielu innych dziedzin rozwija się z udziałem niezwykłych kobiet. Prezentujemy portrety 7. niezwykłych kobiet, które nie tylko kształtują historie i społeczeństwo, ale i inspirują kolejne pokolenia.

Na co dzień tych nazwisk nie odnajdujemy na pierwszych stronach gazet, ale ich historie i osiągnięcia stanowią niezbity dowód na to, że kobiety mają w sobie niezwykłą siłę i moc zmieniania sposobu, w jaki postrzegamy świat. Amelia Earhart, pierwsza na świecie pilotka, która samotnie przeleciała nad Oceanem Atlantyckim, badaczka Ella Al-Shamahi zmieniająca oblicze współczesnej paleontologii czy też dr Amani Ballour, która ratuje przed śmiercią ofiary wojny domowej w podziemnym szpitalu w Syrii. W naszej galerii prezentujemy sylwetki 7. wybitnych kobiet, które zrobiły wiele dobrego dla nas i świata.

Z okazji 8 marca, czyli Dnia Kobiet, National Geographic postanowiło przybliżyć portrety fascynujących kobiet, dla których granice istnieją tylko po to, by je przekraczać. W ramach cyklu „Inspirujące kobiety” (od 6 marca w każdą sobotę od godz. 17.00) National Geographic przypomina produkcje dokumentalne przybliżające sylwetki działaczek i kobiecych postaci, stanowiących inspirację dla pokoleń.

Co więcej, dwie z dokumentalnych produkcji, poświęconych przełomowym sylwetkom kobiet, zostaną udostępnione bezpłatnie na kanale You Tube. Dokument „W poszukiwaniu Amelii”, opowiadający o zagadce zaginięcia pierwszej kobiety, która w 1932 roku przeleciała samotnie nad Oceanem Atlantyckim, oraz film „Diana: żywa legenda”,  dokonujący wnikliwego spojrzenia na życie rodzinne jednej z najpopularniejszych osób w brytyjskiej rodzinie królewskiej. Obie produkcje będą dostępne na kanale YT National Geographic Polska od soboty 6 marca do poniedziałku 8 marca.

  1. Styl Życia

"Daję kobietom poczucie sprawczości i zaradności życiowej" - rozmowa z instruktorką stolarki Kasią Sawko

Żadne specjalne talenty nie są do tej pracy potrzebne, choć oczywiście się przydają. Wtedy finezja i spektakularne efekty pojawiają się szybciej, a sam proces obróbki drewna jest dużo przyjemniejszy - mówi instruktorka stolarki Kasia Sawko. (Fot. archiwum prywatne, materiały prasowe)
Żadne specjalne talenty nie są do tej pracy potrzebne, choć oczywiście się przydają. Wtedy finezja i spektakularne efekty pojawiają się szybciej, a sam proces obróbki drewna jest dużo przyjemniejszy - mówi instruktorka stolarki Kasia Sawko. (Fot. archiwum prywatne, materiały prasowe)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Nigdy nie miałam poczucia, że praca ujmuje mi kobiecości – mówi instruktorka stolarki Kasia Sawko. Nam opowiada o swojej fascynacji drewnem i o tym, jak wielką satysfakcję ma z tego, że dzięki prowadzonym przez nią warsztatom kobiety nie tylko odzyskują poczucie sprawczości, ale i stają się bardziej zaradne życiowo.

Kasia Sawko, instruktorka stolarki, założycielka projektu „Wióry lecą”, autorka poradników o renowacji mebli i stolarce dla początkujących. (Fot. archiwum prywatne) Kasia Sawko, instruktorka stolarki, założycielka projektu „Wióry lecą”, autorka poradników o renowacji mebli i stolarce dla początkujących. (Fot. archiwum prywatne)

Jak w pani życiu pojawiły się drewno i stolarka?
To czysty przypadek. Były ferie zimowe, siedziałam w domu z moim partnerem. Mieliśmy wspólnie pod opieką trzy córki, które są w różnym wieku, i nie dogadywały się ze sobą. W pewnym momencie mój partner stwierdził: „jadę po deski, może drewno je w końcu rozerwie”. Mieliśmy tylko podstawowe narzędzia. Dziewczynki zabrały się do robienia mebelków dla lalek i bardzo się w to wkręciły. Były skupione na pracy i nagle przestały się ze sobą kłócić. W domu pojawiła się nowa energia. Pomyślałam, że taka aktywność przydałaby się też kobietom, zwłaszcza tym, które siedzą w domu z dziećmi. Wpadłam na pomysł warsztatów stolarskich. Nazwałam je „Wióry lecą” i zaprosiłam na nie koleżanki za pośrednictwem Facebooka. Wyobrażałam sobie, że z kilkoma bliskimi kobietami będziemy w mojej kuchni heblować deski. Tymczasem już następnego dnia chęć udziału w warsztacie wyraziło kilkaset osób. Od tego czasu moje życie się zmieniło – postanowiłam poświęcić je stolarce. Szkoda mi było nie wykorzystać energii, która pojawiła się w związku z jednorazowym, w pierwotnym założeniu, przedsięwzięciem.

I postanowiła pani odejść z pracy. Co dokładnie stało za tą decyzją?
Jestem osobą, która bardzo entuzjazmuje się pracą i zawsze wkładam w nią całe serce, niezależnie od tego, co wykonuję – choćby miało to być wkładanie listów do koperty. Wcześniej pracowałam w organizacjach pozarządowych, tuż przed „Wiórami” w Instytucie Badawczym w Centrum Cyfrowym. Lubiłam to robić, ale jednocześnie czułam, że gdzieś mnie ciągnie, że potrzebuję zmiany. Efekty mojej pracy były bardzo odroczone w czasie, co zaczęło mi w pewnym momencie przeszkadzać. Tymczasem na warsztatach stolarskich było inaczej. Ludzie szybko brali się do roboty, wiedzieli, czym się konkretnie mają zajmować, nie było czasu na small talki, efekt pojawiał się po kilku godzinach wysiłku, był nie dość że piękny, to jeszcze praktyczny. Szalenie spodobała mi się ta energia pracy fizycznej. Poczułam, że w nas wszystkich pracujących za biurkiem drzemie za nią tęsknota.

Co dziś odpowiada pani na pytanie o zawód?
Często mówię, że jestem instruktorką stolarki, choć teraz to już nie do końca prawda, bo z powodu pandemii musiałam zawiesić działalność, skoncentrowałam się na książce i przez chwilę pracowałam w domu kultury. Aktualnie zbieram energię na nowe projekty związane z majsterkowaniem i nie tylko.

Fot. materiały prasowe/archiwum prywatne Kasi Sawko Fot. materiały prasowe/archiwum prywatne Kasi Sawko

Jak uczyła się pani stolarki?
Gdy zaczynałam, nie miałam o niej pojęcia – wszystkiego uczyłam się dzień przed warsztatami. Spędzałam 10–12 godzin dziennie pod okiem stolarzy. Zatrudnialiśmy fachowców, trudno o lepszą szkołę. Pójście do szkoły zawodowej byłoby w moim przypadku trochę pozorowanym działaniem. Nie potrzebowałam papierów ani dyplomów. Kursy, które prowadziłam, przeznaczone były dla amatorów. Fachu uczyłam się bezpośrednio od rzemieślników.

Czy na swojej zawodowej drodze spotkała pani mentorkę?
Kilka kobiet starszych ode mnie, z pokolenia moich rodziców. Były to osoby po prostu bardzo szczere. Jedną z nich była Hanna, z którą pracowałam – twarda, prostolinijna kobieta, która zawsze trafiała w sedno. Fascynowało mnie to, bo sama sobie na to niekoniecznie pozwalałam. Kontakt z nią podziałał na mnie ośmielająco, choć nie był to żaden oficjalny proces mentoringu czy coachingu.

Co dała pani praca z drewnem?
Poczucie sprawczości, odpoczynek dla głowy oraz bardzo konkretne życiowe korzyści: samodzielnie zbudowałam sobie kuchnię, z której jestem bardzo dumna. Zyskałam też domową zaradność, która jest dla mnie bardzo atrakcyjna.

A jak reagowały znajome na to, że postanowiła pani zająć się stolarką?
Na początku było to dla nich spore zaskoczenie, ale jednocześnie bardzo szybko podłapały mój entuzjazm i zaczęły mi kibicować. Warto podkreślić, że przez wiele lat pracowałam w organizacjach pozarządowych, znam wiele aktywistek. To specyficzne, bardzo otwarte środowisko. Przez moje warsztaty przewinęło się mnóstwo znajomych, trochę imprezowo, trochę z ciekawości. Dostałam od nich mnóstwo dobrej energii i wsparcia.

A mężczyźni stolarze?
Nigdy nie mianowałam się doświadczoną stolarką, zatem nikt nie traktował mnie jak zagrożenie.Na samym początku zdarzyło mi się spotkać kilku bardziej protekcjonalnych rzemieślników, którzy potraktowali mnie z wyższością, ale wynikało to po prostu z ich indywidualnych cech. Od wielu lat nie spotkałam się z taką reakcją. Inni stolarze traktują mnie zupełnie normalnie.

Fot. materiały prasowe/archiwum prywatne Kasi Sawko Fot. materiały prasowe/archiwum prywatne Kasi Sawko

Wyobrażam sobie, że do pracy z drewnem potrzeba sporej siły fizycznej…
Jeśli chce się sklecić półkę na zioła czy podstawkę pod laptopa, żadna siła nie jest konieczna. Więcej potrzeba jej przy renowacji mebli, zwłaszcza przy rozkładaniu ich na części. Jednak jeśli robi się to wolno i rozłoży pracę w czasie, to nawet najbardziej wiotkie, nieprzywykłe do pracy fizycznej kobiety dadzą sobie z tym radę. Co najwyżej następnego dnia będą czuły zakwasy. Ja jestem silna i krzepka z natury, więc to nigdy nie był dla mnie duży problem. Do tego korzystam głównie z ręcznych narzędzi, które są lekkie i łatwe w obsłudze. Trudniej bywało podczas warsztatów wyjazdowych, gdy trzeba było rozpakować samochód z wszystkimi materiałami. Wtedy momentami czułam, że faktycznie nadużywam swoich kobiecych sił.

Wydaje mi się, że stolarka może być postrzegana jako niekobiecy zawód, choćby ze względu na to, że niszczy dłonie, wymaga noszenia roboczych ubrań. Czy to nie było dla pani problemem?
Z bliższymi koleżankami robiłyśmy sobie podczas warsztatów konkursy na najlepiej zachowany manikiur. Faktem jest, że przez te wszystkie lata zmężniały mi dłonie, które z natury były smukłe. Bardzo wiele osób podkreślało też, że kobieta z narzędziami jest sexy. To chyba trochę fantazja jak z męskich kalendarzy, nigdy nie miałam poczucia, że stolarka ujmuje mi kobiecości. Niemniej jednak po kilku latach zatęskniłam za czymś bardziej delikatnym, zwiewnym, pachnącym i w związku z tym zapisałam się na kurs masażu.

Drewno jest w końcu szorstkie i chropowate w dotyku, zostawia drzazgi…
Tak, drzazgi i pył są wszędzie. Ale jednocześnie drewno pachnie, a przedmioty, które z niego powstają, są piękne. Do tego zdecydowana większość osób w stolarni na moich warsztatach to były kobiety. Siłą rzeczy panowała więc tam zupełnie inna atmosfera niż w tartaku, gdzie rżnie się drewno na gabaryty.

Czy kobiety pracują w stolarce inaczej niż mężczyźni?
Jestem ostrożna, jeśli chodzi o wyciąganie takich uogólniających wniosków. Zauważyłam jednak kilka zachowań, które mnie samej również były bliskie. Na przykład to, że kobiety podchodziły do procesu twórczego bardziej płynnie, jeśli coś je przestawało kręcić, zmieniały zdanie, w połowie pracy decydowały się, że zamiast półki powstanie regał. Dla wielu mężczyzn, którzy pracowali jako instruktorzy, to było często nie do przełknięcia. Zaobserwowałam też, że mężczyźni byli bardziej zawzięci. Gdy coś sobie postanowili, mogło im to zająć mnóstwo czasu, ale i tak dokończyli swój projekt.

Fot. materiały prasowe/archiwum prywatne Kasi Sawko Fot. materiały prasowe/archiwum prywatne Kasi Sawko

Osobiście jestem dosyć niezgrabna, jeśli chodzi o manualne czynności. Jakie trzeba mieć predyspozycje, by zająć się stolarką?
Jeśli ktoś jest manualnie chaotyczny i uważa się za niezdarę, to cechą, którą powinien mieć, jest cierpliwość. Nie znam osoby, której przy odpowiednim samozaparciu nie udałoby się czegoś zbudować. Jeśli ktoś się wkręcił w pracę, to prędzej czy później mu się udawało. Żadne specjalne talenty nie były potrzebne, choć oczywiście się przydają. Wtedy finezja i spektakularne efekty pojawiają się szybciej, a sam proces pracy z drewnem jest dużo przyjemniejszy.

Najbardziej bym się chyba bała tego, że utnę sobie palec...
To częsta obawa. Gdy zaczynałam, wydawało mi się, że kobiety mogą mieć trudność z pokonaniem lęku przed ostrzem. A jednak tak się nie działo. Wszyscy się po prostu brali do roboty i bardzo mało osób wymagało dodatkowego psychologicznego wsparcia. Na pewno pomagało też przeszkolenie z zasad BHP na samym początku i fakt, że trudniejsze czynności wykonywało się w asyście instruktora. Tworzyliśmy na tyle bezpieczną atmosferę, że wszyscy się przełamywali. Zdarzało się, owszem, że niektórzy odmawiali ze skorzystania z ostrzejszych narzędzi. Ale byli to także mężczyźni.

Przeprowadziła pani mnóstwo warsztatów, napisała dwie książki. W pewnym sensie stała się pani mentorką dla tysięcy kobiety. Jakie to uczucie?
Nie czuję się wyjątkowo, ale mam świadomość, że moje „Wióry” były dla wielu osób ważne i coś zmieniły w ich życiu. Czuję satysfakcję, gdy widzę, że ktoś znalazł na moich warsztatach coś prawdziwego dla siebie. Cieszę się, że mogę dać kobietom okazję, żeby spróbować czegoś zupełnie nowego, poczuć trochę siły w nieznanym obszarze. Po moich warsztatach mają więcej sprawczości, co wynika choćby z korzystania z narzędzi, które potem przydają się do tysiąca rzeczy na co dzień. Nie muszą już wzywać pana Kazika do byle naprawy, są w stanie ją same ogarnąć. Część kobiet znalazła też na moich warsztatach nowe przyjaźnie, dla innych była to forma wytchnienia od klawiatury czy rodziny. Była też garść takich, które otworzyły biznesy związane z drewnem, co oznaczało dla nich bardzo namacalną zmianę w życiu zawodowym. Nie chciałabym przy tym dorabiać jakiejś filozofii do moich warsztatów. Dla niektórych kobiet to był po prostu miły prezent, który dostały na mikołajki. Niektóre oddychały z ulgą po skończeniu warsztatów i wracały do domu oglądać seriale.

Fot. materiały prasowe/archiwum prywatne Kasi Sawko Fot. materiały prasowe/archiwum prywatne Kasi Sawko

Jakie ma pani plany na przyszłość?
Remontuję właśnie siedlisko. To moje wymarzone miejsce. Mam nadzieję, że oprócz warsztatów związanych z majsterkowaniem będę tam organizować takie związane z przetworami, uprawą roślin czy ziołami. Intuicja mi podpowiada, że to dobry kierunek.

Polecamy książkę: „Sęk w tym. Stolarka dla początkujących”, Kasia Sawko, wyd. Buchmann. Polecamy książkę: „Sęk w tym. Stolarka dla początkujących”, Kasia Sawko, wyd. Buchmann.

Kasia Sawko, założycielka projektu „Wióry lecą”, w ramach którego prowadzi warsztaty stolarskie. Lingwistka z wykształcenia, animatorka kultury i trenerka edukacji medialnej. Autorka poradników o renowacji mebli i stolarce dla początkujących.