1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura

Wisława Szymborska – nasza droga noblistka

„Wisława miała poczucie, że ci, którzy cenili ją przed nagrodą, cenili ją za poezję. Ci, którzy zapraszali ją po noblu, często brali już towar z ekskluzywną metką” – mówi profesor Teresa Walas. (Fot. East News)
Dziś mija 10 lat od śmierci Wisławy Szymborskiej. Tymczasem poetka zaprasza nas do swojego domu. Dosłownie. Fundacja Wisławy Szymborskiej wyremontowała mieszkanie Szymborskiej. Można wejść, zobaczyć, gdzie pracowała, a gdzie przyjmowała gości na słynnych kolacyjkach z loteriami. A jaka była ona sama? O poetce opowiada zaprzyjaźniona z nią profesor Teresa Walas.

Krucha starsza pani. Z nieśmiałym uśmiechem, jakby zakłopotana całym tym rozgardiaszem i szumem wokół niej. Kto rzeczywiście znał Szymborską, kiedy 25 lat temu dostała Literacką Nagrodę Nobla? Co prawda jej wiersze były w podręcznikach szkolnych (ku rozpaczy ich autorki, bo – jak mawiała – nie było jej miło, że są osoby przymuszone do jej czytania), ale poezja od dawna nie stanowiła przecież artykułu pierwszej potrzeby. Dziś, kiedy mówi się o Szymborskiej, przywołuje się głównie jej limeryki, wyklejanki, upodobanie do kiczu, admirację dla Gołoty (która oczywiście była legendą towarzyską), miłość do skrzydełek z KFC. Sprowadza się ją do dykteryjki.

– Ona sama doświadczyła tego jeszcze za życia. Zwłaszcza po Noblu. Bo o wierszach trudno jest rozprawiać. Łatwiej o limerykach i loteryjkach – mówi profesor Teresa Walas, literaturoznawczyni i przyjaciółka poetki. Choć ona sama przeciw słowu „przyjaciółka” protestuje. – To nie ten rodzaj bliskości – tłumaczy. – Wisława była osobą specyficzną. Nie chcę powiedzieć – zamkniętą, bo to się kojarzy z głębokim introwertyzmem, ale miała takie swoje otorbienie. Nie chodziło się z nią na kawkę, nie opowiadało się jej historii przeżyć miłosnych. Powiedziałabym, że w moim z nią kontakcie zdarzały się momenty przyjaźni, kiedy nagle zaczynałyśmy rozmawiać na jakiś temat głębszy czy rzucała zdanie świadczące o intymnym przeżyciu. Ale nie jest tak, że dzwoniła i mówiła: „Umówimy się, tak bym chciała pogadać”. Zresztą kiedy miała rzeczywiście jakąś zgryzotę, zawsze była w niej zamknięta sama ze sobą. Tak też przeżywała żałobę. Po śmierci Kornela Filipowicza zniknęła na dwa miesiące z towarzyskiego horyzontu. Nie angażowała innych w swoje cierpienie. A kiedy się wyłoniła, była jakby oczyszczona. Nie musieliśmy spuszczać oczu, myśleć o tym, żeby tylko jej czymś nie dotknąć. Piliśmy zdrowie Kornela, bo „tam” zdrowie też jest przecież potrzebne. Choć myślę, że wykonała ogromną pracę i zapłaciła za to wielką wewnętrzną cenę.

„Nasza” wielka poetka

Szymborska z tym ponoblowskim zakłopotaniem jest w naszym wymiarze. Ludzkim, nie pomnikowym. Oglądamy laureatów rozmaitych nagród – roześmianych, uszczęśliwionych. A tu poetka, która mówi, że Nobel zrujnował jej życie. – Naruszyła stereotyp popkultury, że sława to szczęście – mówi Teresa Walas. – I, choć przez chwilę posądzano ją o minoderię, w końcu przebaczono, że ten mit zrujnowała. Stała się „naszą drogą noblistką”. Tak to zostało w potocznej świadomości.

Widać to też… na jej grobie. – Kiedy chodzę na cmentarz, zawsze zastaję tam świadectwa ludzkiej obecności – opowiada Teresa Walas. – Składane na nagrobku papierosy, zapalniczki – znowu, wprawdzie utożsamiane są z wadą czy słabością, ale ten nałóg to coś, co potrafimy zrozumieć, co nas z nią łączy, bo i my mamy nałogi, tak jak wielka poetka. I czujemy się lepiej. Jest w tym także jakiś rodzaj czułej akceptacji. Czasem pojawiają się długopisy, raz widziałam nawet dziecięce autko. Bo został nam obraz „ludzkiej” osoby – poetka, noblistka, ale też „nasza”.

W przedpokoju portret poetki – zdjęcie zrobił Andrzej Żak. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Na ścianach nowoczesne obrazy i, oczywiście, wyklejanki. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
(Fot. Radosław Kaźmierczak)
(Fot. Radosław Kaźmierczak)

Wisława Szymborska – ciekawostki. Kolacyjki i loteryjki

Szymborska miała swoją sieć zaprzyjaźnionych osób. I te osoby odgrywały różne role, trochę jak zmieniająca się obsada w teatrze. Teresa często stanowiła wsparcie podczas podróży. – Po śmierci Kornela, z którym wcześniej podróżowała, byłam z nią we Frankfurcie, kiedy odbierała Nagrodę Goethego, i w Wiedniu, kiedy dostała Nagrodę Herdera, także wcześniej w Sztokholmie podczas wyjazdu związanego z promocją wydanego tam wtedy tomu jej wierszy. Tego potrzebowała, nie lubiła jeździć sama. Towarzyszyłam jej też podczas pobytu w Szwecji, gdy odbierała Nagrodę Nobla.

Towarzyska sieć Szymborskiej była rozgałęziona, poszczególne grupy często się nawzajem nie znały. – Nigdy nie spotkałam się z żadną jej koleżanką z klasy, one były przyjmowane w osobnym pakiecie – mówi Teresa Walas.

Ona sama występowała w różnych „pakietach”, ale, jak opowiada, Wisława zawsze pilnowała, żeby jej goście byli ze sobą w dobrych stosunkach. Żeby podczas spotkań przy jej stole nie było konfliktów. – Zawsze się śmiałam, że układa znajomych jak kwiaty w bukiecie. Powinni się jakoś ze sobą wiązać, a to kolorami, a to kształtem czy zapachem. Czasem było to… imię. Pamiętam, jak urządziła spotkanie samych Michałów, byli tam między innymi Radgowski i Rusinek.

Wpis kanadyjskiego pisarza Philippe’a Girarde’a, pierwszego rezydenta mieszkania, w księdze pamiątkowej. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Kolacje u Szymborskiej to temat sam w sobie. Zawsze przemyślane, żadnych improwizacji. – Zapowiadane z co najmniej dwutygodniowym wyprzedzeniem. Rzadko przychodziło więcej niż dziesięć osób, 12 to już był tłum. Kolacyjki miały swój scenariusz. Najpierw jedzenie. Teresa Walas: – Wisława nie była namiętną kucharką, w czasach przednoblowskich zawsze sama coś przygotowywała, na ogół jakieś duszone mięso, ale czasem były po prostu kanapki. Oczywiście dobra wódeczka. No i słynne zupy w proszku, wymienialiśmy się nimi jak znaczkami pocztowymi, ktoś kochał ogonową, inny cebulową. Rozmowy były swobodne, ona nigdy nie robiła zawiesiny intelektualnej, że oto mamy do rozstrzygnięcia niesłychanie poważne sprawy. I pilnowała, jak dyrygent orkiestry, żeby nikt nie pozostał bez głosu. Czasem pojawiał się gość z osobą spoza naszego środowiska. Na przykład z żoną – panią inżynier. A że pani inżynier literackie ploteczki były obce, Wisława zawsze w pewnym momencie mówiła: „Pani Małgosiu, proszę teraz powiedzieć, jak to jest z tymi mostami żelaznymi”. I pani Małgosia, lekko zarumieniona, opowiadała – bo Wisława nie przepytywała z obowiązku, była autentycznie zaciekawiona. Dbała, żeby każdy wyszedł z tła.

W finale odbywała się loteryjka. – Mam do dziś najładniejszą rzecz, którą wylosowałam: mikroskopijną komódkę na biżuterię – opowiada Teresa. – Można było też trafić na rzecz niepozorną, jak słoiczek dżemu, bywały i składanki dowcipów. Pamiętam, jak kiedyś zasadniczy, poważny Karl Dedecius wylosował czerwone skarpetki, a Miłosz – maskę klowna! Ludzie znosili jej różne paskudztwa, wiedząc, że jest wielbicielką kiczu, a nie mając świadomości, że ten kicz musiał być wysmakowany. „Odrzuty” często trafiały więc na loteryjki. Zawsze był jeden przedmiot wartościowy, na przykład dobry alkohol. No i wszyscy wiedzieli, że jeśli przychodzi Jerzy Illg, reszta jest przegrana, bo najcenniejsza rzecz zawsze trafiała się jemu.

Niewinne kłamstwa

Spotkania, jak mówi Teresa Walas, były pełne uroku, niezobowiązujące, ludzie nie stawali na palcach, żeby pokazać, jak są inteligentni, konwersacja płynęła, dowcip gonił dowcip, choć czasem nagle wybuchała jakaś kwestia zasadnicza. – Pamiętam, kiedyś na kolacyjce był Jacek Woźniakowski – opowiada. – Z jakiegoś powodu rozwinął się temat kłamstwa. A trzeba wiedzieć, że Wisława była znakomitą łgarką. Kłamała, broniąc się przed światem. Kiedy na przykład miała wyjechać do Zakopanego 28, mówiła, że wyjeżdża 24, żeby jej dali spokój i żeby mogła się przygotować. Mówiliśmy więc, że kłamstwo jest oczywiście naganne, ale w niektórych okolicznościach może pełnić funkcję łagodzącą. Na co Jacek: „No nie, ja zostałem inaczej wychowany. Skłamać nie wolno nigdy. Może jedynie w obronie ludzkiego życia na gestapo”. Wisława zamarła, po czym mówi: „No ale, Jacku, przecież zdarzają się sytuacje, kiedy kłamiemy, żeby komuś nie zrobić przykrości. Na przykład twoja mama chce się zdrzemnąć po obiedzie, a tu przychodzi sąsiad. To co, nie powiesz, że mamy nie ma?”. Na co Jacek: „Nie. W takich sytuacjach wychodził lokaj i mówił: Pani nie przyjmuje”.

Szymborska, kiedy wprowadzała się na Piastowską, miała tylko kilka życzeń, dotyczyły m.in. dużej liczby regałów i stołu na 10–12 osób. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Komplet kieliszków z łosiem poetka kupiła w Sztokholmie. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
(Fot. Radosław Kaźmierczak)

Stalowy stelażyk

Instynkt obronny Szymborskiej, obecny zawsze, musiał się szczególnie uaktywnić po Noblu. – Ona z jednej strony była osobą szalenie życzliwą i łagodną w sposobie bycia, nie przypominam sobie, żeby na kogoś fuknęła, ale faktycznie miała bardzo silny instynkt zamknięcia swojego świata, choćbyś drapała paznokciami, to się tam nie dostałaś – opowiada Teresa. – A Nobel doprowadził do stanu konfliktowego. Bo ona nigdy się tak naprawdę nie godziła na to, co było naturalne u osoby ze świecznika. Śmieję się, że miała taki stalowy pręcik w środku.

Stąd w jej życiu pojawił się Michał Rusinek. Był sekretarzem wielofunkcyjnym, ale pełnił też funkcję bufora. – W pierwszym okresie takim buforem byłam ja i na pewno będę z tego powodu żyła dwa lata krócej – śmieje się Teresa. – Musiałam robić tak, żeby ludzie ją nadal lubili, a zarazem jednak ich do niej nie dopuszczać. Ona nie rzucała się żarłocznie na sławę. Ale równocześnie wiedziała, gdzie postawić granice. Wszystkie zobowiązania, które podjęła przed Noblem, spełniła, choćby to była wiejska podstawówka – tu nie było dyskusji. Miała poczucie, że ci, którzy ją cenili przed nagrodą, cenili ją za jej poezję i za to, kim była, ci natomiast, którzy chcieli ją zapraszać po Noblu, często brali już towar z ekskluzywną metką. Był w tej poczciwej na oko starszej pani taki stalowy stelażyk. Delikatność, ale i rodzaj niezłomności.

Guziczki Matki Boskiej

Kiedy na kolacyjki przychodził Miłosz, to dopiero była układanka – kogo zaprosić, żeby mu sprostał… Szymborska uwielbiała Miłosza. O nim i do niego mówiła „wieszczu” i nie było w tym ironii. – Ale jednocześnie się go trochę bała, bo on bez przerwy żądał odpowiedzi na pytania dotyczące świata – opowiada Teresa Walas. – Bywałyśmy u niego przed świętami, żeby złożyć życzenia. Wisława brała mnie na wszelki wypadek, jako osobę, która będzie jej bronić przed intelektualnym natarciem wieszcza. Kiedyś przychodzimy, uśmiechamy się, całujemy, Miłosz zadaje pytanie dotyczące nowej książki Anny Micińskiej. Wisława w panice, bo nie czytała. Mówi: „Wiesz, mam tę książkę, ale jeszcze do niej nie zajrzałam”. Miłosz wymienia drugą książkę, która właśnie wyszła, Wisława to samo: „Mam na półeczce, przeglądnęłam jedynie”. Na co Miłosz odchyla się w krześle: „Wisława, czy ty w ogóle coś czytasz?!”. A po chwili dodaje: „No, może poza tymi twoimi książeczkami o motylkach…”.

Potem toczyła się rozmowa o jego „Traktacie teologicznym”. Miłosz pyta, jak się Wisławie podobał. Ona mówi, że bardzo, choć nie zna się na teologii, ale dodaje nieśmiało: „A czy ten fragment o Matce Boskiej Fatimskiej nie lepiej było dać gdzieś w środku?”. On tylko spojrzał spod krzaczastych brwi: „Nie”. Wychodzimy i na schodach słyszę, że Wisława coś mruczy o guziczkach. „Jakie guziczki?”, pytam. Na co ona: „Nie chciałam już robić afery, ale pamiętasz, on tam pisze, że dzieci widziały Matkę Boską tak wyraźnie, że mogły policzyć guziczki na jej sukni”. No i? „Jakie guziczki?! Przecież Matka Boska nie mogła mieć żadnych guziczków!”.

(Fot. Radosław Kaźmierczak)

(Fot. Radosław Kaźmierczak)
W ścianie między kuchnią a salonem poetka zażyczyła sobie okienko, przez które mogłaby podawać gościom talerze i potrawy. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Zawsze zadziwia mnie Wisława

– Mamy obraz Szymborskiej jako człowieka zabawy – mówi Teresa. – Ale to tylko po części jest zgodne z prawdą. Bo ona nie była może osobą smutną czy melancholijną, ale też nie była wesołkowata. A tak to zostało w potocznej świadomości. Jan Józef Szczepański zapisał kiedyś w dzienniku: „Zawsze zadziwia mnie Wisława. Gdzie w niej siedzi ta mądrość, która ujawnia się w poezji?”. Myślę, że się spotkali, porozmawiali miło o różnych mniej lub bardziej ważnych sprawach. I nagle on zobaczył jakąś niespójność między jej obrazem a tym, co się wyłania z jej poezji. Miła starsza pani, która uroczo gawędzi, a nawet czasami zachichocze, i takie wiersze? To tak zdumiewające, że aż niemożliwe…

Mieszkanie Szymborskiej znajduje się w Krakowie przy ul. Piastowskiej 46. Mieszkanie przeszło gruntowny remont i zostało przeznaczone dla pisarzy, poetów, tłumaczy oraz artystów polskich i zagranicznych, którzy przyjadą do Krakowa w ramach rezydencji literackich, stypendiów. Jest udostępniane także osobom nie zajmującym się pisaniem, ale zainteresowanym twórczością Wisławy Szymborskiej.

Teresa Walas, literaturoznawczyni, historyczka literatury, krytyczka literacka, prof. Uniwersytetu Jagiellońskiego. Współredaktorka „Dekady Literackiej” (później „Nowa Dekada Krakowska”), członek zarządu Fundacji Wisławy Szymborskiej.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
Reklama
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze