1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Witkacy w Muzeum Narodowym w Warszawie – ostatni dzwonek

Witkacy w Muzeum Narodowym w Warszawie – ostatni dzwonek

„Fałsz kobiety – Autoportret z portretem Maryli Grossmanowej” (styczeń 1927). (Fot. Piotr Ligier/Muzeum Narodowe w Warszawie)
„Fałsz kobiety – Autoportret z portretem Maryli Grossmanowej” (styczeń 1927). (Fot. Piotr Ligier/Muzeum Narodowe w Warszawie)
Witkacy? Z jego życiorysem aż dziw, że żadna platforma streamingowa nie nakręciła jeszcze o nim serialu. Mamy za to monumentalną wystawę przygotowaną przez Muzeum Narodowe w Warszawie. Wystawę można oglądać do 9 października.

Nieprzeciętna charyzma Stanisława Ignacego Witkiewicza przeżyła artystę o całe dziesięciolecia i wciąż promieniuje na polską kulturę. Ekscentryzm, zamiłowanie do prowokacji i rozsnuwania wokół siebie aury skandalu czynią z Witkacego modelowego bohatera zbiorowej wyobraźni.
Ale kuratorzy wystawy w warszawskim Muzeum Narodowym nie szukają w opowieści o nim sensacji, które w biografii artysty znaleźć jest skądinąd łatwo. Dla tych, którzy go znają, „Witkacy. Sejsmograf epoki przyspieszenia” będzie ucztą obfitującą w ulubione dania, przyprawione odkrywczymi interpretacjami. Ci, którzy przygodę z Witkacym dopiero zaczynają, znajdą tu okazję, żeby wejść naprawdę głęboko w świat myśli i kreacji tego niezwykłego artysty i rozsmakować się w jego katastroficznej, a jednocześnie pociągająco witalnej wizji świata.

A nie mówiłem?

Twórca o wielu twarzach – dosłownie, bo mówimy o artyście, który uwielbiał tworzyć autoportrety, przywdziewać maski, odgrywać niezliczone role. Tymczasem na najnowszej wystawie oglądamy Witkacego, ale i on – przez wizerunki własne – przypatruje się nam. Co widzi? Czy patrząc na świat, jaki sobie urządziliśmy, może stwierdzić z mieszaniną satysfakcji i fatalizmu: „A nie mówiłem?”.
W wielu autoportretach, szczególnie fotograficznych, Witkacy stroi groteskowe miny, przebiera się, wygłupia. Błazen? Oczywiście, był między innymi błaznem, a jednak należy traktować go poważnie. Na wystawie obok wizerunków własnych eksponowane są w gablotach książki tego „błazna”: traktaty filozoficzne, prace z dziedziny teorii sztuki, powieści, które są do dziś czytane, i dramaty, które wciąż się wystawia zarówno w Polsce, jak i na świecie. A więc jeżeli nawet błazen, to obdarzony ostrym jak brzytwa intelektem i oszałamiająco wszechstronny. Czy należy widzieć go przede wszystkim jako malarza? Rysownika? Fotografa? Performera? Pisarza? Teoretyka, myśliciela i krytyka kultury? Jeden z sukcesów wystawy polega na pokazaniu, że istoty fenomenu Witkacego nie należy szukać w żadnej z tych dziedzin z osobna, lecz w miejscu, w którym się one przecinają.

„Autoportret wielokrotny” (ok. 1915–1917), a na nim Stanisław Ignacy Witkiewicz w Sankt Petersburgu na krótko przed wybuchem rewolucji. (Fot. Muzeum Sztuki w Łodzi) „Autoportret wielokrotny” (ok. 1915–1917), a na nim Stanisław Ignacy Witkiewicz w Sankt Petersburgu na krótko przed wybuchem rewolucji. (Fot. Muzeum Sztuki w Łodzi)

Oko w oko z...

W przededniu otwarcia „Sejsmografu epoki przyspieszenia” do księgarń trafiło nowe, uzupełnione wydanie głośnej książki Małgorzaty Czyńskiej „Witkacy i kobiety. Harem metafizyczny”. Ta erotyczna biografia artysty wpisuje się w legendę Witkacego jako twórcy, którego największym dziełem było jego własne życie przypominające jeden wielki performance. Sam Witkacy zadbał, by zostawić po sobie mocne argumenty na poparcie takiej interpretacji.

Małgorzata Czyńska „Witkacy i kobiety. Harem metafizyczny”, wyd. Margines (Fot. materiały prasowe) Małgorzata Czyńska „Witkacy i kobiety. Harem metafizyczny”, wyd. Margines (Fot. materiały prasowe)



W Muzeum Narodowym nie zabrakło słynnego fotograficznego „Autoportretu wielokrotnego”. Jest rok 1915, 1916, a może już 1917, dokładna data wykonania zdjęcia nie jest znana. Wiadomo za to na pewno, że jesteśmy w Sankt Petersburgu, w którym niedługo wybuchnie rewolucja. Witkacy nosi mundur elitarnego białogwardyjskiego Pułku Pawłowskiego, którego był wówczas oficerem. Pozuje przed systemem luster, dzięki któremu na zdjęciu widzimy pięciu Witkacych wpatrujących się w siebie z intensywnością graniczącą z nienawiścią.
A więc znów człowiek o wielu twarzach: artysta, białogwardzista, weteran pierwszej wojny światowej, świadek rewolucji, eksperymentujący z narkotykami bohater niezliczonych, opisanych przez Małgorzatę Czyńską romansów, z których niektóre skończyły się skandalami, inne były melodramatami, a jeszcze inne tragediami. Kiedy pozował do zdjęcia w Petersburgu, był już po trzydziestce. Rocznik 1885, syn Stanisława Witkiewicza, ważnej postaci polskiego modernizmu, architekta, twórcy stylu zakopiańskiego. Mały Witkacy to złote dziecko Młodej Polski. Do chrztu trzymali go legendarna aktorka Helena Modrzejewska oraz góralski gawędziarz i pieśniarz Jan Krzeptowski-Sabała. Ojciec nie posłał go do szkoły, ale postawił na edukację domową, w której uczestniczyli wybitni intelektualiści i artyści przełomu wieków, stanowiący zarazem towarzyski krąg Witkiewiczów. Jako młody człowiek Witkacy wiele podróżował, zwykle w inspirującej kompanii. Włochy zwiedzał w towarzystwie kompozytora Karola Szymanowskiego, do Azji wybrał się z przyjacielem, antropologiem Bronisławem Malinowskim. W Paryżu był świadkiem narodzin kubizmu. Wśród jego młodzieńczych miłości była charyzmatyczna aktorka Irena Solska – burzliwe dzieje tego romansu opisał w skandalizującej powieści „622 upadki Bunga, czyli Demoniczna kobieta”.
Pierwsze dramaty pisał jako dziecko, debiutował na wystawach jako nastolatek, ale jako klasyk polskiej nowoczesności narodził się w czasie pierwszej wojny światowej. Był obywatelem rosyjskim, kiedy wybuchła wojna, i uznał za swój obowiązek wziąć w niej udział. Do Pułku Pawłowskiego, którego korpus oficerski rekrutował się z wielonarodowej arystokracji imperium, trafił dzięki koneksjom. Wyróżniał się na froncie, dopóki nie został ranny; potem w Petersburgu oglądał rozpad carskiego systemu, dekadencję imperialnej elity, przemoc i chaos rewolucji.

„Wieloryb i Andromeda” (1918). (Fot. Piotr Ligier/Muzeum Narodowe w Warszawie) „Wieloryb i Andromeda” (1918). (Fot. Piotr Ligier/Muzeum Narodowe w Warszawie)

Bezduszna maszyna

Wojna się skończyła, a on cudem wydostał się z Rosji, ale do Polski wrócił jako nieuleczalny katastrofista. Oblicze cywilizacji, które zobaczył w latach 1914–1918, pozbawiło go nadziei co do przyszłości kultury. Uważał, że nowoczesne społeczeństwo zmierza w kierunku zmiażdżenia ludzkiej indywidualności, wtopienia jednostki w bezduszną masę przypominającą żywą maszynę – i przekonany był, że maszyna ta zaprogramowana jest na sianie przemocy i zniszczenia. Złe przeczucia nie paraliżowały jednak Witkacego. Przeciwnie, stanowiły paliwo, napędzały go do tworzenia. Zofia Machnicka i Paweł Polit, którzy przygotowali wystawę w MNW, przedstawiają Witkacego jako twórcę, który jest nowoczesnością przerażony i zarazem zafascynowany. I choć Witkacy jest jedyny w swoim rodzaju, był za życia postacią wybitną również w tym sensie, że wpisywał się w wielkie debaty artystyczne swoich czasów. Dlatego na wystawie obok jego prac oglądamy dzieła współczesnych mu przedstawicieli międzynarodowej awangardy, takich jak: Wassily Kandinsky, Max Ernst czy sam Marcel Duchamp. Twórczość polskiego artysty przedstawiona jest w kontekście futuryzmu, surrealizmu, a także dadaizmu. To różne nurty, a przecież mają pewien wspólny mianownik, który obejmuje również Witkiewicza. Sztuka lat 20. i 30. XX wieku powstała w reakcji na gwałtowne przemiany cywilizacyjne, obyczajowe i technologiczne. To tytułowa „epoka przyspieszenia”. Otwartą kwestią jest, dokąd zmierza przyspieszający świat. Stawiając to pytanie, Witkacy jest artystą prawdziwie nowoczesnym, nie tylko w sensie skądinąd interesujących zbieżności z poszukiwaniami surrealistów czy dadaistów, ale przede wszystkim w wymiarze postawy, która na warszawskiej wystawie została metaforycznie porównana do „sejsmografu” – czułego instrumentu, który mierzy siłę trzęsienia rzeczywistości.

Paradoks

Jego katastroficzne prognozy spełniły się w postaci drugiej wojny światowej. Artysta nie chciał być bezradnym świadkiem i ofiarą tego kataklizmu i we wrześniu 1939 roku popełnił samobójstwo. Trudno nie zadać sobie pytania: jak temu wielkiemu katastrofiście spodobałby się współczesny świat? To, że jego sztuka wygląda dziś zaskakująco aktualnie, jest niepokojące i zarazem podnoszące na duchu. Znów, jak za jego czasów, mamy lata 20., i znów żyjemy w cieniu katastroficznych przeczuć. Z drugiej strony dzieło Witkacego pełne jest zuchwałego humoru, erotyzmu i pochwały życia – mimo wszystko. W twórczość bohatera wystawy w Muzeum Narodowym wpisany jest bowiem paradoks: wieszczył koniec kultury i upadek człowieczeństwa, a jednocześnie zostawił po sobie dorobek będący jednym wielkim dowodem na potęgę sztuki, wolność jednostki, moc myśli i wyobraźni.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze