1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Współczesne feministki i średniowieczne mistyczki? Nieoczywisty popkulturowy sojusz zaprowadza nie tylko Rosalía

Współczesne feministki i średniowieczne mistyczki? Nieoczywisty popkulturowy sojusz zaprowadza nie tylko Rosalía

Juliana z Norwich, ilustracja z książki „The Mighty Army” Winifred M. Letts, wydanej w 1912 roku. Kolorowa litografia autorstwa Stephena Reida. (Fot. Alamy/BEW)
Juliana z Norwich, ilustracja z książki „The Mighty Army” Winifred M. Letts, wydanej w 1912 roku. Kolorowa litografia autorstwa Stephena Reida. (Fot. Alamy/BEW)
Czy żarliwa dewotka, która przestrzega zasad wiary, może być wzorem dla nowoczesnej, wyzwolonej kobiety? Świat się laicyzuje, a mistyczki wracają. Tym razem nie jako przewodniczki w poszukiwaniu zbawienia, ale jako ikony buntu wobec antykobiecych instytucji.

Spis treści:

  1. Rosalía i album „Lux”: popkultura zwraca się ku mistyczkom i sacrum
  2. Hildegarda z Bingen: XI-wieczna mistyczka ikoną feminizmu?
  3. Margery Kempe: podróżowała, gdy „porządne kobiety” nie tułały się po świecie bez męskiej asysty
  4. Feministki o mistyczkach

Artykuł pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 02/2026

Rosalía i album „Lux”: popkultura zwraca się ku mistyczkom i sacrum

Cierpienie uszlachetnia. Taki wniosek z biografii świętych, w tym pierwszej w historii wyświęconej muzułmanki, wyciągnęła Rosalía. Hiszpańska wokalistka do tej pory raczej bezwstydnie porywała się na sacrum, gdy łamała zasady flamenco – gatunku definiowanego głównie restrykcjami – i dokonywała śmiałego przekładu tradycyjnej muzyki Andaluzji na język uniwersalnej piosenki pop. Na swojej najnowszej płycie szuka inspiracji w świadectwach kobiet, które doświadczyły bliskiego spotkania z sacrum.

„Lux” to album nagrany przy wsparciu londyńskiej filharmonii, zaśpiewany w 13 różnych językach i… rewidujący hagiografie mistyczek oraz filozoficzne koncepcje teolożek, bo właśnie taka literatura stała się jego emocjonalnym i intelektualnym fundamentem.

W piosenkach z albumu Rosalía wspomina na przykład Hildegardę z Bingen, oczytaną XII-wieczną przeoryszę zakonu benedyktynek. Ryōnen Gensō, japońską mniszkę i poetkę, która w akcie brutalnego samookaleczenia próbowała wyzbyć się urody, uznanej za nazbyt rozpraszającą. Różę z Limy, peruwiańską wizjonerkę, zwolenniczkę życia w ascezie. I wreszcie Rabi’ę Basri, irakijską świętą, najbardziej wpływową kobietę w historii islamu.

Rosalía mocno wzięła sobie do serca nauki Basri o czystej, bezinteresownej miłości do Boga – nie ze strachu przed karą, nie dla obietnicy nagrody.

„Czytałam książki Simone Weil i Chris Kraus, zgłębiałam biografie zakonnic, które jednocześnie były wspaniałymi poetkami, niesamowitymi artystkami. Jak Hildegarda z Bingen, wszechstronnie wykształcona i kreatywna na wielu polach” – tak hiszpańska muzyczka tłumaczyła swoją fascynację mistyczkami w podcaście „The New York Times”.

„Historia zna wiele niezwykłych kobiet, o których nie mówi się dziś wystarczająco dużo i których nie dość często słuchamy” – podkreślała.

Rosalía nie jest jedyną artystką, która dostrzegła potencjał w mistyczkach z przeszłości. Mona Fastvold, norweska reżyserka, nakręciła film o Ann Lee, wpływowej liderce protestanckiej grupy wyznaniowej, przekonana, że przemyślenia XVIII-wiecznej mistyczki powinny prowokować dekonstrukcję obowiązujących dziś modeli sprawowania władzy [wywiad z Moną Fastvold w dziale Kultura – przyp. red.]. Dwie premiery, płyta „Lux” i film „Testament Ann Lee”, które dzieli zaledwie kilka miesięcy, skłaniają z kolei do pytań o sam zwrot w kierunku mistyczek. Czego szukamy w doświadczeniach kobiet, które zawierzyły życie religii? Czego powinniśmy w nich szukać? I przede wszystkim: kim były kobiety, które wskrzesza popkultura?

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Hildegarda z Bingen: XI-wieczna mistyczka ikoną feminizmu?

„Marzyła o wolności od reguł zakonu” – śpiewał kilka lat temu Devendra Banhart, ekscentryczny bard wyspecjalizowany w naiwnym, psychodelicznym folku. Banhart w piosence „Für Hildegard von Bingen” z albumu „Mala” z właściwym sobie zawadiackim humorem fantazjował, że słynna mniszka porzuciła ograniczające dostęp do przyjemności zasady religii i zwiała z zakonu, by pracować w MTV. Telewizja muzyczna nie jest wcale takim absurdalnym tropem w przypadku Hildegardy, bo ta miała wiele talentów, w tym zdolności muzyczne, i pozostawiła po sobie obszerny zestaw sakralnych hymnów. A piosenka Banharta nie jest pierwszym przypadkiem objawienia się niemieckiej świętej w popkulturze, czyli sferze absolutnego profanum.

Jeszcze w końcu lat 70. ubiegłego wieku z kompletnego niebytu wyciągnęła ją feministyczna artystka Judy Chicago, gdy uwzględniła mniszkę w swojej słynnej instalacji „The Dinner Party”. Na wielkim stole w kształcie trójkąta ułożyła chińską porcelanę, ekstrawagancko zdobioną albo z pietyzmem zamalowaną różnymi przedstawieniami wulwy, a na wyobrażoną kolację zaprosiła 39 kobiet.

Od mitycznych herosek, jak hinduska boginka totalnego zniszczenia Kali czy starogrecka ikona lesbijskiej poezji Safona, po rzeczywiste superbohaterki, jak Susan B. Anthony, amerykańska sufrażystka, która w trakcie wojny secesyjnej żarliwie walczyła o równouprawnienie kobiet i zniesienie niewolnictwa. Czy jak Virginia Woolf, która punktowała nierówności w świecie literatury i sztuki (jej esej „Własny pokój” jest postulatem niezależności ekonomicznej kobiet).

Judy Chicago do tego siostrzeńskiego kręgu kontrowersyjnie zaprosiła święte i mistyczki. Kontrowersyjnie, bo święte Brygida czy Hildegarda reprezentowały rzeczywistość odrzucaną przez feministki, opresyjną wobec kobiet, ograniczającą ich cielesną, emocjonalną, intelektualną i społeczną autonomię. Te, które Kościół hołubił i wyświęcał, bogobojnie podążały za nakazami katechezy. Nie myślały o wolności. Na pewno…?

W czasach wielkiego spirytualistycznego przebudzenia w latach 70. i 80. XX wieku Hildegarda z Bingen wyrosła na ikonę uduchowionych buntowniczek, bo jej tezy – chociażby o doświadczaniu boskości w zachwycającym kontakcie z naturą – były wystarczająco przekorne wobec narracji dominujących wśród funkcjonariuszy Kościoła katolickiego.

Hildegarda wierzyła w sacrum funkcjonujące poza zhierarchizowaną strukturą, a więc zagrażała instytucji, która wzmacnia władzę mężczyzn. Jako przeorysza zakonu benedyktynek była niezwykle lotna i wygadana – błyskotliwie formułowała myśli i swobodnie poruszała się w różnych dziedzinach: od filozofii, przez botanikę, po seksualność. „Jej teologiczne prace okazały się jednak zbyt wymagające intelektualnie, za trudne dla kolejnych generacji, podobnie zresztą jak jej muzyka” – pisała o Hildegardzie Mary Sharratt, autorka powieści historycznych, która mistyczce poświęciła książkę „Illuminations” (Objawienia) i co najmniej kilka wpisów na blogu Feminism And Religion. To właśnie z tego bloga pochodzi cytowany fragment: „W epoce Oświecenia prorokinie i mistyczki wyszły z mody.

Hildegardę uznano za histeryczkę. A z czasem również zakwestionowano autorstwo jej książek. Eksperci sugerowali, że musiał napisać je mężczyzna”.

Margery Kempe: podróżowała, gdy „porządne kobiety” nie tułały się po świecie bez męskiej asysty

Hildegarda z Bingen, urodzona w końcu XI wieku, nie odebrała oficjalnego wykształcenia. Już jako kilkuletnie dziecko zwierzała się z barwnych wizji, więc rodzice oddali ją pod opiekę sióstr zakonnych. Nie wszystkie mistyczki jednak wywodziły się spośród pruderyjnych mniszek w pokutnych habitach. Margery Kempe była gospodynią domową i rzutką przedsiębiorczynią, nawet jeśli żaden z jej biznesów – najpierw browar, potem młyn – nie przetrwał.

Kempe była też jedną z wielu ofiar obowiązującego w XIV wieku w Anglii prawa kanonicznego, które stanowiło, że żona jest własnością męża. Urodziła 14 dzieci, większość poczęć była wynikiem czegoś, co współcześnie uchodzi za gwałt małżeński, ale w tamtym czasie nie było niczym nieprzyzwoitym. Diagnoza depresji poporodowej też nie była jeszcze znana, więc gdy kobieta po urodzeniu pierwszego dziecka zaczęła się skarżyć na demoniczne wizje, w których potworne, ziejące ogniem postaci namawiają ją do samookaleczania – uznano, że popadła w heretycki obłęd. Czasami, dla odmiany, objawiał jej się Jezus, a te pozytywne widzenia trzymały ją przy życiu.

Margery Kempe szukała też pokrzepienia u Juliany z Norwich, pustelnicy i jednej z najsławniejszych średniowiecznych mistyczek, która poradziła Margery, by zawierzyła własnej intuicji. Tymczasem głos z brzucha podpowiedział, by wiać, więc Kempe ruszyła w samotną pielgrzymkę. Dotarła m.in. do Rzymu, Jerozolimy i Santiago de Compostela, a swoją podróż – przerywaną procesami sądowymi o herezje – skrupulatnie opisała w „The Book Of Margery Kempe”, pierwszej w historii autobiografii w języku angielskim.

Odwaga mistyczki robi dziś wrażenie, a przynajmniej powinna, bo Kempe podróżowała bez męża czy innego opiekuna płci męskiej w czasach, gdy porządne kobiety nie tułały się po świecie bez odpowiedniej asysty.

Inna twórczyni, Radka Franczak, w „Godzinie wieloryba”, powieści o aktywistycznym wydźwięku, bo podejmującej temat degradacji środowiska naturalnego, przywołuje postać Mary Fisher, XVII-wiecznej misjonarki, która rozpowszechniała idee grupy wyznaniowej kwakrów.

„Mary ostatnio wątpiła, była na bakier z Bogiem, zadawała jemu i sobie tyle pytań, ale tego nie powiedziałaby nikomu. Ze wschodu kraju docierały wieści o kobietach posądzanych o czary. Podobno setki kobiet poddawano próbom na oczach ich dzieci, mężów, rodziny, sąsiadów. O tych »próbach« Mary słyszała mrożące krew w żyłach historie. Dlatego chodziła do kościoła, starała się wyglądać na przykładną wierną” – to fragment fabularyzowanego życiorysu misjonarki, jeszcze sprzed spotkania z George’em Foxem, żarliwym kaznodzieją i założycielem kwakrów, który zainspiruje Mary Fisher, by zakwestionowała metody działania Kościoła – zdaniem Foxa skorumpowanej instytucji, która wprowadza dystans między wiernymi a Bogiem.

Chrześcijaństwo nie uznawało równości kobiety i mężczyzny, a George Fox twierdził, że proroctwo to dar, którzy może być udziałem każdego, niezależnie od płci i wykształcenia, więc niepiśmienna służka (nauczyła się pisać i czytać w więzieniu) mogła ruszyć w świat, by głosić postulaty egalitarnego dostępu do sacrum. Dotarła na Barbados, do imperium Osmanów, Stanów Zjednoczonych. W Bostonie oskarżono ją o czarownictwo, jak zresztą wiele mistyczek i kobiet wysoko postawionych w niezależnych od Kościoła grupach wyznaniowych, ale uniknęła stosu.

Feministki o mistyczkach

„Mnie mogą spalić, ale prawda oprze się płomieniom” – miała powiedzieć Małgorzata Porete, francuska mistyczka, tuż przed egzekucją. Opanowana do samego końca, wierna wyznawanym wartościom stała się ikoną oporu wobec masowych prześladowań kobiet oskarżanych o konszachty z mrocznymi siłami.

Porete twierdziła, że w procesie głębokiej kontemplacji można się zjednoczyć z boskością – namawiała więc do praktyki medytacji, dalekiej od zrytualizowanej modlitwy obowiązującej w Kościele. Autorkę książki „Zwierciadło dusz prostych” oskarżono o głoszenie herezji, w procesie nie uznała autorytetu Kościoła katolickiego i odmówiła składania zeznań, więc skazano ją na śmierć przez spalenie na stosie.

Wyrok wykonano w Paryżu, późną wiosną 1310 roku. Małgorzata Porete należała do beginek, ruchu religijnego, który wywodził się z franciszkanizmu i opierał swoją filozofię na przekonaniu, że człowiek może realizować ideę szlachetnego samodoskonalenia bez pośrednictwa Kościoła, wystarczy, że wyrzeknie się zbytku. Beginki żyły razem, ale w otwartej społeczności, którą w dowolnym momencie można było opuścić i do której zawsze można było wrócić.

Rewidując dziś biografie mistyczek, wielokrotnie podkreśla się ich integralność i niepodległość. Nie ulegały presji, choć w najlepszym wypadku ryzykowały wykluczeniem, w najgorszym – życiem.

Eksplorowały peryferyjne grupy wyznaniowe, tworzyły własne porządki, jak chociażby Ann Lee, która podważyła sens instytucji małżeństwa i wprowadziła w swojej wspólnocie równość kobiet i mężczyzn.

Aktywistki i publicystki związane z ruchami emancypacyjnymi nie zawsze jednak widziały w mistyczkach przykłady antypatriarchalnego działania. Simone de Beauvoir w „Drugiej płci” poświęciła gurze mistyczki osobny rozdział. Francuska filozofia pozostała mocno sceptyczna wobec feministycznego potencjału mistycyzmu, twierdząc, że emancypacja przez kontakt z absolutem jest niebezpieczną mrzonką. Daje ułudę wolności, ale nie zbliża do faktycznego wyzwolenia.

Szczególnie krytycznie pisała o relacji kobiet doświadczających objawień z własnym ciałem. „Oczywiście ascetyzm uprawiali również mnisi i zakonnicy, lecz zawziętość, z jaką kobieta pomiata własnym ciałem, przybiera szczególną formę. Widzieliśmy, jak dwuznaczny jest stosunek kobiety do własnego ciała. Otóż dzięki upokorzeniom i cierpieniom przemienia się je w chwałę” – czytamy u de Beauvoir.

Nie wiadomo, czy objawienia Hildegardy były majakami chorowitego dziecka, wizje Margery Kempe – objawami zaostrzonej depresji poporodowej, a iluminacje Ann Lee – halucynacjami z głodu, gdy w areszcie odmawiała jedzenia. Może wycieńczony chorobą, przemocą, kryzysem psychicznym organizm tak reagował w desperackiej próbie przetrwania?

Dziś możemy na nowo opowiadać życiorysy mistyczek – ze świadomością diagnoz, rozumieniem definicji traumy i jej konsekwencji. Ale też z pytaniami o kontekst nowej fascynacji kobiecym mistycyzmem. Czy chodzi tylko o bunt? A może o głód duchowej strawy, o którą coraz trudniej? Bo to, że padają struktury odpowiedzialne wcześniej za realizowanie potrzeb duchowych człowieka, nie znaczy, że razem z nimi znikają same potrzeby. Powrót mistyczek o tym przypomina. I jeszcze o czymś. Że we wspólnocie siła.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE