1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Filmy idealne na urlop. Nawet jeśli spędzasz go na kanapie

Filmy idealne na urlop. Nawet jeśli spędzasz go na kanapie

Kadr z filmu „Małe miłości” (Fot. materiały prasowe)
Kadr z filmu „Małe miłości” (Fot. materiały prasowe)
Cenimy kino moralnego niepokoju, lubimy reżyserów i reżyserki, którzy zmuszają nas do pogrzebania głęboko w sobie, ale czasem jedynym, czego oczekujemy od filmu, jest wytchnienie. Czy to źle? Wprost przeciwnie!

Spis treści:

  1. Filmy feel good, do których chce się wracać
  2. Filmy sensacyjne jako sposób na relaks
  3. Filmy kostiumowe i romantyczne: przenoszą do innej rzeczywistości
  4. Filmy przyrodnicze, czyli David Attenvorough i Krystyna Czubówna
  5. Filmy o jedzeniu i wakacjach: nie tylko „Pod słońcem Toskanii”

  • Rozmówczynie zastanawiają się, czy kino może być formą odpoczynku, a nawet sposobem na odzyskanie wewnętrznego spokoju?
  • Dlaczego jedni relaksują się przy filmach sensacyjnych, a inni wybierają slow cinema lub kino przyrodnicze?
  • Katarzyna Miller i Joanna Olekszyk mówią o filmach, które poprawiają nastrój, wzruszają, wyciszają i pozwalają na chwilę zapomnieć o codzienności.
  • Od „Pretty Woman” i „Notting Hill”, przez „Perfect Days”, aż po dokumenty Davida Attenborough.

Tekst pochodzi z magazynu „Sens” 07/2025

Filmy feel good, do których chce się wracać

Joanna Olekszyk: Alfred Hitchcock powiedział kiedyś, że film to jest życie, z którego wycięto fragmenty nudy. Myślę, że wielu widzów przyznałoby mu rację. Inni twórcy, jak na przykład azjatyccy przedstawiciele nurtu slow cinema, mówią, że kino ma być właśnie jak życie, czyli zawierać także momenty nudy czy takie, w których nic się nie dzieje. Jeszcze inne osoby, jak choćby aktorka Dorota Pomykała, którą spotkałam rok temu na festiwalu w Gdyni, deklarują, że chodzą do kina po to, czego brakuje im w ich życiu, czyli po zwolnienie, nieśpieszne obserwowanie świata. Gdzie ty w tym wszystkim byś się ustawiła? Po co ty chodzisz do kina?

Katarzyna Miller: Jeśli pytasz o mój najgłębszy stosunek do kina, to idę tam po coś, co mnie dobrze nastraja, co mnie budzi, co mnie wzbogaca i co mnie zadziwia – zarówno estetycznie, jak i tematycznie. Tylko że takie filmy są rzadkością; one się zdarzają, za co jestem ogromnie wdzięczna, bo to jest kino na najwyższym poziomie, które człowieka uszczęśliwia, ale przeważnie chodzę na filmy po prostu pogodne. Bo pogodność i wielobarwność też są bardzo cenne. Dodałabym do tego jeszcze pewną niecodzienność, czyli coś, do czego nie mamy zwykle dostępu.

A jeśli mogę mówić szerzej, czyli nie tylko o kinie, ale też o telewizji, to rzeczą, przy której ogromnie się relaksuję i którą oglądałam z lubością, jest serial „Downton Abbey”. On ma to wszystko w jednym: niewiarygodną historię, przepiękne postaci, cudowne wnętrza i kostiumy oraz rozrywkę pod tytułem: „Pani kocha pana, ale pan jej nie, po czym ten sam pan zakochuje się w innej pani, która z kolei jest z kimś jeszcze innym”.

Ja takie kino nazywam wypoczynkowym. Zaliczyłabym do niego też takie cudne produkcje jak „To właśnie miłość” – wszyscy kochamy oglądać ten film przed świętami, mimo że jest nie tylko przyjemny, a ma w sobie też odkrywcze kawałki i pogłębione spojrzenie na życie – oraz nieustannie i zawsze „Pretty woman” i „Notting Hill”, bo miło popatrzeć sobie na pięknych ludzi, którzy zakochują się w sobie wbrew wszelkiej logice. Bardzo lubię „Małe kobietki” – i mam tu na myśli wszystkie ekranizacje książki Louisy May Alcott, w tym tę najnowszą w reżyserii Grety Gerwig – uroczy film o młodości, która jest twórcza.

Z kolei ja dorzuciłabym do tej kategorii cztery filmy. Pierwszy to „Gaucho Gaucho” w reżyserii Michaela Dwecka i Gregory’ego Kershawa, twórców cudownych „Truflarzy”. To dokument o społeczności gauchos, czyli argentyńskich kowbojów, którzy żyją według własnych zasad, prostym i nieskomplikowanym życiem. Oczarowały mnie piękne czarno-białe kadry, muzyka i bezpretensjonalność bohaterów, ale też właściwie brak jakiejkolwiek akcji. Drugi to „Amelia” Jeana-Pierre’a Jeuneta, jeden z moich absolutnie ukochanych filmów. Właśnie wraca do kin. Jestem bardzo ciekawa, czy wywrze na mnie tak samo wielkie wrażenie jak za pierwszym razem, bo wtedy, czyli ponad 20 lat temu, byłam nim oczarowana – kolorami, na wpół bajkową, a na wpół realną opowieścią, genialną ścieżką dźwiękową, no i samą Amelią, z którą wtedy bardzo się utożsamiałam. Introwertyczną i osamotnioną, ale podejmującą decyzję, by otworzyć się na ludzi wokół niej. Trzeci film to „Małe miłości” w reżyserii Celii Rico Clavellino, hiszpańska opowieść o relacji matki i dorosłej córki, niepozorna, codzienna, ale pełna trafnych obserwacji i prostych uczuć. Nic tam nie jest takie, jakie na początku się wydaje, zresztą tak jak w życiu. Wreszcie nowy film Wesa Andersona „Fenicki układ”. Muszę przyznać, że wszystkie jego filmy są dla mnie kinem wypoczynkowym. Bawię się na nich jak dziecko – wzruszam, śmieję i zachwycam. To kino bliższe malarstwu, można godzinami kontemplować poszczególne ujęcia.

Co więcej, tak jak można mieć reżyserów, którzy zawsze dostarczają ci tego, czego potrzebujesz, tak można mieć też takich aktorów czy aktorki. Na przykład dla mnie gwarancją przyjemności z filmu są Sandra Bullock, Whoopi Goldberg i Audrey Hepburn.

Z pierwszą z nich bardzo lubię „Miss Agent”, ale też na przykład klasyczny film sensacyjny „System” – nasza bohaterka jest wprawdzie non stop w niebezpieczeństwie, ale wiemy, że wszystko dobrze się skończy. I to też jest wypoczynkowe. Bo my się przejmujemy jej tarapatami czy też światowymi spiskami, w jakie zostaje wplątana, w bezpiecznym otoczeniu, wiedząc, że nas to raczej nie spotka. Zgodnie z tą zasadą na przykład mój mąż ogląda dla rozrywki i przyjemności mnóstwo filmów, na których ludzie do siebie strzelają czy też gonią się w pościgach. Co zresztą i mnie się udzieliło, i na przykład przepadłam dla „Morderstw w Midsomer”, opowiadających o wymyślonych zbro

dniach w nudnych angielskich wsiach i miasteczkach. To już drugi brytyjski serial, o którym wspominam – coś musi być w tym prowincjonalnym, małomiasteczkowym świecie, co przynosi mi komfort i ukojenie. A dodam jeszcze trzeci, czyli „Poirota”, który czasem powtarzam. Dlaczego? Bo są tam piękne wnętrza i ogrody, ale też piękne bale i piękne kreacje. Poza tym Poirot lubi dobrze jeść, więc zawsze trafiamy razem z nim do jakiejś fajnej restauracji i na chwilę zapominamy, że niedawno byliśmy świadkami zbrodni.

Są takie filmy i takie seriale, w których człowiek tak się wygodnie rozsiada, jakby sam był na jakimś raucie czy wykwintnej kolacji.

Kadr z filmu „Gaucho Gaucho” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Gaucho Gaucho” (Fot. materiały prasowe)

Filmy sensacyjne jako sposób na relaks

Cieszę się, że to mówisz, bo zgadza mi się to z wnioskami, do których doszłam, zastanawiając się, jakie filmy przynoszą nam największe ukojenie i wypoczynek. Pierwszą kategorią są właśnie filmy sensacyjne. Wczoraj wróciłam z najnowszej części „Mission: Impossible – The Final Reckoning” i ten film dał mi wszystko, czego się po nim spodziewałam. Zwroty akcji, niesamowite wyczyny Toma Cruise’a, ale też kojącą opowieść o tym, że są ludzie, którzy ratują nasz świat, a my nawet o tym nie wiemy.

No więc muszę z przykrością wyznać, że nie lubię tej serii. A wręcz się z Edkiem z niej wyśmiewamy i nazywamy „myszynami”. Ale może daruję ci, jak mi wytłumaczysz, co w niej tak lubisz.

No właśnie to, co powiedziałam. Grany przez Toma Cruise’a Ethan Hunt jest współczesnym superbohaterem, działającym w ukryciu z myślą o dobru świata, ale też dobru swojego zespołu. Pewnie, jest to jakaś forma utopii, ale bardzo pokrzepiającej. Podobnie jak ta, że można być w wieku aktora i nadal skakać na motorze ze spadochronem czy nurkować bez tlenu [śmiech]. Ja tę bajkę po prostu kupuję. Ale przepraszam bardzo, ty lubisz „Reachera”, który w pojedynkę – i to tylko siłą swych mięśni – rozwala całe szajki zbrodniarzy.

A dobrze, że mi o nim przypomniałaś. Uwielbiam „Reachera”! Myślę, że wszyscy lubimy dostarczyć sobie odrobinę dreszczyku, a takie filmy czy seriale to umożliwiają. Marzymy, by życie nas porwało, by przeżyć ekscytującą przygodę. Dlatego też oglądamy „Indianę Jonesa” czy „Miłość, szmaragd i krokodyl”.

Drugą kategorią filmów wypoczynkowych są dla mnie filmy kostiumowe. Przenoszą nas w przeszłość, ale tę wyimaginowaną, bo odległą od naszej codzienności i trochę nierealną. Pozwalają się na chwilę oderwać, dać ponieść wodzom fantazji.

Ostatnio z Edkiem oglądaliśmy nową ekranizację „Hrabiego Monte Christo” i znów daliśmy się oczarować tej opowieści. Rzecz zrobiona z rozmachem, ale też uczuciem. Myślę, że w takich filmach nie bez znaczenia jest to, że opowiadają one o świecie, którego już nie ma, a który lubimy idealizować. Świecie bez komórek i Internetu, bez pośpiechu i stresu, gdzie akcja dzieje się z szybkością jadącego powozu. Prawdą jest, że ludzie żyli wtedy wolniej niż my dzisiaj. I uważniej, bo bardziej skupiali się na szczególe. Ale nie wspominałyśmy o naszym ukochanym serialu „Bridgertonowie”…

Filmy kostiumowe i romantyczne: przenoszą do innej rzeczywistości

Bo ten serial zaliczyłabym raczej do kolejnej kategorii, czyli komedii i filmów romantycznych. Kiedy jest ci źle i chcesz poprawić sobie humor, są niezawodne. U „Bridgertonów” dochodzą jeszcze kostiumy i przeniesienie w czasie, więc poprawa humoru powinna następować jeszcze szybciej [śmiech].

W filmach romantycznych jest pogodnie i podnosząco na duchu, bo opowiadają o miłości, o tęsknotach naszej duszy i pragnieniu, by być dla kogoś najważniejszym na świecie.

Oczywiście nie mamy wierzyć w te filmy – mit miłości romantycznej wyrządził już wiele złego – ale traktować je właśnie jako odpoczynek, miłą bajkę o pięknych ludziach w pięknych okolicznościach. A jeśli przy okazji możesz sobie popłakać czy się pośmiać i wymasować sobie brzuszek – to tylko brać garściami.

Korci mnie, by stworzyć tu pewną podkategorię, czyli filmy spod szyldu „W starym kinie”. Jako nastolatka pasjami oglądałam cykl Stanisława Janickiego. W ogóle uważam, że czarno-białe filmy mają swój nieodparty urok, a w dzisiejszym przebodźcowanym świecie dają wręcz ukojenie.

Dla mnie absolutnym czarno-białym arcydziełem – tak poważnym, tak namiętnym i tak głębokim – są „Komedianci” Marcela Carnégo, ale nade wszystko późniejsze, choć też czarno-białe, „8 i pół” Federica Felliniego. To moim zdaniem najlepszy film świata, jak dotąd żaden inny go nie przebił.

Kadr z filmu „Fenicki układ” (Fot. materiały prasowe) Kadr z filmu „Fenicki układ” (Fot. materiały prasowe)

Kolejna kategoria to slow cinema, czyli filmy, które nieśpieszną akcją, pewnymi powtórzeniami i celowymi zwolnieniami mają nas wprawić w stan kontemplacyjny. Do dziś pamiętam sukces dokumentu Wielka cisza”, pokazującego życie w Wielkiej Kartuzji, głównym klasztorze zakonu kartuzów we Francji; niedawno zachwycaliśmy się filmem „Perfect days” Wima Wendersa. Nie sądzisz, że zwłaszcza dziś ciągnie nas do takiego kina?

„Wielką ciszę” cenię. „Perfect days” bardzo mi się podobał, a już najbardziej główny aktor, nagrodzony za tę rolę w Cannes. Miał w sobie zen. Ale też całkiem dobrym przykładem slow cinema jest „Wożąc panią Daisy” z Morganem Freemanem. Nic tam się właściwie nie dzieje, a jednocześnie wychodzisz z kina z poczuciem, że wydarzyło się coś ważnego. A ty stałaś się odrobinę lepszym człowiekiem. Klasyczne feel good movie.

Kino potrafi wszystko: może nas pobudzić i uspokoić, wprawić w stan euforii, ale i kontemplacji. Niestety, znudzić też potrafi. Znudzić i nie zaspokoić żadnych potrzeb. Ale takiego kina po prostu nie warto oglądać. Po co tracić na to czas?

A mnie czasem się wydaje, że warto się ponudzić – w kinie i w życiu. Pamiętam, jak pierwszy raz oglądałam „Powiększenie” Antonioniego – nie mogłam przywyknąć do tempa tego filmu. Strasznie mi się dłużył, ale do dziś go pamiętam.

To, o czym mówisz, to jest znużenie, czyli coś innego. On cię zmuszał do kontaktu z czymś, co inaczej byś zostawiła, nie zwróciła na to uwagi albo w czym byś dłużej nie wytrzymała. A tu twórca mówi ci: siedź i patrz. Po to, żeby zobaczyć coś, co kryje się pod spodem. No, ale to nie jest kino wypoczynkowe.

Filmy przyrodnicze, czyli David Attenvorough i Krystyna Czubówna

Oj, nie jest. Dla odmiany kinem, które zawsze daje wytchnienie – i kolejną moją kategorią – jest kino o kontakcie z naturą albo wprost kino przyrodnicze. Jeśli jeszcze w tle słyszysz głos Krystyny Czubówny albo Davida Attenborough…

Niedzielne popołudnie i film przyrodniczy – nie ma lepszego relaksu. Nawet jak na tym filmie lew gonił antylopę i ją ostatecznie pożarł [śmiech].

Bo na koniec rzeczona Krysia Czubówna mówi, że takie jest prawo dżungli, a ty wiesz, że mówi jakąś w sumie kojącą prawdę. Filmy Davida Attenborough ubóstwiam, najbardziej „Błękitną planetę”, bo uwielbiam wszystkie filmy pokazujące podwodne życie. Te bajeczne rafy koralowe, te przedziwne stwory z powłóczystymi welonami, te kolory i kształty ryb! To przecież nie może być prawdziwe!

A jednak jest! Filmy przyrodnicze pokazują, że prawdziwe życie jest o wiele bardziej fascynujące niż jakiekolwiek wymyślone historie. Ostatnio zdałam sobie sprawę, że ja i w filmach kostiumowych wyczekuję tych momentów, kiedy bohaterzy są w bliskim kontakcie z przyrodą. Pamiętasz scenę z ostatniej ekranizacji „Dumy i uprzedzenia”, w której pan Darcy, grany przez Matthew Macfadyena, idzie o świcie przez owianą poranną mgłą łąkę?

Przepiękna scena. Aż czujesz zapach tego powietrza i zieleni, która dopiero co obudziła się do życia. Tak jakby się weszło w środek takiego filmu, na tę łąkę…

Filmy o jedzeniu i wakacjach: nie tylko „Pod słońcem Toskanii”

Ale powiem ci, że podobnie działają na mnie filmy o jedzeniu oraz filmy wakacyjne, czyli opowiadające prostą historię o tym, że jakaś bohaterka jedzie w podróż do Włoch czy do Grecji, gdzie odmienia swoje życie. Są tam piękne widoki, no, a skoro są to Włochy czy Grecja, to jest też cudowne jedzenie.

Koniecznie wspomnijmy tu o przepięknym filmie „Pod słońcem Toskanii” z Diane Lane. Przeuroczy. Podobnie jak „Paryż może poczekać”, zresztą z tą samą aktorką. Za każdym razem, kiedy je widzę, a potrafię wracać do nich co jakiś czas, mam ochotę wybrać się właśnie w taką podróż właśnie z tymi bohaterami. Paryż może poczekać, wszystko może poczekać, jak jest się w dobrym towarzystwie i w pięknym otoczeniu. Ale „Mamma mia!” też jest słodka.

W ogóle słodkie są wszystkie filmy opowiadające o kobiecych podróżach w poszukiwaniu siebie.

„Mamma mia!” to też film muzyczny, nie wszyscy lubią musicale, ale ci, którzy lubią, mówią, że nie ma lepszej rozrywki. A ja dobiegam już do moich dwóch ostatnich i ulubionych kategorii filmów wypoczynkowych. Filmy o poezji oraz filmy o małych społecznościach. Wśród pierwszych wymieniłabym na przykład „Patersona” Jima Jarmuscha czy „Jaśniejszą od gwiazd” Jane Campion. Wśród drugich twojego ulubionego „Mężczyznę imieniem Ove”, ale też serial „Kochane kłopoty”.

Też jestem wielką fanką filmów o niewielkich społecznościach, bo one mówią o najważniejszej rzeczy na świecie – o tym, że wszyscy jesteśmy połączeni i że każdy ma wpływ. Może nie od razu na światową politykę, ale na swoje najbliższe otoczenie – jak najbardziej.

Poza tym takie filmy są niezwykle wspierające i podnoszące na duchu. „Downton Abbey” jest też taką opowieścią, podobnie jak „Morderstwa w Midsomer”.

Oczywiście niewielkie, zamknięte społeczności potrafią być też opresyjne, bo nie chcą, by ktokolwiek z zewnątrz do nich przeniknął ani by ktokolwiek ze środka wydostał się na zewnątrz, ale przecież nie o takich wspólnotach mówimy. Tylko na przykład o wspólnotach sąsiedzkich. Ludziach mieszkających w jednej dzielnicy, w jednym bloku, w jednej wsi. Właśnie sobie zdałam sprawę, jak bardzo tęsknię za „Downton Abbey”. I jak się cieszę, że tej jesieni wchodzi nowy, trzeci film na podstawie tego serialu. Niestety, już bez fantastycznej Maggie Smith.

I powiem ci coś jeszcze, właśnie wróciłam z takiego miejsca. Wspólnoty polonijnej w niewielkiej szwajcarskiej miejscowości Aarburg. Zostałam tam zaproszona na event, na którym miałam poprowadzić część „dla ducha”. Było uroczo, inspirująco, gościnnie, serdecznie i tak pysznie, że utwierdziło mnie to tylko w przekonaniu, że takie wspólnoty uratują świat.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło)

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE