1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Średniowiecze: wieki nie tak ciemne, jakimi je widzimy. Historyczka wyjaśnia, dlaczego warto oddać im sprawiedliwość

Średniowiecze: wieki nie tak ciemne, jakimi je widzimy. Historyczka wyjaśnia, dlaczego warto oddać im sprawiedliwość

Zofia Załęska (Fot. Piotr Ossoliński)
Zofia Załęska (Fot. Piotr Ossoliński)

Odsłuchaj artykuł

Iza Nowakowska-Teofilak - Średniowiecze: wieki nie tak ciemne, jakimi je widzimy. Historyczka wyjaśnia, dlaczego warto oddać im sprawiedliwość

00:00 21:39
15s
0,5 x
15s
Średniowiecze wciąż kojarzymy przede wszystkim z mrokiem i śmiercią. Tymczasem – jak pokazuje książka historyczki sztuki Zofii Załęskiej „Me(m)diewistyka. Cudownie dziwna sztuka średniowiecza” oraz jej instagramowy profil – to znacznie bardziej złożony i zaskakująco współczesny świat. Obok makabry i surowej religijności znajdziemy w nim spore poczucie humoru oraz odważne podejście do cielesności.

Spis treści:

  1. Średniowiecze: epoka bardzo długa i bardzo zróżnicowana
  2. Sztuka średniowieczna nie była tylko mroczna. „To raczej próba oswojenia przemijania”
  3. Średniowieczne marginalia (marginesy): seks, fizjologia i poczucie humoru sprzed setek lat
  4. Kobiety w średniowieczu bywały artystkami. Skąd wiemy, jakie dzieła tworzyły?
  5. Miłość w średniowieczu: wyglądała inaczej, niż dziś ją sobie wyobrażamy

  • Czy średniowiecze naprawdę było „wiekami ciemnymi”? Zofia Załęska pokazuje, jak bardzo szkolny obraz tej epoki rozmija się z jej rzeczywistą różnorodnością.
  • Skąd w średniowiecznej sztuce tyle śmierci, rozkładających się ciał i makabry? Ekspertka tłumaczy także, jak epidemie, wojny i przemiany religijne wpłynęły na wyobraźnię epoki.
  • W rozmowie poruszony jest również temat marginesów średniowiecznych ksiąg, które mogą zaskoczyć współczesnych: znajdziemy na nich m.in. seks, fizjologię, obsceniczne żarty.
  • Rozmowa prowadzi też do mniej oczywistych historii kobiet i miłości: od artystek tworzących i zdobiących rękopisy, przez wzorce przekazywane kobietom w modlitewnikach, aż po miłość dworską.

Wywiad pochodzi z magazynu „Zwierciadło” 06/2026.

Średniowiecze: epoka bardzo długa i bardzo zróżnicowana

Iza Nowakowska-Teofilak: Na początku spróbujmy określić ramy czasowe epoki, o której będziemy rozmawiać, bo okazuje się, że to nie jest tak oczywiste, jak nam w szkole mówiono. Do kiedy właściwie trwało średniowiecze?

Zofia Załęska: Francuski mediewista Jacques Le Goff był propagatorem koncepcji długiego średniowiecza, według której ta epoka skończyła się zaledwie dwa wieki temu. Argumentował to tym, że fundamentem średniowiecza była gospodarka feudalna, a ta w wielu częściach Europy funkcjonowała właściwie aż do XIX wieku. Z tej perspektywy można więc uznać, że dopiero wtedy nastąpiła realna zmiana i zamknięcie pewnej epoki. Oczywiście gdy spojrzymy na sztukę, taki podział przestaje być użyteczny, bo trudno byłoby uznać, że od V do XIX wieku mamy do czynienia z tym samym językiem artystycznym.

Nawet przyjmując klasyczny podręcznikowy przedział – od V do XV wieku – wciąż mówimy aż o tysiącu lat! To ogromny i bardzo zróżnicowany okres. Można powiedzieć, że „średniowiecze” jest wygodną etykietą dla rozmaitych nurtów artystycznych, filozoficznych i literackich, które często na siebie nachodzą.

Są też tacy, którzy twierdzą, że średniowiecze ma się dobrze do dziś. „Demonizacja Obcego”, „Nagonka na innowierców”, „Miłość niewłaściwa” – wiele tytułów rozdziałów twojej książki brzmi, niestety, wciąż bardzo współcześnie.

Nie jestem antropolożką, więc trudno mi wypowiadać się o tych zjawiskach w sposób systemowy, ale wydaje mi się, że pewna plemienność – potrzeba bycia w bliskiej wspólnocie i jednoczesny lęk przed obcymi, innymi, towarzyszą ludziom od zawsze. To mechanizm obecny w każdej epoce.

Już w starożytności tych, którzy posługiwali się odmiennym językiem, nazywano „barbarzyńcami”, wyznaczając w ten prosty sposób granice między tym, co swoje, a tym, co obce i potencjalnie zagrażające. A średniowieczna refleksja o świecie w dużej mierze opierała się na dorobku antyku.

Wyobrażenia o dziwnych ludach czy fantastycznych stworzeniach zamieszkujących obrzeża znanego świata, miały źródła w tekstach greckich i rzymskich, choć oczywiście były przetwarzane, uzupełniane i reinterpretowane w świetle nowej wiedzy. A więc wbrew temu, co się powszechnie wydaje, średniowiecze nie było epoką odcięcia od przeszłości, jakimś ciemnym, mrocznym okresem między antykiem a oświeceniem. Przeciwnie, istniała bardzo wyraźna i świadoma ciągłość. Widać to choćby w życiu intelektualnym, ówczesne elity czytały i znały teksty starożytne. Świadomość antycznego dziedzictwa była żywa i realna, to w tej spuściźnie mają korzenie liczne nasze lęki.

Na postrzeganie średniowiecza jako wieków ciemnych mają wpływ motywy silnie obecne w ówczesnej sztuce: rozkładające się ciała, kościotrupy porywające ludzi do grobu, taniec śmierci, diabły, piekielne męki i fantastyczne stwory.

Te najbardziej sugestywne, „makabryczne” przedstawienia, o których wspominasz, wiążą się przede wszystkim z późnym średniowieczem, zwłaszcza od drugiej połowy XIV do końca XV wieku. Był to czas szczególnie intensywnych niepokojów w Europie. Co prawda z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że Europa niemal zawsze pozostaje w stanie napięcia, ale tamten okres wyróżnia się skalą kryzysów. To czas nawracających epidemii dżumy, czyli czarnej śmierci, które dziesiątkowały ludność, epoka licznych wojen i głębokich konfliktów religijnych. Pojawiają się nowe ruchy i wspólnoty, początkowo uznawane za heretyckie i zwalczane przez Kościół, z czasem przyczyniają się do poważnych podziałów i doprowadzają do reformacji. Rozpada się poczucie jednolitego porządku: jednej prawdy, jednej instytucji wyznaczającej moralne i intelektualne ramy życia. W zamian pojawia się pluralizm, a wraz z nim – niepewność i lęk.

Równolegle zmienia się też duchowość. Coraz większe znaczenie zyskuje bardziej osobista, indywidualna relacja z Bogiem. W praktykach religijnych akcentuje się cielesność Chrystusa – jego rany, cierpienie, fizyczny ból. Wiernych zachęca się do współodczuwania, niemal empatycznego „przeżywania” męki w wymiarze somatycznym.

To z kolei kieruje uwagę ku ciału – jego kruchości, śmiertelności, podatności na rozkład. W tym kontekście makabra nie jest więc jedynie estetyczną fascynacją grozą, ale raczej wyrazem głębokiego egzystencjalnego doświadczenia epoki: życia w cieniu śmierci, niepewności i przemiany.

Hieronim Bosch, Śmierć skąpca (Fot. Wikimedia Commons) Hieronim Bosch, Śmierć skąpca (Fot. Wikimedia Commons)

Sztuka średniowieczna nie była tylko mroczna. „To raczej próba oswojenia przemijania”

Z perspektywy współczesnego człowieka jest to jednak szokujące, bo dziś funkcjonujemy w zupełnie innym porządku. Ludzie rzadko umierają w domach, najczęściej dzieje się to w szpitalach. W pewnym sensie zachowujemy się tak, jakby śmierci nie było, jakby dało się ją wymazać z codzienności. Można się zastanawiać, czy w średniowieczu nie przyjęto strategii odwrotnej – zamiast wypierać śmierć, przyglądano się jej uważnie, także w najbardziej cielesnym wymiarze.

W tym, co mówisz, jest sporo prawdy. Nie powiedziałabym jednak, że sztuka późnego średniowiecza to tylko wyraz lęku przed śmiercią. Wydaje mi się, że to raczej próba oswojenia przemijania.

Śmierć była wtedy znacznie bardziej obecna w codziennym życiu niż dziś. Ogromne znaczenie przypisywano obecności bliskich przy umierającym. Idea „dobrej śmierci” zakładała odejście w podeszłym wieku, we własnym łóżku, w otoczeniu rodziny i przyjaciół, którzy nie byli jedynie świadkami – mieli do odegrania konkretną rolę: wspierać, modlić się, pomagać umierającemu przejść przez ostatnie chwile w sposób właściwy, czyli tak, by nie uległ pokusom i lękom.

Śmierć była głęboko osadzona w relacjach i wspólnocie. Myślę, że dziś o wiele bardziej się jej boimy, z tego też częściowo wynika nasze deprecjonowanie sztuki średniowiecznej. A przecież z drugiej strony czerpiemy z niej garściami, bo choć różnego rodzaju opowieści o zombie, czyli ożywionych trupach, mają znacznie dłuższą historię niż samo średniowiecze, to jednak właśnie w tej epoce powstała niezwykle sugestywna i fascynująca historia o trzech żywych i trzech umarłych.

Opowiada ona o młodzieńcach, którzy podczas przejażdżki konnej spotkali na swojej drodze trzy ożywione, rozkładające się ciała. Zmarli pouczają młodych, przypominając im o kruchości życia i konieczności pobożnego postępowania. Nakłaniają ich do refleksji nad śmiercią i nad tym, co nastąpi po niej, aby mogli zapewnić sobie „dobrą śmierć” i zbawienie. Można powiedzieć, że od czasu średniowiecza historia ta jest absolutnym hitem. Doczekała się wielu adaptacji wizualnych na przestrzeni dziejów – jedną z nich można zobaczyć w toruńskiej Bazylice Katedralnej św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty.

Przyznasz jednak, że jest wiele przyjemniejszych do analizowania epok niż mroczne średniowiecze. Dlaczego postanowiłaś zająć się właśnie tym okresem?

Zacznę od obrony średniowiecza, bo jestem przekonana, że każdy, kto przeczyta moją książkę, przestanie łączyć tę epokę wyłącznie z mrokiem, grozą i wszechobecną śmiercią, ponieważ tamtejsi twórcy mieli też genialne poczucie humoru i otwartość, która szokuje nawet dziś. Ale wracając do odpowiedzi na pytanie, muszę przyznać, że ta fascynacja średniowieczem przyszła do mnie stosunkowo późno, dopiero na studiach. Co ciekawe – zupełnie przypadkiem.

Zdawałam maturę z historii, ale nie miałam sprecyzowanego planu na siebie. Na historię sztuki trafiłam trochę na zasadzie rzutu kostką. Na pierwszym roku miałam jednak szczęście do fantastycznych wykładowców. Jeden z nich w szczególny sposób opowiadał o średniowieczu, pokazywał tę epokę zupełnie inaczej niż w szkole, nie jako ciąg dat i schematów, tylko jako fascynujący, pełen dziwności świat.

Później, siłą rzeczy, skupiałam się też na innych epokach, bo taki był program studiów, ale kiedy przyszło do decyzji o doktoracie i do wyboru tematu pracy, wróciłam do średniowiecza. Pracowałam już wtedy w Muzeum Narodowym w Warszawie i przygotowywałam się do oprowadzania po Galerii Sztuki Średniowiecznej. Kolega polecił mi wtedy książkę o marginaliach. Przeczytałam ją i to był moment „kliknięcia”, poczułam, że właśnie tym chcę się zajmować.

Pamiętasz, jaka to była książka?

Oczywiście! Była to jedna z pierwszych tak obszernych i poważnych prac naukowych poświęconych marginaliom, czyli opublikowana w latach 60. książka Lilian M.C. Randall „Images in the Margins of Gothic Manuscripts”. Wcześniej te dziwne ilustracje na marginesach ksiąg traktowano raczej jako coś nieistotnego, szokujący, niesmaczny dodatek do „właściwej” sztuki, któremu nie warto poświęcać uwagi. Tymczasem Randall podeszła do nich w sposób kompleksowy, traktując je jako pełnoprawny przedmiot badań i pokazując ich znaczenie. Dzięki lekturze odkryłam je na nowo, zobaczyłam, że stoi za nimi cały system znaczeń, że nie są to przypadkowe „bazgroły”, tylko bardzo świadome elementy kultury wizualnej. I tak przepadłam w średniowieczu na dobre.

Kobieta spotykająca się z kochankiem w „Powieści o róży” (ok. 1405) (Fot. J. Paul Getty Museum) Kobieta spotykająca się z kochankiem w „Powieści o róży” (ok. 1405) (Fot. J. Paul Getty Museum)

Średniowieczne marginalia (marginesy): seks, fizjologia i poczucie humoru sprzed setek lat

Zakonnica zrywająca z drzewa penisy, mężczyzna z trąbką umieszczoną w odbycie, sceny defekacji, wymioty – a to wszystko na marginesach modlitewników i ksiąg liturgicznych. Trudno się dziwić, że przez lata nazywano te ilustracje wytworami chorego umysłu. Wiadomo, jaką pełniły funkcję?

Akurat wiralowa współcześnie zakonnica, zrywająca męskie przyrodzenia z drzewa fallusowego, nie pochodzi z tekstu religijnego. To ilustracja z „Powieści o róży”, francuskiego poematu o miłości, który był prawdziwym bestsellerem w XIII wieku. W dodatku stworzona przez kobietę. Wiadomo, że rękopis powstał w paryskim warsztacie, którego mistrzem był Richard de Montbaston, ale iluminacją zajmowała się jego żona Jeanne de Montbaston. To ona odpowiada za dekoracje, w tym także te marginalne sceny. Wracając do tematu, pozostałe motywy, które wymieniłaś, faktycznie funkcjonowały w przestrzeni sakralnej, również architektonicznej, pojawiały się nie tylko w modlitewnikach i księgach liturgicznych, ale też w rzeźbie, na przykład w kościołach czy na stallach, czyli ławach dla duchowieństwa umieszczonych w obrębie chóru. Dziś istnieje wiele teorii próbujących wyjaśnić ich znaczenie, trudno wskazać jedną uniwersalną interpretację. Najczęściej mówi się o tym, że takie rubaszne przedstawienia pełniły funkcję apotropaiczną, czyli ochronną, i swoją obrzydliwością miały odstraszać złe duchy, by nie wodziły modlących się ludzi na pokuszenie.

Zwraca się też uwagę na znacznie bardziej przyziemny aspekt, czyli poczucie humoru. Wiele z tych scen operuje bardzo prostymi, cielesnymi żartami, które okazują się zaskakująco uniwersalne. To, co śmieszyło ludzi tysiąc lat temu, jak choćby motywy związane z fizjologią czy niezręcznymi sytuacjami, często bawi również dzisiaj i zapewne będzie bawić także w przyszłości.

Nie bez kozery średniowieczne marginalia wracają dziś w social mediach jako gotowe materiały na memy. Być może dawniej również pełniły funkcję rozrywkową, umilając czas osobom czytającym lub przebywającym w przestrzeni sakralnej. A jednocześnie mogły przypominać o pewnej dwoistości ludzkiego doświadczenia: z jednej strony mamy sferę sacrum, powagę i duchowość, z drugiej codzienność, cielesność i wszystkie związane z nią aspekty. Człowiek średniowiecza niekoniecznie widział w tym sprzeczność, raczej współistnienie dwóch porządków.

W książce piszesz, że marginalia mogły mieć wymiar edukacyjny i na przykład przygotowywać młode kobiety do powinności małżeńskich…

To prawda. Modlitewniki takie jak godzinki były w dużej mierze związane z pobożnością kobiecą. Tworzono je nie tylko dla zakonnic, ale też dla kobiet świeckich. Badania prowadzone od lat 90., podczas tak zwanego zwrotu feministycznego w historii sztuki, pokazują, że odnajdujemy w nich bogatą ikonografię powiązaną z płcią kulturową użytkowniczek, z rolami, jakie były im przypisywane, oraz oczekiwaniami wobec ich zachowań. Jako przykład podawane są sceny związane z polowaniem, które można odczytywać symbolicznie jako metaforę poszukiwania dobrej żony. Szczególnie polowanie na jednorożca, zwierzę, które według tradycji daje się schwytać tylko dziewicy, może symbolizować zarówno ideał przedmałżeńskiej czystości, jak i późniejszą relację małżeńską, w której mężczyzna jako łowca odgrywa dominującą rolę. Pozostaje jednak pytanie, na ile te znaczenia były świadomie odczytywane przez ówczesne kobiety. Nie mamy, niestety, dostępu do wewnętrznych przeżyć i interpretacji ludzi żyjących setki lat temu. To jedna z fundamentalnych trudności w badaniu przeszłości. Formułujemy więc hipotezy, ale rzadko możemy mówić o absolutnej pewności.

Kobiety w średniowieczu bywały artystkami. Skąd wiemy, jakie dzieła tworzyły?

Wiemy natomiast, że autorkami tych ilustracji często były kobiety. W książce piszesz, że kobiety w średniowieczu były pełnoprawnymi twórczyniami i że część zachowanych dzieł to właśnie ich prace. Pojawia się pytanie: skąd o tym wiemy, skoro tak wiele dzieł pochodzących z tego okresu jest anonimowych?

Warto podkreślić, że określenie „artysta” w znaczeniu, jakie dziś znamy, czyli twórcy o indywidualnym stylu i wyjątkowym statusie, zaczęło się kształtować dopiero w epoce renesansu.

W średniowieczu twórców uważano raczej za rzemieślników, należeli do cechów i wykonywali swoją pracę podobnie jak kowale czy stolarze. Dzieło było ważniejsze niż osoba twórcy, dlatego wiele prac pozostaje anonimowych. Ale aktywność twórcza kobiet koncentrowała się przede wszystkim wokół rękopisów, które stanowią wyjątkową dziedzinę, bo czasem były podpisywane.

Pojawiają się w nich kolofony, czyli pozostawiane przez skrybów noty, w których bywa wymienione imię osoby przepisującej tekst, a niekiedy także tej, która odpowiadała za iluminacje. Dzięki temu wiemy, że niektóre z tych prac powstawały z udziałem kobiet – znamy ich imiona, a czasem nawet daty wykonania rękopisów. Dodatkowym źródłem wiedzy są przekazy historyczne. Wiemy na przykład, że niektóre klasztory żeńskie słynęły z produkcji rękopisów. Choć nie zawsze jesteśmy w stanie wskazać konkretne nazwiska, zachowały się wzmianki o działalności takich ośrodków – o przepisywaniu ksiąg, ich zdobieniu czy przygotowywaniu na zamówienie, także dla innych wspólnot. W dokumentach czy inwentarzach pojawiają się informacje o rękopisach wykonanych przez zakonnice lub przekazywanych między klasztorami.

Miłość w średniowieczu: wyglądała inaczej, niż dziś ją sobie wyobrażamy

Myślisz, że to kobiety wymyśliły te romantyczne historie o księżniczkach i rycerzach, przez które teraz tak trudno nam czasami docenić przyziemne, codzienne oblicze miłości?

Tego nie wiem, nie mam natomiast wątpliwości, że współcześnie trochę niewłaściwie odbieramy i interpretujemy te przekazy.

Nasze współczesne pojęcie miłości romantycznej jest znacznie późniejsze, zapominamy więc często o tym, że w średniowieczu, zwłaszcza w wyższych warstwach społecznych, małżeństwa miały najczęściej charakter polityczny, a nie uczuciowy.

Ta bajeczna miłość dworska nie była więc uczuciem w naszym współczesnym rozumieniu, lecz raczej stylem życia i sposobem samodoskonalenia. Trudno przełożyć ten koncept na dzisiejsze realia, ponieważ nie operujemy już takimi kategoriami. Jeśli jednak cofniemy się do średniowiecza i wyobrazimy sobie rycerza – człowieka wysokiego urodzenia, który jest jednocześnie wojownikiem, uczestniczy w turniejach i pozostaje w służbie swojego władcy – zobaczymy, że to właśnie miłość miała być siłą napędową jego działań. Nie było to jednak uczucie prowadzące do małżeństwa, wspólnego życia czy spełnienia w sensie, w jakim rozumiemy to dziś. Przeciwnie, często ideałem była miłość niespełniona, skierowana ku kobiecie niedostępnej, na przykład żonie seniora czy władcy. Taka relacja stawała się wyzwaniem i punktem odniesienia: rycerz, oddając się tej miłości, dążył do doskonałości, odnosił zwycięstwa, zdobywał sławę, żył cnotliwie. Miłość była więc raczej zasadą organizującą życie niż celem samym w sobie, liczył się sam proces doskonalenia poprzez jej ideę.

A czy media społecznościowe to odpowiednie źródło do propagowania wiedzy o średniowieczu?

Wiem, do czego zmierzasz. W przypadku sztuki średniowiecznej, w dużej mierze związanej z chrześcijaństwem, funkcjonował bardzo konkretny system znaczeń. Trudno więc poprawnie interpretować te dzieła bez znajomości kontekstu religijnego. Dziś, żeby je zrozumieć, musimy przynajmniej w podstawowym stopniu poznać kontekst – historię tych postaci, znaczenie atrybutów, sposób myślenia o świecie.

Natomiast media społecznościowe nie przyzwyczaiły nas do pogłębionej interpretacji, raczej do szybkiej percepcji: widzę, podoba mi się albo nie i idę dalej. A jednak w tym świecie kultura średniowieczna coś zyskuje, bo wraca do obiegu po długim okresie zapomnienia.

Nawet jeśli te przedstawienia funkcjonują dziś w uproszczonej formie – ktoś przescrolluje, zobaczy śmiesznego zająca czy prowokacyjny detal i pójdzie dalej – to i tak buduje się pewna świadomość. Być może kogoś to zaciekawi i skłoni do głębszego zainteresowania.

Warto też pamiętać, że powszechny dostęp do tej sztuki to zjawisko stosunkowo nowe. Jeszcze 20 lat temu większości średniowiecznych rękopisów nie można było zobaczyć online. A nawet jeśli istniały dobrej jakości reprodukcje, to chcąc do nich zajrzeć, trzeba było jechać do biblioteki i zamawiać mikrofilmy. To, że oglądamy na przykład marginalia swobodnie w internecie, jest historycznie bezprecedensowe. I choć coś po drodze się traci, to jednak zyskujemy szansę, by ta sztuka naprawdę zaistniała w szerszej świadomości.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE