Aga Zaryan: „W kontakcie z muzyką łagodnieję”

Aga Zaryan, fot. Marta Orlik

Na scenie wyciszona, skupiona, prywatnie – wulkan energii. „Gdybym w pracy była tak szalona jak w życiu, szybko bym się wypaliła. A tak, mam piękną równowagę”, mówi Aga Zaryan, wokalistka jazzowa.

Każda płyta jest pierwsza jak miłość?
Tak, za każdym razem wydaniu płyty towarzyszą duże emocje. Można je porównać do tych związanych z przyjściem na świat dziecka. Najpierw jest poczęcie, czyli pomysł na płytę, potem ciąża, czyli tworzenie, różne na tej drodze etapy, potem stan przedporodowy, czyli trochę napięcia, ekscytacji, niepewności…

Lęku?
U mnie dominują pozytywne emocje, bardzo silne, mieszające się, ale dające mnóstwo adrenaliny. Zawsze wierzę w te swoje muzyczne dzieci, każde kocham na swój sposób. Są różne i przez to wyjątkowe. Chcę się nimi podzielić ze światem, bo moim zdaniem muzykę, owszem, tworzy się dla siebie, ale też dla innych. Podobnie jak z dziećmi – trzeba je dopieścić, wykarmić, przytulać, ale potem pójdą w świat swoją drogą.

W ostatnim czasie dużo się w pani życiu wydarzyło.
O tak. Zdecydowałam się zostać mamą, do czego długo się zbierałam, ale jak już zaplanowałam, że przed czterdziestką urodzę dwoje dzieci, to plan wykonałam [śmiech]. Miejsce muzycznych dzieci zajęły dzieci z krwi i kości.

Gdyby budować sobie pani obraz na podstawie tego, co pani śpiewa, można by sądzić, że jest pani stonowana, nostalgiczna. A siedzi przede mną wulkan energii. Która Aga jest prawdziwa?
Obydwie! Rzeczywiście nie jestem flegmatyczką ani introwertyczką. Prywatnie roznosi mnie czasem energia, mam za sobą szalony okres życia. Ale w kontakcie z muzyką łagodnieję. Studiowałam muzykoterapię na Akademii Muzycznej w Łodzi, interesuję się psychologią i wiem, że muzyka wpływa na nastrój, obniża ciśnienie, reguluje puls. Dla mnie jest lekiem na galopujące w głowie myśli, na pęd dnia codziennego. Przystanią, momentem zatrzymania. Nie nauczyłam się jeszcze medytować, co jest moim marzeniem. Potrafię się wyciszyć w dwóch momentach: gdy nagrywam w studiu albo śpiewam na scenie i kiedy ćwiczę jogę na hamakach. Aerial yoga to moja miłość od roku, pozwala naprawdę się zrelaksować. Gdybym na scenie była tak szalona jak w życiu, tyle mówiła, tak się ekscytowała, to szybko bym się wypaliła. A tak mam równowagę – tam pęd, a tu wychodzę na scenę i jestem skupiona. O tym zresztą napisałam piosenkę, zainspirowaną książką Eckharta Tollego „Potęga teraźniejszości”. Cały czas się uczę tego, jak nie żyć przeszłością, przyszłością, tylko być tu i teraz. Pomaga mi w tym właśnie muzyka. Kocham ją od dziecka. Ale to ulotna forma sztuki. Stąd tak fascynująca!

Chciałaby pani, żeby pani piosenki zmieniały ludzi?
Chcę, żeby traktowały o czymś ważnym. Na jednej z płyt śpiewam utwory Niny Simone i Abbey Lincoln. One walczyły z rasizmem. Wszystkie moje teksty mówią o moim życiu, doświadczeniu, obserwacjach świata, o tym, jak odbieram rzeczywistość. Są osobiste, niektóre gorzkie, niektóre optymistyczne. Na tej ostatniej jest jeden protest song wobec tego, co się dzieje w Polsce, to historia z tramwaju – „A Story from a Tram (Listen, Little Man)”. Niektórzy mi odradzali: nie podkładaj się, przecież śpiewasz dla wszystkich, lewicy, prawicy, wierzących i niewierzących.

Nie boi się pani hejtu?
Nie, choć trochę mi się już oberwało. Ale muzyka jazzowa jest niszowa. Nie jestem celebrytką, nie wzbudzam takich emocji jak dziewczyny z billboardów czy Pudelka.

No właśnie, jak to możliwe, że udało się pani osiągnąć sukces artystyczny, jednocześnie docierając do szerokiej publiczności i nie pozując na ściankach?
Celebrytką można zostać w prosty sposób. Nie zostałam nią, bo nie chciałam, to było przemyślane działanie, moje i mojego menedżera. Gdyby moja muzyka nie wypłynęła na szerokie wody, pewnie nadal śpiewałabym sobie w piano barach, uczyłabym angielskiego w cudownej szkole językowej Early Stage, którą założyła moja mama. Dla niektórych jestem znana bardziej jako miss Agnes od angielskiego niż Aga Zaryan od jazzu.

A wracając do protest songu – po co to pani?
Nie zgadzam się z tym, że artyści nie mogą wyrażać swoich poglądów. Nie cierpię konformizmu. Byłam wychowywana tak, żeby nie zgadzać się z niesprawiedliwością, mówić, co się myśli. Ten utwór nikogo nie obraża, nie jest agresywny, opisałam historię, która mi się przytrafiła. W tramwaju usłyszałam dialog dwóch homofobicznych i zamkniętych na świat i prawdę kobiet. Zmroziło mnie. Wysiadłam na rondzie Waszyngtona i od razu wiedziałam, że napiszę o tym piosenkę. Przeraziło mnie to, że skaczemy sobie do oczu, po raz pierwszy od 89 roku polityka tak nas podzieliła. Dlaczego nie mam prawa o tym śpiewać? Dlaczego pani prowadząca kwiaciarnię może mieć poglądy, a ja nie?

Piosenki powinny łagodzić obyczaje.
Zgoda. Ale powinny także dawać do myślenia, wzbudzać emocje, czyli być jakieś, a nie letnie, nijakie. Artyści mogą dużo zdziałać. Mogą dodawać otuchy, powodować, że człowiek nie czuje się sam. Bono, który w wieku 12 lat stracił matkę, założył organizację pomagającą dzieciom po odejściu rodzica. Dzięki niemu młodzi ludzie widzą, że nawet po wielkiej tragedii można się podnieść. Pamiętam to uczucie, gdy ze słuchawkami na uszach słuchałam Steviego Wondera. Jego piosenki wzbudzały we mnie takie emocje, że mimo trudnych przeżyć – moi rodzice się rozwodzili – znajdowałam w nich ukojenie i siłę do życia.

Macierzyństwo na pewno wzbogaca, ale także coś zabiera, zwłaszcza artystce.
Zabrało mi głównie czas. Nigdy jednak nie żałowałam tej decyzji. Urodziłam dzieci dość późno, bo w wieku 36 i 39 lat. Ale nie dlatego, że wcześniej chciałam zrobić karierę. Odkładałam macierzyństwo, ponieważ nie czułam się na to gotowa, dojrzała, byłam w terapii wiele lat. Wiedziałam, że jako matka chcę być stabilna, dawać dzieciom oparcie. Tak się też układało moje życie, że choć miałam kilka relacji, to nie zdecydowałam się na dzieci z poprzednimi partnerami. Podjęłam tę decyzję w najlepszym momencie, z człowiekiem, który jest wspaniałym ojcem. Tak sobie myślę, że stosunek do macierzyństwa to może też sprawa genów. Moja mama opowiadała mi, że zanim się z siostrą urodziłyśmy, nie miała instynktu macierzyńskiego. Pojawiłyśmy się w jej życiu wcześnie, nieplanowane. Zawsze mi powtarzała, że dzieci nie są miarą wartości człowieka. I to mi zapadło w pamięć. Moja babcia w reakcji na to, że nie mam dzieci, a jestem po trzydziestce, mówiła: „Już nie musisz mieć dzieci, daj sobie spokój”.

Nietypowa babcia.
Wyjątkowa kobieta. I opowiadała: „Ja miałam dzieci (a ma trzy córki) tylko dlatego, że twój dziadek Jaś nie wyobrażał sobie rodziny bez dzieci. Po wojnie przeżywałam traumę, nie chciałam wydawać na świat nowych istot, chciałam tylko jeździć konno”. To wszystko słyszałam od dwóch bliskich kobiet, które mimo to były kochającymi, dającymi wsparcie mamami.

A pani jaką jest mamą?
Staram się dawać im dużo siły, rdzeń na całe życie, i często mówię im, że ich kocham. Mam cudownych synów, którzy mobilizują mnie do życia. W październiku Jasio obchodził urodziny i z tej okazji poleciałam z nim do Londynu. Tylko z nim, bez młodszego brata, żeby miał swój quality time. Byliśmy w Legolandzie, muzeach. Moi synowie nie dali mi się we znaki, dobrze jedli, spali, nie mieli kolek, byli dla mnie bardzo łaskawi. Wiedzieli chyba, że mają nie najmłodszą mamę. Jak byli przy piersi, a karmiłam prawie rok każdego, jeździli ze mną w trasy, z półrocznym Jasiem poleciałam do Los Angeles nagrywać płytę. Nie chciałam odbierać im z powodu mojego zawodu tego, co należy się małemu dziecku – obecności matki.

Pracuje pani głównie z mężczyznami i w dodatku jest liderką. Bywa ciężko?

Chcę podkreślić, że choć jestem frontmenką, to moja muzyka powstaje dzięki pracy wielu muzyków, przede wszystkim Michała Tokaja, mojego muzycznego dyrektora, pianisty, aranżera, kompozytora. To prawda, pracuję w świecie zdominowanym przez mężczyzn, o czym świadczy choćby określenie „jazzmanka”, a nie „jazzwomanka”. W trasie przemierzamy razem tysiące kilometrów, jak panowie zagalopują się w dyskusji, to mówią do mnie: „Stary, wiesz co…?”. W tym gronie jest dużo testosteronu. Ale ja już jako dziewczynka byłam chłopczycą, niektórzy nazywali mnie Pippi, bo byłam piegowatą blondynką, rozczochraną, ze strupami na kolanach, chodzącą po drzewach, choć koleżanki też, oczywiście, miałam. Myślę, że muzyka jazzowa bardziej do mnie pasuje niż bycie popową diwą.

Czuje się pani feministką?

Tak, jestem feministką, z czego długo nie zdawałam sobie sprawy. Przecież nadal jest o co walczyć. Uważam, że feminizm jest sexy i służy zarówno kobietom, jak i mężczyznom.

Zapraszamy na Białołęcki Wieczór Jazzowy z Agą Zaryan! Więcej szczegółów tutaj.