Marta Waszkiewicz - W latach 80. sprawą Grzegorza Przemyka żyła cała Polska, a film o jego zabójstwie miał szansę na Oscara. To wstrząsająca historia, której nie da się zapomnieć
00:00
08:06
W maju 1983 r. sprawą Grzegorza Przemyka żyła cała Polska. Rutynowe zatrzymanie chłopaka w centrum Warszawy zakończyło się tragedią, a władze PRL zaangażowały cały aparat państwowy – SB, milicję, media, prokuraturę i sądy, aby za wszelką cenę uchronić winnych śmierci syna opozycyjnej poetki od konsekwencji. Nagrodzony na festiwalu w Gdyni film Jana P. Matuszyńskiego na podstawie reportażu Cezarego Łazarewicza przygląda się tej wstrząsającej historii z bliska. To mocne kino, którego nikogo nie pozostawi obojętnym.
Akcja filmu rozgrywa się w 1983 r. W kraju wciąż obowiązuje, mimo zawieszenia, wprowadzony przez komunistyczne władze stan wojenny, mający na celu zduszenie solidarnościowej opozycji. 12 maja Grzegorz Przemyk (Mateusz Górski), syn opozycyjnej poetki Barbary Sadowskiej (Sandra Korzeniak), zostaje zatrzymany i ciężko pobity przez patrol milicyjny. Skatowany maturzysta umiera po dwóch dniach agonii. Jedynym świadkiem tragicznych wydarzeń jest kolega Grześka, Jurek Popiel (Tomasz Ziętek), który decyduje się zawalczyć o sprawiedliwość i złożyć obciążające milicjantów zeznania.
Czytaj także: Tomek Ziętek: „Stawiam na słoneczną stronę życia”
(Fot. materiały prasowe)
Początkowo aparat państwowy, w tym MSW, bagatelizuje sprawę. Jednak gdy ponad 20 tys. ludzi przemaszeruje przez ulice Warszawy za trumną Przemyka, władza decyduje się użyć wszelkich narzędzi przeciwko świadkowi i matce zmarłego, aby ich uciszyć, skompromitować i zapobiec złożeniu przez Jurka zeznań w sądzie. Rozpoczyna się, nadzorowana przez Ministra Spraw Wewnętrznych, generała Czesława Kiszczaka, operacja „Junior”, której głównym celem jest powstrzymanie Jurka przed ujawnieniem prawdy oraz zrzucenie winy na sanitariuszy, którzy wieźli Przemyka po pobiciu na pogotowie.
(Fot. materiały prasowe)
Armia esbeków zaczyna śledzić Jurka i jego rodziców, inwigilując ich życie prywatne 24 godziny na dobę, zaś media i prokuratura są kierowane i naciskane przez władzę, aby do opinii publicznej trafiały tylko „właściwe” komunikaty. Z kolei Sadowska nie traci nadziei na sprawiedliwość, a przedstawiciele władzy państwowej i specjalna grupa śledczych prowadzą kolejne narady, jak ukręcić łeb sprawie Przemyka… W filmie, poza Ziętkiem i Korzeniak, występują również m.in. Jacek Braciak, Agnieszka Grochowska, Robert Więckiewicz, Tomasz Kot, Aleksandra Konieczna, Andrzej Chyra i Michał Żurawski.
Czytaj także: Morderstwo w Wigilię i milczenie całej wsi. Jan Holoubek kręci serial o jednej z najgłośniejszych zbrodni z czasów PRL-u
(Fot. materiały prasowe)
O tej zbrodni mówiła cała Polska. Film o sprawie Grzegorza Przemyka to mocne kino, które chwyta za gardło
„Ten film zostawia ślad nie na pół godziny, tylko raczej na dni” – tak o swoim filmie mówi Jan P. Matuszyński, który w wyczerpujący sposób podchodząc do materiału źródłowego z wyczuciem opowiada tu wielowątkową i pełną odniesień do współczesności historię o zgniliźnie PRL-u, zacieraniu prawdy, walce o sprawiedliwość i ludzkiej przyzwoitości.
Czytaj także: Jan P. Matuszyński znów nie zawodzi. Rozmawiamy o jego najnowszym filmie „Minghun”
(Fot. materiały prasowe)
Reżyser pieczołowicie rekonstruuje przy tym zbrodnicze mechanizmy działania ówczesnej władzy i trafnie oddaje zarówno jej patologie, jak i realia oraz klimat siermiężnego PRL-u, a także obnaża wszelkie bolączki totalitaryzmu. Stawiając przede wszystkim na przekaz emocjonalny i grę psychologiczną doskonale prowadzi wątki i bohaterów oraz obrazuje proces, w którym system powoli wyniszcza jednostkę, a prawdę zastępuje fałszem. Zachowuje jednak zdrowe proporcje w ukazaniu stron, bez plucia na katów i stawiania pomników ofiarom. Poza tym pokazuje także rozkład więzi rodzinnych przez aparat represji i przypomina smutną prawdę, że w starciu z bezdusznym i wszechmocnym systemem jednostka zawsze jest bez szans.
(Fot. materiały prasowe)
To po prostu dopięte na ostatni guzik wybitne dzieło, które głęboko angażuje widza. Przytłaczający obraz komunistycznej Polski i systemowej opresji nieludzkiego aparatu władzy. Ciężki seans w zamierzenie surowej formie, ale podany bez tanich emocji. Mroczny pomnik zamierzchłych czasów i dobra odtrutka na PRL-owską nostalgię. Poruszające studium państwowej przemocy i dążenia do tego, by nie zostawić po sobie żadnych dowodów, ani ciał, ani głosów, ani pamięci. A jednak ślady zawsze zostają: w ludziach, spojrzeniach i krzywdzie, która, czy tego chcemy, czy nie, nigdy się nie przedawnia.
Czytaj także: Jan P. Matuszyński: „Nigdy nie jestem tym samym reżyserem”
„Żeby nie było śladów” to zatem bezlitosne, rzetelne i solidnie zagrane kino. Ważne, wstrząsające i wywołujące gniew. Porażające i boleśnie aktualne. Takie, które ściska za gardło, trzyma w napięciu od pierwszej minuty i jeży włos na głowie, a także uwiera i boli, szczególnie w wyrazistej, rozgrywającej się w sądzie finałowej scenie.
W czasach fake newsów i rozmywania odpowiedzialności, „Żeby nie było śladów” przypomina nam również, że prawda nie znika, nawet jeśli ktoś bardzo się o to stara. Bo choć zmienił się świat, nie zniknęły mechanizmy przemocy, manipulacji i zastraszania. Nadal obserwujemy, jak władza próbuje kształtować rzeczywistość przez propagandę, kontrolę mediów i oczernianie niewygodnych świadków. Nadal ci, którzy mówią prawdę, często stają się celem. Pamiętajmy o tym i uważajmy, bo od powtórki dzieli nas niewiele.
(Fot. materiały prasowe)
„Jeden z najlepszych polskich filmów ostatnich lat”; „Przeżuł mnie i połknął. Byłam wkurzona przez cały seans. Życie człowieka ma najmniejsze znaczenie w tym świecie”; „Dawno nic mnie tak nie wbiło w fotel”; „Długi film o zabijaniu”; „Nóż w kieszeni się otwiera”; „Dopracowany w każdym calu, zagrany i napisany absolutnie po mistrzowsku”; „Film obszerny i rzetelny. Wszystko zimne i często wręcz dokumentalistyczne, co niesie za sobą ogrom emocji”; „Kino, które boli. Porządne aktorstwo, szacunek do przedstawianej historii i ciekawa warstwa wizualna”. Z racji tematu, jaki podejmuje, film ten jest jednak szalenie trudny do jednoznacznej oceny, a jakikolwiek komentarz wydaje się tu najzwyczajniej w świecie zbędny. To po prostu trzeba zobaczyć. Jedno jednak warto zaznaczyć: polskie kino przeżywa obecnie swoje złote lata i oby trwały one jak najdłużej.
„Żeby nie było śladów” obejrzeć można m.in. na Canal+ online i Playerze.