Ida Marszałek - Wenecja 2026: „Dziki Koń Dziewięć” czy czarny koń w wyścigu o Oscara? John Malkovich i Sam Rockwell w komedii, która woli prawdę od poprawności [Recenzja]
00:00
06:34
Lepsza jest śmierć w Wenecji, czy na Wyspie Wielkanocnej? Przyjemniej jest konać w gondoli czy z panoramą na rzeźby Moai? W „Dziki Koń Dziewięć” reżyser Martin McDonagh rozważa nad miejscem wiecznego spoczynku, ale dużo bardziej zastanawia go moment zaraz przed. Kiedy puszczają hamulce, przechodzi ochota na kłamstwa, a myśli o drugiej stronie natrętnie cisną się do głowy. Kiedy przychodzi czas na ostateczne podsumowanie, co tak właściwie chcemy po sobie pozostawić? Niecenzuralnie szczery film o zmierzchu człowieka i jego systemu wartości może okazać się zwycięzcą wyścigu po główną nagrodę Festiwalu w Wenecji i kandydatem do Oscara.
Chris (John Malkovich) lubi pomarańczowe koszule, od ludzi woli mole i kłapie ozorem jak najęty. Co nie stanowiłoby problemu, gdyby przy okazji nie był również agentem CIA. Na ostatnią misję w swojej karierze zostaje wysłany na Wyspę Wielkanocną, tuż przed zamachem stanu w Chile w 1973, wraz ze swoim partnerem Lee (Sam Rockwell). Jest to duet dynamiczny, z wyraźnym podziałem na role. Chris ma tendencję do robienia bałaganu – już na lotnisku ze szczegółami opowiada dwóm chilijskim studentkom o charakterze swojej pracy i przepowiada rychły koniec świeżutkiej demokracji. Co gorsza zamierza spisać i wydać swoje wspomnienia. Natomiast Lee zajmuje się sprzątaniem. A sprzątania jest coraz więcej. Chris choruje na raka i pogarszający się stan zdrowia połączony z przyjmowaną co wieczór morfiną robi mu kisiel z mózgu. Nie wie, czy może ufać koledze po fachu, nie pamięta, do kogo i kiedy strzelał, ile opiatów przyjął danego dnia, twierdzi, że nie odzywa się do brata odkąd ten rzucił w niego ziemniakiem. Coś tam wspomina o Kennedym. Czasem przypomni mu się, że wkrótce umrze. Jednocześnie intuicja podpowiada mu, że tuż pod jego nosem ktoś knuje intrygę.
Kadr z filmu „Dziki Koń Dziewięć” (Fot. materiały prasowe)
Zaczepna relacja między Chrisem, a Lee, maestria Johna Malkovicha i Sama Rockwella, dialogowe pojedynki, które nie biorą jeńców są najsilniejszym motorem „Dziki Koń Dziewięć”. Każdy z osobna jest wrzodem na tyłku, w tandemie są źródłem nieposkromionego, niepoprawnego, nieskończonego dowcipu. Kto widział „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” (2017) i „Duchy Inisherin” (2022) – które też przecież brały pod lupę ekscentryczną męską przyjaźń – ten wie, że Martin McDonagh, choć potrafi być ciepły i czuły, nie bawi się w poprawność polityczną. Jednak w tekstach, które nie powinny nikomu przechodzić przez gardło, czają się zabójcze pokłady autoironii. Jedno skutecznie rozbraja drugie.
Bezpardonowy humor pomaga oswoić tematy ostateczne, które wychodzą na wierzch, zanim jeszcze w filmie padną pierwsze strzały. Aktorskie starcie na trawiastych zboczach Wysp Wielkanocnych bezsprzecznie wygrywa Malkovich, który w wieku 72 lat jest w szczytowej formie. Jednak cała obsada daje nieźle popalić: Sam Rockwell na progu szewskiej pasji, Steve Buscemi jako napruty szef, Parker Posey jako żona na skraju załamania nerwowego i zblazowany Tom Waits, który w roli brata głównego bohatera spędza na ekranie pamiętne trzy minuty. McDonagh zmontował najlepszą możliwą ekipę.
Dobrze jest mówić prawdę, ale czy wszyscy chcą ją usłyszeć? Chris obiecuje, że już nie będzie kłamać. Ostrzega znajome, zwolenniczki Salvadora Allende, przed powrotem do Chile. W zamian zostaje zwyzywany – socjalistki nie chcą wierzyć, że wywalczone prawa mają krótką datę przydatności, że w domu zamiast wolności czekają na nie tortury. Drugie dno czarnej komedii szokuje zdecydowanie bardziej niż bawi. Pokazuje nam to, co zawsze mieliśmy przed oczami, ale woleliśmy ignorować. Skrajna nieufność Chrisa udziela się widowni, podobnie jak on skołowanej wycinkami informacji, scenami wybiórczo podglądanymi przez okno, próbami odróżnienia prawdy od fikcji.
Kadr z filmu „Dziki Koń Dziewięć” (Fot. materiały prasowe)
McDonagh bez pudła oddaje atmosferę osaczenia, brutalną, choć skrytą dominację Stanów Zjednoczonych na arenie politycznej. Cofa się do gwałtownych lat 70., ale prawda na temat megalomanii Wuja Sama i jej straszliwych konsekwencji jest uniwersalna. Niezachwiana wiara bohatera w skuteczność zamachu politycznego, wybujałe ego udowadniają, że może powinniśmy w końcu zrzucić USA z piedestału i wziąć jednostronną moralność „demokratycznego” mocarstwa pod lupę. A schyłek życia Chrisa sugeruje, że może już najwyższy czas na koniec dominacji fałszywych obrońców wolności słowa. „Kiedy widziałeś jedną dużą głowę, widziałeś już wszystkie” – zrzędzi Chris, do zniecierpliwionego Lee, gdy po prostacku, amerykańsku wyśmiewają się z rzeźb Moai, dziedzictwa kulturowego i duchowego ludu Rapa Nui. Podobnie jest z zabijaniem – po pewnym czasie wszystko zlewa się w niepewną masę zamierzchłej historii.
Kadr z filmu „Dziki Koń Dziewięć” (Fot. materiały prasowe)
Razem ze śmiercią na widnokręgu Chrisa pojawia się zestaw pytań, a odpowiedzi nie przynoszą ulgi. Czy za oszczędzenie i wypuszczenie na wolność kilku moli zapunktował tam na górze? Czy wyeliminowanie 68 osób można uznać za większe dobro? A co jeśli jego narracja wcale nie byłą tą właściwą, sprawiedliwość nie była po jego stronie? McDonagh zadaje kolejne pytanie: jak historia rozliczy Stany Zjednoczone? Nagrywając na dyktafonie swoje memoir, bohater zaczyna od dinozaurów. Niegdyś najpotężniejszych zwierząt, które zniknęły z powierzchni ziemi. Dzikie konie, które spotyka na Wyspie Wielkanocnej, choć dumne i monumentalne, też muszą poddać się sile wyższej. Śmierć jest pewna i bardzo samotna.