Tytuł nowego thrillera Netflixa z Benem Affleckiem po obu stronach kamery to rzekomo nawiązanie do bestii wewnątrz każdego z nas. Pewnego dnia kandydat na burmistrza Los Angeles wraz z żoną odbierają szokujący telefon z informacją o porwaniu syna. Próbując zebrać pieniądze na okup, napotykają jednak złowieszcze zagrożenie, które może ujawnić ich sekrety i zniszczyć ich życie. Wydawało się więc, że film ma wszystko, czego potrzeba, aby stworzyć trzymający w napięciu thriller: gwiazdorską obsadę (w filmie występuje również Kerry Washington i Gillian Anderson), fabułę opartą na walce z czasem oraz skomplikowane dylematy skupione wokół pieniędzy, władzy i ambicji. Co zatem poszło nie tak?
Bohaterem nowego thrillera kryminalno-polityczny Netflixa jest Mark Kimball (Ben Affleck), kandydat na burmistrza Los Angeles, który na kilka dni przed wyborami popada w poważne problemy finansowe – mężczyzna zainwestował bowiem w swoją kampanię wyborczą ostatnie pieniądze, wyczerpując tym samym fundusze rodziny. Na domiar złego pewnego dnia polityk odbiera tajemniczy telefon z informacją, że jego nastoletni syn został porwany i zostanie oddany w zamian za okup w wysokości 7 milionów dolarów.
(Fot. materiały prasowe)
Mark wraz z żoną Abigail (Kerry Washington) wpadają w panikę. Wtedy sojusznik polityka sprowadza do jego domu tajemniczą pośredniczkę Dayle Burton (Gillian Anderson), która twierdzi, że może im załatwić pieniądze, oczywiście za wygórowaną opłatą. Małżeństwo, które jest w zasadzie na krawędzi rozpadu, musi więc dokonać trudnego wyboru i ujawnić sekrety, które mogą doszczętnie zrujnować ich życie. Abigail jest bowiem uwikłana w romans, a Mark wciąż nie przyznał się żonie, że tak naprawdę nie ma grosza przy duszy.
Największy problem nowego filmu Netflixa polega przede wszystkim na tym, że nie do końca wiadomo, czy „Zwierzęta” są historią o kryzysie małżeństwa i sekretach, które skrywają mężowie i żony, makabrycznym kryminałem o porwaniu czy komentarzem na temat pułapek polityki i charakteru tych, którzy chcą przewodzić. A może to opowieść o o rasie, klasie oraz tych, którzy mają kontra tych, którzy nie mają? Tak naprawdę film próbuje być tym wszystkim (i więcej), a Affleck nie jest do końca końca pewien, którą drogę obrać.
Mamy więc nieudaną kampanię polityczną, problemy finansowe, wątek porwania i rozpadające się małżeństwo, które ciągle kłóci się ze sobą, a historia przybiera melodramatyczne, często dość naciągane zwroty akcji, aż do absurdalnej konfrontacji Marka z żoną, który spycha wszelkie palące kwestie na dalszy plan i wypada tak sztucznie, że aż zabawnie, a spokojnie mogłaby być mocnym punktem kulminacyjnym filmu.
(Fot. materiały prasowe)
Ubogi scenariusz oferuje niewiele zaskoczeń, interakcje między bohaterami nie wywołują żadnych emocji, zaskoczenia lub refleksji i wygląda na to, że w zasadzie nic tu nie jest dopracowane. Miał być więc świadomy dramat polityczno-rodzinny i thriller o porwaniu, a jest nieudana eksploracja władzy, podziałów rasowych i pieniędzy, bo film jedynie udaje, że porusza drażliwe tematy, takie jak imigracja czy polityczna hipokryzja, a tak naprawdę nie robi z nimi absolutnie nic interesującego.
Wszystko jest tu przesadzone, również kreacje aktorskie. Affleck całkiem nieźle radzi sobie w roli polityka, jednak jego nerwowa gra nie ma w sobie żadnej głębi. Owszem, można dostrzec w nim pewne emocje, ale rzadko wydają się one właściwe i aktor mógłby momentami nieco spuścić z tonu. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w przypadku Gillian Anderson, która swoim aktorstwem potrafi uratować w zasadzie każdą produkcję. Tak jest też i tym razem (wielka szkoda, że aktorka została tu całkowicie niewykorzystana).
(Fot. materiały prasowe)
Film jest również pozbawiony jakiegokolwiek języka wizualnego (nie pomógł nawet fakt, że nakręcił go wybitny Robert Elswit, nagrodzony Oscarem autor zdjęć do m.in. do „Miasta złodziei”, „Aż poleje się krew” i serialu „Ripley”). Wielkie brawa należą się za to za montaż, dzięki któremu film pędzi niczym ekspresowa kolej i dość szybko doprowadza historię do wyczekiwanego końca. Widać też, że scenariusz został przepisany co najmniej kilkanaście razy, co sprawiło, że twórcy stracili z oczu zarówno główny temat, jak i postaci oraz napięcie. „Zwierzęta” zaczynają się więc niezręcznie, rozwijają chaotycznie i kończą absurdalnie – jednym z najbardziej przewidywalnych finałów akcji ostatnich lat.
Film na starcie otrzymał zaledwie 43% pozytywnych ocen krytyków, co czyni go jednym z najgorzej ocenianych reżyserskich dokonań Afflecka, a najwięcej zarzutów dotyczy nudnego, płytkiego scenariusza: „Niejadalna papka. Film wciska wartościową obsadę w przekombinowany scenariusz, aby stworzyć niezwykle płaski thriller polityczny”; „Nieoryginalna i pozbawiona napięcia opowieść o bogatych i biednych”; „Affleck to bystry filmowiec, który potrafi zręcznie splatać historie, gatunki i problemy społeczne, ale jego nowy film jest narracyjnie niedopracowany i zbytnio melodramatyczny”.
(Fot. materiały prasowe)
W wielu recenzjach przewija się też stwierdzenie, że to film całkowicie pozbawiony pomysłu na siebie, głębi, wizualnego polotu, kreatywnej wizji czy porywającej fabuły. Czy jednak kategorycznie odradzamy seans? Absolutnie nie. Być może część widzów znajdzie w nim coś dla siebie, a nawet uzna go za udany. Radzimy jednak nie nastawiać się na jakościową rozrywkę, bo seans może okazać się naprawdę bolesnym rozczarowaniem.
„Zwierzęta” obejrzeć można na Netflixie.