Po ponad trzydziestu latach podróży Marcin Kydryński wraca do kraju, który stał się dla niego czymś więcej niż miejscem na mapie. W swojej najnowszej książce splata osobistą historię z historią Etiopii – kraju pełnego sprzeczności, piękna i bólu. To opowieść o drodze, która zaczęła się w młodości i prowadzi przez zachwyt, zwątpienie i pamięć o tych, których los zaprowadził na jej najtrudniejsze ścieżki.
Zrozumienie minionego jest mi niedostępne. Przeszłość jawi się w istocie jako ziemia daleka i obca. Nie mnie, a innym to się wydarzyło. Przeglądam strony, częstokroć naiwne, i nie rozpoznaję autora. Dawne ścieżki. Trzydzieści lat życia, emocji, zachwytu, niepokoju, jak ująć w spójną formę? A jak opowiedzieć tysiące (miliony – ktoś zauważy i też będzie mieć rację) lat historii odległego kraju?
Oda, wyjaśnia słownik języka polskiego, to pieśń pochwalna, niepozbawiona patosu. I ja go nie uniknę, bo – niech mi wieszcz przebaczy – pieśń moja będzie także odą do młodości, która minęła mi na tej wędrówce. Stanie się też – i tu o wyrozumiałość proszę Karen Blixen – jako ostatni po Bieli i Dali tom trylogii, moim pożegnaniem z Afryką. Tą sprzed „Wieku Informacji”. Tą, którą poznałem w udręce i ekstazie, na jakie już dziś nie mam siły, czasu i odwagi. Być może wrócę jeszcze na kontynent w kształcie serca, ale będzie to podróż inna. Aby nie drażnić losu, który i tak okazał się dla mnie aż nadto łaskawy. Edil znaczy po amharsku: los. Właściwie i taki tytuł mogłaby mieć ta książka. Bo opowiada o losie kraju i splata z nim losy pojedynczego człowieka.
Zacząłem podróż dwudziestoparoletni. Kończę, zmierzając w stronę sześćdziesiątki. A co zdarzyło się w drodze, to historia miłosna. Namiętność do kraju i ludzi. Do samej drogi wreszcie. I jak w miłości bywa, jest czas uniesień i są chwile zwątpienia; lęki, złość i wdzięczność; ucieczki, powroty.
Wracałem do Etiopii coraz bardziej inny. A ona wciąż nowe objawiała mi twarze. Ta książka próbuje opisać zmiany w życiu nas obojga. Wydaje mi się dzisiaj opowieścią o przemijaniu. I o pamięci. Jest, co nieuchronne, zapisem utraty. Ale i, raz jeszcze, kroniką zachwytu.
Forma jej migotliwa. Strony dziennika spotykają się z tekstami o wielkiej historii; wywiady o fotografii z listami od przyjaciół z oblężonego miasta; fragmenty z pogranicza poezji przenikają w raporty Amnesty International. Kogoś ta mozaika zirytuje, to pewne. Inny pojmie, że w ten sposób, na przestrzeni dziesięcioleci, próbuję za każdym razem patrzeć z innej perspektywy.
Właśnie: patrzenie, widzenie. „Co raz zostało zobaczone, nigdy już nie powróci do chaosu”. Dla mnie to kwestie najważniejsze. Jest w końcu Oda kolekcją blisko stu fotografii, wybranych z tysięcy. I od nich się wszystko zaczęło.
Pytają: po co moje książki. A jakże inaczej zaświadczę, że te istnienia pojedyncze zdarzyły się, raz tylko, od początku aż do końca czasu?
Ta książka żyła we mnie pod tytułem Mahlet. Ostatecznie wydał mi się nazbyt hermetyczny. Ale dlaczego z początku wybrałem to słowo, wyjaśnię.
Mahlet. Tak miała na imię dziewczyna, która w lutym 2023 roku zmarła w lesie pod Hajnówką. Że była istotą o pozaziemskiej urodzie wspomnę, ale nie ma to przecie znaczenia. W długą zimową noc nikt nie zdążył z pomocą. Z ogarniętej kolejną wojną Etiopii Mahlet próbowała przedostać się do naszego świata. Myślę często o jej samotności w tamtej chwili. O jej lęku, nadziei, rozpaczy. O jej ostatnim oddechu.
Chcę, z szacunkiem, zadedykować tę książkę pamięci Mahlet Kassa.
W Etiopii, gdzie każde imię opowiada historię, Mahlet znaczy: Pieśń Pochwalna. Oda.
Marcin Kydryński
nad Liwcem, 2 lipca 2025
Na prośbę kilkorga bohaterów Ody ich imiona lub inicjały zostały zmienione.
Będę wdzięczny, jeśli Czytelnik sięgnie po etiopskie historie z tomu Biel. Rozdziały: Dwie opowieści o okrucieństwie; Andrew Wilson; Siedem notatek z Etiopii pomogą w pełnym zrozumieniu tej książki.