Świat jest pełen ostrzeżeń przed „drugim razem”. Istnieje nawet pojęcie jak sophomore slump, czyli zjawisko spadku formy, motywacji lub wyników w drugim roku działalności, najczęściej dotykające studentów drugiego roku, ale także sportowców lub artystów po udanym debiucie. Aktorzy mówią o klątwie drugiego spektaklu, muzycy drżą przed drugą płytą, reżyserzy przed drugim filmem, sportowcy przed drugim sezonem, a my, pisarze, mamy swoje „przekleństwo drugiej książki”. I być może właśnie dlatego moja druga książka stała się „Trzecią”, by oszukać statystykę i od razu przejść do kolejnego etapu.
Debiut jest jak pierwsza miłość, wybaczamy mu błędy, bo urzeka nas jego świeżość, ale ta druga książka, jest jak egzamin dojrzałości. To moment, w którym świat mówi: „Sprawdzam, czy naprawdę potrafisz pisać, czy to był tylko jednorazowy łut szczęścia”. Pisząc moją drugą książkę wszyscy mnie przed tym przestrzegali, czułam ogromne obawy, zupełnie niepotrzebnie, bo książka znalazła się na długiej liście do Nagrody Wielkiego Kalibru. Jednak presja oczekiwań ze strony wydawcy, czytelników i krytyków była ogromna i wtedy stało się coś przewrotnego. Mój drugi thriller psychologiczny otrzymał tytuł „Trzecia”. Żartobliwie mogłabym dziś powiedzieć, że to był genialny zabieg psychologiczny. Postanowiłam oszukać system. Skoro druga książka jest przeklęta, to dlaczego by jej po prostu nie przeskoczyć? Nazwijmy ją „Trzecią” i udawajmy, że ten trudny, kryzysowy etap mamy już za sobą. To taki mój prywatny neurohacking literacki, zmiana nazwy, by zmienić nastawienie.
Oczywiście, rzetelność zawodowa, którą pielęgnuję od dekady nakazuje mi się przyznać: tytuł był pomysłem wydawcy, który idealnie oddawał ducha mojej historii. Psychoterapeutka, główna bohaterka „Trzeciej” nie wie, że jest obserwowana, a stalker już odkrył, gdzie ona mieszka i pracuje, ma swoją listę kobiet, ona jest na niej trzecia. Równie dobrze mogłaby być druga albo piąta, ale w fabule użyłam słowa trzecia i mój roboczy tytuł „Psychoterapeutka” wydawca zmienił na „Trzecia”, a pomysł był tak błyskotliwy w swojej prostocie, że stał się dla mnie tarczą obronną przed klątwą drugiej książki.
Gdy na rynku pojawia się znów „Trzecia” jako wznowienie, w nowej oprawie graficznej, patrzę na nią z zupełnie innej perspektywy. Dziś widzę w niej coś więcej niż tylko walkę z „klątwą numeru dwa”. Widzę tam odwagę dotykania tematów trudnych, zdradę, związek z dużo młodszym mężczyzną, trójkąt emocjonalny i szukanie własnej tożsamości w relacjach, które nas przerastają. To historia o sekretach, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego, a każdy z nas takie ma, prawda?
Wznowienie książki po latach, to dla pisarza ostateczny test. Czy ta historia wciąż oddycha? Czy tematy, które wtedy wydawały się palące, dziś nie są jedynie popiołem? W przypadku „Trzeciej”, mam poczucie, że czas zadziałał na jej korzyść, bo lęk przed byciem „tą drugą” lub „tym drugim” w życiu kogoś bliskiego, to lęk, który się nie starzeje, a w tym thrillerze odgrywa on znamienną rolę.
Niezależnie od tego, czy piszesz książkę, zmieniasz pracę, czy wchodzisz w nową relację, ten „drugi raz” zawsze będzie stresujący. Moja rada? Jeśli paraliżuje Cię strach przed drugim krokiem, nazwij go w głowie trzecim. Oszukaj własny lęk, bo w końcu nie chodzi o numerację, ale o to, by iść dalej.