Różnice między ekranizacjami a ich literackimi pierwowzorami bywają niekiedy przyczyną zaciętych dyskusji. Zdarza się, że do sporów między książkowymi molami a kinomanami (lub serialomaniakami) włącza się sam autor lub autorka. Tak było w przypadku popularnego filmu i powieści „The Idea of You. Na samą myśl o tobie”. Produkcja Amazona swego czasu stała się ogromnym hitem, a choć materiał źródłowy również mógł pochwalić się świetnymi wynikami sprzedaży, można przypuszczać, że znacznie więcej osób zna interpretację scenarzysty i reżysera Michaela Showaltera niż oryginalną historię pióra Robinne Lee. Czym może zaskoczyć jej książka tych, którzy zapoznali się tylko z filmową wersją?
Ona lada moment skończy 40 lat, jest rozwódką, matką i właścicielką galerii sztuki. On ma ledwie 24 lata i stoi na czele najpopularniejszego boysbandu na świecie. Ich drogi przecinają się na festiwalu Coachella. Solène wybiera się tam w roli opiekunki nastoletniej córki, a Hayes ma wyjść na scenę ze swoim zespołem August Moon. Jako że mamy do czynienia z komedią romantyczną, reszty można się łatwo domyślić. Mimo różnicy wieku para pada sobie w ramiona. Dalej śledzimy ich wzloty i upadki, a finał zostawia nas z nadzieją, że zakochanych czeka wspólna świetlana przyszłość. Z tym że, no właśnie – to tylko wersja filmowa. Bohaterowie grani przez Anne Hathaway i Nicholasa Galitzine'a w ostatniej scenie filmu z 2024 roku rzeczywiście patrzą na siebie maślanymi oczami po 5-letniej przerwie i wszystko wskazuje na to, że tym razem nie pozwolą już, by coś ich rozdzieliło. Autorka literackiego pierwowzoru chciała jednak opowiedzieć zgoła inną historię.
Pomysł na powieść narodził się z dość niespodziewanie. Robinne Lee, amerykańska aktorka i pisarka, przyznała, że pewnego wieczoru przeglądała w internecie teledyski i natrafiła na młodego muzyka, którego wcześniej nie znała. Zaintrygowana jego urodą, zaczęła szukać informacji na jego temat. – Spędziłam dobrą godzinę lub więcej googlując i próbując dowiedzieć się, kim był ten dzieciak – wspominała w wywiadzie. Wówczas dowiedziała się między innymi, że spotykał się ze starszymi kobietami. To właśnie wtedy pojawił się zalążek historii, która kilka lat później trafiła na księgarskie półki, a następnie na ekrany.
Tajemniczym źródłem inspiracji był Harry Styles. Nie oznacza to jednak, że Lee napisała historię o nim samym. Jak podkreśla, Hayes Campbell, główny bohater jej powieści, jest postacią fikcyjną, na którą złożyły się cechy różnych mężczyzn. Wśród inspiracji pisarka wymieniała również księcia Harry'ego, Eddiego Redmayne'a, swojego męża i byłych partnerów. Stanowczo zaznacza więc, że sprowadzanie całej historii do fanfiction o byłym członku One Direction byłoby dużym uproszczeniem.
Jej nadrzędnym celem było opowiedzenie historii kobiety, która zbliża się do czterdziestki, na nowo odkrywa swoją seksualność oraz przestaje przejmować się społecznymi zakazami i nakazami. Rynek przyjął tę fabułę z otwartymi ramionami. Powieść ukazała się w 2017 roku, a zaledwie kilka lat później doczekała się szeroko komentowanej ekranizacji. Zupełnie nas to nie dziwi – w końcu kto choć raz nie fantazjował o tym, że ulubiony muzyk spojrzy ze sceny akurat na nas?
(Fot. materiały prasowe Wydawnictwa Otwartego)
Film Michaela Showaltera zachowuje główny zarys spisanej na kartach książki historii, ale w kilku miejscach istotnie się od niej różni. Zmiany dotyczą nie tylko szczegółów, lecz także sposobu przedstawienia bohaterów, charakteru ich relacji i wymowy całej powieści. Niektóre z nich mogą nieźle zaskoczyć osoby, które znają wyłącznie ekranizację. Uwaga na spoilery! Jeśli nie chcesz psuć sobie niespodzianki, przerwij czytanie i pędź do biblioteki!
Jedna z najważniejszych różnic dotyczy wieku bohaterów. W książce Solène ma 39 lat, a Hayes tylko 20. W filmie muzyk jest za to cztery lata starszy. Niby jest to niewielka różnica, ale wpływa ona na odbiór całego związku – nie mamy już do czynienia z kimś, kto ledwo skończył liceum. Zmieniono również wiek córki Solène, Izzy. W powieści dziewczynka ma 12 lat i jest wielką fanką zespołu August Moon, przez co romans matki staje się dla niej jeszcze trudniejszy do zaakceptowania. W ekranizacji Izzy jest już szesnastolatką i uważa, że muzyka boysbandu skierowana jest raczej do młodszych od niej słuchaczy.
Ci, którzy dobrze znają książkową Solène, mogą być również zdumieni sposobem, w jaki przedstawiono ją w filmie. Na ekranie bohaterka jest bardziej „przystępna” i ma łagodniejsze usposobienie. Robinne Lee stworzyła postać nieco chłodniejszą i zdystansowaną. Autorce zależało na pokazaniu kobiety, która nie zamierza nikomu się podporządkowywać ani przepraszać za swoje pragnienia. W ekranizacji ten aspekt jej osobowości zszedł na dalszy plan, aby widzki mogły łatwiej utożsamiać się z bohaterką.
Największy rozdźwięk między obiema wersjami obserwujemy jednak w finale. Jak już wspominaliśmy, film kończy się obietnicą szczęśliwego zakończenia. Bohaterowie przetrwali rozłąkę, nie przestali o sobie myśleć, a po pięciu latach ponownie stają ze sobą twarzą w twarz. Dalszego ciągu już nie poznajemy, jednak wzruszenie malujące się w oczach dawnych kochanków skłania do interpretacji, która pozwala wierzyć w ich wspólną przyszłość. Za to w książce taka scena... nie ma miejsca. Solène podejmuje decyzję o rozstaniu, chcąc ochronić córkę przed konsekwencjami medialnego zainteresowania jej związkiem. Hayes próbuje co prawda utrzymać kontakt, dzwoniąc i zasypując ją wiadomościami, ale kobieta konsekwentnie pozostawia je bez odpowiedzi.
Z czasem wiadomości ustają, a drogi bohaterów ostatecznie się rozchodzą. Uczucie nie znika rzecz jasna jak ręką odjął, ale zakochani nie dostają drugiej szansy, jaką sugeruje film.
Dlaczego Robinne Lee zdecydowała się na tak gorzki finał? Otóż okazuje się, że od samego początku nie chciała pisać klasycznej komedii romantycznej ku pokrzepieniu serc. Interesowała ją raczej historia miłosna, która pozostawi czytelników z pytaniami o odpowiedzialność za podejmowane decyzje i granice poświęcenia. Autorka podkreślała jasno, że choć filmowe kadry z Hathway i Galitzinem trafiły na okładkę wznowionego nakładu, powieść i jej ekranizację należy traktować raczej jako dwa odrębne dzieła.
Filmowy finał odpowiada bowiem oczekiwaniom szerokiej publiczności, spodziewającej się romantycznego domknięcia historii. Książka zaprasza za to do trudniejszej refleksji: jaką cenę jesteśmy gotowi zapłacić za miłość i czy każde uczucie musi kończyć się życiem we dwoje? Jeśli widziałaś już „Na samą myśl o tobie” na Amazon Prime lub HBO GO i chcesz spojrzeć na nią z innej perspektywy, pora koniecznie sięgnąć po powieść.