fbpx

Filip Springer: Marzenie we Wrocławiu

Filip Springer: Smutek na Gocławiu

Ostatnio dużo jeżdżę. Głównie po Dolnym Śląsku. Bolesławiec, Zgorzelec, Głogów, Legnica. W każdym z tych miejsc spędzam nie więcej jak kilka godzin. A potem jadę dalej. Do wielkich miast wracam z uczuciem ulgi. Bo niby taki jestem wielkomiejski.
W Zgorzelcu chce mi się wyć. Na dworcu w porannej mgle rozważam samobójstwo – tak jest beznadziejnie. Ale wsiadam do pociągu i podsłuchuję rozmowy ludzi. Nie wydają się być jakoś przesadnie nieszczęśliwi. Potem zasypiam.

Bolesławiec, kraina Pachnicy Dębowej (to taki rzadki chrabąszcz, podobno występuje tylko tu). W parku przed dworcem dowiaduję się o tym z tablicy informacyjnej. Obok stoi fikuśny obrazek pachnicy monstrualnych rozmiarów. Mogę włożyć twarz przez wycięty otwór i zrobić sobie zdjęcie. Poczuć się jak owad. Wsiadam do taksówki, jadę na obrzeża miasta. Ta podróż trwa jakieś trzy minuty. Gość patrzy na mnie jak na wariata, gdy mówię mu dokąd ma mnie zawieźć. Do następnego pociągu mam godzinę, więc wracam pieszo. Oglądam poniemieckie budynki, jakiś zaniedbany park. Brnę przez ostatni śnieg. Chciałbym gdzieś usiąść, napić się kawy, ale nie mam gdzie. Myślę o tym zgorszony, robię jakieś zdjęcia. Zapuszczam korzenie na zimnym dworcu, potem przyjeżdża pociąg. Jest nowy, pachnący i z logo Deutsche Bahn. Ma mnie zawieźć do lepszego świata.

Ale ja wysiądę w Legnicy. Tamtejszy dworzec jest strasznie smutny. Biegnę na PKS, bo chcę złapać autobus do Polkowic. Lubię Legnicę, jej wielkomiejskie kamienice, które oglądałem za każdym razem, gdy jeździłem tędy do Miedzianki. Wyglądało to wszystko na duże miasto. Tylko raz wyszedłem tu poza dworzec. Miałem spotkanie autorskie w Muzeum Miedzi. Wymyślili, że odbędzie się w czwartek o godzinie 12. Pomyślałem, że nikt nie przyjdzie, ale płacili, więc pojechałem. Była pełna sala.

Ale teraz czekam tu tylko na dworcu, robię zdjęcia odrapanych ścian i reklam, które wiszą tu dosłownie wszędzie. Jest tu brzydko i smutno. Ale autobus jest nowy i też pachnie. Bilet kosztuje dychę. Za niewiele więcej dojechałbym do lepszego świata – do Wrocławia na przykład.

No to są Polkowice, ale spędzam tu dosłownie trzydzieści minut, robię dwa zdjęcia i znikam. Jadę do Głogowa, zjadam w McDonaldzie coś okropnego, a potem idę sfotografować i w duchu obśmiać tego ich Lidla, z atrapą renesansowych kamieniczek na jednej z elewacji. W internecie strasznie się wszyscy z niego śmieją. Cała starówka Głogowa to jest atrapa, bo front się przeczołgał przez miasto z pełnym rozmachem.

Po całym dniu fotografowania koszmarów architektury staję przed głogowskim dworcem i nie mogę wyjść z zachwytu. Piękny, przedwojenny modernizm bez grama kiczu. Wytchnienie dla oczu. Aż żałuję, że muszę wsiadać do pachnącego pociągu. Jadę do Wrocławia.

Dzień później spotkanie. Rozmawiamy o książce Katarzyny Kajdanek „Suburbanizacja po polsku”. Zjeździła te wszystkie dolnośląskie pipidówy i zbadała ich przedmieścia. Bo Bolesławiec, Zgorzelec i Jelenia Góra mają swoje suburbia. Kasia, jako pierwsza w Polsce, to zauważyła i opisała. No więc rozmawiamy o tym w ważnym muzeum, na widowni siedzi trochę ludzi. Kasia opowiada o kobiecie, która – mieszkając na przedmieściu Bolesławca – marzy o powrocie do tego miasta, bo brakuje jej miejskiego życia. Patrzę na widownię, ludzie uśmiechają się pobłażliwie. Ale Kasia kontynuuje, mówi, że tamta kobieta to tak naprawdę marzyła o Zielonej Górze. Na sali śmiech. Bo jak może marzyć o Bolesławcu i Zielonej Górze? Marzy, to się o Berlinie, Nowym Jorku, Londynie. Niektórzy marzą o Wrocławiu, inni o Warszawie. To są miasta przynajmniej z tramwajami.

Przypominam sobie te pachnące pociągi i autobusy, którymi jeździłem cały dzień. Można dzięki nim w miarę komfortowo uciekać z niepachnących dworców w odrapanych miastach, w których o 9 rano nie ma gdzie wypić kawy w papierowych kubkach. Nie marzę o tych miastach, potrzebuję ich na kilka godzin, potem zaczynają mnie męczyć. Polska ma się podobno rozwijać aglomeracyjnie, stawiamy na duże miasta. Legnica, Bolesławiec i Zgorzelec będą skreślone, bo są obciążeniem w naszym pędzie do lepszego świata. A mimo to są ludzie, którzy o nich marzą. Nie rozumiem ich, ale przecież nie wszystko muszę rozumieć. I jakoś śmiech z tych ludzi nieprzyjemnie drapie mnie w gardle.