fbpx

Ewan McGregor: Trzeba mieć refleks

Szkot z Hollywood. Trudny do rozszyfrowania. To bardziej miłośnik kina akcji, Obi-Wan Kenobi z „Gwiezdnych wojen” czy aktor Polańskiego, Allena lub Greenawaya? – Gram w filmach, które są w stanie mnie zaskoczyć – mówi Ewan McGregor. W najnowszym – „Połów szczęścia w Jemenie” – wędkuje pośrodku pustyni.
Lubisz łowić ryby?

Ewan McGregor: Umówmy się, że lubię ryby [śmiech]. Nic nie równa się z plastrami dobrze uwędzonego szkockiego łososia serwowanego razem z sadzonymi jajkami na śniadanie. Co do łowienia, jeszcze jako dziecko kilka razy próbowałem. I nie mogę powiedzieć, żeby to było moje hobby.

Czyli musiałeś poświęcić się dla roli – w filmie „Połów szczęścia w Jemenie” jest sporo wędkowania.

To było ciekawe zadanie aktorskie. Pracowałem z profesjonalnymi instruktorami wędkarstwa muchowego z Anglii i Szkocji. Zupełnie nie znałem tej techniki łowienia, a samemu trudno się połapać, o co w niej chodzi. Chociaż jak teraz o tym pomyślę, chyba nie do końca przykładałem się do nauki, bo w moim podejściu do łowienia nic się nie zmieniło. Nadal pociąga mnie jedynie jego kontemplacyjny i relaksacyjny aspekt. Stoisz po pas w wodzie w jakimś ładnym miejscu.

„Połów szczęścia w Jemenie” jest komedią romantyczną, dramatem?

Być może zabrzmię arogancko, ale ten film wydaje mi się zbyt mądry, żeby być komedią romantyczną. Chociaż wiem, że niektórzy tak go właśnie odbierają. Jednym z wątków jest co prawda miłość, mój bohater do niej dojrzewa, ale „Połów…” to także satyra polityczna na brytyjskiego premiera, którym w podtekście jest Tony Blair. Pojawia się tu wreszcie problem wiary. Chodzi mi o wiarę w nieznane, niewytłumaczalne i na pierwszy rzut oka absolutnie niemożliwe, która jest w opozycji do nauki i racjonalnego myślenia. Tak jak zachcianka jemeńskiego szejka, który umyślił sobie, żeby łowić łososie w rzece na środku pustyni.

Kim jest Alfred Jones, którego grasz?

Stąpającym twardo po ziemi naukowcem. Pracuje nad praktycznie niemożliwym do zrealizowania projektem, który stoi w sprzeczności z jego naukowymi przekonaniami. A jednak w pewnym momencie daje się ponieść innemu spojrzeniu na określone sprawy.

Dzięki temu filmowi mogłeś wrócić do swoich rodzinnych stron.

Nakręciłem w Szkocji w sumie pięć filmów, więc to nie jest tak, że nadarzyła się okazja i powróciłem w roli marnotrawnego syna. Wracam każdego roku. To kraj, w którym się urodziłem i wychowałem, zawsze będzie miał specjalne miejsce w moim sercu.

Mieszkasz teraz na stałe w Los Angeles, ale nadal słychać, skąd pochodzisz. Czy twój szkocki akcent kiedykolwiek przeszkadzał ci w graniu?

Na szczęście nie pochodzę z Glasgow, Edynburga albo Aberdeen, gdzie akcent jest naprawdę twardy i trudny do zrozumienia, szczególnie dla Amerykanów. Z moim nie jest chyba tak tragicznie, złagodniał już w czasach, kiedy mieszkałem w Londynie. Tak czy inaczej nie mam zamiaru przed kimkolwiek ukrywać, skąd jestem. Zresztą od amerykańskich aktorów różnią mnie też inne rzeczy.
Na przykład to, że pochodzę z kraju, gdzie aktorstwa uczy się w sposób klasyczny. W Stanach mówi się, że grać może każdy. Ja jestem zwolennikiem innej teorii. Uważam, że myśląc poważnie o uprawianiu zawodu aktora, powinno się pokonać całą żmudną drogę. Tę samą, którą przechodzą absolwenci wydziałów aktorskich w Europie. Tutaj nie ma takiego przygotowania, bardzo szybko stajesz się zawodowcem. Nie zawsze z korzyścią dla twojego warsztatu.

Masz na koncie współpracę z najbardziej znanymi reżyserami, w kultowych filmach. Jednocześnie nie odmawiasz udziału w produkcjach całkowicie komercyjnych. Starasz się zachować jakąś równowagę między tym, co ambitne, a tym, co popularne?

To nie tak. Ja nie kalkuluję, jak dany film wpłynie na moją karierę, jakie nazwisko stoi za kamerą. Z doświadczenia wiem, że reżyserzy są kompletnie nieprzewidywalni. Byli i tacy, którzy mówili mi dokładnie, gdzie mam stanąć, jak spojrzeć, w jaki sposób wypowiadać swoje kwestie. Nie podobały
mi się takie metody, nawet jeśli miałem świadomość, że pracuję z niezwykłymi twórcami i wychodziło to filmowi na dobre. Poza tym z mojej perspektywy wygląda to tak, że nieważne, czy gram w produkcji wysoko- czy niskobudżetowej. Kosztuje mnie to tyle samo wysiłku, a i tak nigdy nie mam gwarancji, że film będzie udany i odniesie sukces.

Jak w takim razie dobierasz sobie role?

Kryterium numer jeden jest scenariusz, bo to na nim wszystko się opiera. Jeśli ten fundament jest do niczego, żaden talent nie pomoże. Czytając scenariusze, zawsze zdaję się na swój instynkt. Wybieram tylko to, co jest w stanie mnie zaskoczyć. Jeżeli w którymś momencie myślę: „zaraz, zaraz, już to gdzieś czytałem, tylko trochę w innej wersji”, rzucam kartki w kąt. To, że potrafię sobie wyobrazić siebie samego w jakiejś roli już w trakcie jej czytania, też jest jak najlepszym znakiem.

Masz zawodowe marzenia? Rolę życia albo reżysera, u którego chciałbyś koniecznie zagrać?

Teraz marzę głównie o tym, żeby samemu stanąć za kamerą. Mam już za sobą jedno takie doświadczenie, ale to był film krótkometrażowy. Teraz myślę o czymś większym. Praca nad tamtą produkcją trwała cztery dni i dała mi niesamowitego kopa. To uczucie, kiedy scena, którą do tej pory miałeś tylko w głowie, nagle rozgrywa się przed twoimi oczami! Fantastyczne! Naprawdę chciałbym przejść przez cały proces od początku do końca, opowiedzieć jakąś historię i zobaczyć, jak zadziała na widzów. Reżyserowanie wydaje mi się naturalnym przedłużeniem tego, co teraz robię.

To co cię powstrzymuje? Dlaczego nie kręcisz?

Nie chcę robić tego byle jak, tylko po to, żeby dodać magiczne słówko „reżyser” do mojej filmografii. Nie mam jeszcze odpowiedniego scenariusza. To znaczy jeden znalazłem, ale spanikowałem i kto inny go wykorzystał. Robiłem też drugie podejście. Spodobała mi się pewna historia i starałem się o prawa do jej ekranizacji. I znowu ktoś mnie uprzedził. Jak widzisz, w tej branży oprócz wielu różnych cech trzeba mieć niezły refleks.

Poza kinem masz inne pasje?

Jestem facetem, który skończył 41 lat, mam żonę, dzieci i psa, z którym trzeba wychodzić na spacer. Prowadzę normalne, ustabilizowane życie, mam wystarczająco dużo obowiązków, żeby się nie nudzić. Jeśli myślę o pasji, to przychodzi mi do głowy mój motor. W 2004 i 2007 roku odbyłem dwie długie motocyklowe podróże. Zwiedziłem kawał świata. To była przygoda życia, ale na razie nie planuję kolejnych. Już w czasie tamtych podróży ciężko było mi się rozstawać z rodziną. Teraz mam cztery córki i kompletnie sobie tego nie wyobrażam. I tak spędzamy osobno dużo czasu, za każdym razem, kiedy kręcę film, muszę gdzieś wyjechać. Miałbym niezłego kaca moralnego, gdybym zostawił je z powodu kolejnej wycieczki. Nie śpieszy mi się, czekam na moment, kiedy wszyscy, całą rodziną, będziemy mogli pojechać gdzieś naprawdę daleko.

Wśród kolegów po fachu masz opinię niesamowicie sympatycznego faceta. Słyszałam, jak chwalił cię Christopher Plummer. Zagraliście razem w filmie „Debiutanci”, za rolę w którym on dostał niedawno Oscara.

Dziękowałem już Christopherowi za to, co mówił o mnie na rozdaniu Oscarów. Myślę, że jest tak szczodry w rozdawaniu komplementów pod moim adresem dlatego, że kiedy pracowaliśmy nad „Debiutantami”, wytworzyła się między nami silna więź. Było tak, jakby rzeczywiście on był moim ojcem, a ja jego synem.

Widzisz siebie w wieku Christophera Plummera? Co chciałbyś robić, mając jego 82 lata?

Chciałbym mieć jego pamięć i dostawać takie role. Nie jestem w stanie wymyślić dla siebie lepszego scenariusza.