fbpx

Joanna Racewicz – 13. rozmowa o książce i miłości

Materiały prasowe

Przeprowadziła 12 rozmów, a sama broni się przed wywiadem. – Najważniejsze są one, nie ja – mówi Joanna Racewicz. One, czyli bohaterki jej książki „12 rozmów o miłości. Rok po katastrofie”, wydanej przez Wydawnictwo Zwierciadło.
Gdy autorka (żona Pawła Janeczka zwanego Janosikiem, szefa ochrony Prezydenta RP, który zginął w katastrofie pod Smoleńskiem) daje się jednak namówić na rozmowę, jej niespełna trzyletni syn Igorek nie odstępuje mamy na krok. W którymś momencie, podnosząc głowę znad kolejki, mówi: „nie płacz, mamusiu”. I paluszkiem wyciera jej łzy. Najbardziej poruszająca scena na świecie.

– Oto książka, owoc kilkumiesięcznej pracy, gotowa. Jakie to uczucie? Ulga, radość czy jednak obawy?

– Jest niepokój – jak książka zostanie odebrana. I ulga – bo nie było łatwo ją pisać. To były najtrudniejsze rozmowy w życiu. To tak jakby 12 razy przeżywać to samo: wejść do rzeki, która jest wzburzona, pełna emocji – od wściekłości, żalu, bólu, wadzenia się z Bogiem, poprzez wyrzucanie sobie braku czasu i pokory wtedy, gdy oni jeszcze żyli.

– Kiedy narodziła się pierwsza myśl o książce?

– Pamiętam to dokładnie.Początek lata, piękne, ciepłe, późne popołudnie. Idę alejką w stronę kwatery smoleńskiej na Powązkach i widzę z daleka niewyraźne, zgięte wpół przy grobach sylwetki dziewczyn. Jeszcze dobrze się nie znałyśmy. Jedna z konewką, jedna z nożyczkami, bo przycinała trawę, inna z grabkami cierpliwie usuwająca suche liście. Zupełnie jak pierwsza scena z filmu „Volver” Almodóvara. Jak tamten obraz małego hiszpańskiego miasteczka, które składa się głównie z kobiet, bo mężczyźni odeszli w różnych okolicznościach. Zostały kobiety, a sensem ich życia stał się cmentarz i pielęgnowanie pamięci o tych, których już nie ma. To wtedy przyszła myśl, mocna jak imperatyw z samego środka: trzeba to opisać. Ale jak? Jak dać świadectwo emocjom, myślom, jak pokazać obraz świata, który rozpadł się w drobny mak razem z tym strasznym samolotem? Jak to przedstawiać, żeby przesłanie było jasne i czytelne? I następna myśl: pozwól im mówić, rozmawiaj, zatrzymaj chwilę, czyli „Porozmawiaj z nią”, znów film Almodóvara. Tak to się urodziło.

– Wiedziała pani, że historii powinno być 12?

– Nie od samego początku. Ale gdy – w połowie pracy – zadano mi pytanie, kiedy książka ma się ukazać, tylko chwilę myślałam o rocznicy katastrofy. Bardzo chciałam, żeby to były urodziny mojego męża. I to się prawie udało. Paweł urodził się 16 kwietnia, a kiedy doda się datę premiery książki (6 kwietnia) i datę katastrofy, wychodzi 16. To ostatni prezent, jaki mu mogę dać. Dedykowałam książkę Pawłowi i Igorkowi. I wybrałam bardzo szczególne zdjęcie [fotografia powyżej], bo choć taty fizycznie nie ma, to wierzę, że będzie go nieść przez życie. Jak dobry i mądry anioł, najlepszy na niebie opiekun…

– Wtedy, tam na cmentarzu, zakiełkowała więź między wami?

– Tak. Kiełkowała powoli, choć bardzo… konsekwentnie. Każda z nas na swój sposób przechodzi żałobę. Ten okrutny cykl dokładnie opisanych faz, o których napisano tysiąc mądrych książek. Każda z nas tą drogą podąża, w bardzo różnym, właściwym sobie samej tempie. Na Powązkach spotykamy się prawie codziennie. Wystarczy spojrzenie i każda z nas natychmiast wie, co się z drugą dzieje. Czy trzeba ją zostawić samą, czy mocno i z całego serca przytulić, powiedzieć coś, co podtrzyma na duchu, czy milczeć. Bo czasem milczenie jest bezcenne. Szczególnie w tej sprawie. Od roku, od pierwszego dnia, gdy to się wydarzyło, wrzawa nie milknie. Chwila ciszy jest więc na wagę złota. Napisałam tę książkę także dlatego, żeby to ludziom uzmysłowić.

– To także rodzaj terapii?

– Gdyby chodziło tylko o terapię, zatrzymałabym się na etapie samych rozmów. Nie musiałabym ich spisywać. Bo każde ze spotkań z tymi niezwykłymi dziewczynami jest rodzajem oczyszczenia. Kiedy pomyślałam o książce, chciałam postawić krok dalej. Słowo „pomnik” jest zbyt patetyczne. Więc może „uwiecznienie”? Ratowanie od zapomnienia? Bo ci niezwykli mężczyźni, którzy tak nieoczekiwanie odeszli, zasługują na pamięć. Nie tylko ich najbliższych.

– A ta bywa ulotna.

– I to bardzo. Jola [Przewoźnik – przyp. red] powiedziała mi, że dzisiaj pewnie inaczej by ubierała w słowa swoje emocje niż wtedy, kiedy rozmawiałyśmy. Tamta rozmowa jest dla niej zatrzymaniem tamtej chwili.

– Dla mnie ta książka to intymna kronika z przesłaniem – że trzeba doceniać to, co mamy.

– Kiedy pierwszy raz publicznie powiedziałam o tym szanowaniu chwil, dostałam bardzo szczególny list. Młoda dziewczyna napisała: „Pani Joasiu, wychodzę za tydzień za mąż. Usłyszałam, co pani powiedziała o mężu, popatrzyłam na swojego chłopaka i pomyślałam, że będę robiła wszystko, żeby on wiedział, że jest dla mnie absolutnie najważniejszy na świecie. I to zawdzięczam pani”. Pomyślałam sobie, że jeśli choć jedna osoba po przeczytaniu takiej kroniki miłości doceni chwilę spędzoną z kochanym człowiekiem – to warto o tym pisać.

– Książka jest niezwykła z kilku powodów: po raz pierwszy ktoś mówi o katastrofie przez bliskich ofiar, nie dzieląc ich na opcje polityczne. Pokazuje niezłomnych, prawych, oddanych służbie państwowej mężczyzn i stojące u ich boku silne i mądre kobiety. Brakuje mi w niej jednego – pani opowieści o swoim mężu.

– Jeszcze nie jestem gotowa. Na razie skupiam się na tym, żeby najpiękniejszym pomnikiem Pawła był Igor.

– Jest do taty podobny?

– Bardzo. Jest takim małym Janosikiem, bardzo silną osobowością, zdobywa ludzkie serca natychmiast, tak jak Paweł. Igor miał niespełna roczek, kiedy poszłam z nim na jakiś rodzinny piknik. Byli animatorzy, kolorowe bańki mydlane i wielki kawałek tęczowego materiału, po którym skakały dzieci. Posadziłam na nim Igorka – a on zaczął raczkować. I natychmiast ustawiła się za nim kolejka dzieci, sporo starszych, które zaczęły też zasuwać na czworakach. Paweł miał charyzmę, która sprawiała, że jego przyjaciele poszliby za nim w ogień.

– Legendarny już ten pani Janosik.

– Wyjątkowy. To prawda. Próbuję opisywać tatę – dla Igora. Próbuję – to dobre słowo… Za każdym razem kończy się to kompletnym rozbiciem, bo natychmiast przychodzi myśl, że byłam najszczęśliwszą kobietą na świecie, choć nie zawsze umiałam to docenić. Cokolwiek się działo, Paweł był przy mnie. Powtarzał: „nie martw się, damy radę, kto, jak nie my”. Patrzyliśmy na starszych ludzi trzymających się za ręce i byliśmy pewni, że tak będziemy wyglądać za kilkadziesiąt lat. Mieliśmy zdążyć. Paweł miał mnie nauczyć nurkować, jeździć na motorze, miał chodzić z Igorkiem na lekcje dżudo. Tyle było przed nami… Jednym z pierwszych prezentów, jaki Igor dostał od kolegów Pawła, był strój dżudoki, na metr dziesięć, z wyhaftowanym imieniem Igora i biało-czerwoną flagą. W tym stroju miał chodzić na zajęcia dżudo. Niedługo do niego dorośnie…

– Pamięta tatę?

– Rozpoznaje go na zdjęciach. Pamięta i tęskni. Wciąż ma nadzieję, że pan na motorze, który zatrzymał się koło nas na światłach – to tata. Igorek miał najlepszego tatę na świecie. I ten czas przeszły jest najbardziej okrutną formą w gramatyce. Paweł był taki szczęśliwy, że ma syna… Boże, jak mu się śmiały oczy…

– Już jest pani na etapie pogodzenia się z faktami?

– Z tymi faktami nie można się pogodzić… Na początku jest czekanie. Nadzieja, że zazgrzyta klucz w drzwiach. Takie zaklinanie rzeczywistości. Wciąż łapię się na tym, że chcę dzwonić do Pawła: nasz synek zna nowy wierszyk, nową piosenkę, powiedział mi: „kocham cię, mamusiu”, wracaj do domu, kochanie. Jeśli to prawda, że oni tam, na górze, nas widzą – Paweł mi zazdrości… Że nie może tak przytulić synka, jak ja mogę. To, żeby Igor był dumny z taty, to żadna sztuka. Ale żeby tata był dumny z Igora, to dużo trudniejsze zadanie. Teraz wyłącznie moje.

– Wiem, że słaba to pociecha, ale wy, kobiety, które to samo przeszły, macie teraz siebie.

– Bez nich nie wyobrażam sobie codzienności. Jesteśmy ze sobą w stałym kontakcie. Z Małgosią Szmajdzińską poznałyśmy się przed ubiegłorocznymi świętami wielkanocnymi, u niej w domu. Robiłam dla „Dzień Dobry TVN” materiał, który miał być pierwszym z cyklu o potencjalnych pierwszych damach. Fajnie nam się rozmawiało. A potem było Okęcie. Małgosia wzięła mnie w ramiona i powiedziała: „tak niedawno się poznałyśmy, a jesteśmy jak rodzina”.

– Widzę, jak jesteście sobie potrzebne.

– Bardzo. Beata Lubińska na przykład jest dla mnie jak siostra. Kiedy na Okęciu czekałyśmy na wojskową casę, wiedziałam, że to ona, i że muszę do niej podejść, porozmawiać. Zbliżyły nas dzieci, mój Igorek i jej Marysia, lat 7, i Jaś, który tuż przed katastrofą skończył roczek. Pojechałyśmy na wakacje. Taka dziwna pięcioosobowa rodzina. Między dziećmi wywiązała się jakaś nadzwyczajna więź, bez rywalizacji, niemal symbiotyczna. Igor biegał za Marysią i przytulał się do niej, kładł jej główkę na kolanach. Po alejkach na Powązkach spacerują, trzymając się za rączki, każde w innym wieku, innego wzrostu, ale zawsze razem, naznaczeni tym samym doświadczeniem.

– Wszystkie bohaterki książki zgodziły się na rozmowę bez wahania?

– Dwie osoby powiedziały, że nie są jeszcze gotowe, i w pełni to rozumiem. Panie, z którymi rozmawiam, zgodziły się bez większego wahania i – mam nadzieję – nie żałują.

– Zaufały pani.

– To zaufanie jest dla mnie i zobowiązaniem, i nagrodą… Gdy kiedyś patrzyłam na kumpli mojego męża, myślałam: „jak ja bym chciała mieć obok siebie takich przyjaciół na śmierć i życie”. Bardzo mu zazdrościłam, że stoją za nim murem, choćby się waliło i paliło. Pamiętam, jak mnie zabolało, że na nasz ślub, który odbył się poza Warszawą, stawili się wszyscy przyjaciele Pawła i tylko garstka moich koleżanek. Reszta nie mogła – bo za daleko, bo jutro trudny dzień itd., itp. Paweł powiedział: „nie martw się – Darek, Grzesiek, Michał, Robert – są jak twoja rodzina”. I miał rację. Miał intuicję do ludzi. Ci, których nazywał swoimi przyjaciółmi, zostali. Tak mało ludzi na świecie potrafi BYĆ w trudnych chwilach. Po prostu BYĆ.