Sławomir Fabicki: Wiem czego chcę

Sławomir Fabicki
Fot. Forum

Chciałbym robić co najmniej jeden film na trzy lata. To jest zdrowe. Napisać scenariusz, znaleźć producenta, zrealizować zdjęcia i zmontować – mówi Sławomir Fabicki, reżyser filmu „Miłość” w rozmowie z Tomaszem Kinem.
Usłyszałem niedawno od Twojego kolegi po fachu, Jacka Borcucha, że widz w procesie twórczym jest ostatnim, dalekim ogniwem.

Dla mnie widz jest najważniejszy. Z nim przede wszystkim staram się komunikować. Opowiadam mu o tym, co mnie dotyka i interesuje w świecie, człowieku. Myślę, że komunikacja poprzez emocje, jakie chcę w nim wzbudzić, jest bardzo ważna. Składową tego są pytania, jakie wówczas powstają. „Miłość” jest takim filmem, dzięki któremu widz filtruje emocje poprzez samego siebie. Zostawiłem widzowi w tym filmie sporo miejsca na interpretacje i myślenie.

Myślisz, że widz zrozumiał?

Po kilku spotkaniach w polskich miastach, mogę powiedzieć, że tak. Film jest głęboko odczuwany. Ciekawe, że każdy inaczej przepuszcza go przez siebie.

Inaczej widzą go mieszkańcy prowincji i metropolii?

Nie, odczucia są podobne. Film skupia się na konkretnych bohaterach i ich psychice, przeżyciach. Każdy porównuje te doświadczenia ze swoim życiem, dlatego jest to szalenie interesujące. Młodzi widzowie reagują jednak inaczej.

Kategorycznie?

Prawdopodobnie z powodu braku doświadczenia. Młody widz dziwi się postawie głównego bohatera. Nie rozumie jego rozterek i wewnętrznego rozedrgania. Denerwuje go to, że nie wymierza oprawcy sprawiedliwości. Nie mści się na nim. Dla młodego człowieka świat jest czarno-biały. Takie pojmowanie świata to oczywiście przywilej młodości. Ja jednak zrobiłem „Miłość” dla widzów starszych.

Ale nikt nie pozostaje po seansie obojętny.

Film bardzo porusza. Publiczność jest wkurzona na bohaterów za to, jak postępują, ale jednocześnie potrafią się z nimi utożsamić. Współczuć im, a przede wszystkim – rozumieć ich postępowanie. Osobiście cieszę się, że publiczność tak bardzo emocjonalnie przyjmuje mój film.

Dlaczego nie udźwiękowiłeś „Miłości” żadną muzyką?

Zależało mi na tym, by widz odbierał historię bez żadnych manipulacji. Owszem, reżyseria to manipulacja emocjami widzów. Przecież dobieram odpowiednio kadry, ustawiam grę aktorów i montaż…

Powiedziałbym, że muzyka to uzupełnienie.

Często bardziej zniekształca i manipuluje, niż obraz. To jest niedobre w kinie. Dlatego lubię czystość braci Dardenne. Oni w ogóle nie używają muzyki w filmach. Pozwalają za to widzowi wejść w świat i obserwować go wraz z bohaterami. Emocje zakłócają historię.

Quentinowi Tarantino się udaje.

Mówisz już o zupełnie innej działce kina. On rozmawia z widzem poprzez muzykę. Puszcza na przykład kawałek i zadaje pytanie: „Pamiętacie taki film sprzed wielu lat? Był sobie taki facet Sergio Leone”. Uprawia zupełnie inny rodzaj komunikacji i jest w tym świetny.

Producenta nie zdziwił Twój pomysł?

Ciężko było mu to przyjąć. Wiadomo, muzyka jest częścią wypełniającą film, ułatwia promocję, jednak ten obraz jest na tyle wyrazisty, że muzyka niepotrzebnie naddawałaby interpretację. Na szczęście miałem producenta, z którym mogłem się komunikować, a nie walczyć.