fbpx

Sławomir Fabicki: Wiem czego chcę

Sławomir Fabicki
Fot. Forum

Chciałbym robić co najmniej jeden film na trzy lata. To jest zdrowe. Napisać scenariusz, znaleźć producenta, zrealizować zdjęcia i zmontować – mówi Sławomir Fabicki, reżyser filmu „Miłość” w rozmowie z Tomaszem Kinem.
Usłyszałem niedawno od Twojego kolegi po fachu, Jacka Borcucha, że widz w procesie twórczym jest ostatnim, dalekim ogniwem.

Dla mnie widz jest najważniejszy. Z nim przede wszystkim staram się komunikować. Opowiadam mu o tym, co mnie dotyka i interesuje w świecie, człowieku. Myślę, że komunikacja poprzez emocje, jakie chcę w nim wzbudzić, jest bardzo ważna. Składową tego są pytania, jakie wówczas powstają. „Miłość” jest takim filmem, dzięki któremu widz filtruje emocje poprzez samego siebie. Zostawiłem widzowi w tym filmie sporo miejsca na interpretacje i myślenie.

Myślisz, że widz zrozumiał?

Po kilku spotkaniach w polskich miastach, mogę powiedzieć, że tak. Film jest głęboko odczuwany. Ciekawe, że każdy inaczej przepuszcza go przez siebie.

Inaczej widzą go mieszkańcy prowincji i metropolii?

Nie, odczucia są podobne. Film skupia się na konkretnych bohaterach i ich psychice, przeżyciach. Każdy porównuje te doświadczenia ze swoim życiem, dlatego jest to szalenie interesujące. Młodzi widzowie reagują jednak inaczej.

Kategorycznie?

Prawdopodobnie z powodu braku doświadczenia. Młody widz dziwi się postawie głównego bohatera. Nie rozumie jego rozterek i wewnętrznego rozedrgania. Denerwuje go to, że nie wymierza oprawcy sprawiedliwości. Nie mści się na nim. Dla młodego człowieka świat jest czarno-biały. Takie pojmowanie świata to oczywiście przywilej młodości. Ja jednak zrobiłem „Miłość” dla widzów starszych.

Ale nikt nie pozostaje po seansie obojętny.

Film bardzo porusza. Publiczność jest wkurzona na bohaterów za to, jak postępują, ale jednocześnie potrafią się z nimi utożsamić. Współczuć im, a przede wszystkim – rozumieć ich postępowanie. Osobiście cieszę się, że publiczność tak bardzo emocjonalnie przyjmuje mój film.

Dlaczego nie udźwiękowiłeś „Miłości” żadną muzyką?

Zależało mi na tym, by widz odbierał historię bez żadnych manipulacji. Owszem, reżyseria to manipulacja emocjami widzów. Przecież dobieram odpowiednio kadry, ustawiam grę aktorów i montaż…

Powiedziałbym, że muzyka to uzupełnienie.

Często bardziej zniekształca i manipuluje, niż obraz. To jest niedobre w kinie. Dlatego lubię czystość braci Dardenne. Oni w ogóle nie używają muzyki w filmach. Pozwalają za to widzowi wejść w świat i obserwować go wraz z bohaterami. Emocje zakłócają historię.

Quentinowi Tarantino się udaje.

Mówisz już o zupełnie innej działce kina. On rozmawia z widzem poprzez muzykę. Puszcza na przykład kawałek i zadaje pytanie: „Pamiętacie taki film sprzed wielu lat? Był sobie taki facet Sergio Leone”. Uprawia zupełnie inny rodzaj komunikacji i jest w tym świetny.

Producenta nie zdziwił Twój pomysł?

Ciężko było mu to przyjąć. Wiadomo, muzyka jest częścią wypełniającą film, ułatwia promocję, jednak ten obraz jest na tyle wyrazisty, że muzyka niepotrzebnie naddawałaby interpretację. Na szczęście miałem producenta, z którym mogłem się komunikować, a nie walczyć.

Jakim kluczem obsadzałeś?

Z Markiem Pruchniewskim napisaliśmy scenariusz dla nieco starszej pary. Ale rozmawiając z producentami i ekspertami, zatwierdzającymi scenariusze do produkcji w PISF, doszedłem do wniosku, że trzeba odmłodzić obsadę. Wtedy pomyślałem o Marcinie Dorocińskim.

To jego ważna rola. On – twardy bezkompromisowy dotąd w kinie bohater – pęka jak porcelanowa filiżanka.

Obsada jest dla mnie najważniejsza. Kieślowski powiedział kiedyś o kolejności istotnej dla produkcji filmowej. Wymienił scenariusz, obsadę i montaż. Całkowicie się z nim zgadzam. Upierałem się, żeby grał Marcin, bo jest świetnym aktorem i nie miał dotychczas podobnego wyzwania. Wiedziałem, że będzie to duże zaskoczenia dla widza i odnajdzie przyjemność w odkrywaniu tej postaci. Kiedy zaczyna się film, widać, że to silny mężczyzna. Dopiero kolejne etapy historii ukazują jego wewnętrzne pogubienie. Jego działanie wynika z bezsilności i bezradności. Potrzebowałem także dobrej aktorki, która zagra Marię – postać niesamowicie uczuciową. Maria ma w sobie wielką miłość i bezgraniczne uczucie do męża. Spotkałem się nawet z opiniami, że pokazałem ją z szowinistycznego punktu widzenia. Z tym się całkowicie nie zgadzam. To postać, która potrafi wsłuchać się w mężczyznę. Po prostu zawalczyć o miłość.

Dlaczego Julka tak długo w Tobie dojrzewała?

Z każdym aktorem podczas pracy używam innego języka, by coś zakomunikować. Marcin jest inny, Adam Woronowicz inny. Wypracowanie idealnego porozumienia trwa.

Kanalię obsadzało Ci się łatwiej?

Widziałem Adama Woronowicza w filmie „Chrzest” Marcina Wrony, w roli Grubego, jak katuje jakiegoś faceta. Pomyślałem: „Ten facet może zwariować. Jest wiarygodny jako człowiek posuwający się do skrajności.” Agata Kulesza naturalnie pasowała do charyzmy Adama. Ona potrafi być matką, kochającą i walczącą o swój dom do upadłego. Scena, w której Maria przychodzi do domu prezydenta miasta – Woronowicza, a Kulesza – żona staje za nim, w jego gabinecie, wygląda niemal jak na małżeńskim zdjęciu.

Niemal zamęczyłeś aktorów, nie pozwalając im spać przez dwadzieścia nocy planu zdjęciowego.

Tak, to była ciężka praca. Nie chciałem robić swojego filmu we wnętrzach hali, świecąc sztucznym światłem, imitującym noc. Założyliśmy z operatorem, że ważna jest czytelność nocnego pleneru za oknem, która buduje nam pewne wyobcowanie. Poza tym większość akcji dzieje się po zmroku.

Jak wyglądała praca z Tobą na planie?

Pracuję bez scenopisu. Oczywiście, wcześniej szczegółowo ustalam koncepcję z operatorem. Dokumentacja musi mieć swój czas. Potem można ustawiać kamerę. W przypadku „Miłości” wiedziałem, że chcę nawiązać do obrazów amerykańskiego malarza, Edwarda Hoppera. W swoich pracach doskonale uchwycił on samotność ludzi. W każdej ze scen filmu był taki kadr. Jeśli kiedykolwiek będziesz oglądał jeszcze „Miłość”, pewnie zwrócisz na to uwagę. Gdy na plan wchodzą aktorzy, zaczynamy próby. Zastanawiamy się na przykład, gdzie bohaterowie mają siedzieć, dlaczego akurat w tym miejscu, wyciągamy najlepsze rozwiązania. Julia mówiła często, że ciało jej nie pozwala usiąść w tym, a nie innym miejscu.

Po to się chyba robi tyle dubli.

W jednym ujęciu aktorzy chcą pójść na całość, by zobaczyć jak mówi się tekstem, jak działają emocje. Marcin tak pracował. Najpierw musiał zacząć na maksymalnym emocjonalnym kopie, żeby potem spokojnie odpuszczać i w pewnym momencie wskoczyć na ten najbardziej wiarygodny dla postaci stan.

Historia ”Miłości” jest uniwersalna, zrozumiała na świecie?

Każdy film, który do tej pory zrobiłem, był czytelny za granicą, w każdej kulturze i religii. „Męska Sprawa” czy „Z odzysku” zdobywały nagrody w Iranie, Tajlandii, Rosji, Nowym Jorku, Meksyku itd. „Z Odzysku” było przejmującą, uniwersalną historią. Z „Miłością” jest podobnie. Ludzie rozumieją ten film.

W Salonikach Julia Kijowska zdobyła nagrodę.

A w Tbilisi otrzymaliśmy statuetkę dla najlepszego filmu. Pokazywaliśmy już „Miłość” w Montrealu, i Tallinie. Zaraz jadę na Litwę, potem do Włoch, Belgii. Cieszę się, że ludzie na całym świecie odkrywają w tej historii siebie.

Jesteś intuicjonistą?

Po prostu wiem, czego chcę. Łączę intuicję z warsztatem. Nie zamykam się na operatora, na aktorów, często pracuję bez scenopisu. „Miłość” jest pod każdym względem filmem aktorskim. Nie ma w nim żadnych fajerwerków inscenizacyjnych. Nie biegam z kamerą ani nie pompuję efektami. Intuicja włącza się wtedy, kiedy coś mnie porusza. Wtedy zadaję sobie pytanie, czy porusza także widzów. Inaczej nie ma sensu poświęcać na realizację trzech lat życia.

Masz kompleks naszego rynku, by uciec, przebić się za granicą. Tam zostać?

Nie. Mam już 43 lata, jestem od tego wolny. Właściwie nigdy tego nie miałem. Była propozycja nakręcenia horroru w Hollywood, niskobudżetowego francuskiego remake’u. Okazało się, że kiedy przyniosłem stos scenariuszowych poprawek i sugestii, producent się przestraszył się. Wiadomo, gdy przychodzi propozycja producencka, nie wnosi się poprawek do tekstu, tylko wiernie je odwzorowuje. Ja szukam jednak innych rzeczy. Dlatego, mimo ciekawego doświadczenia, rozeszliśmy się każdy w swoją stronę.

Czy to prawda, że skończyła się moda na Polskę?

Jest w tym racja. Dla świata jesteśmy nudni. Mamy już swoją stabilizację. Dzieje się, owszem, dużo, ale to jest interesujące tylko dla nas.

„Męska sprawa” została nominowana do Oscara. Jak to było naprawdę? Podobno nie chcieli Ci dopuścić tego scenariusza do dyplomu?

Moi opiekunowie nie mogli zrozumieć mojego punktu widzenia, jaki przedstawiam w scenariuszu. Kompletnie tego nie kupowali. Uważali, że to nieciekawe i nudne. Na szczęście wierzyłem w ten projekt i nie dałem się zwieść sugestiom opiekunów, by zmieniać scenariusz. Kiedy doszliśmy już do ściany, zaproponowano mi albo adaptację Tołstoja – bo nie trzeba płacić praw autorskich – albo zmianę opiekuna. Wybrałem to drugie. Poszedłem do Mariusza Grzegorzka. Przeczytał tekst, powiedział, że to świetny scenariusz. Mimo, że nie łączy nas podobna estetyka filmowa, ma wyczucie. Został moim opiekunem, a potem zaprosiłem go na Oscary.

Ile trwał okres od walki o realizację w szkole do nominacji?

Z powodu nieporozumień z opiekunami wszedłem w okres zdjęciowy z rocznym opóźnieniem. Potem na egzaminie dostałem piątkę. Film zaczął jeździć po światowych festiwalach i po kolei je wygrywać. Dostałem nominację do studenckiego Oscara. Pomyślałem, że mogę zawalczyć o normalnego Oscara. Na stronie Amerykańskiej Akademii Filmowej znalazłem wszystkie regulacje. Aby film został wzięty pod uwagę przy zgłaszaniu do nominacji, musiał mieć dystrybucję w Stanach albo wygrać jeden z festiwali uznawanych przez akademię za prestiżowe. Postanowiłem wysyłać na te festiwale swój film. „Męska Sprawa” szybko wygrała w Nowym Jorku. Jak tylko się o tym dowiedziałem, wysłałem do akademii maila, że oto spełniam punkt regulaminu i proszę serdecznie o formularz zgłoszeniowy. Otrzymałem od nich druki zgłoszeniowe i poinformowałem szkołę, że możemy zgłosić film do nominacji.

Jak szkoła, pokazała twarz ignorantów?

Byli w szoku. Tymczasem kopie filmów poleciały do Stanów. Akurat wracałem z festiwalu we Francji, gdy zadzwonił do mnie Bartek Węglarczyk z Ameryki, mówiąc, że mam nominację do Oscara. Byłem w autobusie. Po chwili telefon nie przestawał już dzwonić i w ciągu dwóch godzin rozładowałem baterię. (śmiech)

Mając nominację, dostajesz bilety do LA?

Nic z tego. Już sama nominacja jest niesamowicie prestiżową sprawą. Musiałem sam pozyskać finansowanie. Szkoła wyprodukowała kopie, ale potrzebowałem środków na promocję i bilety lotnicze. W końcu Ministerstwo Kultury dało mi jeden bilet a Ministerstwo Edukacji Narodowej drugi. Tyle.

Trzeba było sprzedać mieszkanie.

No co ty. Skontaktowałem się z moim operatorem telefonicznym, prosząc o sponsoring. Odwiedziłem wiele firm. Nikt nie był zainteresowany. Zabawne, pamiętam jak poszedłem do jednego banku. Przyjął mnie pan od wizerunku firmy, młody człowiek pod krawatem. Ja w swetrze, on w garniturze. Pytam, czy widział film. Usłyszałem, że tak, ale bank nie jest zainteresowany łączeniem marki z takim tematem. Pytam, czyli jakim. Usłyszałem, że przemocy, bicia dzieci. Byłem naprawdę w szoku. Tymczasem po spotkaniu dzwoni na poczcie głosowej nagrana wiadomość, że telefonia komórkowa prosi o kontakt. Krzyknąłem ze szczęścia. „Co za profesjonalizm”, myślę sobie. Dzwonię i słyszę, że dziesięciokrotnie przekroczyłem abonament, dlatego jeśli nie wpłacę wadium za ten okres, to odłączą mi komórkę.

Dobre.

(śmiech). Pożyczyłem pieniądze i już. Potem w gazecie ukazał się artykuł „Polski biznes nie jest zainteresowany Oscarem”. Jeszcze tego samego dnia dostałem wiadomość od ING Nationale Nederlanden, że chcą porozmawiać. Poszło szybko i zostali głównym sponsorem.

Jak to się przełożyło na Twój rozwój i pracę, a raczej jej brak.

Był to tylko pozorny sukces. Pracowałem wówczas nad scenariuszem „Z Odzysku”. Dzwonili do mnie różni producenci, ale nie mogłem się zgodzić na proponowane przez nich warunki. Im chodziło tylko o to, żeby – dzięki mojej nominacji – pozyskać kasę na produkcję filmu i zarobić odpowiedni procent na etapie zdjęć. Nic więcej. Polskie kino w początkach XXI wieku powstawało w okropnych warunkach. Czekając na właściwego producenta, zrobiłem dwa teatry telewizji. Potem spotkałem Piotra Dzięcioła z Opus Film. Szybko się dogadaliśmy i powstało przyzwoite kino.

Jesteś skromny, bo „Z Odzysku” był w oficjalnej selekcji w Cannes.

Zająłem się wówczas dwoma projektami wysokobudżetowymi. Jeden zainspirowany był prawdziwą historią. Miała być to opowieść o Powstaniu Warszawskim, widziana oczami okupanta, młodego Belga narodowości niemieckiej, wcielonego do Wermachtu. Sporo czasu spędziłem, rozgryzając ten projekt. Okazało się jednak, że tego tematu po prostu nie da się w Polsce podjąć. Nie jesteśmy jeszcze gotowi na opowiedzenie naszej historii oczami człowieka z drugiej strony.

Bo jest to nie poprawne politycznie?

Kompletnie niepoprawne. W tym czasie były nawet ogłaszane konkursy na film o powstaniu. Pytanie po co.

Pasikowski otworzył już tę furtkę.

Na szczęście. Ja chciałem zrobić film o tym, jak wojna niszczy młodego człowieka. On jednak próbuje zachować człowieczeństwo i udaje się. Historia, oprócz wątku powstania, opowiada o chłopaku, który zdezerterował i został przez przypadek znaleziony ranny w rowie przez złodziei okradających niemieckie zwłoki. Bohater nie był w stanie przypomnieć sobie, dlaczego został oszczędzony przez tych polskich chłopów. Jego wybawcy nakarmili go, odwszawili, wyleczyli i wreszcie usynowili. Przez trzy lata mieszkał z nimi, będąc ratowanym przed NKWD i UB.

Co z tym projektem?

Jest w mojej głowie. Myślę, że za dekadę, jeśli znajdą się finanse, będzie możliwa realizacja.

Kino komercyjne się upomina?

Nie upomina się, ponieważ zakłada, że skoro robię filmy artystyczne, nie potrafię widza rozśmieszyć. Nikt nie myśli, że jestem profesjonalistą. To takie polskie szufladkowanie. Ale komercyjny będzie mój następny film, familijne „Bonobo Jingo”. Razem ze scenarzystą Mieczysławem Krzelem pisaliśmy go z myślą o moich córkach. Tak mało powstaje w Polsce filmów familijnych. W 2007 roku wygrałem tym projektem festiwal w Rzymie.

Mówisz o New Cinema Network, Najlepszy Projekt Europejski?

Tak. By móc skosztorysować scenariusz, trzeba było sprowadzić do Polski na zdjęcia próbne szympansa, który jest jednym z głównych bohaterów historii. Trzeba było sprawdzić, co jest w stanie zrobić i nauczyć się na potrzeby filmu, a także określić, ile czasu trzeba pracować ze zwierzęciem, by szczegółowo zaplanować ilość dni zdjęciowych itd. Przez prawie dwa lata nie mogliśmy sprowadzić do Polski tego szympansa z powodu przepisów. Główny weterynarz w Polsce musiał wydać zgodę. Mając papier, mogliśmy działać dalej.

Domyślam się że był to dopiero początek problemów.

Dalej były kwarantanny i cała biurokracja.

Skąd przyjechał szympans?

Z Hollywood. Miał dwóch treserów, świetnych gości pracujących w najlepszych produkcjach. Mają wielką firmę, która obsługuje cały rynek w Los Angeles. Ale to wszystko trwało to na tyle długo, że w międzyczasie zrobiłem „Miłość”. Teraz wracam do „Bonobo Jingo”. Dostaliśmy dofinansowanie z PISF i wiosną 2014 roku ruszą zdjęcia. To koprodukcja niemiecko-norwesko-duńsko-polska. Duży budżet.

Jak często życzyłbyś sobie być na planie.

Chciałbym robić co najmniej jeden film na trzy lata. To jest zdrowe. Napisać scenariusz, znaleźć producenta, zrealizować zdjęcia i zmontować. Trzy lata, jak ulał.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>