fbpx

Ola Hamkało: Słodka nie jestem

Ola Hamkało: Słodka nie jestem
fot. Rafał Masłow

Lubi, jak jest kontrowersyjnie. Odważna, ale wciąż nie wierzy, że należą się jej brawa. Jaka jest Ola Hamkało? Jej mąż twierdzi, że fajna. A jaki portret wyłania się z rozmowy z Magdą Mołek?
Zanim umówiłyśmy się na rozmowę, obejrzałam Olę w sztuce Woody’ego Allena w Teatrze 6. Piętro. Gra tam postać, która wiedzie życie lekkie, łatwe i przyjemne. Przez cały spektakl biega po scenie, szczebiocząc. W rzeczywistości Ola ma niski, donośny głos, bardzo wymagające podejście do życia i złożoną osobowość. Pierwsze chwile spotkania były, chyba dla nas obu, stresujące: Ola badała mnie wzrokiem i łapała za słówka. Wyczuwałam jej dystans. Miałyśmy rozmawiać godzinę, ostatecznie jednak spędziłyśmy ze sobą całe popołudnie. Parę dni później spotkałyśmy się znów. Dlaczego? Bo, krótko mówiąc, było mi mało! 🙂

fot. Rafał Masłow

Jaki był pierwszy ważny film, który obejrzałaś?

Film, który we mnie zostawił ślad i sprawił, że zaczęłam inaczej patrzeć na świat, to był „Lot nad kukułczym gniazdem” Miloša Formana.

Ile wtedy miałaś lat?

Może jedenaście…

Słucham?! A kto dziecku daje takie filmy do oglądania?

Samo sobie dało (śmiech). Nie pamiętam już dokładnie, ale może leciał w telewizji, jeszcze miałam wtedy telewizor. A może był w wypożyczalni, bo wtedy sporo chodziłam do wypożyczalni wideo i brałam wszystko, co leżało na półce.

Co dziewczynka zobaczyła w filmie dla dorosłych, którego akcja dzieje się w szpitalu psychiatrycznym?

Całe bogactwo przeżyć i środków wyrazu! Z tym że teraz tak to nazywam, wtedy byłam po prostu zachwycona. Od razu pobiegłam do taty (Józef Hamkało, aktor – przyp. red.) i spytałam: „Tato! Czy znasz taki film?”. „No, oczywiście, że znam”. I długo o nim rozmawialiśmy. Szaleńcy byli dla mnie, wtedy dziecka, fascynujący, bo po prostu nie ma się z nimi na co dzień do czynienia. Poza tym sami są trochę jak dzieci. A Forman do dziś jest jednym z moich ulubionych twórców.

Prowadziłaś bloga o filmie i kuchni. Wynika z niego, że obejrzałaś setki filmów. Nadal to robisz?

Rolety w dół, nie wiesz, czy jest dzień, czy noc, odpalasz projektor i jedziesz! Siedzieć w piżamie przez tydzień, wciągać film za filmem… W międzyczasie trzeba coś ugotować, oczywiście z tego, co jest w lodówce, bo o wychodzeniu nie ma mowy. To jest najlepszy czas! (śmiech).

Ale nie żyjesz w oderwaniu od rzeczywistości, na przykład od bieżącej polityki?

Oj, myślę, że w bardzo dużej mierze tak. Ostatnio właśnie zaczęłam się karcić za takie wygodne stanowisko apolityczności, bo nie można zamykać oczu na pewne rzeczy. Ja jestem ostatnią osobą, która publicznie wypowiadałaby się na temat polityki, ale mam swoje poglądy. One czasem są kontrowersyjne, a ja lubię, jak jest kontrowersyjnie, to prowokuje do rozmowy. I do myślenia.

Lubisz włożyć kij w mrowisko, prawda?

Czasem trzeba! Efekt może zaskoczyć nas samych.

Ale wsadzanie kija w mrowisko często kończy się obrażeniami…

Ale ja mam w sobie też trochę rapową duszę. Słucham dużo rapu. I bardzo mi się podobają hip-hopowe zasady. Oczywiście, są często wyidealizowane, ale warto mieć taki punkt odniesienia. Lubię w rapie nonkonformizm. W życiu nie możesz być jak kameleon – dopasowywać się do sytuacji w zależności od tego, jaka postawa przyniesie ci zysk. W rapie liczy się prawilność…

Prawilność? Co to jest?

Prawilniak to ktoś kierujący się zasadami, niesypiący swoich kumpli, niemówiący nieprawdy, autentyczny. Należy być lojalnym w stosunku do ludzi, którzy są z tobą. Nie można mówić dwóm różnym osobom czegoś innego na ten sam temat. Kwintesencją tego wszystkiego jest szczerość. I niekreowanie samego siebie. Bardzo nie lubię dopasowywania swojego obrazu na potrzeby innych. Można, myślę, bardzo się w tej kreacji zagubić.

Wiesz już, po co zostałaś aktorką?

Ja w ogóle nie wybrałam sobie tego zawodu…

Ciekawie to brzmi w ustach kogoś, kto zdawał do szkoły teatralnej…

To ten zawód wybrał mnie.

No, jeszcze ciekawiej!

Czasem, kiedy przeżywam kryzys zawodowy, a zdarza mi się to w porywach do trzech razy w ciągu miesiąca, to właśnie wtedy zalana łzami krzyczę, że ja nigdy tak naprawdę nie podjęłam w pełni świadomie tej decyzji. Ale już dzień później zdaję sobie sprawę, że robota, którą wykonuję, jest moim błogosławieństwem. Dzięki niej mam okazję zaglądać głęboko w siebie. A to całkiem ciekawe miejsce. Poza tym – jakkolwiek perwersyjnie by to zabrzmiało – lubię być narzędziem w rękach innych ludzi.

Ile miałaś lat, kiedy stanęłaś przed kamerą?

Jako trzylatka zagrałam w reklamie. Jednak wszystko zaczęło się chwilę później, od teatru w Łodzi, gdzie grał mój ojciec, a potem ja sama wystąpiłam w trzech spektaklach. Porwała mnie magia teatru, ale też coś takiego, co nie było dane innym dzieciom. Przecież idąc rano do przedszkola, miałam za sobą niezwykłe doświadczenie z poprzedniego wieczora, coś, czego nie miał nikt z moich kolegów. I nie chodziło o to, że ja się tym chwaliłam, ale po prostu mnie to ubogacało w znaczący sposób. Dodatkowo, cały czas ktoś we mnie podbijał to poczucie wyjątkowości.

Kto?

Ludzie, którzy wybierali mnie do dalszych produkcji.

I wtedy już czułaś, że jesteś inna?

Tak, bo jeżeli jest 400 dziewczynek, siedzimy na korytarzu, gadamy, jesteśmy takie same i tak samo znudzone klepiemy w ścianę, a później spośród wszystkich reżyser decyduje, że to właśnie ja będę małą wiedźmą w filmie fabularnym, to myślisz sobie „ciekawe dlaczego?”.

Wiedziałaś już wtedy dlaczego?

Tak to widzę z perspektywy czasu. Czułam się wyjątkowo, czułam się dobrze. I to jest coś strasznego w tym zawodzie, że uzależniasz się od tego, że inni nieustająco cię oceniają, a przecież nigdy nie wiesz, jak cię ocenią.

Po spektaklu „Zagraj to jeszcze raz, Sam”, kiedy kłaniając się na scenie, dostałaś burzę oklasków, wydałaś mi się zaskoczona reakcją widzów, jakbyś nie wierzyła, że brawa ci się należą.

Bo ja nie wierzę w siebie. Nigdy nie wierzę, że mi się te brawa należą. Mój mąż cały czas mi powtarza, że jestem fajna (śmiech), a ja cały czas podważam swoją fajność, i to jest wykańczające, ale może też sprawia, że ciągle próbuję być lepsza. Nie widzę w ogóle takiej możliwości, żeby spocząć na laurach. Kiedy w 2012 roku film, w którym zagrałam główną rolę, „Big Love”, wchodził do kin i dużo się wokół niego działo, to słyszałam pytania, czy mi woda sodowa nie uderzy do głowy. Dla mnie to pytanie było bezzasadne. Nie ma takiej opcji, żeby mi odbiło, bo po prostu mam taki feler, że mniejsze czy większe sukcesy od razu spycham na bok. Bardzo szybko o nich zapominam. Z drugiej strony, to działa w taki sposób, że zawsze zaczynam od zera, i to jest chyba dobre.

Ten film, mówiąc eufemistycznie, miał słabe recenzje. Bolało?

Odcięłam się od tego. Musiałabym to albo bardzo przeżywać, albo analizować. Ja wiem, że zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy, i wiem, że zagrałam spoko. Zresztą sporo osób rozpatrywało kwestię filmu i kwestię mojego grania w nim oddzielnie, dostałam przecież nagrodę za debiut. To było słodko-gorzkie doznanie. Ale nie żałuję tego. W życiu, kurczę, im więcej dostaniesz po dupie, tym więcej później możesz z siebie wyciągnąć…

Po takim doświadczeniu został ci lęk, że to się może powtórzyć, więc może bezpieczniej jest zarabiać w serialu, niż rzucać się na głęboką wodę w filmie fabularnym?

Nie, nie, zupełnie nie mam takiego lęku. Ten zawód to zawód ludzi do wynajęcia. Oczywiście, to nie jest tak, że jesteśmy jak ekipa do przeprowadzki, bo razem ze mną dostajesz wszystkie emocje, które gdzieś się kotłują, a one biorą się i z porażek, i z sukcesów. Ale gdybym ja teraz się tym zachwyciła, wróciła do domu i zaczęła przeżywać to, że byłam bardzo głośno oklaskiwana po spektaklu, tobym skonsumowała to uczucie, a ja wolę sobie je zostawić na gorsze czasy. I może kiedyś, gdy mocno zwątpię w siebie, będę w stanie wygrzebać to z pamięci.

Myślisz, że jesteś odważna?

To akurat mogę o sobie powiedzieć.

Sceny erotyczne w „Big Love” były odważne. Czy grany seks, ten na planie filmu, daje przyjemność?

Przede wszystkim nie uprawiasz seksu (śmiech). A seks jest przyjemny w momencie, kiedy go uprawiasz.

Dziękuję za podpowiedź! Skoro to nie był prawdziwy seks, to nie masz też żadnego poczucia, że zostałaś rozebrana ze wszystkiego, nie tylko z ubrań, ale też z intymności?

Wtedy musiałam w sobie uruchomić te różne pokłady uczuć, których jeszcze nie zużyłam, rozmawiając sama ze sobą. Noszę w sobie tak dużo rozmaitych stanów, że zawsze coś gdzieś z tego dna studni się wygrzebie, żeby móc budować nowe emocje. Bo film wysysa, oczywiście.

A po takim filmie, po takich scenach, relacje w domu, z mężem, zostają takie same?

Nie. To zmienia. Filip jest człowiekiem bardzo świadomym tego, w jaki sposób ten zawód oddziałuje na życie prywatne… A przecież takie zderzenia z rzeczywistością, takie testy, jeśli wyjdzie się z nich z tarczą, ogromnie wzmacniają. Dają poczucie siły, wiarę w to, że nie ma takiej mocy, która mogłaby wykopać pod nami jakiś dół. A same zmagania to najlepszy czas, żeby przypomnieć sobie rozdział pod tytułem „nasze mocne postanowienia” i odnowić pewne deklaracje, pewne rzeczy, które nazwaliśmy niezłomnymi.

Po to jest potrzebna przysięga małżeńska w kościele?

Między innymi, na przykład. Po to, żeby mieć punkt odniesienia.

Wyszłaś za mąż jako 23-latka, to dziś rzadkie zjawisko…

Nie wyszłam za mąż pod wpływem chwili.

Jak wiesz, żyjemy w czasach, w których można być z partnerem na zawsze i nie trzeba się zobowiązywać do niczego na papierze.

To było jedno z moich życiowych, bardzo mocnych postanowień. Mój „statement”, ale nie wobec świata, ani żeby komuś coś udowodnić. Było w tym również pragnienie kontynuacji rodzinnej tradycji, szacunek dla korzeni. Moi pradziadowie, dziadkowie i rodzice mieli ślub. Dlaczego ja mam być pierwszą, która tego nie zrobi? Nawet jeśli małżeństwo moich rodziców nie trwa już od wielu lat… Ale to jest jednak baza życia. To nie jest tak, że ja chciałam białej sukni, bo ona nie była biała i kosztowała 250 zł. Nie chciałam spektaklu, na pewno nie, dosyć ich w moim życiu.

Nie uciekałaś w małżeństwo, żeby się przed czymś schronić?

Nie. To było ważne dla mnie, dla nas, dla mojej rodziny, dla poczucia przynależności, dla iskry metafizyki.

Udało się? To był metafizyczny dzień?

O Boże, niesamowicie metafizyczny! Jeden z bardziej metafizycznych dni w moim życiu. Wtedy na przykład zdałam sobie sprawę z tego, jaką potęgą jest rodzina, cała, zebrana do kupy, jakie to jest porozgałęziane drzewo. Wszystkie te ścierające się osobowości, tak różne i podobne do siebie jednocześnie.

Ona daje kręgosłup, punkt odniesienia?

Ja go mam i bardzo staram się go pielęgnować. Chociaż to wbrew pozorom nie jest łatwe. Nie wiem dokładnie, w jaki sposób się ostatecznie ukształtował. Myślę, że najważniejsi byli ludzie, którzy mnie stworzyli – w kilku tego słowa znaczeniach. Dziadkowie i oczywiście rodzice. I też nie wszystko, co mi proponowali, od nich brałam. Gdzieś kleiłam w sobie po kawałku te elementy, które wydały mi się właściwe, tak by mogły mi podpowiadać, co mam robić dalej. Wkleiłam sobie więc coś, co proponował mi mój ojciec, coś, co proponowała mi moja mama, coś, co usłyszałam ze źródeł kultury, coś, co gdzieś nagle sprzęgało się z moją energią wewnętrzną, a co zaczerpnęłam na przykład z książek, które czytam. One sprawiają, że zaczynam analizować to, dlaczego one są dla mnie tak mądre, gdzie są te punkty, z których emanuje siła. Czytam ostatnio książki Wiesława Myśliwskiego, i tam się wszystko zgadza. W jego świecie jest harmonia, i tę harmonię czuję gdzieś głęboko w środku.

Rodzice zafundowali ci niestandardowe dzieciństwo: mama dziennikarka, tata aktor, oboje zapracowani, mieszkałaś w różnych miastach. Brakowało ci w dzieciństwie obecności mamy?

No błagam cię, nie odpowiem ci na to pytanie. To nie terapia.

Odpowiedź na to pytanie to czasem kluczowa informacja o nas samych…

Bardzo kocham swoją mamę. Nie było jej w domu prawie nigdy, pracowała ciężko w gazecie codziennej, do późna, co nie zmienia faktu, że jest dobrą osobą. Szybko dostałam szkołę życia, i tyle. Trochę może za szybko. A może nie, kto to wie?

Jesteś jedynaczką. Ciągnie cię do ludzi?

Odwrotnie… Ja w ogóle jestem takim człowiekiem, który raczej nie ma „znajomych”. Mam garść ziomków i kilku przyjaciół. Jestem niestadnym stworzeniem, nie do końca odnajduję się w grupie. Wolę intymną relację i lubię poświęcać swój czas ludziom, na których naprawdę mi zależy. Co nie znaczy, że ta grupa jest zamknięta na kłódkę.

Ale ze mną też nie zawsze łatwo jest się dogadać. W szkole teatralnej, która działała jak wielki zasysacz na wiele osób, ja się strasznie broniłam przed tym zasysaniem, mimo że to sprawiało, że w pewnych okolicznościach czułam się odrzucona. Oni spędzali ze sobą 24 godziny na dobę, a ja już miałam czasem tego dosyć, bo ile można z tymi samymi osobami jeść, spać, uczyć się, próbować, spędzać wolny czas? Wolałam pójść z psem na spacer i chociaż te 10 minut spędzić z mamą.

Właściwie zawsze czułam się trochę wyobcowana. W podstawówce, jak były takie „psiapsiółskie” grupy, które robiły listy najfajniejszych chłopaków, to ja nigdy do żadnej nie należałam. Trochę na własne życzenie, a potem tego żałowałam. Ale po prostu nie do końca bym się w takim układzie czuła komfortowo.

Dostałaś rolę w filmie Borysa Lankosza na podstawie książki Zygmunta Miłoszewskiego „Ziarno prawdy”. Zagrasz obok Roberta Więckiewicza. Wygrałaś casting?

Tak. To była jedna z bardziej stresujących chwil w moim życiu. Nie wiedziałam, że sam Robert Więckiewicz będzie na castingu. Pierwszy etap przeszłam. Na drugi wpadłam prosto z planu serialu „Lekarze”. Wiedziałam, że będzie aktor, który zagra najprawdopodobniej tę rolę, ale mi nawet przez myśl nie przeszło, że to on. I trochę spanikowałam. Byłam onieśmielona, bo nie jestem na takim poziomie świadomości i warsztatu, jak Robert Więckiewicz. Poza tym ja się ubiegałam o rolę, a on już ją miał.

Czyli od niego mogło zależeć to, czy ty tę rolę dostaniesz, bo albo wyciągnie rękę, albo nie. Wyciągnął?

Właściwie nie wiem. Wtedy wydawało mi się, że Robert nie ułatwia mi tego castingu. Ale kiedy teraz o tym myślę… Nie potrafię dać ci jednoznacznej odpowiedzi. Ale to mnie sporo kosztowało. To dobrze. Ta praca to przecież zmaganie się ze sobą i z materią. Jeszcze w dodatku nałożyły mi się na to wszystkie jego role, za które go podziwiam. Wałęsa był majstersztykiem! Byłam naprawdę pod wrażeniem jego osiągnięć, i nagle musiałam stanąć z nim twarzą w twarz, ja, niepewna, nie tak bardzo doświadczona…

Z twoich zdjęć w magazynach, z Internetu, wreszcie z twoich ról, można wywnioskować, że jesteś typem słodkiej dziewczynki. Nasza rozmowa temu przeczy.

Pytasz mnie, jaka jestem? No cóż, to nie jest łatwe pytanie. Ciężko się ze mną czasem porozumieć. Sama próbuję, z różnym skutkiem. Słodka na pewno nie jestem. Co mam ci powiedzieć…

Całe moje życie to gonitwa w poszukiwaniu spokoju. Ale może też dzięki temu mogę odnaleźć się w tym zawodzie, wykonywać go świadomie. Któryś z naszych profesorów kiedyś mówił, że psim obowiązkiem aktora jest mieć trzy razy wyższy poziom energetyczny niż ludzie na widowni. Nieważne, co grasz, nawet jak siedzisz i milczysz, to energia musi być wyżej. Bo ludzie muszą chcieć na ciebie patrzeć. Na przykład pani Anna Polony, z którą ostatnio pracuję w „Lekarzach”, mimo wieku jest prawdziwym wulkanem. Niejeden gimnazjalista mógłby pozazdrościć jej energii, jakiegoś „niespokoju” ducha.

Widzisz, ja mówię, że cały czas szukam spokoju ducha, a tak naprawdę w graniu jest ważny „niespokój” ducha. I to jest fajne. I fajne jest to, że mogę z tobą o tym gadać. I mam jeszcze taki cytat z rapera, na koniec:

„A najważniejsze, choćby los walił w pysk,
zawsze miej w oku błysk, nigdy spojrzenie puste.
I tę osobę, co ci da nieco swego ciepła,
by chęć ujrzenia kolejnego dnia nie uciekła”.
(Tymon „Oka błysk” z płyty „Zmysłów 5”)

Nastrój się zmienił…

Lubię wywiady, bo lubię rozmawiać, ale z drugiej strony ich nie lubię, bo później zawsze, jak to się kończy, to mam wrażenie, że powiedziałam tak chaotycznie…

I za dużo?

Nie, nie za dużo. Martwię się za ciebie, że będziesz nad tym siedzieć i że będziesz musiała kleić jakieś szczątki moich głupich wypowiedzi…

Nie martw się. Poradzę sobie. Kto to napisał: „szczerość jest zagorzałym wrogiem pretensjonalności”?

Nie wiem. Kto?

Ola Hamkało.

Tak? Ja tak kiedyś powiedziałam?

Tak napisałaś na swoim blogu.

No, pretensjonalność jest okropna. Nie znoszę pretensjonalnych rzeczy. Może dlatego jestem tak twarda w tej swojej walce o szczerość, że panicznie boję się pretensjonalności.

Aleksandra Hamkało urodzona w Zielonej Górze, ukończyła PWST we Wrocławiu. Rozgłos przyniosła jej rola w filmie Barbary Białowąs „Big Love”, za którą dostała nagrodę podczas Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film”. Obecnie można ją oglądać w serialu „Lekarze” oraz na deskach Teatru 6. Piętro. Wkrótce wcieli się w rolę Klary w filmie Borysa Lankosza na podstawie powieści „Ziarno prawdy” Zygmunta Miłoszewskiego. Ma szczęście do filmowych partnerów: Antoniego Pawlickiego, Jacka Komana, a teraz Roberta Więckiewicza. Prywatnie jest żoną Filipa Kalinowskiego.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>