fbpx

Pustynia jest pełna życia. Rozmowa z Lechem Majewskim, reżyserem filmu „Dolina Bogów”

Pustynia jest pełna życia. Rozmowa z Lechem Majewskim, reżyserem filmu "Dolina Bogów"
Lech Majewski podczas pracy nad filmem "Dolina Bogów" (premiera 21 sierpnia). (Fot. Dorota Lis)

Rzeczywistość nieustannie przemawia do nas, tymczasem my myślimy, że jesteśmy potwornie samotni. A świat wyciąga do nas ręce z każdej strony – mówi reżyser Lech Majewski. W swoim najnowszym filmie „Dolina Bogów” nawiązuje do legend i rytuałów Indian Nawaho, którzy żyją w symbiozie z naturą i w stałym kontakcie z przodkami. Czy my też moglibyśmy tak żyć? – pyta Martyna Harland.

Pustynia jest pełna życia. Rozmowa z Lechem Majewskim, reżyserem filmu "Dolina Bogów"
Lech Majewski (Fot. Dorota Lis)

Czego my, żyjący w zachodnim rozpasaniu, możemy się nauczyć od Indian Nawaho?
Nawaho zredukowali swoje potrzeby do minimum. Podobnie jak grecki filozof Diogenes, który żył bardzo skromnie, bo w beczce. A kiedy zobaczył chłopca pijącego wodę z dłoni, stwierdził, że posiada jeszcze za wiele i wyrzucił swoją miskę, którą nabierał wodę. Tego właśnie można nauczyć się od Nawaho. Ich dom, tak zwany hogan, to drewniana konstrukcja z gałęzi, obłożona gliną, która ma zadziwiające właściwości. W upały daje chłód, zimą – wytwarza ciepło. Hogan tworzy kopułę z wielkim otworem, z widokiem na niebo i nie ma w nim ani jednej zbędnej rzeczy. Za to obecni są tam przodkowie i wierzenia. Tego Indianie Nawaho się nie pozbyli. I właśnie dzięki tej patrymonii prowadzą bogate życie. Widzę to w ich sposobie mówienia o świecie.

W jaki sposób widzą świat?
Nawaho przywołują obecność istnień, których my nie widzimy. Śmierć właściwie nie ma u nich racji bytu. Na przykład gdy Indianka mówi, że jej ojciec, który już nie żyje, przyszedł do niej nad ranem z poradą, wyobrażam sobie, że prawdopodobnie ojciec jej się przyśnił. Ale w jej odczuciu było to prawdziwe spotkanie. Pamiętam, jak szedłem przez Dolinę Bogów w stanie Utah z Indianinen, który nagle zatrzymał się w miejscu i chwycił mnie za ramię. Nie wiedziałem, co się dzieje, czemu stoimy na środku pustkowia. Po chwili bez słowa ruszył dalej, a ja za nim. Zapytałem: „Co się stało, nad czym się zastanawiałeś?”. Odpowiedział: „Jak to? Nie widziałeś? Przecież galopował tędy tabun martwych mustangów”. Odwróciłem się i zobaczyłem kłąb pyłu, który wzbił się nad pustynią. Przez chwilę wydało mi się nawet, że je widzę w oddali… Dla Indian Nawaho nie istnieje coś takiego jak pusta przestrzeń. Prawie każde miejsce ma swoje rytualne znaczenie, zamieszkuje je siła i energia. Dla nas pustynia wygląda jak surrealistyczny pejzaż i właściwie nic na niej nie ma. Jednak po chwili obcowania z Nawaho rozumiesz, że pustynia to przestrzeń pełna życia i ukrytych egzystencji. Tak jakby na jej powierzchni toczyły się różne niematerialne zjawiska, które dla nich są oczywiste. Oni je widzą.

Jak możemy je zobaczyć? W psychologii dużo mówi się o uważności, byciu tu i teraz. Tutaj chodzi chyba o pewien rodzaj energii?
Odpowiem pani na własnym przykładzie. Ponieważ nieustannie podróżuję, miewam różne przygody z hotelami. Kiedy tylko dostaję klucz do pokoju, zawsze mówię: „Zostawię tutaj bagaż i pójdę na górę sprawdzić, co mnie czeka”. No i idę. Wchodzę do pokoju i staję pośrodku. A pokój od razu odpowiada mi, czy mogę w nim zostać. Nie chodzi o to, czy podoba mi się lub nie. Po prostu wyczuwam energię, która ze mną współgra lub która mnie odpycha.

Ale co trzeba to zrobić, żeby to poczuć?
Właściwie nic specjalnego. Kiedy chwilę pobędziemy w ciszy, od razu staje się to jasne. Proszę mi wierzyć, rzeczywistość nieustannie przemawia do nas, tymczasem my mamy przeciwne odczucie – myślimy, że jesteśmy potwornie samotni. A świat wyciąga do nas ręce z każdej strony. Tyle że otaczającą rzeczywistość można obrazić i wyalienować przez naszą postawę. Ta rzeczywistość jest trochę jak hinduski bóg o twarzy małpy – Hanuman, który pragnie się z nami trochę pobawić. Czasami ironizuje i bywa okrutny, ale tak naprawdę jest przyjaźnie nastawiony i gwarantuje zwycięstwo. Mocno doświadczam tego na planie filmowym.

Pustynia jest pełna życia. Rozmowa z Lechem Majewskim, reżyserem filmu "Dolina Bogów"
Fot. Dorota Lis

Gdy w szkole filmowej realizowałem swoją pierwszą etiudę u Wojciecha Hasa, mierzyliśmy każdy kąt nachylenia kamery niemalże od linijki. Wszystkie ujęcia i scenopis wkuwałem na pamięć, bo Has wymagał od swoich studentów niebywałej precyzji. Kiedy do szkoły przyjechał z wizytą Michelangelo Antonioni, zapytałem go, czy kiedy idzie na plan, to uczy się wszystkich ujęć. A on odpowiedział: „Nie. Staram się zapomnieć to, co mam nakręcić. Przychodzę na plan, patrzę i wtedy przychodzi do mnie rozwiązanie sceny, a jeśli nie przychodzi, to wtedy proszę asystenta, żeby mi przypomniał oryginalny zamiar”. Antonioni tłumaczył, że obserwuje to, co przynosi mu dzień. Jeżeli jest w plenerze, patrzy na to, jakie jest niebo, w jakie formy układają się chmury czy włosy aktorki. Właśnie z tej uważności przychodzi mu do głowy zestaw ujęć. Tymczasem ja wchodziłem na plan przygotowany na papierze, ale ślepy na to, co dzieje się wokół mnie. Miałem wszystko zaplanowane, ale nie widziałem rzeczywistości. Ta jedna podpowiedź Antonioniego stanowiła dla mnie najważniejszą lekcję zawodu.

Psychologowie twierdzą, że to właśnie umiejętność adaptacji do rzeczywistości i zmian jest ważna, jeśli chodzi o satysfakcję z życia.
Tyle że nie zawsze potrafimy ją wykorzystać. Czasem zaczynamy się z nią siłować albo pozostajemy ślepi. Pamięta pani scenę w „Dolinie Bogów”, kiedy przez wielki otwór skalny nagle zaczyna lać się woda? Nie planowałem tej sceny. Gdy w pewnym momencie spadła niespodziewana ulewa, wszyscy pochowali się do namiotów. Musiałem postawić na nogi całą ekipę, żeby uchwycić ten cud w miejscu, w którym zazwyczaj panuje susza. Zobaczyłem otwór w skale, która wyglądała jak kobiece łono. Pomyślałem: „Woda to przecież życie, właśnie tam powinno pojawić się filmowe dziecko – kręcimy!”.

Pustynia jest pełna życia. Rozmowa z Lechem Majewskim, reżyserem filmu "Dolina Bogów"
Kadr z filmu „Dolina Bogów” (w kinach od 21 sierpnia). (Fot. materiały prasowe)

W filmie skanuje pan źrenicę oka swojemu bohaterowi. Chciałabym zrobić to samo panu – by zobaczyć, co pana ukształtowało, jak wyglądały pańskie relacje z rodzicami, jaki był mały Lech Majewski?
Moja matka była jak bogini Flora. Zawsze otoczona roślinami, które pod jej aurą rosły jak na drożdżach. Kiedy podróżowałem z nią po świecie, wypatrywała nieznanych roślin i odrywała kłącza, żeby przewieźć je w mokrych chusteczkach do domu. Kiedy poźniej odwiedzałem rodzinny dom w Katowicach, mogłem zobaczyć, jak wyrastały z nich kilkumetrowe okazy. Ojciec pracował w handlu zagranicznym i ciągle jeździł gdzieś po świecie. A ja? Podobno byłem trudnym dzieckiem.

Bo od zawsze robiłem, to, co chciałem…?
Męczyła mnie szkolna, mechaniczna edukacja. Tak naprawdę dopiero na Uniwersytecie Yale odkryłem, czym może być nauka, która inspiruje. Przegrałem głupi zakład z kolegą, w którym przegrany musiał zrobić coś, czego nienawidzi i w ten sposób wylądowałem na wykładzie z matematyki. Wbrew mojej niechęci okazało się, że byłem na najpiękniejszym wieczorze poetyckim. Przez większość czasu siedziałem z szeroko otwartymi ustami. Profesor opowiadał niezwykle przystępnym językiem o nieskończoności. Poczułem, że matematyka jest kosmosem – pitagorejskim „językiem Boga”.

W jaki sposób matematyka inspiruje do tworzenia sztuki?
Wystarczy pójść do filharmonii – muzyka jest przecież czystą matematyką. Dźwięki to zależności matematyczne drgań fal powietrza. Nie ma architektury, malarstwa, rzeźby czy muzyki bez matematyki i geometrii. Tak jak powiedział Goethe: „muzyka to architektura rozciągnięta w czasie”. Istnieją także mistyczne zależności liczbowe, którymi operuje biologia i nasz organizm. Akordem finałowym tych inspiracji stała się moja książka „Ukryty język symboli”, która ukaże się w tym roku.

Matematyka jest piękna, muzyka jest piękna, architektura, dla mnie piękne są pana filmy…
Wspólnie z kompozytorem Henrykiem Mikołajem Góreckim wielokrotnie zastanawialiśmy się, co się stało z pięknem. Dlaczego piękno przestało być dzisiaj obecne? Czy XX wiek zamordował piękno? Przecież okazał się najokrutniejszym wiekiem w historii ludzkości. Jeden z profesorów Uniwersytetu Londyńskiego wyliczył, że w zeszłym stuleciu gwałtowną śmiercią na wszystkich kontynentach zmarło aż 187 milionów ludzi. Przez różnego rodzaju wojny i totalitaryzmy: Niemcy, ZSRR, Armenia, Afryka, Meksyk…. Czy wie pani, że żadne stulecie, nawet w drobnym ułamku, nie zbliża się do tej liczby. Tymczasem traktujemy XX wiek jako wiek postępu i rozwoju: telefon, telewizor, atom, sputnik, komputer, nowe technologie. Ale, jak widać, ma to swoją cenę. Zachodnia cywilizacja przegra, jeśli się nie zmieni.

Dzisiaj mówi się o końcu epoki osiągnięć. Wydaje mi się, że zwracamy się w stronę duchowości, poszukiwania wartości, sensu życia. Nawet alternatywnych form: ayahuasca czy szamańskie rytuały.
Jednak nadal najważniejsza jest bogini mamona. Nikt nie chce mieszkać w beczce i wyrzucać miski jak Diogenes. Nie jestem optymistą. Rozmowa o pięknie z Góreckim jest powracającą konstatacją, że idziemy w stronę coraz większej brzydoty. Niech pani zobaczy film, który pokochał cały świat – „Parasite”. Już sam tytuł jest odpychający: „Pasożyt”. To, co się dzieje w tym filmie z ludźmi, jest równie odrażające. Co prawda dowcipnie i sprytnie wymyślone, ale wszystko opiera się na emocji odrazy. Tam nie ma żadnego ratunku dla tych ludzi. A jednak to jedyny film w historii kina, który nie ma ani jednej negatywnej recenzji. Wygrywa główną nagrodę w Cannes i dostaje Oscara jako pierwszy nieamerykański film w historii – fenomen medialny. A jeśli spojrzymy na istotę tego filmu, jest nią fascynacja złem. Dlatego obawiam się, że zło ma się dzisiaj świetnie.

Podczas naszej ostatniej rozmowy, sześć lat temu, powiedział pan: „źródłem naszej niemocy jest przede wszystkim to, że przestaliśmy aktywnie żyć – staliśmy się pasywni, utknęliśmy w stanie oczekiwania. To choroba nieistnienia. Dzisiaj powoli znikamy”.
Żyjemy zastępczym życiem, komputerowo-wirtualnym. To jest forma znikania. Musimy uwieczniać siebie w każdej możliwej sytuacji, naszą twarz, nazwisko. Właśnie dlatego, że mamy coraz większe i bardziej dokuczliwe poczucie nieistnienia. Ta nieznośna lekkość bytu zamieniła się dzisiaj w nieznośne nieistnienie bytu.

Mamy problem z odnalezieniem swojej tożsamości. Tymczasem Indianie Nawaho dobrze wiedzą, kim są.
Nawaho chodzą po ziemi, czują swój i jej ciężar. Ziemia do nich przemawia. Oni stąpają po namacalnej glebie, a każdy krok daje im konkretne informacje.

Lech Majewski, reżyser filmowy, teatralny, pisarz, poeta oraz malarz. Od 1981 roku mieszka w USA. Ma na koncie takie filmy jak „Młyn i krzyż”, „Angelus”, „Wojaczek” czy „Ogród rozkoszy ziemskich”. Razem z Krzysztofem Pendereckim stworzył polską prapremierę opery „Ubu król”. Jego najnowszy film „Dolina Bogów” z udziałem gwiazd Hollywood (m.in. Johna Malkovicha) trafi do kin 21 sierpnia.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze