Stach Szabłowski - Podczas jej spektakli widzowie mdleją, a ona nie zamierza łagodzić przekazu. Florentina Holzinger podbiła Biennale Sztuki w Wenecji
00:00
15:21
Wydawało się, że na najbardziej prestiżowym biennale sztuki na świecie widziano już wszystko. Okazało się, że nie widziano na nim jeszcze jej – reprezentująca Austrię choreografka Florentina Holzinger zdobyła Wenecję szturmem. I nie można powiedzieć, żeby nie brała jeńców.
Tekst pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 10/2026.
W tym roku na biennale nie ma nagród – Złotych Lwów dla najlepszego pawilonu oraz wyróżniających się uczestniczek i uczestników imprezy. Wielki międzynarodowy przegląd sztuki odbywa się w cieniu skandali. Największym jest powrót na wenecką scenę Rosji oraz Izraela, państw, których władze oskarżane są o zbrodnie wojenne i ludobójstwo. Jury wybrane, aby przyznać Złote Lwy, podało się w proteście do dymisji jeszcze przed otwarciem biennale. Zresztą sama ceremonia oficjalnego otwarcia również się nie odbyła; zamiast niej miał miejsce strajk części artystów oraz antyimperialistyczna demonstracja. Holzinger nie potrzebuje Złotego Lwa jako potwierdzenia, że wygrała to biennale, nawet jeśli nikt nie wręczy jej żadnej nagrody.
Projekt „Seaworld Venice”, który można oglądać na trwającym właśnie 61. Biennale Sztuki w Wenecji. (Fot. Helena Manhartsberger)
Już od pierwszych minut otwarcia weneckiej imprezy do Pawilonu Austrii ustawiała się najdłuższa kolejka. I to właśnie o wystawie Florentiny Holzinger od samego początku mówiło się najwięcej i najczęściej ją fotografowano – mimo że obowiązywał na niej kategoryczny zakaz robienia zdjęć. Świat sztuki został przez Austriaczkę wzięty z zaskoczenia. Wcześniej to samo spotkało świat teatru. Od kilku sezonów Holzinger jest jednym z najgorętszych nazwisk europejskiego tańca i choreografii; w krajach niemieckojęzycznych pod względem rozgłosu i wywoływanych kontrowersji w tej branży nie może się z nią dziś równać nikt.
Lejąca się krew, niebezpieczne akrobacje, nagość i seks, obrazoburczy humor. To wszystko naprawdę dzieje się w performatywnych pracach Holzinger – i czyni z niej idealną bohaterkę sensacyjnych newsów o zaszokowanych widzach, którzy zemdleli podczas jej spektakli.
Tania prowokatorka? Cóż, o ostatnich projektach Holzinger można powiedzieć wiele, ale nie to, że są tanie. Austriaczka kocha rozmach, widowisko i efekty specjalne, które równie rzadko ogląda się w teatrze, jak i w sztuce współczesnej. Fenomenu Holzinger nie da się jednak sprowadzić ani do spektakularności jej projektów, ani nawet do otaczających je kontrowersji. Tym razem mamy do czynienia z prowokatorką, której cele wykraczają daleko poza robienie wokół siebie szumu. Ambicją artystki jest sprowokowanie odbiorców do rewizji wyobrażeń o cielesności, wstydzie, bólu i przyjemności.
(Fot. Nicole Marianna Wytyczak)
Jak to wygląda w Wenecji? Przed Pawilonem Austrii stanął budowlany dźwig. Na jego ramieniu zamocowano wysoko nad ziemią potężny dzwon. Wyobraźcie sobie Holzinger – nagą, jeśli nie liczyć trampek i uprzęży alpinistycznej – wspinającą się do jego wnętrza po linie, by po chwili zawisnąć we wnętrzu czaszy głową w dół. A to dopiero wstęp do projektu „Seaworld Venice”, który można oglądać w pawilonie. Artystka zmieniła jego wnętrze w ekstrawagancki aquapark. Sale ekspozycyjne przerobiono na baseny, po których w wybrane dni na ryczących skuterach wodnych szaleją nagie performerki z zespołu choreografki. W centrum wystawy pracuje instalacja filtrująca nieczystości pochodzące z oddanych do użytku publiczności przenośnych toalet.
Woda z oczyszczalni trafia do ogromnego akwarium, w którym – niczym egzotyczny okaz morskiej fauny w oceanarium – zanurzona jest kolejna performerka z drużyny Holzinger. Nurkini jest naga, jeśli nie liczyć aparatu tlenowego, przez który oddycha, przyglądając się przez szklaną ścianę zbiornika osobom wychodzącym z toalet. Tekst kuratorski wystawy Holzinger kończy się retorycznym pytaniem: „Żyję w twoich szczynach. Czyj jest ten mokry sen?”.
Cofnijmy się do roku 2012, kiedy to w ramach warszawskiego Przeglądu Nowego Tańca dwie młode performerki zaprezentowały projekt zatytułowany „Sticks” [Patyki]. Jedną z artystek była Marta Ziółek, obecnie czołowa polska twórczyni działająca na styku choreografii, tańca i sztuk wizualnych. Partnerowała jej Florentina Holzinger. Artystki poznały się podczas studiów choreograficznych w School for New Dance Development w Amsterdamie, uczelni znanej z eksperymentalnego podejścia do sztuki tańca.
Zanim jednak urodzona 1986 roku Holzinger wyjechała do Holandii, studiowała architekturę w rodzinnym Wiedniu. Rzuciła jednak uczelnię, gdy zrozumiała, że wykonywanie zawodu architektki oznaczałoby zbyt wiele godzin spędzanych na siedząco przy biurku, komputerze i desce kreślarskiej.
Jej żywiołem jest ruch – także w jego najbardziej ekstremalnych formach, takich jak akrobatyka czy sztuki walki.
Uwagę krytyków zwróciła już swoim dyplomowym spektaklem „Silk”. Występowała w nim solo. Produkcyjnie projekt był skromny, ale zawierał zapowiedź estetyki, którą kilka lat później Holzinger podbiła europejskie sceny. W „Silk” artystka oscyluje między pięknem a groteską, gra z erotyką i popkulturą, przede wszystkim jednak testuje granice wytrzymałości własnego ciała, poddając je ekstremalnemu wysiłkowi. Spektakl oparty jest na akrobacjach wykonywanych na tytułowych jedwabnych szarfach.
Performerka działa na granicy ryzyka – jak się okazało, bardzo realnego. Podczas jednego z pokazów spadła na scenę z wysokości kilku metrów i odniosła poważne obrażenia. Upadek nie zniechęcił jej do podążania drogą wyznaczoną w „Silk”. Przeciwnie – zgodnie z zasadą „co cię nie zabije, to cię wzmocni” bolesny proces rekonwalescencji uczyniła tematem kolejnego projektu pod tytułem „Recovery” z 2015 roku. W tym spektaklu scena zamienia się w ring. Holzinger stawia znak równości między figurą artystki i wojowniczki, która walczy zarówno ze swoimi słabościami, jak i o uznanie w świecie sztuki.
Kontynuacją „Recovery” był z kolei projekt „Inside the Octagon” [Wewnątrz oktagonu], warsztaty sztuk walki adresowane do ludzi sztuki: artystek i artystów, kuratorów, osób związanych z tańcem i performance’em. „Na tych zajęciach będziemy rekrutować wojowników i wojowniczki, wychodząc z założenia, że uczyni to nas lepszymi artystkami i artystami – ogłaszała Holzinger. – Choć zależy nam na zdobyciu rzeczywistych umiejętności walki, najważniejszy jest dla nas sam proces ich nabywania: wspólny trening i twórcze zawłaszczenie jego metod na potrzeby naszej praktyki. Jak można wykorzystać przygotowanie do walki jako przygotowanie do tworzenia tańca lub sztuki? A jeśli trening zawodnika sam w sobie jest procesem artystycznym? Chcemy zbadać wymienność różnych dyscyplin fizycznych jako narzędzi dla tancerzy i tancerek, artystów i artystek oraz osób zajmujących się twórczością”.
Spektakl „TANZ” na Międzynarodowym Festiwalu Letnim w Hamburgu (2020). (Fot. Georg Wendt/dpa picture-alliance/AFP/East News)
Przemoc, ból i przekraczanie granic ciała – motywy związane z kulturą walki – na stałe weszły do repertuaru środków artystycznych Holzinger, by w pełni dojść do głosu w spektaklu „TANZ” – projekcie, który okazał się przełomem w jej karierze.
Artystka podjęła w nim dialog z tradycją baletu romantycznego. Klasyczny taniec pokazała jednak nie jako sztukę osiągania lekkości i tworzenia piękna, lecz jako dziedzinę opartą na bezwzględnej dyscyplinie i forsowaniu wytrzymałości ciała. W spektaklu wystąpiła Beatrice Cordua, balerina, która w 1972 roku jako pierwsza zatańczyła „Święto wiosny” Igora Strawińskiego nago. Uczestniczki „TANZ” również występują rozebrane.
Są wśród nich tancerki baletowe, ale też akrobatki i performerki zajmujące się różnymi odmianami body artu. To właśnie w „TANZ” Holzinger ostatecznie skodyfikowała zasady, na jakich działa jej teatr. Nie ma w nim miejsca dla mężczyzn: w projektach Austriaczki występują wyłącznie kobiety i osoby niebinarne.
Performerki grają nago – to wyjściowy warunek teatru Holzinger, który pokazuje ciała takimi, jakie naprawdę są. To ciała bardzo różnorodne, bo w obsadach Holzinger znajdują się zarówno bardzo młode wykonawczynie, jak i seniorki, a także osoby z różnymi formami niepełnosprawności. To wreszcie ciała gotowe do podjęcia próby przekroczenia własnych możliwości.
Podobnie jak sama Holzinger, wiele artystek z jej zespołu to atletki wykonujące skomplikowane numery akrobatyczne i ryzykowne ewolucje. Zarazem są to ciała, które na scenie się męczą, cierpią, ulegają zranieniom.
Krytycy, zachwycając się „TANZ”, oceniali, że teatr Austriaczki osiągnął ekstremum ekspresji. W „Ophelia’s Got Talent” artystka przesunęła jednak granice jeszcze dalej. Dramaturgicznym szkieletem spektaklu jest telewizyjny talent show. Jak zwykle u Holzinger ta konwencja zostaje natychmiast zdekonstruowana i zhakowana: konkurs telewizyjny zmienia się w awanturniczą piracką przygodę z pogranicza musicalu, teatru, cyrku i popisu akrobatycznego.
W obsadzie „Ophelia’s Got Talent” znalazła się połykaczka mieczy, która w pewnym momencie wprowadza do własnego gardła endoskop i na oczach widzów wykonuje sobie gastroskopię. Obraz z kamery endoskopowej, transmitującej wnętrze jej ciała, wyświetlany jest na wielkim ekranie. Równie ikoniczny jest moment, w której nad sceną pojawia się prawdziwy helikopter. Nagie performerki wspinają się na maszynę i wykonują na niej wyuzdany, erotyczny taniec; w kulminacyjnym momencie z wnętrza helikoptera wytryskuje strumień gęstej mazi – groteskowa parodia męskiego wytrysku.
Po „Ophelia’s Got Talent” znów wydawało się, że Holzinger doszła do ściany. Z drugiej strony sukces spektaklu otworzył przed nią wszystkie drzwi, a także zapewnił dostęp do środków pozwalających realizować najbardziej ekstrawaganckie wizje. Nie zawahała się z nich skorzystać i w kolejnym projekcie raz jeszcze przeszła samą siebie. Punktem wyjścia widowiska „SANCTA” (2022) była „Sancta Susanna”, jednoaktowa awangardowa opera Paula Hindemitha o seksualnym przebudzeniu młodej zakonnicy. W oryginale utwór trwa około 30 minut, lecz Holzinger rozbudowała go do wielogodzinnego show.
Po inscenizacjach „SANCTY” media ekscytowały się liczbą widzów, którym trzeba było udzielić pomocy medycznej z powodu mdłości i omdleń wywołanych drastycznością wydarzeń na scenie. Można było bowiem zobaczyć nie tylko nagie zakonnice wykonujące akrobacje na wrotkach czy niesymulowany akt seksualny dwóch performerek odbywający się na krzyżu. Był też moment, kiedy jedna z performerek wycina skalpelem z brzucha drugiej niewielki fragment ciała i rzuca go na grilla. Po usmażeniu ten kęs kobiecego mięsa zostaje zjedzony. W ten sposób do katalogu scenicznych przekroczeń Holzinger dołączył kanibalizm.
Artystka umie grać o rozgłos, ale nie daje się wtłoczyć w rolę atencjuszki wspinającej się na szczyt po drabinie skandalu. W medialnych doniesieniach na pierwszy plan wysuwają się szokujące sceny i cyrkowe elementy spektakli, ale Holzinger buduje swoje ekscesy na złożonych fundamentach intelektualnych oraz na skrzyżowaniu różnych artystycznych tradycji. Pod wieloma względami jest artystką do szpiku kości austriacką. Z jednej strony pozostaje głęboko zanurzona w katolickiej wyobraźni, z drugiej – pochodzi przecież z ojczyzny Freuda i specjalizuje się w wydobywaniu na światło dzienne pragnień oraz fantazji ukrytych w mrokach podświadomości.
Wpisuje się także w charakterystyczny nurt kultury austriackiej reprezentowany przez takich twórców jak Elfriede Jelinek, Thomas Bernhard czy Ulrich Seidl, z ich imperatywem przekraczania tabu, obrazoburstwa i brutalnego naruszania mieszczańskich norm ufundowanych na hipokryzji.
Jednocześnie Holzinger pełnymi garściami czerpie ze spuścizny radykalnego body artu lat 70. I równie wiele bierze z popkultury, estetyki sportów ekstremalnych, sztuk walki czy świata BDSM. Nieprzypadkowo swoje najgłośniejsze projekty zrealizowała w Niemczech – jej postawa doskonale wpisuje się w tradycję tamtejszego radykalnego, zaangażowanego teatru. W ostatnich latach jej artystyczną kwaterą główną stała się berlińska Volksbühne. Proponowano jej nawet stanowisko dyrektorki tej legendarnej instytucji, ale odmówiła, tłumacząc, że w teatrze woli realizować własne wizje, niż nim administrować.
Sztuka Holzinger jest swoistym kolażem, złożonym z elementów, które z osobna już gdzieś widzieliśmy. Jej talent polega na zebraniu ich razem, zmontowaniu w nową całość i przekształceniu w opowieść o współczesnym ciele.
To ono jest głównym tematem i bohaterem jej twórczości. A mówiąc dokładniej – bohaterką, bo jest to ciało kobiece, niebinarne, queerowe. Ciało ery fitnessu, siłowni, instagramowych wizerunków, operacji plastycznych i internetowej pornografii. Ciało trenowane, ćwiczone, niemożliwe, wymyślone, a jednocześnie nagie, autentyczne, krwawiące, cierpiące i przeżywające ekstazę. Odrażające i piękne.
W czasach, w których tak duża część naszej egzystencji przebiega w bezcielesnym uniwersum cyfrowym, taka narracja działa na zbiorową wyobraźnię. Jest wyzwalająca. Mimo to Holzinger prawdopodobnie nie przebiłaby się ze swoim przekazem, gdyby nie jej instynkt showmanki. Artystka, która tak chętnie przyznaje się do inspiracji cyrkiem, powtarza w wywiadach, że jej ambicją jest przede wszystkim dostarczyć publiczności rozrywki. Owszem, jest to rozrywka, która potrafi przyprawić o mdłości, przerazić i beztrosko deptać tabu butami na wysokich obcasach. Ale czy właśnie taka apokaliptyczna zabawa nie pasuje najlepiej do epoki, w której żyjemy?
61. Biennale Sztuki w Wenecji potrwa do 22 listopada.
Rubryka powstaje we współpracy z ASOM Collection.