fbpx

W piwnicy u Friztla: Podróż zimowa według Elfriede Jelinek

"Podróż zimowa"
Teatr Powszechny w Łodzi

Rzadko kiedy zdarza się, że widz wychodzi z teatru z tak skrajnymi uczuciami. Bo jak to możliwe, że spektakl może być jednocześnie bulwersujący i harmonijny, oburzający i piękny zarazem? Odpowiedź zawarta jest w dwóch słowach: Jelinek i Kleczewska.
23 marca na zakończenie Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi odbyła się prapremiera „Podróży zimowej” Elfriede Jelinek w reżyserii Mai Kleczewskiej. To koprodukcja Teatru Powszechnego w Łodzi oraz Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Bohaterami „Podróży” zimowej są osoby borykające się z różnymi problemami, chorobami, dewiacjami i …przeszłością. Na pierwszy plan wysuwa się historia Elisabeth Fritzl, którą ojciec gwałcił przez ponad dwadzieścia lat w piwnicy własnego domu. Wspomnienia dziewczyny są tak poruszające, że niejeden widz chciałby, żeby przestała mówić. Tym bardziej, że chwilę później zostaje oskarżana o niepotrzebne robienie z siebie ofiary. Nie bez przyczyny w trakcie spektaklu kilka razy pojawia się pojęcie piwnicy jako metafory tego, czego nie widać, co jest pozornie ukryte, co zamiata się pod dywan.

To obraz austriackiego społeczeństwa, sprytnie podejrzanego przez Jelinek, która w dosadny sposób pokazała jego nieodłączny element – patriarchalność. W „Podróży zimowej” są zatem kobiety obciążane, jeżeli nie znęcającym się nad nimi ojcem, to zupełnie pozbawione seksualnej autonomii. Stąd też sporo tu kontrowersyjnych scen dotyczących różnorodnych dewiacji seksualnych. Prócz tego Jelinek dotyka także starości oraz choroby fizycznej, z którymi człowiek – jej zdaniem – walczy na marne.

Kleczewska potraktowała tekst Jelinek bardzo dosadnie. Nie brak tu skandalizujących scen, z jedzeniem prochów prosto z urny, czy udawanym stosunkiem z matką włącznie. Pokazała świat takim, jakim widzi go austriacka noblistka, cierpiąca na agorafobię. Dlatego też widz to wzrusza się, to się śmieje, a jeszcze innym razem ma ochotę opuścić widownię. Istotny jest jednak koniec spektaklu. Piękna scena, w której widzimy wszystkich bohaterów zamkniętych w zakładzie psychiatrycznym.

Postaci poddają się swojej chorobie przy dźwiękach Podróży zimowej Schuberta, po czym następuje kulminacja ich cierpienia w dzikim szale nagości. I trzeba przyznać Kleczewskiej, że jej sztuka obfituje w obrazy niezapomniane – poruszające i kontrowersyjne zarazem. Czasami może jednak zbyt dobitne, bo można by je było zastąpić metaforą, tak niebywałą jak chociażby ostatnia scena, w której reżyserka udzieliła głosu… samej Elfriede Jelinek.

Kręgosłupem tego spektaklu są niewątpliwie aktorzy. Ukłony należą się każdemu z osobna, bo na scenie dokonują rzeczy niemożliwych. Jednak kilkoro z nich wysuwa się na pierwszy plan. Przejmującą kreację stworzyła Julia Wyszyńska (Teatr Polski Bydgoszcz) jako Elisabeth Fritzl. Z rolą jej ojca znakomicie poradził sobie Mateusz Łasowski (Teatr Polski Bydgoszcz), którego publiczność chyba po raz pierwszy mogła zobaczyć w tak dojrzałej roli. Świetnie zaprezentowała się także Beata Ziejka (Teatr Powszechny Łódź) jako austriacka perfekcyjna pani domu, która spokojnym tonem, ze sztucznym uśmiechem na twarzy opowiada o austriackim ukontentowaniu. Całości dopełnia genialna scenografia Wojciecha Pusia. Dzięki przejrzystości i prostocie z łatwością wprowadza widza w centrum scenicznych wariacji. Momentami jest się nawet w stanie zobaczyć siebie w tym chorym społeczeństwie.

Artykuł pochodzi z portalu Teatralia.com.pl

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze