Zamiast po prostu przeprosić, często zaczynamy się usprawiedliwiać. Unieważniamy uczucia drugiej osoby, przenosimy na nią odpowiedzialność, bo wytrzymanie dyskomfortu, który następuje po zwyczajnym „przepraszam”, jest ogromnym wyzwaniem. O trudnej sztuce przepraszania i przyznawania się do błędu opowiada językoznawczyni dr Małgorzata Majewska.
- Jak zauważa językoznawczyni Małgorzata Majewska, przepraszanie bywa niełatwe, szczególnie dla osób „dla których wszystko, co o sobie wiedzą, jest wizerunkiem”.
- Dla wielu ważność wiąże się z posiadaniem racji, więc przyznanie, że w danej sytuacji się jej nie miało, oznaczałoby jednocześnie utratę tej ważności.
- Dlatego też niektórzy, jak zauważa ekspertka, wolą rację niż relację, a przyznanie się do błędu traktują jako naruszenie poczucia własnej wartości.
- Językoznawczyni zaznacza, że przepraszanie nie powinno być formą obwiniania się, lecz uznaniem, że popełniło się błąd.
- Jak dodaje: „Zamiast się obwiniać, lepiej nakarmić czyjąś ważność”.
Artykuł pochodzi z magazynu „Sens” 04/2026.
Agnieszka Radomska: Często nie umiemy wyartykułować tego konkretnego słowa „przepraszam”, a nawet jeśli już nam się uda, nie stawiamy po nim kropki, tylko zaczynamy się tłumaczyć. Z czego wynika ten opór?
Małgorzata Majewska: Słowo „przepraszam” trudno jest sformułować tym, dla których wszystko, co o sobie wiedzą, jest wizerunkiem. Wielu ludzi sobie siebie wymyśla i to wyraźnie słychać w języku. Jeśli ja wyobrażam sobie siebie jako osobę racjonalną, logiczną i konsekwentną i w wyniku takiego myślenia o sobie robię coś, co cię rani, to powiedzenie: „Agnieszko, przepraszam cię”, oznacza dla mnie rezygnację ze wszystkiego, co sobie na swój temat wymyśliłam. Im bardziej to jest nieautentyczne, tak naprawdę nie moje, im bardziej w tym wizerunku jest obecna idealizacja, bez jakichkolwiek ciemnych kawałków, bez tego jungowskiego cienia – tym trudniej mi jest przeprosić. Bo wszystko, co mam, to wizerunek, którego nie chcę stracić.
Jest jeszcze drugi bardzo ważny element.
Wielu ludzi żywi przekonanie, że ważność zyskuje się przez posiadanie racji. To są szczególnie ci, którzy średnio albo całkiem kiepsko radzą sobie z własnym życiem, ale za to zawsze mają pomysł na twoje życie, czyli wszechobecni doradzacze.
Gdyby nagle z jakiegoś powodu mieli przyjść do ciebie i przeprosić cię w choćby drobnej rzeczy, oznaczałoby to powstanie przynajmniej szczeliny, rysy na wizerunku tego, kto wie lepiej. Wolą wybrać siebie i swój wyidealizowany wizerunek, a więc raczej rację niż relację, której budowanie wymagałoby przeprosin, bo tak jest łatwiej.
Potrzeba ochrony wizerunku jest tak silna, że wygrywa nawet ze zdrowym rozsądkiem, który podpowiada, że należałoby przeprosić?
Rozsądek to między innymi konfrontacja swoich wyobrażeń z rzeczywistością. Ktoś, kto żyje w bańce, w zamkniętym świecie własnych fantazji na swój temat, może mieć przekonanie, że to świat jest niesprawiedliwy, a on jako jedyny w tym złym świecie reprezentuje jakiekolwiek wartości. Nie odda więc tego wyobrażenia, a więc wszystkiego, co ma, żeby przeprosić. Przestrzeń na przeprosiny otwiera się dopiero w momencie zderzenia myślenia o sobie samym ze światem. Jeśli sobie wymyślę, że jestem niezwykle mądra i wiem o życiu wszystko, to nie ma opcji, żebym za cokolwiek przeprosiła. Ona się pojawia dopiero wtedy, gdy sama ze sobą przerobię doświadczenie pomyłki, dam sobie zgodę na popełnianie błędów, uznam swoją niedoskonałość.
To jest bardzo trudne. Niektórzy tego prawa nie dają sobie nigdy.
To jest trudne, bo by w ogóle było możliwe, trzeba niejako zobaczyć siebie z zewnątrz. Posłużę się językowym przykładem, by wyjaśnić, o co chodzi w takim doświadczeniu.
W języku polskim mamy dwa zaimki zwrotne, pozornie podobne, ale znaczące jednak coś innego: „się” i „siebie”. Jeśli powiem ci: „boję się”, to jestem zintegrowaną całością, jestem strachem. Ale kiedy mówię: „wczoraj tak się bałam, że nie rozpoznawałam siebie”, to ten zaimek „siebie” sprawia, że widzę siebie jako kogoś osobnego. Czyli w „się” jestem wyłącznie uczestnikiem, a w „siebie” jestem i uczestnikiem, i obserwatorem. Żebym mogła cię przeprosić, muszę mieć tę drugą perspektywę, wyjść na chwilę z wewnątrz, popatrzeć z boku i poddać samą siebie jakiejś refleksji.
Zwróć uwagę, że ludzie czasem, przepraszając, dodają: „nie byłam sobą”. I najczęściej wcale nie chodzi tu o zaburzenie depersonalizacji, ale o to, że w swoim zachowaniu nie rozpoznali wszystkiego tego, co na swój temat myślą. A więc znów wracamy do wizerunku.
Jeśli już zmienię perspektywę, zobaczę siebie jako obserwator, wtedy zyskuję, a właściwie daję sobie możliwość przyznania się do błędu. Ale to jest obserwowanie siebie jako tej, której coś nie wyszło. Odruchowo tego nie chcę.
Przede wszystkim potrzebujesz w takiej sytuacji narzędzi, które pozwolą ci tej Agnieszki, która popełniła błąd, nie odrzucić. W tym momencie oczywiście wchodzi na scenę wewnętrzny krytyk. Jeżeli masz w stosunku do siebie jakiś rodzaj troski, samowspółczucia, wyrozumiałości, taki kawałek czułej matki dla samej siebie, będziesz umiała powiedzieć sobie: „Miałam odwagę próbować, ale nie wyszło, jestem tylko człowiekiem, pomyliłam się” – zintegrujesz to, co się stało, w nowe doświadczenie, na którym możesz nawet zyskać. Ale jeśli takiego czułego kawałka dla siebie nie masz, to się zbesztasz, nawymyślasz sobie od idiotek za to, że popełniłaś błąd, a efekt będzie taki, że szybciutko wrócisz do pierwszej pozycji, do idealnego wizerunku, bo tam jest bezpieczniej.
Wyrozumiałość dla siebie jest trudna, a proces przyznawania sobie prawa do błędu – niekomfortowy. Może dlatego tak często stosujemy zabiegi językowe, które zamiast szczerze przeprosić, wziąć odpowiedzialność za swoje słowa czy czyny, pozwalają nam ustawić się w pozycji defensywy? To choćby „przepraszam cię, ale...”, po którym to „ale” następuje zatłumaczanie siebie okolicznościami albo przerzucanie winy na adresata przeprosin. To znów wizerunek: jestem idealna, a coś z zewnątrz sprawiło, że postąpiłam jak nie ja i teraz muszę przepraszać.
Pytanie, czy to w ogóle są przeprosiny. Dla mnie idealne przeprosiny wyglądałyby tak, że siadamy razem, ja mówię: „Agnieszko, przepraszam cię”, a następnie wytrzymuję wszystko, co się w tobie wydarza w związku z tą trudną sytuacją. W twoim przykładzie widzę raczej odcinanie na zasadzie: „no dobra, przepraszam”, żebyś się nie czepiała. Na potrzebę naszej rozmowy rozróżniłabym więc przepraszam otwierające i przepraszam zamykające. Zamykające to takie, w którym ja nie chcę się skonfrontować z tym, co się z tobą i ze mną dzieje po przyznaniu się do błędu czy winy.
Spójnik przeciwstawny „ale”, który przywołujesz, ma jeszcze inną funkcję. Mianowicie dodatkowo uszczelnia tę moją zbroję nieprzeżywania emocji związanych z trudnym doświadczeniem komunikacyjnym. Zobacz, że najczęściej mało ważne jest to, co po tym „ale” pada; ważne jest to, by było tego dużo. To jest zalewanie dziesiątkami argumentów, często po to, by móc się potem uczepić drobiazgu i o tym drobiazgu rozmawiać. Jeśli powiem: „Przepraszam, że na ciebie naskoczyłam, ale byłam wściekła na szefa, bo mi powiedział, że...”, to chwilę później rozmawiamy już o tym, dlaczego byłam wściekła, i o moim szefie, a nie o tym, co ty poczułaś, gdy na ciebie naskoczyłam. Wtedy cała istota doświadczenia bycia przeproszonym i przepraszającym nam umyka, bo każde trudne doświadczenie wymaga przestrzeni i ciszy.
Jakie jeszcze zabiegi językowe stosujemy, nawet nie do końca świadomie, sprawiające, że przeprosiny tracą na wartości?
Zanim podam przykład, chcę zwrócić uwagę na istotną rzecz. Otóż czasownik „przepraszać” to jest tak zwany czasownik performatywny. Pojęcie wypowiedzi performatywnej wprowadził do filozofii języka brytyjski filozof John Langshaw Austin, opisując ją jako formę, której użycie warunkuje dokonanie określonej czynności. Czasownik performatywny to taki, w którym akt mówienia jest aktem działania, jak właśnie: przepraszam, obiecuję, wybaczam, skazuję – akt wypowiedzenia formuły zmienia rzeczywistość. I to jest klucz w kontekście naszej rozmowy o przepraszaniu.
Zwróć uwagę, że czym innym jest „przepraszam cię”, a czym innym „chciałabym cię przeprosić”. W pierwszym przypadku akt mówienia jest aktem działania, który realnie na nas obie wpływa, bo pojawiają się w nas emocje, a to, co jest po akcie przeprosin, już jest nową rzeczywistością.
Możesz powiedzieć, że nic się nie stało, albo nie przyjąć przeprosin, w każdym razie coś się zmieni, bo sam akt mówienia jest granicą. Natomiast kiedy powiem, że chciałabym cię przeprosić, to jest konstrukcja opisowa, która już nie ma tej mocy sprawczej, ma za to konkretne zadanie – ochronić mnie przed emocjami. Jako językoznawczyni badam akty komunikacji między ludźmi od wielu lat i coraz częściej dochodzę do wniosku, że ludzie nie mówią tego, co czują. Raczej mówią po to, żeby nie czuć.
Nie przepraszamy, ale też czasem kłamiemy w wyjaśnieniach i próbach usprawiedliwiania, żeby chronić siebie?
Przyjrzyjmy się naszemu dzisiejszemu spotkaniu. Umówiłyśmy się online na godzinę 9. Ja zaspałam, a ty czekałaś na mnie o umówionej godzinie. Gdy w końcu się połączyłyśmy, godzinę później, przeprosiłam cię, przyznałam, że zwyczajnie przegapiłam budzik, bez kombinowania. Przyjęłaś moje przeprosiny, choć miałaś prawo być zła, w końcu skomplikowałam ci poranek. Uznałaś, że moje przeprosiny są szczere, a poza tym dokładnie znałaś sytuacyjny kontekst, zrozumiały dla nas obu – wiedziałaś, że łączę się ze Stanów, więc mamy przesunięcie czasowe, a poza tym miałaś świadomość, że jestem po trudnym doświadczeniu pogrzebu, co dodatkowo miało wymiar łagodzący i tłumaczący moje spóźnienie. Ale oprócz tego jest i taka okoliczność, że trochę się już znamy, mamy serdeczną relację, więc nie założyłaś, że zechcę cię oszukać, wymyślić jakiś powód, dla którego zaspałam, i nim zagrać, nie do końca fair.
Odtwarzam tę sytuację po to, by pokazać, jak ważna jest relacja z adresatem przeprosin, to, czy ty komuś, kto chce cię przeprosić, jesteś w stanie stworzyć takie warunki, żeby mu się opłacało powiedzieć prawdę. Takie, w których zamiast przeprosić i postawić kropkę, nie będzie oszukiwał czy kombinował właśnie po to, by siebie ochronić przed konsekwencjami szczerości.
Bo jeśli ktoś będzie podejrzewał, że szczerość zaowocuje konfliktem, raczej nie zaryzykuje. Z drugiej strony i ty masz prawo nie mieć w sobie wystarczających zasobów, by tę przestrzeń na szczerość komuś dać. Na to bardzo trudno znaleźć język. W prywatnym życiu podobną sytuację rozegrałabym, mówiąc wprost: „Jestem w tej chwili na ciebie tak wściekła za to, co zrobiłaś, że nie mam w ogóle zasobów, by się tobą zajmować, dawać ci jakiekolwiek wsparcie”. A wtedy albo siadamy i rozmawiamy o mojej wściekłości, albo spotkamy się za dwie godziny, a ja mam czas, by tę złość wyrzucić z siebie na przykład na treningu.
Jest i taki aspekt, że jeśli w ogóle jesteś wściekła na kogoś, kto wyrządził ci krzywdę, uraził cię albo zawiódł, i chcesz mu to powiedzieć, a nawet wykrzyczeć w twarz, to często taka reakcja jest dla niego komplementem; bo to znaczy, że ci na nim zależy, że ta relacja jest dla na tyle ważna, iż nie możesz sobie pozwolić na pielęgnowanie urazy w milczeniu. Tylko naprawdę bliskie osoby w takiej sytuacji są w stanie powiedzieć: „Chodź, pogadajmy o tym, co się stało”, co ta sytuacja zrobiła ze mną i we mnie, a co z tobą i w tobie.
Czasami, nawet jeśli mamy dobre intencje, wpadamy w przeprosinowe pułapki, a może wcale nie pułapki, a wręcz manipulacje. Mam alergię choćby na sformułowanie: „przepraszam, że tak się poczułaś”. To jest odwrócenie kota ogonem – ktoś przeprasza mnie za moje uczucia, a nie za to, co zrobił.
Klasyczny przykład to: „przepraszam wszystkich, którzy poczuli się urażeni”, wypowiadane przez osobę publiczną. W takim komunikacie widać bardzo wyraźnie coś, co często obserwuję w języku nie tylko w odniesieniu do wyrazów skruchy, ale w ogóle – nierozróżnianie postawy dziecka i postawy dorosłego, według klasycznej analizy transakcyjnej Erica Berne’a, zgodnie z którą na nasze „ja” składają się trzy osoby: rodzic, dorosły i dziecko.
Jeżeli ja jestem dorosła, to znaczy, że jestem osobna i ty nie jesteś odpowiedzialna za moje emocje. Nie masz obowiązku zgadywać, jak się będę czuła, ponieważ to jako dorosła mam narzędzia, żeby w odpowiednim momencie zatroszczyć się o swoje granice.
Jeśli więc przepraszasz mnie za to, jak ja się poczułam, to znaczy, że stawiasz mnie w pozycji dziecka właśnie i rzekomo domyślasz się moich emocji tak, jakbyś to robiła w stosunku do dziecka, które chcesz chronić. Z tego miejsca sformułowanie: „przepraszam, że się tak poczułaś”, pokazuje, że ktoś, kto je wypowiada, czuje się w pewien sposób odpowiedzialny za uczucia drugiej osoby, za które nie może brać odpowiedzialności, o ile ta osoba jest dorosła. Oczywiście tak formułując przeprosiny, uciekamy przed wzięciem pełnej odpowiedzialności za coś, za co akurat wziąć ją powinniśmy – za swoje czyny i słowa.
Myślę jednak, że większość ludzi tej świadomości nie ma, i może dlatego tak powszechne jest oczekiwanie, że w bliskiej relacji czy w przyjaźni ludzie nie powodują u siebie nawzajem dyskomfortu emocjonalnego, co jest oczywistą nieprawdą. To w bliskich relacjach doświadczamy dyskomfortu właśnie dlatego, że są bliskie, a więc dla nas ważne. Nie chodzi o to, by się za ten dyskomfort przepraszać, ale o to, by dać drugiej osobie prawo do tego odczuwania.
A rekompensata czy zadośćuczynienie mają jakąś moc? Powiedzenie wprost: „chcę ci to wynagrodzić”, dodatkowo uwiarygadnia przeprosiny?
Myślę, że wiele zależy od kontekstu. Bo rekompensata może zostać odebrana również źle, jako sygnał, że ktoś chce drugą osobę nie tyle przeprosić, ile udobruchać, jakoś ją przekupić, by nie miała pretensji. „Przepraszam cię, zawaliłam, pozwolisz się zaprosić na kolację?” – zabrzmiałoby dla mnie tak, jakby ktoś chciał mi zamknąć usta.
Uważam, że w przeprosinach istotniejsza jest inna rzecz, mianowicie powiedzenie wprost: widzę, co jest dla ciebie ważne. Cenniejsze niż jakakolwiek rekompensata jest zapewnienie komuś, kogo chcę przeprosić, poczucia ważności. To twoje potrzeby zostałyby jeszcze wyraźniej doświetlone.
Gdy przepraszamy, to pojawia się pojęcie winy. Ale przyznanie się do winy to nie to samo co przeprosiny, prawda?
Przyznaję, że dla mnie pojęcie winy jest w wielu kontekstach, które nie są czarno-białe, zupełnie nieludzkim konceptem. Bo wina oznacza, że mamy nie popełniać błędów. Poza tym albo szukamy winnego, albo zajmujemy się relacją.
Mnie się bardziej podoba podejście, że ja i ty robimy wszystko, żeby zatroszczyć się o naszą relację, ale też rozumiemy, że jesteśmy tylko ludźmi i popełniamy błędy.
Zobacz, ile zmienia zamiana winy na błąd. Popełniłam błąd, bo źle sobie wyliczyłam dziś czas, nie wzięłam pod uwagę, że jestem zmęczona, że różnica czasu zrobi swoje, spóźniłam się na nasze spotkanie. Co to dla ciebie zmienia, jeśli powiem: „przepraszam, to moja wina”? No niewiele. Ale jeśli powiem, że mam świadomość błędu i następnym razem zorganizuję wszystko tak, by być na czas, to ty widzisz moją sprawczość, masz poczucie, że ja dysponuję narzędziami, żeby drugi raz tak samo nie postąpić.
Powtórzę trochę jak zdarta płyta, ale to wydaje mi się fundamentalne: zamiast się obwiniać, lepiej nakarmić czyjąś ważność. Mnie się wydaje, że to, co jest najtrudniejsze, kiedy kogoś ranimy czy krzywdzimy, to jego domniemanie, że zrobiliśmy to specjalnie albo, co gorsza, że jest nam kompletnie obojętny. Ważniejsze nawet niż sam akt przeprosin jest zapewnienie, że tak nie jest.
Małgorzata Majewska – dr nauk humanistycznych, językoznawczyni, specjalistka od komunikacji werbalnej i niewerbalnej. Przez wiele lat pracowała w Instytucie Mediów i Komunikacji Społecznej UJ. Zafascynowana pograniczem języka i psychologii, bada jego znaczenie i rolę w relacjach międzyludzkich. Jest twórczynią kanału na YouTubie „Między Zdaniami”