Terapia memami – Marta Frej o tym, w czym pomagają jej i innym rysunki z podpisami

Marta Frej przedstawia w swoich rysunkach kobiecą codzienność - pełną frustracji i absurdów, ale też solidarności, radości i luzu. (Ilustacja Marta Frej)

Jej rysunki z podpisami – czasem zabawnymi, a czasem prawdziwymi do bólu – zna cała Polska. A na pewno znają kobiety, bo Marta Frej opowiada w nich właśnie o kobiecej codzienności: pełnej frustracji i absurdów, ale też solidarności, radości i luzu. Jaka osobista historia za nimi stoi?

Jak zaczynasz dzień?
Idę na siłownię albo basen.

Inaczej niż twoje bohaterki z memów, one nie przejmują się takimi drobiazgami.
Tak, one tak, ale ja od jakiegoś czasu w ten sposób rozładowuję napięcie i towarzyszące mi frustracje.

A co cię frustruje?
Kierunek, w jakim idzie publiczna debata i stosunek do mniejszości, ostatnio zwłaszcza do ruchu LGBTQ+. No i bezsilność, bo mam wrażenie, że nie jest w tej chwili łatwo z tym kierunkiem walczyć.

Czy twoja sztuka działa w tej sytuacji terapeutycznie?
Zdecydowanie. Nic mi tak nie pomaga, jak narysowanie mema albo myślenie o tym, jak sformułować komunikat, by jego przekaz był zrozumiały i dowcipny. To na pewno zmniejsza moje poczucie bezradności i niemocy, no i bardzo mnie cieszy. Memy często wymyślam razem z moim partnerem Tomkiem, bo w zasadzie wszystko robimy razem. Taki dwugłos.

Malujesz, jesteś kulturalną aktywistką, rysujesz popularne w necie memy, a twoją stronę na Facebooku śledzi niemal 200 tys. osób. Współpracujesz też z grupą Żelazne Waginy.
Dla Wagin zrobiłam plakat i wizuale, no i byłam na ich przedstawieniu w Warszawie. Świetnie się bawiłam. Ich poczucie humoru jest mi bardzo bliskie, jestem spragniona takiej współpracy i kontaktów, a mieszkając poza Warszawą, nieczęsto mam okazję. Z drugiej strony mieszkanie „w Niewarszawie” daje mi zupełnie inną perspektywę i swobodę.

Aż tak inny jest ten świat niewarszawocentryczny?
Bardzo. Zwłaszcza w kwestii potrzeb i świadomości, jeśli chodzi o sztukę. Przez siedem lat razem z moim partnerem robiliśmy festiwal sztuki w przestrzeni publicznej Arteria. Zawsze narzekałam, że nie mam kontaktu ze współczesną sztuką krytyczną, zaangażowaną społecznie, bo do Częstochowy nie docierała. W mniejszych miastach 
i we wsiach kultura bywa sprowadzana do postaci festynu. Nie mam nic przeciwko festynom, pod warunkiem, że nie są jedynym pomysłem na kulturę. Zrobiliśmy ten festiwal, żebym więcej nie narzekała. To było świetne doświadczenie, siedem edycji festiwalu, z których każda była wyjątkowa i niezapomniana.

Z wykształcenia jesteś malarką. Nie miałaś poczucia, że rozmieniasz się na drobne, robiąc memy, kiedy mogłabyś tworzyć poważniejszą sztukę?
Na pewno musiałam wyrzucić z głowy wszystko to, czego dowiedziałam się na akademii, czyli cały ten zbiór niepisanych zasad. Gdyby nie to, że z hukiem rozstałam się z moją uczelnią, bo jej świat mocno mnie rozczarował, to pewnie długo tkwiłabym w schematach. I gdy po kilku latach odeszłam z pracy, poczułam się uwolniona, wyzwolona, zrozumiałam, że nie mam nic do stracenia. Dotarło do mnie, że kariery według tych zasad nie zrobię, bo nie jestem takim typem człowieka. Ta świadomość dała mi wolność – w tej chwili nie mam w sobie żadnych ograniczeń w kwestii tego, co wypada, a co nie wypada artystce. Nie mam ani przymusu ani konieczności przekonywania kogokolwiek, że jestem artystką. Jedyny przymus, jaki odczuwam, to żeby kochać to, co robię, i dobrze się przy tym bawić.

I tak jest?
Tak, ważne jest też dla mnie, żebym była całą sobą zaangażowana w to, co robię. Zdarza mi się zrobić coś komercyjnego, bo jestem odpowiedzialną żywicielką rodziny i muszę zarabiać. Ale potem zawsze mogę zrobić coś bardziej swojego. Nie jestem przywiązana do jednego pomysłu na życie. Mam w sobie chęć i energię do uczenia się i doświadczania nowych rzeczy i wciąż mam przekonanie, że najlepsze jeszcze przede mną.

Zawsze chciałaś być artystką?
Tak, miałam to szczęście, że odkąd pamiętam, chciałam studiować na ASP. Mówię o szczęściu, bo mam syna w maturalnej klasie i wiem, że podjęcie decyzji o kierunku studiów nie jest łatwe. Rozmawiałam ostatnio z grupą młodych ludzi i powiedzieli, że ich największy dylemat to, czy kierować się marzeniami, czy kasą. Ja nie miałam takiego dylematu. Nie myślałam o kasie.

Jak doświadczanie sztuki wpływa na ciebie jako na osobę?
Jestem dosyć wyczulona na stereotypy, czujna wobec nawyków i mód, bo sztuka, której zawsze szukałam, wybijała mnie z ustalonych torów, wprawiała w zakłopotanie, budziła niepokój i ciągle zaskakiwała… Przyzwyczaiła do niepewności, nauczyła pytać i godzić się z wielością odpowiedzi. Sztuka nauczyła mnie, że na każde zjawisko i na każdą sytuację można spojrzeć z różnych stron, z punktu widzenia innych i to są tak różne perspektywy, że nie ma jednej prawdy. Wszystko jest kwestią tego, czyimi oczami na coś patrzymy.

Te wątpliwości pojawiają się w twoich memach.
One są dla mnie uwalniające. Sprawiają, że w pewnym sensie jesteśmy gotowi na wszystko. Przede wszystkim gotowi na inność ludzi, których spotykamy.

Twoja sztuka nierozerwalnie związana jest z feminizmem. Zawsze byłaś feministką?
Nie mogę powiedzieć, że wypiłam go z mlekiem matki.Choć moja mama jest kobietą o silnym charakterze, nie nazwałabym jej jednak feministką. Mój feminizm narodził się z wielu niemiłych doświadczeń. I nie chodzi o to, że mam pretensję do konkretnych mężczyzn. Winię system, który sprawia, że pewne zjawiska są powszechnie akceptowane. Ale zarówno w życiu prywatnym, jak i w pracy zawodowej spotkałam się z wszystkim tym, z czym feminizm walczy i co próbuje zmienić. Dotarłam do niego przez praktykę, nie teorię.

Co masz na myśli?
Pracowałam przez kilka lat w najbardziej seksistowskim otoczeniu, jakie potrafię sobie wyobrazić. Kiedy urodziłam dziecko, okazało się, że jego ojciec, który ma bardzo negatywny stosunek do aborcji, nie jest zainteresowany wychowywaniem dziecka narodzonego, a cały świat wokół mnie oczekuje, że będę matką idealną… Mogłabym opowiadać o tym godzinami. Co więcej, przez wiele lat obarczałam się całkowitą odpowiedzialnością za to, co mnie spotyka. I to chyba było najtrudniejsze: poczucie, że ze mną jest coś nie tak, bo nie potrafię żyć tak jak wszyscy, że ciągle ląduję w jakimś syfie… Na szczęście w pewnym momencie zrozumiałam, że moja historia nie jest wyjątkowa, że wpisuje się w pewien schemat i wiele mechanizmów, zwyczajów oraz stereotypów jest odpowiedzialne za to, że tak się dzieje.

Zrozumiałaś to tak po prostu?
Na pewno pomogło to, że spotkałam faceta, który chce tworzyć ze mną w pełni równościowy związek. A nie jest to proste, bo oboje wychowaliśmy się w patriarchacie. Musieliśmy wyzbyć się wielu przekonań dotyczących płci i naszych wyobrażeń o tym, jak powinniśmy się zachowywać, jacy powinniśmy być. Feminizm bardzo nam w tym pomógł. Uwolnił mnie od poczucia winy i pozwolił zaakceptować przeszłość.

Dzięki temu teraz możesz przekuwać swoją siłę w pozytywne przekazy dla innych.
Mam nadzieję, że tak się dzieje. Robię teraz projekt pod hasłem: „Jestem silna, bo…”. Kobiety z całej Polski wysyłają mi swoje zdjęcia oraz rozwinięcia zdania: „Jestem silna, bo…”, a ja je rysuję. Dostałam już ponad tysiąc maili, a wciąż przychodzą. To prawdziwe historie kobiet, które są silne wbrew i pomimo. Akcja ma na celu uświadomienie, że siłę możemy czerpać ze wszystkich naszych przeżyć, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych, ale też walkę ze stereotypem słabej kobiety, która potrzebuje pomocy silnego mężczyzny. Ten relikt przeszłości nie pozwala nam poznać własnych możliwości i osiągnąć niezależność.

Jak powstają twoje memy?
Bardzo różnie, zależy też od tego, czym się akurat zajmuję. Często dlatego, że mam w sobie niezgodę na jakąś sytuację polityczną i chcę rozładować napięcie. Czasem muszę jednak odpocząć od tego, co się wokół nas dzieje. Zwykle jednak razem z moim partnerem uznajemy, że temat jest ważny i trzeba go poruszyć. Wówczas zastanawiam się, jak chcę to zrobić, co dokładnie chcę powiedzieć. Przestawiam słowa w mojej głowie, aż trafię w sedno, bo przekaz musi być jednocześnie jasny i zabawny. Choć przyznam, że ostatnio wcale nie chce mi się śmiać. Ilustracja jest dodatkiem, ma przyciągnąć uwagę.

Masz poczucie, że memami edukujesz społeczeństwo?
Często słyszę takie słowa i jestem wtedy dumna. Staram się zmieniać świadomość ludzi za pomocą bardzo prostych komunikatów, a przede wszystkim śmiechu, bo śmiejąc się, wszystko łatwiej przyswajamy. To był dla mnie szok, gdy zorientowałam się, jak szybko moje memy rozprzestrzeniają się w Internecie, jak daleko się niosą. Wtedy pokochałam je jako narzędzie, za pomocą którego próbuję kreować świat, w którym sama chciałabym żyć.

Który z memów jest twoim najważniejszym?
Ten, który mówi, że nie mogę przejmować się tym, co mówią inni, bo innych jest dużo i każdy mówi co innego. Zbyt wiele rzeczy robimy tylko z uwagi na opinię innych. Mam wrażenie, że w Polsce nie tylko zwracamy uwagę na to, co o nas mówią, ale sami też chętnie komentujemy. Wieczne krytykowanie jest moją zmorą. Chciałabym, żeby ludzie przestali siebie nawzajem bezustannie oceniać. Kilka dni temu zapisałam sobie nawet takie zdanie na kolejną grafikę: „Nie trzeba rozumieć drugiego człowieka, żeby mu uwierzyć”.

Wyjaśnisz to?
Uważam, że powinniśmy bardziej wierzyć innym, ale i sobie. Jeśli mówię, że czegoś potrzebuję czy czegoś nie chcę, to ktoś inny, nawet jeśli mnie nie rozumie, powinien mi zaufać i uwierzyć, że nie kłamię. Jeśli ktoś mówi, że chce ślubu ze swoim partnerem, to trzeba mu uwierzyć. Jeśli ktoś twierdzi, że jest prześladowany, to też trzeba mu uwierzyć. Jeśli kobieta wyznaje, że czuje się dyskryminowana czy wykorzystywana, to trzeba jej uwierzyć. Zaufanie jest podstawą funkcjonowania każdego zdowego społeczeństwa.

Marta Frej malarka, ilustratorka, animatorka kultury, prezeska fundacji Kulturoholizm. Laureatka nagrody O!lśnienia roku 2017. Autorka komiksu „Dromaderki” i (wspólnie z Agnieszką Graff) książki „Memy i grafy. Dżender, kasa i seks”. Znana jako autorka obrazów z podpisami, ilustrujących współczesne życie kobiet w Polsce.