fbpx

Żegnamy Pawła Królikowskiego. Przypominamy jeden z piękniejszych wywiadów, których nam udzielił

Paweł Królikowski - Odkrywca nowych lądów
Paweł Królikowski (Fot. BEW PHOTO)

Dziś nad ranem po długiej chorobie zmarł Paweł Królikowski – aktor filmowy, telewizyjny, teatralny i dubbingowy. Miał 58 lat. Przypominamy wywiad, którego udzielił nam kilka lat temu na łamach naszego pisma.

„Odkrywca nowych lądów” – Paweł Królikowski w rozmowie z Mają Jaszewską, Zwierciadło 2010

Nie zwierza się byle komu. Potrafi przemilczeć sprawę ze zrozumieniem. Nie musi być sympatyczny, uczciwy – tak. Zna tajemnicę miłości i ma własną bezpieczną przystań. Taki jest współczesny mężczyzna według Pawła Królikowskiego.

Słychać wokół, że doświadczamy kryzysu męskości. Psychologowie twierdzą z kolei, że męskość ma się świetnie, a przekształca się rola mężczyzny w świecie. Co pan o tym sądzi?
Niespecjalnie wiem, co to znaczy być tak zwanym prawdziwym facetem. Jeśli już zdarza mi się na ten temat myśleć, choć nie spędza mi on snu z powiek, to wydaje mi się, że być facetem oznacza tyle samo, co być ojcem, tyle że nie ogranicza się to jedynie do biologicznej kwestii. Daleki jestem od jakichś ideologicznych wezwań do prokreacji. Chodzi mi raczej o męskie zdolności kreacyjne. Dobrze, jeśli mężczyzna ma w sobie element twórczy, umie coś stworzyć, zrobić, wymyślić, być ojcem wielkiego przedsięwzięcia, zdarzenia, idei. Może to być chociaż stół czy krzesło. U podłoża męskiej potrzeby kreacji leży zawsze takie samo zauroczenie, jakie żywimy w stosunku do pięknej kobiety. Ono wyzwala w nas namiętność powoływania do życia nowego. I jeżeli spojrzeć na męskość z tego punktu widzenia, to wydaje mi się, że z jej kondycją nie jest tak źle.

Widziałam niedawno reklamę: mężczyzna szyje na maszynie, kobieta trzyma w ręku śrubokręt. Czy to obraz nowych wzorców?
Zmieniło się wyobrażenie zakresu działań przypisywanych w naszej tradycji kulturowej tzw. mężczyznom. To jest wyraźnie zauważalne. Takie zmiany to zresztą nic nowego w historii ludzkości. Nie tylko przed mężczyznami otwierają się nowe horyzonty zachowań, przed kobietami także. I tak jak wszystkich odkrywców, również nas te nowe lądy napawają lękiem, ale i nadzieją.

Czy kobiety nie oczekują dziś niemożliwego? Wedle dawnego modelu, nasi mężczyźni mają być odważni, silni i dzielni, a jednocześnie – według współczesnego wzorca– delikatni, wrażliwi i empatyczni.
Moja bliska znajoma, szukając przez dłuższy czas odpowiedniego dla siebie partnera, powiedziała mi kiedyś: „Wiesz, z długiej listy życzeń, jak powinien wyglądać mój wyśniony książę na białym koniu, zostało mi na dzisiaj już tylko jedno – żeby był żywy”. I nie jest to z jej strony dowód rezygnacji czy pesymizmu. To głębokie i mądre stwierdzenie, dające szansę wyśnionemu zdobywcy jej serca, by całą paletę pozytywów podarował jej z własnej nieprzymuszonej woli, zamiast spełniać listę wymagań wedle jakiejś abstrakcyjnej instrukcji obsługi. Myślę, że to stawianie żądań wynika nie tylko z tego, że kobiety zmężniały i chcą od życia więcej. Wszyscy zrobiliśmy się bardziej roszczeniowi. Wiemy, czego chcemy, i szukamy partnerów, którzy pomogą nam to osiągnąć. Nie ma w tym nic złego. Istnieje jednak ryzyko, że jak się zagalopujemy, doprowadzi to do braku empatii i traktowania drugiej osoby instrumentalnie. A tym samym zniknie spontaniczność uczuć.

W 30 krajach zbadano wyobrażenia na temat mężczyzn i znaczna część postulatów okazała się podobna. Są na tej liście cechy takie jak odważny, pomysłowy, ale też szorstki, arogancki…
Wiele z nich pozostaje ze sobą w sprzeczności i to również jest prawdą o nas, mężczyznach. Jesteśmy bowiem pełni niedoskonałości i skrajności. Można być jednocześnie i szorstkim, i bardzo opiekuńczym. Oschłym, wymagającym i czułym. Bycie sympatycznym nie jest najważniejsze. Sympatyczny nie znaczy uczciwy, a to uczciwość jest podstawą męskości, bo przekłada się na odpowiedzialność za swoje czyny, za wszystko, czego stajemy się autorami, w tym za rodzinę, dzieci…

Jakich miał pan męskich idoli w dzieciństwie?
Nie pamiętam, bym w ogóle ich miał. Podziwiałem raczej pojedyncze zachowania i to bez względu na to, czy chodziło o mężczyznę, czy kobietę. Imponowały mi takie, w które wpisane było dobro. Do dziś brzydzę się trochę facetami, którzy epatują swoją siłą, bo podejrzewam w tym jakąś ogromną słabość. Oczywiście, dobrze być bardzo silnym, ale ci silni zapominają czasem, że aby zademonstrować swoją siłę, trzeba wykorzystać czyjąś słabość. Oni również mają słabe punkty, które prędzej czy później mogą zostać przez kogoś odkryte.

Chodziło mi raczej o wzór siły charakteru…
O, tak wolę myśleć o sile. Ale nie zapominajmy, że ważny jest też cel działania. Można przecież z uporem i konsekwentnie podpiłowywać most, po którym chodzą ludzie. Sądzę, że zwłaszcza dzieci i młodzież mają doskonały zmysł oceny czystości intencji. Stąd się pewnie bierze ich skłonność do buntu i rewolty, do bezkompromisowego wyrażania swojego zdania.

Bardzo się pan buntował w wieku chłopięcym?
Tak, ale ponieważ pochodzę ze skromnego nauczycielskiego domu, to wiedziałem, że świat jest tak skonstruowany i nie mogę się buntować przeciwko wszystkiemu. Wpojono mi pokorę wobec ludzi i świata. Domowy katechizm głosił też, że należy reagować na czyny, które wydają nam się naganne, natomiast to, co sami robimy, wykonywać najlepiej jak tylko potrafimy.

Dzisiaj też zdarza się panu być buntownikiem?
Bez dozy adrenaliny i testosteronu nie da się zrobić pewnych rzeczy. To jest naturalny instynkt samozachowawczy. Tylko współczesny świat tak to sformatował, że na naturalne przecież odruchy właściwie nie ma miejsca, bo są odbierane jako prostackie i nieprzystojne. Dzisiejsze prawo nie pozwala bronić fizycznie swojej rodziny czy wybranki serca i, jak trzeba, dać w pysk natarczywemu napastnikowi. Należy czekać na policję. A to się może bardzo źle skończyć.

Czy jest coś, czego pan nie lubi w kobietach?
Raz w życiu zdarzyło mi się być świadkiem, jak kobieta mówiła bardzo pogardliwie o swoich mężczyznach. Byłem wtedy dla niej wyjątkowo niemiły.

Muniek Staszczyk śpiewa, że chłopaki nie płaczą. Rzeczywiście nie?
W tej piosence jest tak piękna łza na rzęsie, że trzeba być ślepym, by jej nie dostrzec. Dużo prościej śpiewał o tym Andrzej Sikorowski, że łzy to znak, że bije serce, a to przecież żaden wstyd. To też jest o męskim ego. Męska łza zawsze budzi ogromne emocje u tych, którzy ją widzą – i to zarówno pozytywne, jak i negatywne. Jesteśmy trochę inaczej skonstruowani, więc trudniej nam płakać. To wynika z fizjologii.

A może z tego, że od dziecka słyszycie:„nie płacz, nie bądź babą”?
Myślę, że to jednak fizjologia ogranicza nasze łzy. Gdyby w trudnej sytuacji facet się wypłakał, to by przejrzał na oczy. Tak jak kobieta – wypłacze się i od razu lepiej widzi swoją sytuację. A facet nieraz do końca życia chodzi z tymi suchymi ślepiami i nie potrafi się otrząsnąć.

Mężczyznom trudniej mówić o emocjach i je nazywać?
Nie, ale mam wrażenie, że emocje są w nas inaczej poukładane. Mężczyźni chętniej mówią o złości, wściekłości, konieczności bycia stanowczym, bo to daje im poczucie mocy.

Doświadczamy wielu zmian obyczajowych. Ojcostwo też się zmienia?
Świat, w którym byłem synem, posługiwał się innymi narzędziami niż ten, w którym sam jestem ojcem. Zawsze się mówiło, że z pokolenia na pokolenie wszystko się zmienia, ale myślę, że te zmiany dotyczą spraw zewnętrznych – zachowań, stylu i tempa życia, a istota rzeczy pozostaje ta sama. Nie zmienia się fakt, że ojcostwo jest instytucją konieczną, czasami nakazową i bezpośredniego przymusu, innym razem charytatywną. Dzieci późno dostrzegają wysiłek i pozytywne efekty tej instytucji, jak i to, że nosi ona swoje imię i nazwisko.

Podobnie jest z macierzyństwem. Dopiero wychowując własne dzieci, zaczynamy rozumieć rodziców.
Człowiek staje się empatyczny jedynie poprzez własne doświadczenia. Empatia z wyobraźni nie istnieje. Takim jest się ojcem, jakim człowiekiem. W sumie liczba błędów jest zbliżona do ilości genialnych posunięć, dzięki czemu – jak uczy historia ludzkości – ten mecz szachowy rodziców o dzieci jest wygrany na korzyść dzieci. Tkwi w nas imperatyw, żeby dla nich działać w jak najlepszej wierze. Pozostałe przypadki to patologia.

Być ojcem córek jest inaczej niż ojcem synów?
Najpierw miałem dwóch synów i chociaż bardzo ich kochałem i czułem się za nich odpowiedzialny, to moje ojcostwo było trochę chłopięce. Dopiero jak się urodziła Julka, a potem Marcysia, zrobiłem się miękki w nogach. Słowa „ojciec” i „tata” nabrały zupełnie innego brzemienia. Z żartobliwego staccato przeszły w płynne legato. Stały się kuliste. Ta ich miękkość wynika z wielu rzeczy – z naszego umiłowania do kobiet, z pewnego rodzaju rozczulenia i zawstydzenia, że oto rosną obok nas. Cały ten świat tajemnicy, spraw dzielonych tylko z mamą, powoduje, że człowiek czuje się nieraz we własnym domu jak portier. Ale to jest fajne i miłe. Ostatnio gotowałem obiad i bez specjalnej nadziei zapytałem córki, czy pomogą mi obrać ziemniaki. Jak one ślicznie i zgrabnie to zrobiły tymi swoimi małymi łapkami! Jak bardzo zrobiło mi się miło i jak nam potem ta zupa smakowała!

Co pana zdaniem jest najbardziej niemęskie, nie przystoi facetowi?
Brak szacunku do innych facetów. Bo do kobiet mężczyzna zawsze żywi szacunek, choćby na zwierzęcym poziomie. Ale obrzydliwe i niemęskie jest, kiedy facet wykorzystuje okoliczności czy chwile dominacji, by upokorzyć innego mężczyznę. To przykład kompletnego ześwinienia. Bardzo wyraziście opisał to Waldemar Łysiak we „Flecie z Mandragory”, kiedy jeden z bohaterów, patrząc na zmasakrowane torturami, a niegdyś niewyobrażalnie mocne i piękne, ciało mężczyzny kochanego przez wiele kobiet, z pogardą mówi, że całe to piękno sczezło bezpowrotnie. To ohydna dominacja gnoma nad czymś mocnym i dobrym. W podobnych sytuacjach czuję bezradność, choć powinienem, wzorem średniowiecznego rycerza, wyjąć miecz i wymierzyć sprawiedliwość.

Rycerski kanon stał się podstawą europejskiego wzorca męskości. Podobno w Polsce najsilniej?
O tak, wyobrażenie rycerskich cech jest bardzo efektowne i robi wrażenie, ale obawiam się, że jest dalekie od rzeczywistości. Nie mówiąc już o tym, że faceci w moim wieku, w czasach, gdy ta rycerskość była żywa, niewiele już mieli na jej temat do powiedzenia. Byli dziadami z siwą brodą, opowiadającymi smalone duby swoim wnukom.

Czy mamy do czynienia z coraz większą feminizacją męskiego ciała?
W aktorskim środowisku charakteryzacja czy make up to rzecz konieczna. Ale, rzeczywiście, dostrzegam tę metroseksualność, o którą pani pyta. Nadmierną dbałość o fizyczność i jednoczesne pozostawanie zaprzysięgłym samcem.

A to się nie wyklucza? Jak tu machać mieczem, skoro można się od tego spocić, a to przecież takie nieestetyczne?
Można w jednej ręce dzierżyć miecz, a drugą spryskiwać się dezodorantem. Tyle że potrzeba do tego trochę wprawy. A tak serio – ta męska dbałość o wygląd nie jest wymysłem naszej cywilizacji. Wystarczy spojrzeć na mężczyzn w XVII czy XVIII wieku. Chodzili upudrowani, w rajtuzach i perukach, z szablą u boku, ale też brylantowym młoteczkiem za pazuchą do zabijania wszy.

Czy feminizm przyniósł mężczyznom coś dobrego?
Dosyć słabo orientuję się w ruchach feministycznych. Najlepiej mi znanym jest feministyczny ruch mojej żony w domu i podporządkowuję się mu w zupełności. Znoszę niezrozumiałe dla mnie ideologie i wiem, że to, czego nie rozumiem, jest po prostu tajemnicą miłości.

Może za mało zachwycamy się tajemnicą naszych odmienności, stąd tyle rozczarowań?
Związek nigdy nie będzie idealny, a lepsze bywa wrogiem dobrego. Dość późno odkryłem, że recepta na szczęście tkwi w tym, żeby się nie bać wspólnego przeżywania codzienności. Wtedy pojawia się przyjemność z robienia rzeczy nieciekawych, nawet ze wspólnego nudzenia się, bez specjalnego rozdrapywania każdej sprawy i rozważania każdego gestu. Potrzeba rozwikłania tajemnicy za wszelką cenę bywa destrukcyjna, bo wścibstwo, krótko mówiąc, jest upierdliwe. Zaufanie to szlachetny kruszec. Przyniesie korzyść, jeśli zrozumiemy jego sens. Ale chyba zaczynam opowiadać pierdoły tonem starego rabina…

Kobiety mówią innym językiem niż mężczyźni?
Mam wrażenie, że kobietom mówienie przychodzi zdecydowanie łatwiej niż mężczyznom. Mowa u facetów jest ulokowana znacznie głębiej, natomiast u pań zamieszkuje już na ganku domu, może nawet przy furtce, a kto wie, czy nie na sąsiedniej uliczce. Męskie słowa są schowane i jeśli już się pojawią, widać na nich ślady przebytej drogi. Kobiece mówienie bywa czasami bardzo dziewicze, nietknięte wędrówką…

Co jest najtrudniejsze w byciu mężczyzną?
Mógłbym powiedzieć, że monogamia, ale to byłby żart niepoprawny politycznie, religijnie i obyczajowo. W moim przypadku najtrudniejsze jest zachowanie stałego poziomu optymizmu.

Kobiety chętnie się zwierzają, a mężczyźni?
Mężczyzna nie zwierza się byle komu, ale jeśli ma duży problem, to chciałby znowu być synem i mieć blisko ojca, z którym dałoby się omówić sprawę albo nawet przemilczeć ją ze zrozumieniem.

Richard Rohr, franciszkanin, autor książek o mężczyznach, twierdzi, że duchowość jest męską specyfiką. Zgadza się pan z tym?
To jedyny obszar, w którym czuję się w miarę bezpiecznie, pomimo że właśnie tam znajduje się najwięcej miejsc, które – poruszone wyobraźnią – mogą narobić sporo kłopotu. Na szczęście, nie są tam wymagane precyzyjne odpowiedzi na trywialne pytania. Dlatego duchowość to bezpieczna przystań dla mężczyzny. Pozostawmy ją więc wolną od słów…