1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Planowanie to połowa sukcesu

Planowanie to połowa sukcesu

Kariery i zawodowego sukcesu nie da się dziś dokładnie zaplanować – mówił Peter Drucker, ekspert od zarządzania. W wielu przypadkach kariera pracownika będzie trwać niejednokrotnie dłużej niż firma, która go zatrudniała. Dlatego musimy być przygotowani na szukanie wielu ścieżek rozwoju, budowanie różnych karier. Żeby coś osiągnąć w życiu zawodowym i nie tylko, trzeba przede wszystkim liczyć na siebie i wziąć sprawy w swoje ręce.

Myślenie o własnej karierze i wyznaczanie sobie celów, nie tylko zawodowych, potrzebne jest do tego, aby w życiu robić to, co się lubi i potrafi najlepiej. To właśnie sprawia, że życie ma sens.

Jasne określenie celów zmienia marzenia i wizje w rzeczywistość. Jeśli nie wiesz, dokąd zmierzasz, zadowolisz się każdym, dowolnym miejscem. Cele nie tylko nadają kierunek działaniom, ale i ułatwiają dostrzeżenie okazji umykających uwadze innych.

Nawet idąc na zakupy lepiej mieć plan, w co chcemy się zaopatrzyć, w przeciwnym wypadku można nie kupić tego, co potrzeba, albo nabyć za dużo. I podobnie jest w przypadku kariery zawodowej.

Zaplanowanie kariery zawodowej nie jest łatwe, ale przynosi spore korzyści osobie, która poświęci na to trochę czasu. Planowanie daje też większą świadomość samego siebie, własnych zdolności, zalet, umiejętności, ale też wad, słabych stron i ograniczeń. Ułatwia konsekwentne podążanie wybraną drogą. To inwestycja, która  zawsze się zwraca i owocuje pracą spełniającą oczekiwania i dającą możliwości.

Wiemy, jak trudnym zadaniem jest stworzenie długoletniego planu kariery, który systematycznie będzie realizowany. Dlatego zachęcamy do tego, żeby przede wszystkim znaleźć na siebie pomysł i wiedzieć, dokąd się zmierza.

Dokąd zmierzasz? Określanie celu

Każdy przewodnik kariery powie Ci, że musisz określić swój cel. Dziś jednak w wielu przypadkach kariera pracownika, głównie umysłowego, będzie trwać niejednokrotnie dłużej niż firma, która go zatrudniała, a jeśli w firmie będzie pracować długo, to strategia firmy może znacząco ewaluować. Dlatego musimy być przygotowani na szukanie wielu ścieżek rozwoju, na budowanie różnych karier.

W ramach tych wszystkich doświadczeń najważniejszym wydaje się pytanie: Jaka jest moja misja życiowa? Dokąd idę? Dokąd te doświadczenia mają mnie doprowadzić?

Myślenie o własnej karierze i wyznaczanie sobie celów potrzebne są do tego, by znaleźć sobie w życiu zajęcie i robić to, co potrafi się najlepiej i co przede wszystkim przynosi satysfakcję. Bo to właśnie sprawia, że życie ma sens.

Jasne określenie celów zmienia marzenia i wizje w rzeczywistość. Jeśli nie wiesz, dokąd zmierzasz, zadowolisz się każdym miejscem. Cele nie tylko nadają kierunek działaniom, ale i ułatwiają dostrzeżenie okazji, umykających uwadze innych, a przede wszystkim ułatwiają podejmowanie właściwych decyzji.

Celu nie można określić zbyt precyzyjnie. Raczej rzadko zdarza się przypadek chłopca, który jako pięciolatek, zamarzył sobie być strażakiem, przeszedł przez gimnazjum z profilem ścisłym, liceum o profilu technicznym, złożył po maturze podanie do Wyższej Szkoły Oficerów Pożarnictwa, zdał egzamin wstępny i został przyjęty, studia skończył w terminie i podejmując pracę jako oficer zawodowej straży pożarnej zrealizował swoje pierwsze marzenia. Nie można też celu określić zbyt ogólnie - jakieś studia i dobrze płatne stanowisko kierownicze. Cel należy określić dość szeroko, ale precyzyjnie. Nie wystarczy poprzestać na określeniu „chcę być dobrym człowiekiem”. Celem może być zostanie specjalistą od marketingu, ale wkrótce trzeba jeszcze rozstrzygnąć czy będzie to marketing tradycyjny czy może e -marketing. A jeśli tradycyjny - to w jakiej branży: FMCG czy raczej usług. Jeśli z kolei usługi, to skierowane do biznesu, czy może do klienta indywidualnego? Itp. Itd. Każde precyzyjniejsze określenie celu wymaga innych predyspozycji.

Stwórz swój profil i mapę swoich kompetencji

Peter Drucker twierdził, że nie jesteśmy przygotowani do funkcjonowania na rynku pracy, ale też w samej pracy. A to dlatego, że nie znamy:
- siebie, naszych mocnych stron, naszych możliwości i ograniczeń;
- najlepszych i najskuteczniejszych dla nas metod pracy;
- wartości, które są dla nas ważne, a bez identyfikacji których ciężko będzie nam się odnaleźć w zawodowej rzeczywistości i znaleźć odpowiednie środowisko pracy.

Zanim więc zaczniesz robić plany – zastanów się nad kilkoma kwestiami.

 

Mapa kompetencji

Zastanów się dobrze, jakie główne kompetencje wnosisz do swojej firmy:

  • WIEDZA np. znajomość rynku motoryzacyjnego, znajomość specyfiki branży FMCG, znajomość produktów finansowych, znajomość specyficznych programów komputerowych
  • UMIEJĘTNOŚCI np. zarządzanie projektami, zarządzanie zespołami wielokulturowymi
  • DOŚWIADCZENIE np. we wprowadzaniu marki na rynek, w tworzeniu stron e - commerce, w budowaniu strategii IT
  • POSTAWY/ OSOBOWOŚĆ np.zaangażowanie, mobilność, nastawienie na rezultaty, dobry współpracownik, umiejętność radzenia sobie z silnym stresem
 

WARTOŚCI

Jeśli nie uświadomisz sobie swoich wartości, niemożliwe będzie znaleźć organizację, która pozwoli Ci je realizować. Jest niewiele rzeczy, które w codziennym funkcjonowaniu są gorsze i bardziej uciążliwe niż konflikt wartości na linii organizacja – pracownik.

MOCNE STRONY

Każdy jest w czymś dobry, ma jakieś doświadczenia, z których wyniósł konkretne umiejętności. Jeśli siebie nie poznasz, swoich mocnych i słabych punktów, swojego organizmu, psychiki, duchowości jak możesz sobą kierować? Rozróżnij to co niezmienne, z czym musisz żyć od tego co możesz zmienić, nad czym musisz pracować.

NAJSKUTECZNIEJSZE METODY PRACY

Nie ma uniwersalnych metod pracy, najskuteczniejszych w danych sytuacjach. Czy łatwiej osiągasz cele pracując samodzielnie czy w zespole? Czy wolisz podejmować decyzje samodzielnie i być za nie odpowiedzialny, czy wolisz, gdy inni podejmują je za Ciebie? Czy wolisz pracować w domu czy poza nim? Czy chciałbyś mieć kontakt z klientami czy raczej nie? Co Cię motywuje do pracy? Czy lubisz ryzyko? Jakie otoczenie pracy wpływa na Ciebie mobilizująco?


Stwórz założenia do planu i trzymaj się ich!

Daleka podróż zaczyna się od pierwszego kroku

Podróż do wybranego celu w przyszłości zaczyna się już dziś, dlatego tak ważne jest, żeby wiedzieć co jest dla nas ważne i dokąd zmierzamy. Jeśli to wiesz, łatwiej będzie Ci podejmować decyzje już dzisiaj.

W aspekcie zawodowym ważne jest określenie możliwych ścieżek rozwoju i sposobów ich realizacji

Planowanie jest wszystkim, plan jest niczym

Tworząc założenia do planu opieramy się na obecnej wiedzy: o sobie, o trendach na rynku, o rzeczywistości. Żyjemy w świecie wciąż się zmieniającym, ba! nawet my sami się zmieniamy. Jesteśmy uzależnieni od zmian, ale i wpływamy na rzeczywistość sami ją zmieniając. Wszystkich zmian nie da się przewidzieć, należy zatem na nie odpowiednio reagować modyfikując plany. Niezwykle trudno karierę zaplanować raz i potem konsekwentnie ją realizować. Cele zawodowe muszą być w grubszych zarysach stałe, plan natomiast musi być ciągle dostosowywany do rzeczywistości.

Dlatego konieczne są upór i konsekwencja przy realizacji celów i elastyczność przy realizacji planów, ale przede wszystkim aktualizowanie ich co jakiś czas, czyli nieustanne planowanie

Więcej informacji na temat rozwoju kariery na:

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Coach, doradca zawodowy, mentor - jak i z kim rozwijać się zawodowo?

Planowanie kariery może być fantastyczną przygodą, ale także ogromnym wyzwaniem, w którym łatwo się pogubić - dlatego coraz częściej potrzebujemy wsparcia specjalistów. (Fot. iStock)
Planowanie kariery może być fantastyczną przygodą, ale także ogromnym wyzwaniem, w którym łatwo się pogubić - dlatego coraz częściej potrzebujemy wsparcia specjalistów. (Fot. iStock)
Obecnie niemal na każdym kroku jesteśmy bombardowani słowem „rozwój”. Jest on odmieniany przez wszystkie możliwe przypadki i używany w wielu kontekstach. Możliwości, by się rozwijać nie brakuje, tylko pojawia się wątpliwość, jak wybrać te najlepsze? A raczej: jak wybrać właściwe dla moich potrzeb? Kogo szukać: coacha, doradcy zawodowego a może mentora? Wszystkie trzy metody mogą być pomocne w rozwoju kariery, więc na którą się zdecydować?

Wsparcia w rozwoju ze strony specjalistów potrzebujemy coraz częściej. Tempo życia rośnie, a my mamy coraz mniej czasu, by rozmawiać z samym sobą i sprawdzać czy wszystko u nas w porządku. Brzmi śmiesznie? Być może, ale często po sesjach z moimi klientami słyszę: „W końcu w spokoju pobyłem/am sam ze sobą i powiedziałem/am pewne rzeczy na głos”. Badania publikowane przez CBOS potwierdzają, że Polacy (w porównaniu z sytuacją sprzed 20 lat) rzadziej zastanawiają się nad sensem życia, a jedną z przyczyn jest właśnie brak czasu. Gdy spojrzymy na kwestię rozwoju w kontekście zawodowym, oczekiwania XXI wieku są bardzo wysokie. Uczenie się przez całe życie staje się standardem. Zmiany w otaczającym nas świecie powodują powstawanie nowych zawodów. Obecnie szacuje się, że osoby wchodzące na rynek zmienią pracę średnio 20 razy w ciągu swojej drogi zawodowej. To wszystko sprawia, że planowanie kariery może być fantastyczną przygodą, ale także ogromnym wyzwaniem, w którym łatwo się pogubić.

Coach pomoże określić twoje potrzeby i przeprowadzi cię przez zmianę

Rozważ coaching, jeśli w tym momencie nie oczekujesz od osoby, z którą będziesz pracować, gotowych rad i wskazówek dotyczących twoich wyborów zawodowych. Jeśli chciałbyś/abyś raczej poszukać w sobie odpowiedzi na ważne pytania dotyczące twojej kariery, a następnie, na bazie tych odkryć, zbudować plan działania i stopniowo zmieniać swoje życie zawodowe na lepsze. Coach w trakcie sesji pomoże spojrzeć na ważne dla ciebie tematy z innej perspektywy, zada pytania, na które prawdopodobnie nie szukałeś/aś wcześniej odpowiedzi, zaprosi do otwartej rozmowy i różnorodnych ćwiczeń. To, co często sprowadza moich klientów do mnie i sprawia, że rozpoczynamy proces coachingowy, to duża potrzeba i motywacja, by wprowadzić zmiany w życiu zawodowym, którym towarzyszy jednak brak sprecyzowanej wizji, na czym dokładnie te zmiany miałyby polegać – chodzi o to, by było „po prostu lepiej”. Na początku procesu wspieram klientów w dookreśleniu aspektów kariery nad którymi chcą pracować i wtedy ruszamy w niezwykłą podróż, w wyniku której klienci poszerzają wiedzę o sobie, swoich zasobach i realizują ważne dla siebie cele.

Doradca zawodowy pomoże znaleźć odpowiednią pracę

Jeśli natomiast jesteś w takim momencie swojego życia zawodowego, że potrzebujesz osoby, która udzieli konkretnych informacji, rad i wskazówek dotyczących rynku pracy (m.in. sposobów poszukiwania pracy, informacji dot. zawodów i branż) a także pomoże w analizie twoich doświadczeń, umiejętności i mocnych stron – wówczas zdecyduj się na doradztwo zawodowe. Taka forma współpracy może okazać się szczególnie skuteczna, jeśli już wiesz jakiej pracy szukasz i potrzebujesz wsparcia w poruszaniu się po rynku pracy, by dzięki radom ze strony doradcy, możliwie szybko znaleźć upragnione stanowisko. Rozważ kontakt z doradcą zawodowym także wtedy, gdybyś chciał/a uzyskać rekomendacje dotyczące możliwych ścieżek kariery w oparciu o twoje predyspozycje zawodowe.

Mentor wzmocni twoje kompetencje zawodowe

Jak ma się mentoring do wspomnianych metod? Pracując w ten sposób także możemy liczyć na porady, natomiast wynikają one wprost z osobistych doświadczeń mentora. Mamy wtedy możliwość nauki bezpośrednio od osoby, która osiągnęła sukces w interesującym nas obszarze i w pewnych aspektach chcemy się na niej wzorować. Celem takiej pracy często jest przekazanie praktycznej wiedzy i umiejętności związanych z pełnieniem jakieś roli czy funkcji. Stąd coraz większą popularnością cieszą się programy mentoringowe wewnątrz organizacji, które pozwalają na wymianę doświadczeń i dobrych praktyk oraz wzmocnienie kompetencji pracownika na danym stanowisku.

Coach i doradca zawodowy w jednym

No dobrze, ale co w sytuacji, gdy wciąż nie do końca wiem, do kogo powinnam się zwrócić? Chcę zmienić pracę, rozważam kilka scenariuszy, ale nie miałem/am czasu jeszcze się zastanowić, który dla mnie będzie najlepszy. Poza tym dawno też nie szukałem/am pracy i nie wiem od czego zacząć. Mam poczucie, że potrzebuję po trochu każdej z tych osób. Kogo wybrać?

Jeśli jeszcze nie jesteś całkowicie pewien jakiego wsparcia potrzebujesz, znajdź specjalistę, który jest zarówno coachem, jak i doradcą zawodowym – wtedy wspólnie w trakcie rozmowy zadecydujecie jaka forma współpracy będzie dla ciebie najlepsza. Warto zauważyć, że obecnie coraz więcej specjalistów jest w stanie zaoferować swoim klientom więcej, niż tylko jedną z opisanych metod. Poszczególne z nich przenikają się i uzupełniają. Przykładowo, w nowoczesnym doradztwie karier wykorzystuje się elementy coachingu. Jestem przekonana, że to dobry kierunek, bo dzięki temu, widząc wyzwania klienta, specjalista może zarekomendować jeszcze bardziej skuteczne i użyteczne metody pracy. Wyobraź sobie sytuację, że klient metodami coachingowymi wypracował obraz swojej idealnej pracy i już wie, czego chce poszukiwać na rynku, ale nie do końca wie jak. Wtedy w procesie mogą pojawić się elementy doradztwa pozwalające na przekazanie wskazówek odnośnie skutecznego CV.

Na co zwrócić uwagę przy wyborze specjalisty?

Poszukując więc specjalisty warto zwracać uwagę na to, w jakich obszarach i jakimi metodami pracuje dana osoba. O tym świadczą wykształcenie i certyfikaty, ukończone szkolenia oraz oczywiście zdobyte doświadczenie. Nie zapominaj także, że praca nad rozwojem kariery wymaga otwartej rozmowy i zaufania. Przed podjęciem decyzji o rozpoczęciu dłuższej współpracy warto się poznać, porozmawiać i uzyskać odpowiedzi na nurtujące cię pytania.

Zaangażuj się

I na zakończenie – jeszcze jedna myśl. Niezależnie od tego na jaką metodę pracy się zdecydujesz, to wiedz, że bez jednego kluczowego elementu, żadna z nich nie przyniesie oczekiwanych rezultatów. Twoje zaangażowanie jest konieczne. Zarówno coach, doradca, jak i mentor mogą stanowić wartościowe wsparcie na Twojej ścieżce rozwoju, jednak nie są w stanie zrobić czegokolwiek za ciebie.

Joanna Piechocka jest psychologiem, doradcą kariery, coachem kariery i trenerem rozwoju osobistego. Certyfikowany trener narzędzia rozwojowego FRIS® – style myślenia i działania oraz nowoczesnych technik uczenia się i treningu pamięci. Z jej wiedzy eksperckiej chętnie korzystają firmy i instytucje. Zajmuje się doradztwem kariery z wykorzystaniem technik coachingowych. Wspiera studentów i absolwentów w skutecznym poszukiwaniu pracy i rozwoju zawodowym. Absolwentka psychologii na Uniwersytecie Warszawskim.

  1. Psychologia

Dlaczego mężczyźni nie chcą rozmawiać? O wzajemnym wspieraniu w związku

Wchodzimy w relacje nie dla życia towarzyskiego, tylko dlatego, że chcemy budować swój świat z drugim człowiekiem, dawać mu wsparcie i otrzymywać je od niego. Zarówno to życiowe, duchowe, jak i materialne. (Fot. iStock)
Wchodzimy w relacje nie dla życia towarzyskiego, tylko dlatego, że chcemy budować swój świat z drugim człowiekiem, dawać mu wsparcie i otrzymywać je od niego. Zarówno to życiowe, duchowe, jak i materialne. (Fot. iStock)
Czy wiem, czego on potrzebuje, i czy on wie, czego ja pragnę? – Żeby to wiedzieć, trzeba się dobrze poznać. A żeby się poznać, trzeba ze sobą rozmawiać. Kobiety to robią. A mężczyźni – nie twierdzę, że wszyscy – nie uczestniczą w dogadywaniu się. Wobec tego skąd mamy wiedzieć, czego im potrzeba? – mówi psychoterapeutka Ewa Woydyłło.

Wzajemne wspieranie się to ważne zadanie dla związku?
Absolutnie, jedno z najważniejszych. Po to w ogóle tworzymy więź, żeby się nie rozsypywać przy trudnościach, bo te wcześniej czy później się pojawią. Wchodzimy w relacje nie dla życia towarzyskiego, tylko dlatego, że chcemy budować swój świat z drugim człowiekiem, dawać mu wsparcie i otrzymywać je od niego. Zarówno to życiowe, duchowe, jak i materialne. Oczywiście, mamy także do spełnienia cel ewolucyjny, czyli wychowywanie dzieci, ale ludzie, którzy nie mają zamiaru mieć dzieci, też zawierają związki. To świadczy o tym, że relacja, wspieranie się są nam bardzo potrzebne. 

Dajemy jednak na ogół nie to, czego oczekuje partner. I dostajemy nie to, co chcielibyśmy dostać. Z czego to wynika?
A kto od kogo dostaje więcej? Mężczyźni od kobiet czy kobiety od mężczyzn? Kto okazuje wsparcie bardziej adekwatnie, czyli daje naprawdę to, czego potrzebujemy? 

Kobiety. Ale czasami dają za dużo albo to, co same chciałyby dostać.
No właśnie. Tu dochodzimy do ważnego wniosku: rozumiemy drugiego człowieka przez pryzmat własnych doświadczeń. Jakbym zobaczyła panią w mroźny dzień w bluzce z krótkim rękawkiem, tobym powiedziała: „Hej, proszę wziąć szal”. Mogłaby pani odpowiedzieć: „Ale mnie nie jest zimno!”. Uznałabym jednak, że ten szal się pani przyda. Jak ubieramy małe dziecko, to wychodzimy na dwór, sprawdzamy, czy nam zimno, czy ciepło. Czyli mierzymy innych swoją miarą. Wiemy, co nas męczy, czego nam brakuje, i na tej podstawie okazujemy innym wsparcie.

Na przykład kobieta chce czułości, więc ją okazuje.
Albo chce rozmawiać. Nasza potrzeba biegnie często w taką stronę, że prosimy o rozmowę bądź same ją inicjujemy. I bardzo często słyszymy: „No dobrze, kończ, o co ci chodzi”. Ale nadal uważamy, że rozmowa jest bardzo potrzebna, bo my jej potrzebujemy.

Robimy błąd, dając takie wsparcie, jakiego potrzebujemy?
Czy to błąd? Wyobraźmy sobie taką sytuację: Mężczyzna przychodzi do domu, kładzie pieniądze na stole, po czym zamyka się w pokoju. No, przecież daje mi materialne wsparcie, które uważam za ważne. Czy to błąd, że to mi nie wystarcza? 

On może myśleć, że wystarcza.
Wymyślono bardzo dobry sposób, żeby się porozumiewać – język. Jeżeli ktoś mówi po angielsku, a ja po niemiecku, to my się nie zrozumiemy. On nie wie, co do niego mówię, a ja nie wiem, co on mówi. A czasem ludzie znają język, ale jedna strona mówi, a druga puszcza jej słowa mimo uszu. Żeby ludzie się porozumieli, po pierwsze, muszą mówić tym samym językiem, a po drugie, komunikacja musi być obustronna, to podstawa.

Ale większość mężczyzn, bo rzecz jasna nie wszyscy, nie komunikuje swoich potrzeb. Skąd kobieta ma wiedzieć, jakiego wsparcia pragnie mężczyzna?
Rozumiem, że przechodząc obok jakiegoś pana na ulicy, nie wiem, czego on potrzebuje. Ale jeżeli umawiam się z kimś na wspólną wycieczkę, to muszę wiedzieć, czy lubi morze, góry, narty, czy rower. Tym bardziej powinnam to – i dużo więcej – wiedzieć, kiedy umawiam się z mężczyzną na życie. Nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Chyba że przyjmuję rolę wyuczoną od swojej matki, babki, że z mężczyzną się nie rozmawia, tylko się go obsługuje. Bo jak mamy obok kobietę, to ona mówi jasno: „Wyłącz radio, chodź, pogadamy”, albo: „Ja robię naleśniki, ty zmywasz”. Kobiety się dogadują. A mężczyźni – nie twierdzę, że wszyscy – nie partycypują w dogadywaniu się. Wobec tego kobiety dają im nie to, czego oni potrzebują. Bo skąd mają to wiedzieć? 

Myślę, że kobiety jednak wiedzą sporo na temat mężczyzn. Chodzą na warsztaty, czytają książki psychologiczne.
Żartuje pani. Czy pani czyta książki, żeby dowiedzieć się czegoś o swoim mężu? Książki traktują o jakimś mężczyźnie, a pani ma innego. Aż tak nie jest, że wszystkie kobiety są jednakowe i wszyscy mężczyźni też. To mit. 

Ale dzięki temu, że czytam, to z grubsza wiem, jak on zareaguje. Gdy na przykład ma problem, to o nim nie opowiada, nie żali się, tylko zaczyna działać: dzwoni, naprawia. Muszę go dopytywać, co się stało, bo sam z siebie nie powie.
To prawda, mężczyzna nie zawiadamia o swoich potrzebach, a kobieta owszem. I tym się różnimy. Kobieta dużo więcej mówi, ma lepiej niż mężczyzna rozwiniętą prawą półkulę odpowiedzialną za emocje. Tylko do końca nie wiadomo, czy dlatego ma lepiej rozwiniętą, że od małego posługiwała się mową, bo tego była uczona, czy tak jest wyposażona biologicznie. 

Może biologia bardziej pomaga kobietom niż mężczyznom, bo my mamy więcej hormonów więzi – oksytocyny, serotoniny. Panowie są pod tym względem pokrzywdzeni.
Jak człowieka uwiera kamyk w bucie, to się zatrzymuje, wytrząsa go, a gdy dalej boli go stopa, to idzie do lekarza. Tak więc gdy czujemy jakiś brak albo gdy coś nam przeszkadza, to sprawdzamy, co nam jest, i o tym zawiadamiamy. Natomiast mężczyzna, jeżeli odczuwa jakiś brak, idzie do innej pani. Uczciwiej byłoby powiedzieć: „Porozmawiaj ze mną o tym, co przeżywam, bo jak nie, to pójdę do innej pani”. 

Kobieta chętnie podjęłaby taką rozmowę, ale na ogół nie ma na nią szans.
Dlatego pytanie, kto o kogo bardziej dba, jest retoryczne. Bo wiadomo. Dba lepiej ten, kto wie, czego druga strona potrzebuje. Jak nie wie, to nawet gdy chce dbać, to często robi odwrotnie. Dobrze ilustruje to taka historia: Mężczyzna wraca do domu po kilku tygodniach, wsiada na lotnisku do taksówki i myśli: „Jak tylko wejdę do domu, to porwę żonę w objęcia, pójdziemy do sypialni i będziemy się kochać”. Żona cieszy się na powrót męża, robi porządki, gotuje obiad, ubiera się odświętnie i myśli: „Tyle mam mu do opowiedzenia: Jaś wygrał zawody, Kasia dostała szóstkę, pies zachorował”. Zupełnie inne potrzeby! Tak inne, że jeżeli wcześniej nie zawiadomimy o nich drugiej strony, to spotka nas totalne rozczarowanie.

Tylko różnica polega na tym, że my, kobiety, edukując się na temat relacji, rozumiemy, dlaczego oni tak się zachowują, a oni w ogóle w to nie wnikają. Oni nie dają nam wsparcia, a nasze nie jest skuteczne.
Oni dostają od nas tyle, ile trzeba. To nie jest tak, że jak damy im jeszcze więcej, to związek będzie szczęśliwy. Kobiety mają koleżanki, przyjaciółki, siostry, a oni jakoś tych tabunów kolegów nie mają. Czyli im nie chodzi o wsparcie. 

To o co im chodzi?
Dla mężczyzny najważniejsze są dwie rzeczy: pierwsza to praca. Na pytanie: „Kim jesteś?”, kobieta odpowiada: „Matką, córką, żoną...”, a na końcu, że fryzjerką, lekarką. Chyba że to jej pasja, wtedy powie na początku. Natomiast mężczyzna odpowie: „Jestem inżynierem, hydraulikiem, profesorem”. On musi być kimś, definiuje się przez pracę. I druga najważniejsza dla mężczyzn sprawa to seks. Chętnie się do tego przyznają. W przeciwieństwie do kobiet, które nawet jak seks lubią, to wymienią go na szarym końcu. 

Panom nie zależy na tym, żeby wiedzieć, jakiego wsparcia potrzebujemy?
Niby po co mają wiedzieć? Żeby co? Żebyśmy były bardziej zadowolone?! Co im z tego, kiedy oni nie są zadowoleni? Okazywanie troski, wsparcia wiąże się z tym, że chcemy, żeby związek trwał, a ja znam statystykę, z której wynika, że dużo mniej mężczyzn niż kobiet chce, żeby związek trwał, rozwody wciąż w większości inicjują mężczyźni.

Ale to się zmienia i coraz więcej kobiet odchodzi.
To prawda. Bo one wreszcie dochodzą do wniosku, że jak nie dostają od niego wsparcia, to bycie razem nie ma sensu. Coraz więcej kobiet to singielki. Podobnie jak coraz więcej mężczyzn to single. Kiedy potrzebują wsparcia, dzwonią do przyjaciół. 

O wsparcie trzeba prosić?
Trzeba zakomunikować, czego mi trzeba. Obawiam się jednak, że nawet gdy mężczyzna powie, czego mu potrzeba, to tego nie da mu stara żona. Znam takie przykłady: pobrali się jako 20-latkowie, on robił karierę naukową, ona w tym czasie wychowywała dzieci, przepisywała mu po nocach teksty, przepytywała przed egzaminami, zajmowała się jego ukochanymi psami, budowała dom. On osiągnął sukces, uznanie, a jego karmicielka i opiekunka zwiotczała, posiwiała. Więc on rozgląda się za inną. To nagminne, w mojej praktyce mam mnóstwo takich przykładów. 

Czyli niewiele się zmieniło?
W tej dziedzinie niewiele. Mężczyźni nadal realizują swoje fantazje, często na barkach kobiet. Mamy stulecie praw kobiet, wywalczyły je nasze przodkinie, Piłsudski dał im prawo wyborcze, to był piękny moment w dziejach Polski. Ale właściwie od tego czasu nic się nie zmieniło. Wszystko trzeba wydrapać, wywalczyć: stanowiska, pozycje, równe płace, respekt, szacunek. Nadal, gdy zapyta się dziecko, kim są jego rodzice, słychać odpowiedzi: „Tatuś jest nauczycielem WF-u, buduje domy, a mamusia nie pracuje, tylko siedzi w domu, mam dwie siostry i brata bliźniaka”. No więc jeżeli nadal uważa się, że jeżeli kobieta niechodząca do pracy nie pracuje, to jest w tym coś poniżającego.

Pewien psycholog uważa, że depresje dzieci biorą się stąd, że matki gremialnie poszły do pracy, zamiast się nimi zajmować.
Bardzo to oburzające, że kobiety stają się kozłami ofiarnymi. Jak jest jakieś niepokojące zjawisko społeczne, na przykład narkomania, to kto jest winien? Matki. No więc jeżeli matka idzie do pracy, to gdzie jest ojciec? Dlaczego nie udziela jej wsparcia takiego, jakiego ona mu udziela? A z tą epidemią depresji u dzieci to przesada, koncerny farmakologiczne zarabiają na tym biliony. Napisałam na ten temat książkę „Bo jesteś człowiekiem. Żyć z depresją, ale nie w depresji”. Za depresję dzieci odpowiada w dużym stopniu opresyjna szkoła. A czy zastanawiamy się, dlaczego depresja dotyka młode matki? Otóż dlatego, że są nieludzko zmęczone fizycznie, bo ciąża, bezsenność, poród, który bywa katorgą. A wtedy słyszą – to znów przykład z mojego gabinetu – że na czas jej „niesprawności” on musi zorganizować sobie inną kobietę do seksu. Tak poradził mu terapeuta, mężczyzna. Mężczyźni od wieków mieli garsoniery, jak widać nic tu się nie zmieniło. Jeżeli naprawdę potrzebujemy wzajemnego wsparcia, to musimy dobrze się poznać. A kiedy się dobrze poznamy? Gdy będziemy ze sobą rozmawiać. Ale nie mam złudzeń. Mężczyźni nadal mają z tym problem. Na uniwersytetach trzeciego wieku na sto osób 95 to kobiety. Co oni wtedy robią? Przecież wszyscy nie umarli. Kobiety lubią być z ludźmi, rozmawiać, niekoniecznie, jak się upiją.

Jest pani bezlitosna dla mężczyzn.
Promuję książkę „Własny pokój” Virginii Woolf. Własny pokój jest, oczywiście, symbolem niezależności kobiecej. Okazuje się, że większość artystek swój pierwszy własny pokój miała wtedy, gdy sama sobie go wywalczyła: wzięła kredyt, kupiła mieszkanie, wybudowała dom. Pokoje mają dzieci, mąż, teściowa, a ona co najwyżej pod schodami ma biureczko.

Ale dzięki niej rodzina trzyma się razem.
Są jednak społeczeństwa, gdzie kobieta za to scalanie rodziny nie płaci takiej ceny, gdzie mężczyzna i cały system naprawdę ją wspierają. 

W Polsce też już coś się zmienia. Młodzi ojcowie potrafią świetnie zająć się dzieckiem, a ich partnerki w tym czasie idą na jogę.
Ale pojawia się też inne nowe zjawisko: kobiety, które nie otrzymują wsparcia, szukają bardziej satysfakcjonujących związków. 

Nie ma ratunku dla związków?
Kiedyś, gdy ludzie się pobierali, to przyrzekali sobie wierność do grobowej deski. Tylko że sto lat temu średnia wieku wynosiła 35 lat. A dzisiaj kobiety żyją średnio 87 lat, a mężczyźni 79. Teraz dla młodych ta grobowa deska jest poza zasięgiem wyobraźni. Nie ma żadnego przepisu, jak żyjąc razem, zawsze iść w tę samą stronę. 

Może tym spoiwem są dzieci?
Są, ale wychowuje się je mniej więcej do czterdziestki. Kiedyś kobieta w tym wieku by zginęła bez mężczyzny. Bo kto by ją utrzymywał? A mężczyzna by zginął bez kobiety – bo kto by mu gotował i prał? Teraz ona jest niezależna finansowo, a on idzie do restauracji, oddaje rzeczy do pralni. Zorganizowaliśmy sobie świat, w którym tylko dla więzi warto być razem. Ale największe wsparcie kobiety nadal dostają nie od mężczyzn, tylko od innych kobiet. Kiedyś rozmawiały przy darciu pierza, na polu. Takiej roli mąż nigdy nie spełniał. Bo – powtórzę – żeby dawać adekwatne do potrzeb wsparcie, trzeba dobrze się poznać, a żeby dobrze się poznać, trzeba ze sobą rozmawiać. I drugi wniosek: człowiek oczekuje od partnera nie tylko wsparcia. Wsparcie można kupić u psychoterapeuty, pół Ameryki sięga po profesjonalną pomoc. Partner jest nam potrzebny dla więzi, intymności, wychowywania dzieci. Ale i tak dobre życie każdy powinien zapewnić sobie sam.

  1. Psychologia

Czy emocje przeszkadzają w pracy?

Świadomość własnych emocji przydaje nam się w życiu w ogóle, a w pracy zwłaszcza, bo ostatecznie jednak naszym celem jest działanie i współdziałanie z innymi ludźmi, by realizować zadania i mieć z tego satysfakcję. (Fot. iStock)
Świadomość własnych emocji przydaje nam się w życiu w ogóle, a w pracy zwłaszcza, bo ostatecznie jednak naszym celem jest działanie i współdziałanie z innymi ludźmi, by realizować zadania i mieć z tego satysfakcję. (Fot. iStock)
Gdy jesteśmy świadomi, skąd się biorą nasze emocje, co znaczą – możemy konstruktywnie działać, nawet jeśli impulsem były gniew czy złość. Jak nie dopuścić do tego, by emocje odłączały nas od myślenia? Pytamy trenerkę biznesu Joannę Heidtman.

Na obecnym rynku pracy równie ważne jak wykształcenie i wiedza są umiejętności osobiste – czytanie emocji innych i odpowiednie reagowanie na nie. Dlaczego tak dużo mówi się dziś o inteligencji emocjonalnej?
Zwracamy uwagę na emocje, bo współcześnie pracujemy i działamy w różnorodnych, interdyscyplinarnych zespołach, uczestniczymy w wielu projektach, których efekt zależy zarówno od naszej wiedzy, jak i od tego, czy potrafimy odpowiednio zarządzać relacjami, czyli pozyskać motywację do działania innych, utrzymać ich pozytywne nastawienie tak do nas, jak i do zadań. Nawet w redakcji magazynów, żeby powstał kolejny numer, musicie na wszystkich etapach ze sobą współpracować, spotykacie się z różnymi osobami, o różnym temperamencie, o różnych umiejętnościach, musicie reagować na zmiany, dopracowywać szczegóły, porozumiewać się mimo różnic. Rzadko kiedy czyjaś praca jest dziś całkowicie jednostkowa, samodzielna, odseparowana. Inteligencja emocjonalna koreluje więc z szeroko rozumianym sukcesem zawodowym. Jeśli mamy niewielkie kompetencje społeczne, niską inteligencję emocjonalną, to mimo kompetencji i wysokiego IQ możemy skutecznie zniechęcić do siebie ludzi, a nie pozyskać ich do współpracy.

Czy inteligencja emocjonalna jest wyuczalna?
Jest, ale to może być dla nas kosztowne... emocjonalnie. Bo oznacza, że musimy pracować ze swoimi emocjami, być świadomi, co to za stan emocjonalny właśnie przeżywamy, z czego on wynika. Bez samoświadomości nie ma inteligencji emocjonalnej. Czyli musi zajść proces: „Ja wiem, co się ze mną dzieje”. A gdy wiem jeszcze, z czego to wynika, to mogę tym pokierować. Przykład, bardzo ciekawy, z wczoraj – osoba raczej introwertyczna, menedżerka w nowej pracy, w nowym otoczeniu, próbująca poprawnie i według zasad poprowadzić nowy zespół, orientuje się, że koledzy w jej obecności mówią, że coś zrobią, a potem okazuje się, że tego jednak nie robią; albo mówią jej, że jest dobrze, a za jej plecami twierdzą, że jest źle. Gdy powoli orientuje się w tej sytuacji, zaczyna odczuwać silną złość. Przyswaja tę emocję na poziomie intelektualnym, jest świadoma tego, co się z nią dzieje i dlaczego (łamane są zasady, które mogą doprowadzić do katastrofy zespołu). Rozumie, że jej złość naprawdę nie wynika z tego, że czuje się lekceważona i urażona, ale jako lider jest świadoma zagrożenia, jakie takie zachowania mogą spowodować. Tak uświadomiona emocja mobilizuje ją do działania, decyduje się na ingerencję i trudną, ale potrzebną konfrontację, która eliminuje tę interpersonalną grę. Gdyby nie odczuwała emocji albo sobie nie uświadamiała, skąd bierze się jej złość lub też gdyby nie przetworzyła jej na rozwiązanie problemu, mogłaby po prostu obrazić się na zespół albo, by uniknąć konfrontacji, udać, że nic się nie dzieje. A problem trwałby nierozwiązany. Tak więc reakcja emocjonalna dała w tym przypadku wskazówkę do konstruktywnego i odważnego działania.

Często spotykam ludzi, którzy unikają konfrontacji, boją się ujawniania złości. A przecież nie jesteśmy androidami i gdy zamykamy za sobą drzwi mieszkania, wciąż pozostajemy istotami emocjonalnymi, które dysponują też określonymi umiejętnościami.
Świadomość własnych emocji przydaje nam się w życiu w ogóle, a w pracy zwłaszcza, bo ostatecznie jednak naszym celem jest działanie i współdziałanie z innymi ludźmi, by realizować zadania i mieć z tego satysfakcję. Współdziałanie pomimo różnic jest ważnym czynnikiem naszego sukcesu. Dlatego odczytywanie emocji własnych i cudzych jest takie ważne. Nieunikanie ich. Stany „bez emocji” to przeważnie stany chorobowe, niekorzystne, na przykład pewne fazy depresji, wypalenie zawodowe lub też zaburzenia, takie jak anhedonia, w której osoba jest niezdolna do odczuwania przyjemności czy spontanicznego wyrażania takich emocji, jak radość czy gniew. Emocje są niezbędne! Są naszym współdoradcą, drogowskazem, podpowiedzią, za czym iść, a czego unikać. Są paliwem do działania, ale rzeczywiście czasem sądzimy, że w obszarze pracy powinniśmy ich z definicji unikać, blokować je, ukrywać.

Obawiamy się zwłaszcza emocji nazywanych „trudnymi”.
Tak, a psychologia nie dzieli emocji na dobre lub złe. Aczkolwiek w świecie biznesu rzeczywiście często nie wiemy, jak reagować, gdy odczuwamy emocje. Tymczasem pokonywanie trudności często właśnie dzięki nim jest możliwe. Przecież nasze zaangażowanie, ambicje czy satysfakcja z realizacji zadań mają silny komponent emocjonalny. Bez emocji nawet nie chciałoby nam się chcieć! Ale także lęk czy odczuwany niepokój wbrew pozorom jest nam w pracy potrzebny – byśmy unikali sytuacji, które mogą nam zagrażać. Gniew może nam powiedzieć, że ktoś naruszył nasze psychologiczne granice albo istotne dla nas wartości. Entuzjazm i radość są paliwem do działania, a smutek może być choćby po to, żeby na chwilę zwolnić, wycofać się, zaleczyć rany. A więc wszystkie emocje są i ważne, i potrzebne.

Kiedy zaczynają szkodzić?
Wtedy, gdy stają się dla nas albo dla otoczenia destrukcyjne. Czyli zazwyczaj wtedy, gdy sami nie rozumiemy, co się z nami dzieje, i wyłączamy myślenie. Wtedy emocje są niebezpieczne. Na przykład kiedy każdą uwagę na temat naszej pracy odbieramy jako atak na siebie. Albo gdy gniew spowodowany inną sytuacją – w domu czy na ulicy – przenosimy do miejsca pracy i okazujemy go, nieświadomie, wobec pracowników. Niczemu to nie służy, a niszczy dość skutecznie relacje w miejscu pracy. Zbadano nawet, ile firmę kosztuje zły humor szefa, który wnosi swoje emocje, takie jak złość czy poirytowanie, do zespołu. Pracownicy odczuwają je dzięki tzw. neuronom lustrzanym zlokalizowanym w mózgu. Nawet niezrozumiała dla nas czyjaś złość – zwłaszcza jeśli jesteśmy w jakiejś zależności z tą osobą – wpływa destrukcyjnie na nasze zaangażowanie, pewność siebie i skuteczność. Zatem, szefie, jeśli nie będziesz rozumiał swoich emocji i nie neutralizował nastroju, to stracisz!

Wszyscy, nawet najbardziej gruboskórne osoby, współodczuwają stany emocjonalnie innych, ale różnie na nie reagują.
Tak, na przykład mało empatycznie. Ale to dlatego, że współodczuwanie czyjegoś smutku może być dla nich nieprzyjemne, niekomfortowe. Jednak dobra wiadomość jest taka, że tak samo zarażamy się też radością, entuzjazmem czy optymizmem. W organizacjach, niestety, wciąż chyba najwięcej jest złości… To dlatego, że dominuje stres wynikający z presji zadań, wymagań, oczekiwań. A nawet nieduże, lecz stałe napięcie działa w naszym mózgu i ciele tak jak tykająca bomba zegarowa. Jesteśmy cały czas nastawieni bojowo, ale nie możemy tego napięcia uwolnić. Ani przez konfrontację (walka), ani przez wycofanie się z sytuacji (ucieczka). I będąc w tym pacie, w którymś momencie albo zaczynamy reagować agresywnie w zupełnie neutralnych sprawach, albo zaczynamy chorować. Emocje i ciało są ze sobą ściśle powiązane.

Takim bojowym stresem jest też życie w trybie ciągłych zmian. Czy to na stanowiskach, czy w określaniu celów zespołu.
Lęk jest kolejną emocją, która może działać destrukcyjnie, także wtedy, gdy jeszcze czegoś nowego nie spróbowaliśmy, a już się tego boimy! Nie wiem, jak wypadnę na konferencji branżowej z własną prezentacją, ale w wyobraźni rysuję tak czarny scenariusz, że od razu wycofuję się z podjęcia tego zadania. To jest nierozwojowe, blokujące, zaniżające na dłuższą metę naszą samoocenę. A stres związany z tym, o czym mówisz, pojawia się często wówczas, gdy mamy np. mały dostęp do informacji, jak ta zmiana będzie przebiegać – wtedy rzeczywiście wzrasta niepewność, tracimy grunt pod nogami i pojawia się lęk. Nasza sytuacja, nie tylko zawodowa, ale i życiowa, potrzebuje być przynajmniej w minimalnym stopniu przewidywalna, żebyśmy mogli robić plany, żebyśmy wiedzieli, na czym stoimy, żebyśmy mogli śmiało działać. W takich sytuacjach zawsze warto dążyć do zebrania jak największej wiedzy dotyczącej zmian. Inaczej dominuje niepewność, a chaos jest silnie powiązany z lękiem. To też duża strata dla pracodawcy – bo lęk nas paraliżuje i stajemy się mniej aktywni, niepokój nie pozwala nam myśleć o tym, jakie mamy zadania do wykonania tu i teraz.

Konflikty interpersonalne w miejscu pracy często wynikają też z tego, że nie respektujemy wzajemnych różnic. Tymczasem każdy z nas jest inny i potrzebuje czegoś innego, by dobrze działać. Może wystarczy to zrozumieć, aby się dogadać.
Oczywiście, różnimy się charakterami, potrzebami, strefą komfortu czy potrzebami zmian – są tacy, którzy cenią stałość w zespołach, w strukturach i zadaniach, a są tacy, którzy dobrze się czują w zmianach, a nawet ich oczekują z radością i niecierpliwością! Wiedza o własnych i cudzych emocjach, opanowanie ich poprzez myśli, pomaga przejść przez zmiany i konflikty bez lęku i większych strat. Czyli pierwszy krok – świadomość, drugi krok – działanie, ale oparte na świadomej decyzji, a nie dyktowane wzburzeniem czy strachem.

Dr Joanna Heidtman, psycholog i socjolog, doradca i coach.

  1. Psychologia

Nie mów nigdy „to koniec!”. Pielęgnowanie negatywnych myśli niszczy i odbiera sens życia

W każdej sytuacji należy sobie powtarzać: „Cokolwiek mi jeszcze zostało, to zrobię z tego coś pięknego i dobrego”. Piękno i dobro to antyczne wartości, o których dziś prawie nie pamiętamy. (Fot. iStock)
W każdej sytuacji należy sobie powtarzać: „Cokolwiek mi jeszcze zostało, to zrobię z tego coś pięknego i dobrego”. Piękno i dobro to antyczne wartości, o których dziś prawie nie pamiętamy. (Fot. iStock)
Przewlekła choroba, kalectwo mogą odebrać wiarę w sens życia. Jak mimo bólu odnaleźć uśmiech i pogodę ducha. Rozmowa z psycholog Ewą Woydyłło.

Artykuł z archiwalnego numeru magazynu „Sens.” Przypominamy go w lutym – Miesiącu Walki z Depresją.

„Czujemy się tak, jak myślimy” – zgodnie podkreślają psychologowie. Co to znaczy? Myśli nas prowadzą. Jeśli pomyślę, że mam 70 lat i oznacza to koniec mojego życia, to jutro z łóżka nie wstanę. A mogę też inaczej: „Rzeczywiście mam już trochę lat, ale jeszcze potrafię się uczyć, troszczyć o innych, o siebie, cieszyć życiem, podróżami, książkami, koncertami...”. Więc absolutnie prawdą jest, że przeżywamy to, co podpowiedzą nam własne myśli.

Ale co ma powiedzieć osoba, która dowiaduje się, że ma nowotwór lub po wypadku staje się kaleką? Negatywne myśli u takich osób są naturalne, lecz nie powinny być długo pielęgnowane, bo niszczą, odbierają sens życia. Trzeba jak najszybciej zamienić je na inne. Na przykład zamiast: „nie będę mógł chodzić, więc moje życie się skończyło”, pomyśleć o jakiejś innej sprawie, włączyć telewizor i obejrzeć program, z którego się dowiesz, czym jest np. czarna dziura. Nie mówię, że masz złą myśl zamienić na dobrą: „nie będę mógł chodzić, fajnie...” – nie! Tylko na inną. Bo jeśli pozostaniesz przy tej złej, to ona może zmienić się w dręczącą obsesję. Nie znaczy też, że masz zagłuszyć w sobie ból, rozpacz, cierpienie, upijając się na przykład do nieprzytomności.

Nieuleczalna choroba czy kalectwo to przeciwnik wagi ciężkiej i walka z nim musi być niezwykle trudna. Człowiek ma powody, by się zapaść... Ma nawet prawo do zapadnięcia się. Nie używałabym jednak słowa „walka” – zamiast walczyć, lepiej rozwiązywać problem. Tak więc osoba przytłoczona przerażeniem może sobie powiedzieć: „to koniec”, ale wtedy podda się czarnowidztwu, które odbierze jej chęć do życia. Lepiej szukać sposobów, które pomogą jej zmienić ten tor myślenia.

Życie cały czas płynie ruchem jednostajnie posuwistym wzdłuż jakiejś osi – godzinę temu byliśmy w tym punkcie, a teraz jesteśmy już tu. W pewnej chwili dotyka kogoś nieszczęście, które wywołuje szok – to naturalna reakcja, ale – podkreślmy to jeszcze raz – nie wolno pozostać w tym miejscu, trzeba iść dalej, choćby po to, żeby nie wpaść w depresję.

Stan beznadziei i lęk przed przyszłością przychodzą jednak zwykle nieco później, w fazie długotrwałego zmagania się z chorobą... Racja. Gdy dowiadujemy się, że wykryto u nas lub kogoś bliskiego ciężką chorobę, jesteśmy w stanie szoku. Wydzielają się wtedy endorfiny i adrenalina, które pomagają zmobilizować się i stawić czoła nagłemu zagrożeniu. Jeśli np. czegoś się bardzo wystraszymy, to potrafimy uciekać z olimpijską wręcz prędkością. Dużo bardziej groźny stan pojawia potem, kiedy uświadomimy sobie w pełni to, co się stało – wtedy już nie działa adrenalina. „Zawalił mi się świat. Ziemia usunęła mi się spod nóg” – mówią ludzie, którzy uświadomili sobie bezmiar nieszczęścia. I to jest normalne, trzeba przez to przejść, by drobiazgowo i realistycznie ocenić sytuację. Jeśli mamy poradzić sobie z chorobą czy kalectwem, z wielką stratą lub szkodą, to musimy zdać sobie sprawę z tego, co tak naprawdę się wydarzyło, rozważyć cały ogrom cierpienia – tak jak w sklepie, który okradziono, trzeba zrobić remanent, by się dowiedzieć, czego brak i zastanowić się, w jaki sposób wyrównać straty. Zdarzają się nieszczęścia, które tylko w pierwszej chwili wydają się niepowetowane, a gdy porównamy je do doświadczeń innych osób czy kataklizmów, jakie co chwila dotykają jakąś część świata, okażą się naprawdę błahe. Ale nawet w największych nieszczęściach potrzebna jest perspektywa i wiara w pozytywną zmianę, którą najlepiej osobiście zaplanować i urzeczywistnić, nie czekając, by los zrobił to za nas.

Czy osoba cierpiąca może taką szansę dostrzec sama? To może być trudne. Ale obok jest przecież lekarz, pielęgniarka, mama, przyjaciółka, siostra... A jeśli się zdarzy ktoś, kto nie ma tego kręgu najbliższego wsparcia, to nie powinien czekać, tylko rozejrzeć się i taki system wsparcia sobie stworzyć. Jedynie dzieci tego nie potrafią, bo one jeszcze nie umieją zatroszczyć się o siebie, nimi muszą opiekować się dorośli.

Na ponure myśli jest jedna rada: postaraj się z kimś o tym porozmawiać. Możesz zadzwonić do znajomego lub zapytać sąsiadkę: „Pani Marysiu, czy mogłabym u pani wypić herbatę? Muszę się pani wyżalić. Wie pani, co się stało?...”. Jeśli druga osoba nie znajdzie dla ciebie czasu, to zastukaj do kolejnych drzwi. Ktoś w końcu dostrzeże twój smutek i zapyta: „Co ci jest? Czy coś się stało?”. Pocieszające jest to, że w większości trudnych życiowych sytuacji znajdują się ludzie, na których można liczyć.

A jeśli ktoś zamknie się w sobie ze swoim problemem? To jest czasami dramat bliskich ludzi, którzy stoją obok z wyciągniętymi do pomocy rękami, a osoba cierpiąca zamyka się niczym ostryga i nie chce ich do siebie dopuścić.

Co wtedy robić? Przede wszystkim trzeba zachęcić taką osobę do wyjścia z izolacji. Jest na to wiele sposobów: można ją zapraszać do siebie lub odwiedzać, proponować wspólne wyjście na spacer, do kina, na zakupy... Dość nieskuteczne i niewskazane jest mówienie: „weź się w garść”, bo jeśli ktoś jest w depresji, to właśnie tego nie potrafi zrobić. Lepiej zapytać: „Co mogłabym dla ciebie zrobić, jak ci pomóc?”. Albo przyjść i powiedzieć: „Słuchaj, nie mogę patrzeć na ten bałagan. Chodź, posprzątamy razem. Gdzie trzymasz odkurzacz? Przyniosłam karton – włóż do niego te stare gazety, a ja go wyniosę”. Można też spytać: „Czy masz jakieś pieniądze? Mogę pójść z tobą do banku...”. Albo zaproponować: „Ufarbuję ci włosy. Jaką chcesz farbę? A może zmienimy ci fryzurę?”.

Nie każ tej osobie niczego robić samej i nie zachowuj się jak prokurator, tylko wspieraj i mobilizuj do działania. Ale jedno trzeba sobie uświadomić: nad drugim człowiekiem nie masz kontroli, w najlepszym razie niektórzy ludzie potrafią mieć kontrolę nad samym sobą. Założenie, że jeśli coś zrobisz, to dana osoba przestanie się smucić, jest wchodzeniem w rolę Pana Boga. Możesz stanąć na rzęsach, a ona powie: „Nie chcę pomocy, ja chcę umrzeć”. I wtedy co? Kto będzie temu winien – lekarz, bliscy? Chyba nie. Człowiek ma wolną wolę i sam decyduje o swoim życiu. Co jakiś czas świat wzburzają tragiczne wypadki, np. słyszymy: „Lekarz wypisał pacjentkę ze szpitala, a ona po wyjściu popełniła samobójstwo”. A czy można kogoś siłą zmusić, by cieszył się życiem?

Osobom ciężko dotkniętym przez los okazujemy dużo zrozumienia i współczucia. Czy to prawidłowe zachowanie? Tak, należy okazywać współczucie, ale nie litość. To zasadnicza różnica. Jeśli okazuję komuś współczucie, to znaczy, że wierzę, iż sobie poradzi, a jeśli litość – to uważam, że sobie nie poradzi. Czasami mam do czynienia z osobami, które uważają, że jak ktoś jest chory i biedny, to otoczeniu nie wypada się uśmiechać. Powstaje supeł, który trudno rozwiązać. Oczywiście, nie można zachowywać się jak klaun albo udawać, że się nie dostrzega powagi sytuacji. Natomiast przygnębienie, zły nastrój, łzy – raczej nikomu nie pomogą.

Kiedy moja mama, już umierająca, leżała w szpitalu, lekarz powiedział do mnie: „Proszę, niech pani przychodzi jak najczęściej i będzie przy mamie jak najdłużej. Ale przed wejściem do jej pokoju niech pani poprosi pielęgniarkę o środki uspokajające, żeby przy mamie nie płakać i nie przelewać na nią swego bólu i rozpaczy”. To był mądry lekarz. Pamiętam, że przywoziłam codziennie gazetę, siadałam i zaczynałam od prasówki, wtedy głównie z działu sportowego, bo odbywały się piłkarskie mistrzostwa Europy, a mama była fanką piłki nożnej. Rozbawiałam ją różnymi opowiastkami, choć zupełnie nie było mi do śmiechu. Płakałam, ale dopiero po wyjściu.

Rodzice pewnego chłopca, u którego w wieku 18 lat pojawiły się nagle ataki epilepsji, sami wpadli w depresję – z bezsilności, bezradności, z poczucia winy, że nie potrafią „zdjąć” z syna tej choroby... Widok cierpienia kochanej osoby, której nie można pomóc – jest wielkim dramatem. Bardzo współczuję tym rodzicom. Jeśli chcą dać swemu synowi wsparcie, to sami powinni być mocni. Jeśli chcą mu choć trochę poprawić samopoczucie, to sami muszą zadbać o ufność i nadzieję. Jeśli chcą dać mu wiarę w wyzdrowienie, to sami muszą w to wierzyć. Jeżeli tego nie potrafią, to mogliby porozmawiać z psychoterapeutą, który pomoże im poradzić sobie z tym nieszczęściem.

Drugiemu człowiekowi możesz dać tylko to, co sam masz. Chcąc komuś pomagać, trzeba zadbać o własne zdrowie psychiczne – pogodę ducha, energię, gotowość działania i umiejętność wsparcia. Dlatego ktokolwiek opiekuje się osobą chorą, nie może pozwolić sobie na depresję.

Z tym wiąże się jeszcze coś: ludzie chorzy, widząc, jak bardzo ich bliscy to przeżywają, martwią się o nich i obciążają siebie winą za ból i trudy, jakich im przysparzają. Jednym i drugim to bardzo szkodzi. Dlatego bliskim, którzy opiekują się chorym, powinni pomagać specjaliści.

Jak wygląda taka pomoc? Psycholog w takiej sytuacji skupia się na uwolnieniu od poczucia winy, ułatwieniu pogodzenia się z trudnym położeniem. Pokazuje, że mogło być gorzej i że to, co się stało, to jeszcze nie koniec świata. Obcięło komuś jedną nogę, a mogło obie. Stracił wzrok, ale ma słuch. Nie ma wzroku i słuchu, ale ma dwie sprawne ręce... Trzeba się tylko zastanowić, jak wykorzystać swój potencjał i dostępne zasoby. Co z tym, co zostało, można w życiu zrobić dobrego. Ograniczenia nie muszą odbierać uśmiechu i zdolności przeżywania radości życia. Mam niewidomą znajomą, która po powrocie ze Stanów z zachwytem mówiła: „Ile ja tam wspaniałych rzeczy zobaczyłam!”.

Amerykański rysownik, John Callahan, został sparaliżowany w wyniku wypadku samochodowego. Wpadł w depresję i alkoholizm, ale po kilku latach zaczął trzymać ołówek pomiędzy rękoma, którymi z trudem poruszał, i tworzyć pełne humoru historie obrazkowe dotyczące niepełnosprawności. Zdobył nimi ogromną popularność. Dobry przykład. Kluczem do zdrowia psychicznego jest akceptacja tego, co nas spotyka. Ona przynosi spokój. Każda szamotanina, niezgoda na coś, jest bezowocnym zużyciem energii. Trochę szkoda, że Callahan zapłacił za swoje odrodzenie epizodem depresyjno-alkoholowym. Bo to nie zawsze dobrze się kończy…

Może czasem trzeba sięgnąć dna, by mieć od czego się odbić? Na cmentarzach jest sporo grobów ludzi, którzy sięgnęli dna. Dlatego nikomu nie pozwalajmy, by tego próbował. Trzeba starać się jak najlepiej przeżyć każdą sekundę życia. Dbajmy świadomie o jakość naszego życia – mamy je tylko jedno. W każdej sytuacji należy sobie powtarzać: „Cokolwiek mi jeszcze zostało, to zrobię z tego coś pięknego i dobrego”. Piękno i dobro to antyczne wartości, o których dziś prawie nie pamiętamy. Jeżeli człowiek stara się je pomnażać, to dba o siebie i o innych, buduje, a nie niszczy. Tak pojmuję sens życia.

  1. Psychologia

Zazdrość o sukces partnerki

Praca i miłość nie zawsze idą w parze. Co zrobić, gdy mężczyzna nie może znieść sukcesu partnerki? (fot. iStock)
Praca i miłość nie zawsze idą w parze. Co zrobić, gdy mężczyzna nie może znieść sukcesu partnerki? (fot. iStock)
O męską zazdrość rozbił się niejeden związek. Co ciekawe, coraz częściej jej obiektem nie jest inny mężczyzna, a praca. Czy to tylko chore ego, czy może wołanie o przywrócenie porządku natury?

Obraz ojca zmęczonego po pracy towarzyszył mi przez całe dzieciństwo. Najedzony, nakarmiony przez żonę (obiad zawsze musiał być, choć mama także pracowała) – odpoczywał na kanapie, a my z bratem chodziliśmy na paluszkach, uciszani przez mamę krzątającą się w kuchni. Dziś coraz częściej bywa, że to kobieta wraca po kilkunastu godzinach spędzonych w firmie albo kilku w samolocie, tuż przed kolejnym wyjazdem, z terminarzem pełnym spotkań, pikającym telefonem przypominającym o tysiącach spraw do załatwienia, podczas gdy jej mężczyzna… skrycie jej tego zazdrości.

Trzy historie

– Nie rozumiem, po co było jej to drugie dziecko, skoro w ogóle nim się nie zajmuje – mówi Marek. – Nawet, kiedy wieczorem zdarzy jej się być w domu, a nie w pracy, siedzi przed komputerem, chociaż mała prosi, żeby się z nią pobawiła. Firma, projekty, bankiety służbowe, wyjazdy – wszystko jest ważniejsze od domu, dzieci, rodziny.

– I od ciebie? – pytam.

Marek milczy, a ja widzę, że ten siedzący przede mną młody, silny mężczyzna czuje się zraniony do żywego, porzucony, zdradzony, i to podwójnie. Dla kobiety, którą wybrał „na życie”, przestał być najważniejszy. Już go nie podziwia, bo trudno podziwiać faceta, który przynosi mniej pieniędzy albo w ogóle nie zarabia. Zamiast tego zajmuje się domem, dziećmi; sprząta, gotuje, robi zakupy albo narzeka, że w tym kraju nie ma pracy odpowiedniej dla niego. A ona? Awansuje, nie rozstaje się z telefonem i notebookiem, ciągle gdzieś się spieszy, a wieczorami wychodzi na służbowe kolacje. Nawet seks im ostatnio nie wychodzi, bo mężczyzna w fartuszku czy z zakupami nie przypomina samca alfa. To ona – słabsza płeć – wspina się po szczeblach kariery, a przecież sukces zawodowy to męska domena, tak to wymyśliła natura, prawda?

Elżbieta i Marcjan – obydwoje prawnicy. Poznali się na studiach, potem aplikacja, staż w znanej kancelarii, pierwsza praca w tej samej firmie. W międzyczasie ślub, podróż poślubna odłożona na później, bo akurat on prowadził prestiżową sprawę. A kiedy to wreszcie ona dostała ważnego klienta, Marcjan nagle zapragnął dziecka, twierdząc, że w końcu dojrzał do ojcostwa. Elżbieta urodziła córeczkę, rok później drugą.

– On mi to zrobił specjalnie, z zazdrości – mówi Ela. – Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy o dzieciach, ale kiedy zaczęłam być lepsza od niego, po prostu wrobił mnie w ciążę.

I jeszcze Agata i Dominik. On, naukowiec, odnosi sukcesy, ale – jak wiadomo – w naszym kraju trudno wyżyć z uczelnianej pensji. Ona zaczynała od jednoosobowej działalności, dziś zatrudnia 20 osób. Wreszcie stać ich na duże mieszkanie, dwa samochody, wakacje za granicą i prywatną edukację dziewczynek. Dominik ma pensum pracownika naukowego, Agata pracuje od rana do wieczora, a po powrocie czeka ją drugi etat: w domu, przy dzieciach. Kiedy któraś z córeczek jest chora, to ona załatwia lekarza, chodzi na zebrania do szkoły, od czasu do czasu organizuje szybkie przyjęcia dla jego kolegów z uczelni, bo on rzuca od niechcenia: „Kochanie, dziś wieczorem wpadnie do mnie kilka osób. Co? Nie mówiłem ci o tym? Wiesz, ostatnio mam tyle na głowie”.

– Mój mąż pracuje twórczo, a twórcza praca bywa męcząca – opowiada Agata. – Wieczorami zamyka się w swoim gabinecie, bywa, że wyjeżdża na weekendy, żeby odpocząć od zgiełku rodziny. Ja jestem zwykłym wyrobnikiem, pracuję jedynie dla pieniędzy, bo przecież ktoś musi utrzymać rodzinę. O mojej pracy nie mówi się przy stole, bo przecież to zwykła agencja reklamowa.

On mówi: chyba przewróciło jej się w głowie

Prawdziwy mężczyzna nigdy nie bywa zazdrosny o sukces partnerki, przynajmniej za nic na świecie się do tego nie przyzna. Cierpi w milczeniu, bywa, że szuka sojuszników.

– Moja żona to szczęściara – mówi Marek. – Koleżanki zazdroszczą jej tego, że w domu posprzątane, dzieci zadbane, obiad ugotowany. Szkoda, że ona tego nie docenia.

Bywa, że mąż kobiety sukcesu z wdziękiem wchodzi w rolę ofiary, biednego, porzuconego Misia, który nie może znaleźć pracy, choć przecież jej szuka, lub nie szuka, bo nie ma czasu, zajęty dziećmi, domem, albo nie rozumie, po co tak się uganiać za pieniędzmi, skoro to rodzina jest najważniejsza.

Kiedy pytam Marka, co z jego pracą, tłumaczy, że on niewiele potrzebuje, to żona ma nienasycony apetyt finansowy. Być może, ale on nie ma problemu z tym, by się przy niej najeść do syta: narty – koniecznie w Alpach, samochód – najlepiej terenowy, ubrania – markowe. – Nasz związek jest udany – dodaje. – Gdyby tylko ona na każdym kroku nie wypominała mi, że wszystko, co mamy, to jej zasługa. Ja się o to nie prosiłem, skoro chce żyć na takim poziomie, nie mogę jej tego zabronić.

Ona mówi: chciałabym, by mnie docenił

Żona Marka twierdzi, że kiedy mąż stracił pracę i pogrążył się w depresji, nie miała innego wyjścia. Ktoś musiał przejąć obowiązek zarobienia na rodzinę. Nie mogła załamać się tak jak on, chciała pokazać, że razem dadzą radę. Liczyła, że to go zmotywuje do szukania pracy. Wierzy, że mąż znajdzie jakieś zajęcie, a wtedy ona zwolni tempo i zajmie się domem.

Agata, żona naukowca, docenia jego pracę; podobnie jak on, boleje nad tym, że z pensji pracownika naukowego trudno wyżyć, ale dzieci wołają jeść. Gdyby tylko on ją choć trochę docenił albo chociaż zauważył. Od miesięcy ze sobą nie sypiają.

Elżbieta, prawniczka, wierzy, że kiedy odchowa dzieci, wróci do zawodu i jeszcze mu pokaże.

Kobiecy sukces w pewnym sensie pełni w małżeństwie rolę kochanki, a zdrada męża z pracą ma potrząsnąć rzeczywistością związku: bezlitośnie obnażyć wszystkie słabe punkty, wzbudzić zazdrość partnera, sprawdzić, czy mu jeszcze zależy.

O co im tak naprawdę chodzi?

W dobrym związku partnerzy się wspierają i płynnie wymieniają rolami: czasami ona gotuje obiad, a on zmywa, innym razem ona zarabia więcej, podczas gdy on inwestuje energię w dokształcanie się lub zajmowanie domem i opracowywanie pomysłu na własną karierę. W związkach, w których sukces żony staje się powodem do zazdrości, brakuje zrozumienia, wsparcia i współpracy, a przede wszystkim systemowego porządku. Porządku, który ustanowiła natura w sprawie podziału obowiązków ze względu na płeć. To mężczyzna powinien być tym, który poluje – zabezpiecza rodzinę finansowo. Kobiecie natura przypisała rolę strażniczki domowego ogniska. Żeby wymieniać się rolami, najpierw te role muszą funkcjonować „po bożemu”: mężczyzna – zarabia, kobieta – troszczy się o dom, a kiedy zachodzi taka potrzeba, na krócej lub na dłużej zamieniają się obowiązkami. Może być również tak, że od początku związku umówili się inaczej, bo na przykład ona wykonuje zawód, w którym ma szansę zarobić więcej, a on może w większym stopniu poświęcić się sprawom domowym. W takiej sytuacji nie ma powodu do zazdrości. Kobieta, dla której sukces zawodowy jest formą szantażu, manipulacji, właśnie w ten sposób woła o przywrócenie porządku. Ale kiedy ona, zupełnie nieświadomie, wchodzi w „męską” rolę, partner buntuje się albo degraduje ją do roli strażniczki domowego ogniska, chcąc w ten sposób ukryć swoją zazdrość. Tak czy siak, intencje obydwojga nie są czyste. Ona woła: „Zauważ mnie”, on się obraża, zapada w bierność, szantażuje, wzbudza poczucie winy. W tej grze nie ma wygranych, prędzej czy później skapitulują obydwie strony.