1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Być kobietą na rynku pracy

Być kobietą na rynku pracy

Kobiety są statystycznie lepiej wykształcone, a mimo to częściej pozostają bez pracy. A jeśli już ją podejmą, zarabiają mniej od mężczyzn i rzadziej awansują, nie wspominając o osiąganiu eksponowanych stanowisk kierowniczych. Są niedoceniane, niepremiowane i nieraz wykorzystywane w pracy. Takimi wnioskami zamyka się większość dokumentów, artykułów i wypowiedzi na temat funkcjonowania kobiet na rynku pracy.

Nie trudno się z tym zgodzić. Przecież często mówi się o feminizacji niektórych zawodów, które stają się mniej prestiżowe tylko dlatego, że są mniej opłacane. Mówi się o „szklanym suficie”, w myśl którego mężczyźni nami rządzą i nie dopuszczają do określonych stanowisk. Trudno jest nie zauważyć, że wciąż w polskim życiu gospodarczym pokutują rozliczne mity na temat pracy kobiet, które powinny być złymi szefami z miękkim sercem, mieć co miesiąc swoje „słabe dni” i w związku ze swoimi macierzyńskimi planami stanowić zagrożenie organizacyjne i finansowe dla firmy.

Kobiety nie chcą zarabiać więcej...

Psychologowie twierdzą, że kobiety zarabiają mniej, bo nie jest to dla nich miarą ich wartości. Mężczyźni walczą o zarobki - są gotowi w dążeniu do osiągnięcia sukcesu, władzy i pozycji poświęcić własne szczęście osobiste, zdrowie, czas i związki osobiste. Dla kobiety sukces ma mniejsze znaczenie. Nawet jeżeli kobieta poniesie porażkę nie stanowi to dla niej katastrofy. Przykładowo kobiety są w stanie rezygnować z awansu na kierownicze stanowisko, jeżeli miałoby to przyczynić się do pogorszenia ich relacji z otoczeniem. I w imię relacji są w stanie zrezygnować ze swoich oczekiwań i ambicji.

Kobieta ma być skromna i broń Boże się chwalić

Kobiety często uważają, że nie wypada się chwalić. Jak pisze Henryka Bochniarz w książce „Bądź sobą i wygraj”: „Nierzadko obserwuję taki obrazek: Kobieta wspaniale przygotowała jakiś projekt. Sprzedaje go jednak pod swoim szyldem mężczyzna, który znakomicie potrafi wykorzystać regułę: Panie pracują - ja odcinam kupony. „ My jesteśmy od roboty, mężczyźni od sprzedaży i błyszczenia na świecznikach.

Nas uczono, jak dbać o innych: dzieci, męża, rodzeństwo, starszych. Jak pełnić pięć ról na raz: matki, żony i kochanki, siostry, wnuczki, strażniczki domowego ogniska. Ale rzadko uczymy się dbać o siebie, definiować własne potrzeby, oczekiwania, ambicje. Gdzieś to się zgubiło po drodze.  Rzadko się zdarza, by kobieta wychodziła przed szereg. A jeśli już przed ten szereg wyjdzie, to nieraz nazywa się ją chwalipiętą lub przypisuje zachowania męskie, pozbawione kobiecości. Ale konkretne i zdefiniowane wcale nie musi oznaczać niekobiece. Znam wiele kobiet, które osiągnęły sukces w wielu dziedzinach: są dziennikarkami, przedsiębiorcami, politykami i nic nie straciły na swojej kobiecości. Dlatego musimy się tego nauczyć, wytrenować to w sobie. Wtedy nasz sukces zostanie zauważony. Bo on buduje też pozytywne podejście do życia. A to jest na pewno niezbędne.

Ale po co się przemęczać...

Kobieta aktywna - a co to znaczy? Rozmawiając z kobietami, często zadaję pytanie, co zrobiły (oprócz czytania poniedziałkowej prasy z dodatkiem praca), żeby taką pracę znaleźć. Większość z nich ze zdziwieniem graniczącym z oburzeniem odpowiada: „ A co miałyśmy jeszcze zrobić?”

I tu leży pies pogrzebany. My czekamy, aż praca znajdzie nas: aż przyjedzie dobry wujek, znajomy, ktokolwiek, kto powie: „załatwię Ci pracę”. Ale jeżeli się nie zjawia, to dziarskim krokiem idziemy do urzędu pracy rejestrując się w urzędzie, bo teraz przecież wszyscy tak robią. Wszyscy czekają, aż ktoś przyjdzie i zmieni ich los. Tylko, że w życiu historia z kopciuszkiem rzadko się sprawdza. Żeby coś mieć, trzeba się o to postarać, trzeba o to zawalczyć. Trzeba określić, co chce się robić i na jakich zasadach, ale przede wszystkim określić swoje predyspozycje i umiejętności. I odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: kto taką „ usługę” będzie chciał kupić? Jakie potrzeby firmy - pracodawcy moja praca może zaspokoić? Bo relacja kupno-sprzedaż ma bardzo bezpośredni związek z zaspakajaniem potrzeb.

Wiele kobiet się oburza, jak mówię, że dzisiaj na rynku pracy trzeba umieć się sprzedać.
Ale można się oburzać do woli, tylko nie zmieni to faktu, że tak funkcjonuje rynek. Sprzedajemy naszą wiedzę, umiejętności, doświadczenia, kontakty i osobowość, wystawiając swoją cenę (pensję). Kobiety, które znają siebie, wiedzą, czego chcą i jak chcą to osiągnąć, nie mówią o sprzedawaniu się, tylko o wartościowaniu siebie. Brzmi lepiej, prawda? Bo trzeba znać swoją wartość, umieć ją wycenić i określić oczekiwania po dwóch stronach.

A jak już to mamy, to czas na kolejne pytanie: Gdzie go próbować sprzedać? Jakich argumentów użyć? A produkt musi mieć właściwości, opakowanie i ktoś musi w ogóle wiedzieć o jego istnieniu. Jak schowamy produkt na najniższej półce, albo jeszcze lepiej, w magazynie, to jak ktoś ma wiedzieć, że w ogóle może go mieć i z jego dobrodziejstw korzystać?

 

„Zwracam się z prośbą o prace...”

Tak zaczyna się wiele listów motywacyjnych przesłanych do potencjalnych pracodawców. Najbardziej utkwił mi w pamięci sytuacja podczas jednej z rekrutacji na stanowisko w organizacji, dla której pracowałam. Otrzymałam list od Pani, która w dramatyczny sposób opisała trudną sytuację swoją i swojej rodziny, kończąc wypowiedź stwierdzeniem, że w moje ręce oddaje los tej rodziny.

Z całym szacunkiem dla tej Pani i wyrazami współczucia dla jej sytuacji, ale czy to jako przedsiębiorca, czy jako pracownik odpowiedzialny za rekrutację, nie jestem w stanie odpowiadać za los wszystkich pokrzywdzonych.

I nie zatrudniłam jej. Nie dlatego, że była w trudnej sytuacji, tylko dlatego, że w tym liście nie napisała nic o sobie: o swoich doświadczeniach i umiejętnościach. Nie złożyła żadnej oferty dla naszej firmy. A moim zadaniem było znaleźć najlepszą ofertę pracy. Bo przedsiębiorcy nie są dobrymi wujkami, którzy rozdają pracę, jak się ich ładnie poprosi, tylko rozwijają biznes i szukają ludzi, którzy, dzięki swojej wiedzy, umiejętnościom i predyspozycjom, będą ich w tym wspierać. A ludzie na rynku pracy zdają się o tym zapominać, lub co gorsza nie są tego świadomi.

I tu pojawia się kolejna ważna kwestia: jak ja, jako pracodawca, mam poważnie traktować kandydata, który rzekomo chce u mnie pracować, ale nie zadał sobie nawet trudu, żeby sprawdzić, jak funkcjonuje moja firma, czym się zajmuje, czego mogę od niego oczekiwać. Jak mam traktować go poważnie, skoro on nie traktuje w taki sam sposób mnie i mojej firmy? Albo jeszcze lepiej – moja firma jest pięćdziesiątą, do której wysłał to samo CV i ten sam list motywacyjny, a nawet nie sprawdził, czy adresuje go do kobiety czy mężczyzny.

Pracodawcy oczekują, że kandydat będzie do nich podchodził indywidualnie, że przychodząc na rozmowę, będzie umiał powiedzieć, dlaczego chce dla tej firmy pracować, dlaczego przesłał do niej swoje dokumenty i co do niej swoją osobą wniesie. I nie będzie to odpowiedź w stylu:” Bo akurat znalazłem Państwa ogłoszenie w Internecie”.

Kobiety nie chcą wcale znaleźć pracy...

Spotykając się z młodymi dziewczynami kończącymi studia, albo rozmawiając jako konsultant z doświadczonymi specjalistkami i menedżerami niejednokrotnie odnoszę wrażenie, że one w ogóle nie szukają pracy, albo jakimś dziwnym zrządzeniem losu robią to tak, by jej za wszelką cenę nie znaleźć.

Bo jak można znaleźć pracę, skoro nie planuje się swoich działań, nie zastanawia się, jak dotrzeć do pracodawców, ograniczając swoje poszukiwania do zasobów Internetu i nie ma się nawet bladego pojęcia o rynku i oczekiwaniach pracodawców bazując na zdezaktualizowanych informacjach, które mogą już stanowić mitologię rynku pracy.

A najpoważniejszy zarzut, jaki można skierować do kobiet na rynku pracy to ten, że nie znają siebie, swoich ambicji, umiejętności i przede wszystkim oczekiwań: co, jak i za ile chcą robić? A ktoś już kiedyś powiedział: „Jak się nie wie, dokąd się płynie, każdy port jest dobry”. I wówczas trzeba się zadowolić pracą, jaką dają, pensją, jaką proponują, i generalnie życiem, które jest kształtowane przez kogoś innego, bo na pewno nie przez nas same. A my co? My wrócimy do swoich narzekań na szklany sufit, dyskryminację, szowinistów i cały Boży świat, o nas samych nie wspominając słowem...

Henryka Bochniarz na spotkaniu ze swoimi czytelniczkami powiedziała: „Kobiety nie powinny pozwalać, by ktoś pisał scenariusz ich życia. Największa krzywda, jaką możemy sobie wyrządzić, to żyć w niezgodzie z sobą, rezygnować z siebie”.

Święte słowa. Powiedzieć łatwo, zrobić pewnie trochę trudniej. Na szczęście coraz więcej kobiet bierze odpowiedzialność za swoje życie i nie składa go w rękach innych. I pokazuję, że ani to takie trudne, a na pewno nie niemożliwe. I żyją - całkiem nieźle żyją. Trzeba po prostu pogadać ze sobą i podjąć decyzję, czy nasze życie będzie naszą legendą zapisaną naszymi decyzjami i pomysłami, czy ktoś inny w tej historii wyznaczy nam rolę, którą wetknie nam do ręki. Trzymam kciuki. Powodzenia.

Więcej informacji na temat rozwoju kariery na:

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy emocje przeszkadzają w pracy?

Świadomość własnych emocji przydaje nam się w życiu w ogóle, a w pracy zwłaszcza, bo ostatecznie jednak naszym celem jest działanie i współdziałanie z innymi ludźmi, by realizować zadania i mieć z tego satysfakcję. (Fot. iStock)
Świadomość własnych emocji przydaje nam się w życiu w ogóle, a w pracy zwłaszcza, bo ostatecznie jednak naszym celem jest działanie i współdziałanie z innymi ludźmi, by realizować zadania i mieć z tego satysfakcję. (Fot. iStock)
Gdy jesteśmy świadomi, skąd się biorą nasze emocje, co znaczą – możemy konstruktywnie działać, nawet jeśli impulsem były gniew czy złość. Jak nie dopuścić do tego, by emocje odłączały nas od myślenia? Pytamy trenerkę biznesu Joannę Heidtman.

Na obecnym rynku pracy równie ważne jak wykształcenie i wiedza są umiejętności osobiste – czytanie emocji innych i odpowiednie reagowanie na nie. Dlaczego tak dużo mówi się dziś o inteligencji emocjonalnej?
Zwracamy uwagę na emocje, bo współcześnie pracujemy i działamy w różnorodnych, interdyscyplinarnych zespołach, uczestniczymy w wielu projektach, których efekt zależy zarówno od naszej wiedzy, jak i od tego, czy potrafimy odpowiednio zarządzać relacjami, czyli pozyskać motywację do działania innych, utrzymać ich pozytywne nastawienie tak do nas, jak i do zadań. Nawet w redakcji magazynów, żeby powstał kolejny numer, musicie na wszystkich etapach ze sobą współpracować, spotykacie się z różnymi osobami, o różnym temperamencie, o różnych umiejętnościach, musicie reagować na zmiany, dopracowywać szczegóły, porozumiewać się mimo różnic. Rzadko kiedy czyjaś praca jest dziś całkowicie jednostkowa, samodzielna, odseparowana. Inteligencja emocjonalna koreluje więc z szeroko rozumianym sukcesem zawodowym. Jeśli mamy niewielkie kompetencje społeczne, niską inteligencję emocjonalną, to mimo kompetencji i wysokiego IQ możemy skutecznie zniechęcić do siebie ludzi, a nie pozyskać ich do współpracy.

Czy inteligencja emocjonalna jest wyuczalna?
Jest, ale to może być dla nas kosztowne... emocjonalnie. Bo oznacza, że musimy pracować ze swoimi emocjami, być świadomi, co to za stan emocjonalny właśnie przeżywamy, z czego on wynika. Bez samoświadomości nie ma inteligencji emocjonalnej. Czyli musi zajść proces: „Ja wiem, co się ze mną dzieje”. A gdy wiem jeszcze, z czego to wynika, to mogę tym pokierować. Przykład, bardzo ciekawy, z wczoraj – osoba raczej introwertyczna, menedżerka w nowej pracy, w nowym otoczeniu, próbująca poprawnie i według zasad poprowadzić nowy zespół, orientuje się, że koledzy w jej obecności mówią, że coś zrobią, a potem okazuje się, że tego jednak nie robią; albo mówią jej, że jest dobrze, a za jej plecami twierdzą, że jest źle. Gdy powoli orientuje się w tej sytuacji, zaczyna odczuwać silną złość. Przyswaja tę emocję na poziomie intelektualnym, jest świadoma tego, co się z nią dzieje i dlaczego (łamane są zasady, które mogą doprowadzić do katastrofy zespołu). Rozumie, że jej złość naprawdę nie wynika z tego, że czuje się lekceważona i urażona, ale jako lider jest świadoma zagrożenia, jakie takie zachowania mogą spowodować. Tak uświadomiona emocja mobilizuje ją do działania, decyduje się na ingerencję i trudną, ale potrzebną konfrontację, która eliminuje tę interpersonalną grę. Gdyby nie odczuwała emocji albo sobie nie uświadamiała, skąd bierze się jej złość lub też gdyby nie przetworzyła jej na rozwiązanie problemu, mogłaby po prostu obrazić się na zespół albo, by uniknąć konfrontacji, udać, że nic się nie dzieje. A problem trwałby nierozwiązany. Tak więc reakcja emocjonalna dała w tym przypadku wskazówkę do konstruktywnego i odważnego działania.

Często spotykam ludzi, którzy unikają konfrontacji, boją się ujawniania złości. A przecież nie jesteśmy androidami i gdy zamykamy za sobą drzwi mieszkania, wciąż pozostajemy istotami emocjonalnymi, które dysponują też określonymi umiejętnościami.
Świadomość własnych emocji przydaje nam się w życiu w ogóle, a w pracy zwłaszcza, bo ostatecznie jednak naszym celem jest działanie i współdziałanie z innymi ludźmi, by realizować zadania i mieć z tego satysfakcję. Współdziałanie pomimo różnic jest ważnym czynnikiem naszego sukcesu. Dlatego odczytywanie emocji własnych i cudzych jest takie ważne. Nieunikanie ich. Stany „bez emocji” to przeważnie stany chorobowe, niekorzystne, na przykład pewne fazy depresji, wypalenie zawodowe lub też zaburzenia, takie jak anhedonia, w której osoba jest niezdolna do odczuwania przyjemności czy spontanicznego wyrażania takich emocji, jak radość czy gniew. Emocje są niezbędne! Są naszym współdoradcą, drogowskazem, podpowiedzią, za czym iść, a czego unikać. Są paliwem do działania, ale rzeczywiście czasem sądzimy, że w obszarze pracy powinniśmy ich z definicji unikać, blokować je, ukrywać.

Obawiamy się zwłaszcza emocji nazywanych „trudnymi”.
Tak, a psychologia nie dzieli emocji na dobre lub złe. Aczkolwiek w świecie biznesu rzeczywiście często nie wiemy, jak reagować, gdy odczuwamy emocje. Tymczasem pokonywanie trudności często właśnie dzięki nim jest możliwe. Przecież nasze zaangażowanie, ambicje czy satysfakcja z realizacji zadań mają silny komponent emocjonalny. Bez emocji nawet nie chciałoby nam się chcieć! Ale także lęk czy odczuwany niepokój wbrew pozorom jest nam w pracy potrzebny – byśmy unikali sytuacji, które mogą nam zagrażać. Gniew może nam powiedzieć, że ktoś naruszył nasze psychologiczne granice albo istotne dla nas wartości. Entuzjazm i radość są paliwem do działania, a smutek może być choćby po to, żeby na chwilę zwolnić, wycofać się, zaleczyć rany. A więc wszystkie emocje są i ważne, i potrzebne.

Kiedy zaczynają szkodzić?
Wtedy, gdy stają się dla nas albo dla otoczenia destrukcyjne. Czyli zazwyczaj wtedy, gdy sami nie rozumiemy, co się z nami dzieje, i wyłączamy myślenie. Wtedy emocje są niebezpieczne. Na przykład kiedy każdą uwagę na temat naszej pracy odbieramy jako atak na siebie. Albo gdy gniew spowodowany inną sytuacją – w domu czy na ulicy – przenosimy do miejsca pracy i okazujemy go, nieświadomie, wobec pracowników. Niczemu to nie służy, a niszczy dość skutecznie relacje w miejscu pracy. Zbadano nawet, ile firmę kosztuje zły humor szefa, który wnosi swoje emocje, takie jak złość czy poirytowanie, do zespołu. Pracownicy odczuwają je dzięki tzw. neuronom lustrzanym zlokalizowanym w mózgu. Nawet niezrozumiała dla nas czyjaś złość – zwłaszcza jeśli jesteśmy w jakiejś zależności z tą osobą – wpływa destrukcyjnie na nasze zaangażowanie, pewność siebie i skuteczność. Zatem, szefie, jeśli nie będziesz rozumiał swoich emocji i nie neutralizował nastroju, to stracisz!

Wszyscy, nawet najbardziej gruboskórne osoby, współodczuwają stany emocjonalnie innych, ale różnie na nie reagują.
Tak, na przykład mało empatycznie. Ale to dlatego, że współodczuwanie czyjegoś smutku może być dla nich nieprzyjemne, niekomfortowe. Jednak dobra wiadomość jest taka, że tak samo zarażamy się też radością, entuzjazmem czy optymizmem. W organizacjach, niestety, wciąż chyba najwięcej jest złości… To dlatego, że dominuje stres wynikający z presji zadań, wymagań, oczekiwań. A nawet nieduże, lecz stałe napięcie działa w naszym mózgu i ciele tak jak tykająca bomba zegarowa. Jesteśmy cały czas nastawieni bojowo, ale nie możemy tego napięcia uwolnić. Ani przez konfrontację (walka), ani przez wycofanie się z sytuacji (ucieczka). I będąc w tym pacie, w którymś momencie albo zaczynamy reagować agresywnie w zupełnie neutralnych sprawach, albo zaczynamy chorować. Emocje i ciało są ze sobą ściśle powiązane.

Takim bojowym stresem jest też życie w trybie ciągłych zmian. Czy to na stanowiskach, czy w określaniu celów zespołu.
Lęk jest kolejną emocją, która może działać destrukcyjnie, także wtedy, gdy jeszcze czegoś nowego nie spróbowaliśmy, a już się tego boimy! Nie wiem, jak wypadnę na konferencji branżowej z własną prezentacją, ale w wyobraźni rysuję tak czarny scenariusz, że od razu wycofuję się z podjęcia tego zadania. To jest nierozwojowe, blokujące, zaniżające na dłuższą metę naszą samoocenę. A stres związany z tym, o czym mówisz, pojawia się często wówczas, gdy mamy np. mały dostęp do informacji, jak ta zmiana będzie przebiegać – wtedy rzeczywiście wzrasta niepewność, tracimy grunt pod nogami i pojawia się lęk. Nasza sytuacja, nie tylko zawodowa, ale i życiowa, potrzebuje być przynajmniej w minimalnym stopniu przewidywalna, żebyśmy mogli robić plany, żebyśmy wiedzieli, na czym stoimy, żebyśmy mogli śmiało działać. W takich sytuacjach zawsze warto dążyć do zebrania jak największej wiedzy dotyczącej zmian. Inaczej dominuje niepewność, a chaos jest silnie powiązany z lękiem. To też duża strata dla pracodawcy – bo lęk nas paraliżuje i stajemy się mniej aktywni, niepokój nie pozwala nam myśleć o tym, jakie mamy zadania do wykonania tu i teraz.

Konflikty interpersonalne w miejscu pracy często wynikają też z tego, że nie respektujemy wzajemnych różnic. Tymczasem każdy z nas jest inny i potrzebuje czegoś innego, by dobrze działać. Może wystarczy to zrozumieć, aby się dogadać.
Oczywiście, różnimy się charakterami, potrzebami, strefą komfortu czy potrzebami zmian – są tacy, którzy cenią stałość w zespołach, w strukturach i zadaniach, a są tacy, którzy dobrze się czują w zmianach, a nawet ich oczekują z radością i niecierpliwością! Wiedza o własnych i cudzych emocjach, opanowanie ich poprzez myśli, pomaga przejść przez zmiany i konflikty bez lęku i większych strat. Czyli pierwszy krok – świadomość, drugi krok – działanie, ale oparte na świadomej decyzji, a nie dyktowane wzburzeniem czy strachem.

Dr Joanna Heidtman, psycholog i socjolog, doradca i coach.

  1. Psychologia

Kobieca moc niejedno ma imię

Kobieca siła to moc płynąca z emocji, cielesności, intuicji, wglądu w siebie, proroczych snów. (Fot. iStock)
Kobieca siła to moc płynąca z emocji, cielesności, intuicji, wglądu w siebie, proroczych snów. (Fot. iStock)
Czasami myślimy o niej jak o kobiecej naturze, energii animy albo intuicji. Bardziej potrafimy ją poczuć ciałem niż rozpoznać umysłem. Kobieca moc niejedno ma imię... Psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz inauguruje nowy cykl artykułów w miesięczniku "Sens".

Wiele z nas doświadczyło szczególnych momentów, w których wyraźnie poczułyśmy swoją moc np. w trakcie narodzin dziecka, ukończenia artystycznego dzieła (to tzw. euforia ostatniego pociągnięcia pędzlem) czy podjęcia jakiejś bardzo ważnej i brzemiennej w skutkach decyzji. Co najważniejsze, ta moc pojawia się zwykle wtedy, kiedy głowa odpuszcza, a czasami nawet budzi się rezygnacja: „trudno, nie dam rady”, „nie wiem, co robić”, „to wszystko, na co mnie stać”... – i nagle gdzieś w głębi siebie już wszystko wiesz!

Siła czy moc?

Męska siła kojarzy nam się z działaniem w świecie zewnętrznym, z myśleniem analitycznym. Kobieca siła to moc płynąca z emocji, cielesności, intuicji, wglądu w siebie, proroczych snów. Mężczyzna czuje się silny, kiedy ma osiągnięcia i uznanie w zawodzie, w sporcie, w życiu. Kobieta czuje swoją moc, jeśli żyje w zgodzie z własną legendą podąża świadomie wybraną przez siebie drogą, jest obecna w „tu i teraz”, potrafi zintergrować głowę, serce i ciało... Jednak taki sposób odczuwania przychodzi z wiekiem.

Jako nastolatki czy dwudziestoparolatki chętnie próbujemy swoich sił w sportach, często ekstremalnych, lubimy rywalizować z mężczyznami. Kickboxing, MMA czy choćby zwykłe sztuki walki – czemu nie? Dieta ketogeniczna, płaski brzuch i „kaloryfer” wyćwiczony w siłowni, morsowanie czy wejście zimą na Śnieżkę w spodenkach i sportowym biustonoszu – czemu nie? Przed trzydziestką nadal realizujemy swoją moc bardziej „po męsku”: w rywalizacji, wspinaniu się po szczeblach kariery, sięganiu po eksponowane stanowiska. Momentem przełomowym często bywa ciąża. Być może to wtedy po raz pierwszy zaczynamy odróżniać siłę od mocy. Moc „z brzucha” pojawia się także w momentach, kiedy budzi się nasza energia twórcza: pragnienie namalowania obrazu, napisania książki czy ekspresji emocji poprzez ruch. Pojawia się świadomość, że siła wynika z naszego działania na zewnątrz a moc płynie z ekspresji tego, co wewnątrz.

Około czterdziestki wiele kobiet nagle odczuwa potrzebę radykalnje zmiany życia. Bywa, że bilans przeszłości wcale nie wypada na plus albo pojawia się tęsknota odnalezienia czy odkrycia celu i sensu życia. Czujemy, że dotąd żyłyśmy zgodnie z nieswoim scenariuszem. Doskonale tłumaczy to Paulina Młynarska, autorka rocznego planeru „Moc kobiet” pisząc, że jedyne, co może każda z nas, to wprowadzić korektę do wręczonego nam w chwili narodzin scenariusza – gotowca, który przypisuje określone z góry role, zadania i ograniczenia. Trzeba wiele odwagi i buntowniczej energii, aby je zakwestionować. I jeszcze więcej, aby rozpoznać czy też powołać do życia nowe wewnętrzne postaci, których energia pozytywnie zasili nasze życie psychiczne”.

Po pięćdziesiątce, kiedy siła działania w zewnętrznym świecie nie jest już taka oczywista, coraz częściej i wyraźniej zdarza nam się słyszeć głos wewnętrznej mocy. Na początku to bardziej szept: ,,Czy na pewno musisz tak dużo pracować?”, „Czy dzisiaj zrobiłaś coś, co nakarmiło twoją duszę, a jeśli nie dzisiaj, to kiedy ostatnio ci się udało?”. Dopóki traktujemy wycofanie się z jakiejkolwiek aktywności za oznakę słabości, nadal bardziej jesteśmy w energii siły niż mocy. Ale pewnego dnia, kiedy coraz częściej łapiemy się na tym, że wolimy być niż mieć, być tak prosto z brzucha; zachwycić się słońcem na twarzy, wąchać deszcz, popłakać się nad zdjęciem wnuczka tuż po narodzeniu – czujemy, że wróciłyśmy do domu. Swoją moc zaczynamy odczuwać jako wewnętrzny zew, którego nie sposób nie usłyszeć.

W podróży do siebie

Od czasu covidowej zawieruchy większość moich pacjentek przychodzi z kłopotami, które tak naprawdę są opowieściami o mocy – o tym, że czasami ona je przeraża, że nie czują się gotowe do przyjęcia, otworzenia się na tak intensywną energię, że jest jakaś ogromna siła, która próbuje się wydostać z ich wnętrza, że nagle poczuły potrzebę odmienienia całego swojego życia...

Nic w tym dziwnego, kobieca moc ma potężną energię, zarówno do działania jak i bycia w swojej prawdzie, wizji, osobistym micie. Pandemia, która w każdym z nas uruchomiła najbardziej pierwotne lęki, zmiany w tzw. ustawie antyaborcyjnej, które ,,dotknęły” kobiecych brzuchów, i era Wodnika (odpowiedzialnej wolności) – sprawiły, że nie mamy innego wyjścia jak dopuścić do głosu swoją moc. I to bez względu na wiek.

Jak przekonuje Maureen Murdock, analityczka jungowska, zadaniem, jakie dziś mają do spełnienia kobiety, jest wewnętrzna podróż ku całkowitej integracji, równowadze i pełni. Dziś, wszystkie jesteśmy w podróży „do siebie i po siebie”. Dla wielu z nas wyjście na ulice i głośny protest był początkiem tej ważnej podróży. Inne, dotknięte chorobą własną lub w rodzinie przeżyły poważne kryzysy: drobne śmierci iluzji, całkowite załamanie się dotychczasowych wartości. Niektóre, na początku nieśmiało, w oczekiwaniu na pozwolenie czy akceptację zaczęły, czasami po raz pierwszy w życiu, opiekować się sobą. Pielęgnować własne potrzeby, zagłębiać się w świat książek czy muzyki. Tańczyć, oddychać, tworzyć, być. Konfrontować się z demonami przeszłości i z lękiem.

Już czas…

Agnieszka Maciąg przekonuje, że tę moc czerpiemy ze swojego duchowego Ja, które jest pełne spokoju, pewności i siły. „Świat ducha istnieje w przestrzeni pomiędzy bodźcem i reakcją. W tej przestrzeni pojawia się świadomość. To właśnie ona daje nam możliwość dokonania wyboru reakcji” – pisze w książce „Twoja wewnętrzna moc”. Czas na porzucenie, choćby symboliczne, wszystkich ról życiowych, zmierzenie się z własnymi ograniczeniami i lękami. Czas na powrót do kontaktu z własnym ciałem i odkrycie, kim tak naprawdę jestem, co chcę albo co mogę dać światu i co chcę dostać.

Przyda nam się w tym pomoc od innych kobiet. Wiele z nas już odnalazło swojej miejsce w kręgu kobiet czy innej grupie rozwojowej. Praca z baśniami, taniec 5 rytmów, medytacje, malowanie intuicyjne – każda metoda, która porusza naszą duszę jest dobra.

Potrzebujemy wysłuchania a właściwie usłyszenia swojej indywidualnej narracji o mocy, poczucia i uwierzenia, że naprawdę ją mamy. Każda z nas musi sama odkryć swój wzorzec. Ale warto słuchać opowieści, zarówno tych przekazywanych w baśniach, jak i opowieści kobiet, które chcą się dzielić swoim doświadczeniem.

Opowieści o mocy zaczniemy od tej, która budzi się w reakcji na krzywdy z przeszłości. To moc, którą czujesz w biodrach, brzuchu, udach… To ona pozwala ci mocno stanąć na ziemi, poczuć jej energię. Odwrócić się za siebie, otworzyć drzwi do dziecięcego pokoiku i poczuć tamten ból. Popatrzeć na matkę i ojca, którzy nie umieli ochronić przed krzywdą a może nawet byli jej sprawcami i przede wszystkim zrozumieć i zaakceptować, że w dorosłym życiu nikt nie da ci tego, czego nie dostałaś od rodziców. Ty już to wiesz, bo czujesz swoją moc.

Gdzie czujesz swoją moc?

Mocno stań na nogach. Poczuj kontakt z podłożem. Lekko ugnij nogi w kolanach, zamknij oczy. Pozwól ciału odkryć swój balans i poddaj się kołysaniu. Poczekaj cierpliwie, aż poczujesz się wygodnie w tej pozycji. Lewą dłoń połóż na brzuchu, prawą na sercu. Poczuj, gdzie znajduje się twój ośrodek mocy. Czy leży w brzuchu? W sercu? A może jeszcze w innym miejscu? Jak to jest czuć moc w ciele?

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.

  1. Styl Życia

I ty możesz zostać liderką przyszłości

Zdjęcie z nagrania z udziałem Anity Kucharskiej-Dziedzic na Wydziale Nauk Politycznych 
i Dziennikarstwa UAM w Poznaniu; od lewej: Karolina Zgoła – makeupistka, Żenia Aleksandrowa – kierowniczka produkcji, Anita Kucharska-Dziedzic,  Aleksandra Hirszfeld – reżyserka, i Sonja Orlewicz-Zakrzewska – operatorka. (Fot. materiały prasowe)
Zdjęcie z nagrania z udziałem Anity Kucharskiej-Dziedzic na Wydziale Nauk Politycznych i Dziennikarstwa UAM w Poznaniu; od lewej: Karolina Zgoła – makeupistka, Żenia Aleksandrowa – kierowniczka produkcji, Anita Kucharska-Dziedzic, Aleksandra Hirszfeld – reżyserka, i Sonja Orlewicz-Zakrzewska – operatorka. (Fot. materiały prasowe)
I ty możesz zostać liderką przyszłości – przekonuje filozofka Aleksandra Hirszfeld, która wspólnie z Magdą Sobolewską realizuje projekt mentoringu kobiet „Entuzjastki”. W naszym wywiadzie wyjaśnia, jakie przywództwo jest dziś potrzebne światu.

Co zainspirowało panią do zostania aktywistką?
Zawsze interesowały mnie sprawy społeczne, mam to zapewne w genach. Mój pradziadek, Antoni Niwiński, był działaczem społecznym. Prababcia Helena jedyną nauczycielką w szkole wiejskiej. Babcia i mama wybrały medycynę, zatem etos niesienia pomocy był w naszej rodzinie od zawsze. Moja mama jest też osobą wyjątkowo sprawczą. Ma cechy liderki przyszłości: jest energiczna i decyzyjna, a jednocześnie swoją aktywność wykorzystuje do tego, aby pomóc światu wokół. Jest też niezwykle empatyczna wobec zwierząt. Dokarmia psy, przynosi potrzebujące pomocy koty do domu i leczy. Myślę, że postawa mojej rodziny, zwłaszcza mamy, była dla mnie najbardziej motywująca.

Nie każda kobieta, która chce być liderką, ma taką inspirację.
No właśnie! Dlatego nasz projekt „Entuzjastki” narodził się po to, aby inspirować kobiety do aktywności. Na razie składają się na niego wywiady ze stoma polskimi liderkami z różnych sfer życia społecznego, ekonomicznego i politycznego, kobietami, które są jednocześnie wrażliwe na dobro wspólne. Pokazując ich przykład, chcemy podpowiadać, jak każda z nas może pokonywać problemy, które pojawią się na naszej drodze. W wywiadach można dostrzec cechy charakterystyczne dla kobiet, które są i liderkami, i aktywistkami, a swoje przywództwo opierają na tzw. kompetencjach miękkich, etyce komunikacji czy holistycznym podejściu do świata. A więc cechach przypisywanych kulturowo kobietom.

Czy właśnie tego oczekujemy od liderów i liderek przyszłości?
Klasyczne cechy lidera, takie jak sprawczość czy decyzyjność, dziś już nie wystarczą. Lider przyszłości to nie tylko ktoś, kto wyznacza kierunek i umie porwać innych. To ktoś, kto wsłuchuje się w swoją społeczność, poznaje problemy ludzi i pomaga je rozwiązać. Myśli holistycznie, czyli na przykład zarządzając firmą, bierze pod uwagę nie tylko zysk, ale też oddziaływanie na środowisko. Potrafi też odróżniać prawdę od fałszu, bo na każdym kroku będzie miał do czynienia z dezinformacją, z postprawdą.

Jak „Entuzjastki” pomogły pani w rozwoju?
Już w trakcie realizacji projektu czułam, że te kobiety, ich historie, stają się ogromną inspiracją dla mnie. Karmiłam się ich wiedzą, mądrością życiową i doświadczeniem. Dziś wspólnie z Magdą Sobolewską promujemy na naszych mediach społecznościowych historie osób, które dają ludziom narzędzia do rozwiązania problemów, a nie tylko mówią o problemach.

"Przestańmy mówić o kobietach, używając figury ofiary. Zacznijmy doceniać ich zalety, czyli tzw. kompetencje miękkie: etykę komunikacji czy holistyczne podejście do świata"
Na przykład Katarzyna Czajka-Chełmińska, prezeska Szkoły Liderów, pochodzi z małej miejscowości, dlatego przez lata miała kompleks prowincji. Jej droga do bycia liderką zaczęła się z chwilą, kiedy spostrzegła, że tam, gdzie mieszka, nie ma przedszkola, i postanowiła je założyć. Nie chciała jednak zostać jego dyrektorką, przekazała tę funkcję mężowi. Kiedy jednak po kilku latach dostrzegła, że wszystko i tak robi sama, zdała sobie sprawę, że to bez sensu, i została dyrektorką. Dziś pomaga innym kobietom, niezależnie od tego, gdzie się urodziły, uwierzyć, że mogą stać się liderkami na skalę europejską.

Pośród  „Entuzjastek” znalazłam Annę Alboth, autorkę niezwykłej inicjatywy: marszu z Berlina do Aleppo,  nominowanego w 2017 roku do Pokojowej Nagrody Nobla. Jaka cecha Anny Alboth sprawia, że może być mentorką dla innych kobiet?
Jest empatyczna, wrażliwa i chętnie niesie pomoc. Jak sama często podkreśla, zawdzięcza je doświadczeniom wyniesionym z rodzinnego domu, a konkretnie relacjom z niepełnosprawnym bratem. Dzięki Annie podczas siedmiomiesięcznego marszu z Berlina do Syrii ponad cztery tysiące ludzi pokonało drogę, jaką pokonują uchodźcy. Tyle że w drugą stronę.

Liderka przyszłości nie musi więc rezygnować ze swojej wrażliwości?
Do „Entuzjastek” zaprosiłyśmy kobiety, które budują swoje liderstwo na kompetencjach miękkich. A więc są też „mamami” dla środowiska, w którym działają. Świat dziś potrzebuje przywódców, którzy umieją słuchać, budują wspierające relacje. A to dlatego, że dotyka nas coraz więcej kryzysów, z którymi poradzimy sobie, tylko jeśli zmienimy paradygmat z ekonomicznego na wspólnotowy. Na szczęście coraz więcej kobiet trafia do władzy i w tym pokładam wielką nadzieję. Przestańmy mówić o kobietach, używając figury ofiary. Zacznijmy doceniać ich zalety. To jeden z powodów, dlaczego na stulecie praw wyborczych Polek powstał właśnie ten projekt. Chcemy mówić więcej o sprawczych liderkach. Wierzę, że dzięki temu ich liczba będzie wzrastała.

A czy liderka przyszłości potrzebuje mentorki?
Zawsze warto uczyć się od innych. Ja cały czas szukam inspiracji i jest wiele kobiet, które mi ją dają. Na Uniwersytecie Warszawskim spotkałam moją pierwszą mentorkę feministkę, prof. Magdalenę Środę, która bardzo wspierała studentki, motywowała nas, żebyśmy realizowały siebie. Kolejne mentorki znajdowałam choćby w książkach i dziś jedną z nich jest Naomi Klein. Działaczka społeczna, wnikliwie analizująca i wskazująca problemy współczesnego świata.

Mentorki znajduję także w świecie polityki, jak choćby premierkę Nowej Zelandii, Jacindę Ardern, która obniżyła pensje sobie i całemu rządowi o 20 proc., żeby okazać solidarność ze społeczeństwem w trakcie pandemii. Ardern dba o klimat, o służbę zdrowia, mieszkalnictwo publiczne, zajmuje się więc sprawami związanymi z  dobrostanem każdego obywatela.

Jak liderka ma poradzić sobie z krytyką, dziś za sprawą hejtu szczególnie dotkliwą?
Dbając o wewnętrzną spójność. Jeśli robię coś z potrzeby serca, a właśnie z tej potrzeby zainicjowałam „Entuzjastki”, to nie boję się żadnej krytyki, zawsze ten projekt obronię, bo jest w 100 procentach spójny ze mną. Kiedy wiemy, co jest dla nas priorytetem, możemy skonstruować swoje życie prywatne i zawodowe w taki sposób, żeby móc działać według wewnętrznego kompasu. No a jeśli się nam to uda, to nawet w obliczu krytyki będziemy odczuwać spokój.

Ale jak sobie poradzić z przeciwieństwem mentorstwa czyli z rywalizacją między kobietami?
Poprzez pogłębianie umiejętności współpracy i wsparcia. Sama dostałam wiele pomocy od kobiet i staram się ją dalej przekazywać. To pośrednio dzięki Dorocie Pabel, której wtedy nie znałam, pojechałam na stypendium do Stanów Zjednoczonych, a potem Ambasada Amerykańska została sponsorem projektu. Dorota pomogła mi, bo spodobał się jej mój wcześniejszy projekt. Z kolei Magda Sobolewska, producentka „Entuzjastek”, dała mi kredyt zaufania. Długi czas pracowałyśmy przy projekcie za darmo. Nasz projekt jest symbolem wzajemnego wspierania się kobiet.

Aleksandra Hirszfeld, dr filozofii. Jej rozmowy z cyklu „Entuzjastki” można oglądać na Canal+. Projekt został nazwany na cześć pierwszej polskiej grupy feministycznej, działającej w Warszawie końca lat 30. do końca lat 40. XIX wieku.

  1. Moda i uroda

Stworzone przez kobiety, dla kobiet. "My Story" od Converse

Najnowsza kolekcja Converse „My Story”. (Fot. materiały prasowe)
Najnowsza kolekcja Converse „My Story”. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Najnowsza kolekcja Converse „My Story” to hołd złożony kobietom, które nie boją się dzielić swoją historią i jednocześnie zachęta do bycia odważną.

Każdej wiosny marka Converse w swoich działaniach celebruje kobiecość. Dwa lata temu podczas kampanii "Love the progress"  marka walczyła o zmianę definicji słowa „kobieta” na bardziej pozytywną. W ramach akcji "Love fearlessly" Converse poprzez znane postaci zachęcał do pokochania samego siebie i rozpoczął dyskusję na temat samoakceptacji.

Tegoroczna kolekcja „My Story” stworzona przez projektantki Converse zainspirowana została młodymi, odważnymi i niezależnymi kobietami, które swoimi działaniami udowadniają, że kobiety to prawdziwe liderki. Klasyki od Converse stały się płótnem dla fantazyjnych wzorów stworzonych przez kobiety. Kolekcja zaprojektowana, aby nadać kolor i znaczenie słowom i aby zachęcić do opowiedzenia twojej historii.

Kolekcja składa się z ikon od Converse – Chuck 70, Chuck Taylor all Star i Chuck Taylor All Star Platform. Każdy z modeli ozdobiony jest różnorodnymi wersjami napisu „My Story” co w symboliczny sposób pokazuje jak różne historie kryją się za każdym z nich.

Do kampanii „My Story” marka Converse zaprosiła dwie młode artystki – Sofię i Rocię, które są członkiniami społeczności All Stars. Każda z nich dzieli się swoją historią, którą już niebawem będzie można poznać na kanale @Converse.Polska na Instagramie.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

All Stars to międzynarodowa społeczność młodych artystów i aktywistów, która została stworzona przez markę Converse. Członkowie All Stars inspirują markę swoją twórczością, działaniami i osiągnięciami, a brand staje się dla nich platformą, dzięki której mogą dotrzeć do szerokiej grupy odbiorców. Converse wspiera działania tych młodych ludzi, ponieważ zdaje sobie sprawę, że to oni poruszają świat do przodu i stoją za pozytywnymi zmianami, które na nas czekają.

Poza kampanią „My Story” marka Converse szykuje coś specjalnego. W ramach globalnej akcji City Forest, która miała już swoją odsłonę w Polsce w zeszłym roku, marka planuje stworzenie kilku murali stworzonych przy użyciu oczyszczających powietrze farb fotokatalitycznych. We współpracy z polskimi artystami powstanie kilka murali, które będą zachęcały do przełamywania barier i walki z dyskryminacją na różnym tle. Pierwsze dzieła już powstały, aby dowiedzieć się więcej na temat murali odwiedź stronę conversecityforest.com, poznaj historie artystów stojących za tymi projektami i dowiedz się ile wirtualnych drzew zostało posadzonych do tej pory dzięki użyciu farb fotokatalitycznych.

Kolekcja My Story dostępna będzie na converse.pl oraz w sklepach stacjonarnych Converse.

  1. Psychologia

Zazdrość o sukces partnerki

Praca i miłość nie zawsze idą w parze. Co zrobić, gdy mężczyzna nie może znieść sukcesu partnerki? (fot. iStock)
Praca i miłość nie zawsze idą w parze. Co zrobić, gdy mężczyzna nie może znieść sukcesu partnerki? (fot. iStock)
O męską zazdrość rozbił się niejeden związek. Co ciekawe, coraz częściej jej obiektem nie jest inny mężczyzna, a praca. Czy to tylko chore ego, czy może wołanie o przywrócenie porządku natury?

Obraz ojca zmęczonego po pracy towarzyszył mi przez całe dzieciństwo. Najedzony, nakarmiony przez żonę (obiad zawsze musiał być, choć mama także pracowała) – odpoczywał na kanapie, a my z bratem chodziliśmy na paluszkach, uciszani przez mamę krzątającą się w kuchni. Dziś coraz częściej bywa, że to kobieta wraca po kilkunastu godzinach spędzonych w firmie albo kilku w samolocie, tuż przed kolejnym wyjazdem, z terminarzem pełnym spotkań, pikającym telefonem przypominającym o tysiącach spraw do załatwienia, podczas gdy jej mężczyzna… skrycie jej tego zazdrości.

Trzy historie

– Nie rozumiem, po co było jej to drugie dziecko, skoro w ogóle nim się nie zajmuje – mówi Marek. – Nawet, kiedy wieczorem zdarzy jej się być w domu, a nie w pracy, siedzi przed komputerem, chociaż mała prosi, żeby się z nią pobawiła. Firma, projekty, bankiety służbowe, wyjazdy – wszystko jest ważniejsze od domu, dzieci, rodziny.

– I od ciebie? – pytam.

Marek milczy, a ja widzę, że ten siedzący przede mną młody, silny mężczyzna czuje się zraniony do żywego, porzucony, zdradzony, i to podwójnie. Dla kobiety, którą wybrał „na życie”, przestał być najważniejszy. Już go nie podziwia, bo trudno podziwiać faceta, który przynosi mniej pieniędzy albo w ogóle nie zarabia. Zamiast tego zajmuje się domem, dziećmi; sprząta, gotuje, robi zakupy albo narzeka, że w tym kraju nie ma pracy odpowiedniej dla niego. A ona? Awansuje, nie rozstaje się z telefonem i notebookiem, ciągle gdzieś się spieszy, a wieczorami wychodzi na służbowe kolacje. Nawet seks im ostatnio nie wychodzi, bo mężczyzna w fartuszku czy z zakupami nie przypomina samca alfa. To ona – słabsza płeć – wspina się po szczeblach kariery, a przecież sukces zawodowy to męska domena, tak to wymyśliła natura, prawda?

Elżbieta i Marcjan – obydwoje prawnicy. Poznali się na studiach, potem aplikacja, staż w znanej kancelarii, pierwsza praca w tej samej firmie. W międzyczasie ślub, podróż poślubna odłożona na później, bo akurat on prowadził prestiżową sprawę. A kiedy to wreszcie ona dostała ważnego klienta, Marcjan nagle zapragnął dziecka, twierdząc, że w końcu dojrzał do ojcostwa. Elżbieta urodziła córeczkę, rok później drugą.

– On mi to zrobił specjalnie, z zazdrości – mówi Ela. – Nigdy wcześniej nie rozmawialiśmy o dzieciach, ale kiedy zaczęłam być lepsza od niego, po prostu wrobił mnie w ciążę.

I jeszcze Agata i Dominik. On, naukowiec, odnosi sukcesy, ale – jak wiadomo – w naszym kraju trudno wyżyć z uczelnianej pensji. Ona zaczynała od jednoosobowej działalności, dziś zatrudnia 20 osób. Wreszcie stać ich na duże mieszkanie, dwa samochody, wakacje za granicą i prywatną edukację dziewczynek. Dominik ma pensum pracownika naukowego, Agata pracuje od rana do wieczora, a po powrocie czeka ją drugi etat: w domu, przy dzieciach. Kiedy któraś z córeczek jest chora, to ona załatwia lekarza, chodzi na zebrania do szkoły, od czasu do czasu organizuje szybkie przyjęcia dla jego kolegów z uczelni, bo on rzuca od niechcenia: „Kochanie, dziś wieczorem wpadnie do mnie kilka osób. Co? Nie mówiłem ci o tym? Wiesz, ostatnio mam tyle na głowie”.

– Mój mąż pracuje twórczo, a twórcza praca bywa męcząca – opowiada Agata. – Wieczorami zamyka się w swoim gabinecie, bywa, że wyjeżdża na weekendy, żeby odpocząć od zgiełku rodziny. Ja jestem zwykłym wyrobnikiem, pracuję jedynie dla pieniędzy, bo przecież ktoś musi utrzymać rodzinę. O mojej pracy nie mówi się przy stole, bo przecież to zwykła agencja reklamowa.

On mówi: chyba przewróciło jej się w głowie

Prawdziwy mężczyzna nigdy nie bywa zazdrosny o sukces partnerki, przynajmniej za nic na świecie się do tego nie przyzna. Cierpi w milczeniu, bywa, że szuka sojuszników.

– Moja żona to szczęściara – mówi Marek. – Koleżanki zazdroszczą jej tego, że w domu posprzątane, dzieci zadbane, obiad ugotowany. Szkoda, że ona tego nie docenia.

Bywa, że mąż kobiety sukcesu z wdziękiem wchodzi w rolę ofiary, biednego, porzuconego Misia, który nie może znaleźć pracy, choć przecież jej szuka, lub nie szuka, bo nie ma czasu, zajęty dziećmi, domem, albo nie rozumie, po co tak się uganiać za pieniędzmi, skoro to rodzina jest najważniejsza.

Kiedy pytam Marka, co z jego pracą, tłumaczy, że on niewiele potrzebuje, to żona ma nienasycony apetyt finansowy. Być może, ale on nie ma problemu z tym, by się przy niej najeść do syta: narty – koniecznie w Alpach, samochód – najlepiej terenowy, ubrania – markowe. – Nasz związek jest udany – dodaje. – Gdyby tylko ona na każdym kroku nie wypominała mi, że wszystko, co mamy, to jej zasługa. Ja się o to nie prosiłem, skoro chce żyć na takim poziomie, nie mogę jej tego zabronić.

Ona mówi: chciałabym, by mnie docenił

Żona Marka twierdzi, że kiedy mąż stracił pracę i pogrążył się w depresji, nie miała innego wyjścia. Ktoś musiał przejąć obowiązek zarobienia na rodzinę. Nie mogła załamać się tak jak on, chciała pokazać, że razem dadzą radę. Liczyła, że to go zmotywuje do szukania pracy. Wierzy, że mąż znajdzie jakieś zajęcie, a wtedy ona zwolni tempo i zajmie się domem.

Agata, żona naukowca, docenia jego pracę; podobnie jak on, boleje nad tym, że z pensji pracownika naukowego trudno wyżyć, ale dzieci wołają jeść. Gdyby tylko on ją choć trochę docenił albo chociaż zauważył. Od miesięcy ze sobą nie sypiają.

Elżbieta, prawniczka, wierzy, że kiedy odchowa dzieci, wróci do zawodu i jeszcze mu pokaże.

Kobiecy sukces w pewnym sensie pełni w małżeństwie rolę kochanki, a zdrada męża z pracą ma potrząsnąć rzeczywistością związku: bezlitośnie obnażyć wszystkie słabe punkty, wzbudzić zazdrość partnera, sprawdzić, czy mu jeszcze zależy.

O co im tak naprawdę chodzi?

W dobrym związku partnerzy się wspierają i płynnie wymieniają rolami: czasami ona gotuje obiad, a on zmywa, innym razem ona zarabia więcej, podczas gdy on inwestuje energię w dokształcanie się lub zajmowanie domem i opracowywanie pomysłu na własną karierę. W związkach, w których sukces żony staje się powodem do zazdrości, brakuje zrozumienia, wsparcia i współpracy, a przede wszystkim systemowego porządku. Porządku, który ustanowiła natura w sprawie podziału obowiązków ze względu na płeć. To mężczyzna powinien być tym, który poluje – zabezpiecza rodzinę finansowo. Kobiecie natura przypisała rolę strażniczki domowego ogniska. Żeby wymieniać się rolami, najpierw te role muszą funkcjonować „po bożemu”: mężczyzna – zarabia, kobieta – troszczy się o dom, a kiedy zachodzi taka potrzeba, na krócej lub na dłużej zamieniają się obowiązkami. Może być również tak, że od początku związku umówili się inaczej, bo na przykład ona wykonuje zawód, w którym ma szansę zarobić więcej, a on może w większym stopniu poświęcić się sprawom domowym. W takiej sytuacji nie ma powodu do zazdrości. Kobieta, dla której sukces zawodowy jest formą szantażu, manipulacji, właśnie w ten sposób woła o przywrócenie porządku. Ale kiedy ona, zupełnie nieświadomie, wchodzi w „męską” rolę, partner buntuje się albo degraduje ją do roli strażniczki domowego ogniska, chcąc w ten sposób ukryć swoją zazdrość. Tak czy siak, intencje obydwojga nie są czyste. Ona woła: „Zauważ mnie”, on się obraża, zapada w bierność, szantażuje, wzbudza poczucie winy. W tej grze nie ma wygranych, prędzej czy później skapitulują obydwie strony.