1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Daleko i blisko: Borneo

Daleko i blisko: Borneo

Długa chata budzi się przed świtem. Wtedy w dżungli zasypiają demony, a mgła nad masywem Capuas Hulu podnosi się niczym teatralna kurtyna. Ukazuje najdzikszą część globu: Borneo. Krainę łowców głów

Przez ściany cienkie jak pergamin słyszymy, jak zaczyna się krzątać wujek z biliku nr 5, a dzieci kuzyna spod dwudziestki wypuszczają psy na wspólną werandę. Unia, nasz gospodarz, i jego żona przygotowują szybki posiłek w kuchni. Są tak mili, gościnni i przejęci naszą wizytą, że odstąpili nam swoje materace, a sami śpią tuż obok na macie z kilkumiesięczną córeczką. Za chwilę Unia weźmie kilka rattanowych koszyków, maczetę, zatknie za pas tradycyjny nóż mandau i wyruszy na cały dzień do pracy.

Unia należy do plemienia Iban, jest potomkiem łowców głów i ludożerców. Podobnym nożem jego dziadek – żeby osiągnąć szczęście, zdrowie, dobre plony, płodność kobiet i powodzenie w wielu innych dziedzinach – odrąbywał głowy swoim wrogom. Dziadek Unii był mężnym i szanowanym wojownikiem: kilka takich trofeów, poczerniałych od sadzy i otulonych w siatki z palmy ratangowej, wisi do tej pory pod sufitem tuż koło naszego posłania...

Odporni na cywilizację

Sprzeciwić się przyciąganiu Borneo to zadanie ponad siły. Nie sprostał temu Magellan, który odkrył wyspę w 1521 roku, ani Joseph Conrad, który trafił tu ponad sto lat temu i stąd czerpał inspiracje do swoich powieści. Jacek Pałkiewicz, który Borneo odwiedził dwa razy, opisywał wyspę jako „jeden z najdzikszych skrawków globu, gdzie dominuje zabójczy klimat, bezmiar dżungli, niebezpieczne zwierzęta, trudno dostępny łańcuch górski i zdradliwe rzeki, a zmorą są niezliczone choroby tropikalne i kilkadziesiąt gatunków jadowitych węży, insektów oraz pijawek”.

To właśnie tutaj żyją gatunki roślin i zwierząt, które wciąż czekają na odkrycie. Tu mieszkają orang utany (w języku Ibanów „leśni ludzie”), a w gąszczu lian można natknąć się na dzbaneczniki wielkości człowieka albo osiągającą ponad metr średnicy raflezję – monstrualny pasożytniczy kwiat nazywany „lilią pachnącą trupem” ze względu na rozsiewaną intensywną woń gnijącego mięsa. I to tutaj dzikie storczyki w barwach tęczy porastają najstarszy na świecie deszczowy las niczym pospolite chwasty...

Zachęceni podobnymi opisami wylądowaliśmy w znanym jako pieprzowe zagłębie Sarawaku – malezyjskiej prowincji Borneo – opętani jedną myślą: poznać potomków legendarnych łowców głów. Nie mieliśmy ambicji, żeby dotrzeć do zapomnianego plemienia w samym sercu wyspy, ale nie interesował też nas powierzchowny folklor, jaki oferuje żądnym emocji turystom większość wyspiarskich agencji. I kiedy już straciliśmy nadzieję, że uda nam się trafić do autentycznej lokalnej społeczności, dżungla zesłała nam Abbę.

Abba nosi elegancki lniany garnitur, złoty zegarek i jest parlamentarzystą. Wywodzi się z plemienia Iban – jednej z kilkunastu grup etnicznych określanych wspólnym mianem: Dajakowie. W Sarawaku lud Iban stanowi aż 30 procent populacji. Oznacza to, że Abba, jako jeden z nielicznych, reprezentuje w parlamencie interesy jednej trzeciej społeczeństwa, które faktycznie traktowane jest jak nieistotna mniejszość. Bo Ibanowie nie przyjmują do wiadomości pojęć takich jak globalizacja czy technicyzacja. I mimo że najważniejszym bożkiem tych schrystianizowanych animistów coraz częściej staje się telewizor, nadal żyją tak, jak każe tradycja: w długich chatach nad brzegami trudno dostępnych rzek, utrzymując się z tego, co podaruje dżungla i niewielkie poletka. Dlatego wysiłki Abby, jak sam ze smutkiem zauważa, są paradoksalne: walcząc o poprawę losu swoich pobratymców – w tym głównie o dostęp do edukacji – stara się zmienić to, z czego Ibanowie są najbardziej dumni: ich niebywałą odporność na cywilizację.

Bardzo długa chata...

Abba opowiada to wszystko za kierownicą swojego jeepa, którym podrzuca nas w okolice autostrady prowadzącej do zaprzyjaźnionej autentycznej ibańskiej osady. Autostradą okazuje się rwąca, zdradliwa rzeka, nad brzegiem której zostawia nas, żeby wrócić do swoich obowiązków. Siedzimy obok góry jedzenia, które jest naszą jedyną zapłatą dla mieszkańców wioski. Zwarta, parująca ściana dżungli za plecami wydaje się na nas napierać.

Są skryci, zdradliwi i okrutni. Na całym świecie nie ma drapieżniejszych i bardziej zajadłych łowców głów. Każdy, kto nie należy do ich plemienia, jest wrogiem, którego czaszka powinna ozdobić ich domostwa – tak jeszcze sto lat temu pisała o Dajakach francuska encyklopedia. Do niedawna sądzono, że ich ludobójcze praktyki należą do przeszłości. Tymczasem dziesięć lat temu świat obiegły mrożące krew w żyłach relacje o krwawych walkach rdzennych mieszkańców Borneo z imigrantami z niewielkiej wyspy Madura. Za każdego zabitego tubylca ginęło czterech Madurańczyków. Dajakowie w walce o terytorium obcinali swoim ofiarom głowy i – według niektórych świadectw – zjadali wątroby.

Czekamy. W końcu w pirodze z jednego kawałka drewna pojawia się Unia: niski, krępy, uśmiechnięty od ucha do ucha. Resztki obaw ulatniają się w parnym wieczornym powietrzu, kiedy pakujemy dobytek do łodzi. Osada wynurza się przed nami po godzinie wiosłowania. Cała wioska to jedna bardzo długa chata zbudowana na palach. Mieszka w niej około stu spokrewnionych ze sobą osób. Kiedy brakuje miejsca, po prostu dobudowuje się kolejną izbę. Gdy okoliczna ziemia się wyjałowi, osadę nawiedzi epidemia albo złe duchy, wtedy długą chatę, kawałek po kawałku, przenosi się kilkaset metrów dalej.

Wioska zaskakuje nas ciszą. Wbrew oczekiwaniom nasze pojawienie się nie robi na mieszkańcach żadnego wrażenia. Powściągliwi ożywiają się jedynie na widok przywiezionych słodyczy. Uderza nas ich spokój, nawet dzieci są skupione i poważne, żadne z nich nie płacze, żadne też głośno się nie śmieje. W wiosce są tylko niemowlęta i maluchy – starsze przez prawie cały rok przebywają w szkołach z internatem. Niewielu jest też mężczyzn – żeby utrzymać rodziny, pracują w innych częściach wyspy przy wydobyciu ropy naftowej.

Po stromej kłodzie Unia wprowadza nas na otwarty taras, gdzie suszą się zbiory ryżu i pieprzu, a stąd na zadaszoną wspólną werandę, serce długiej chaty, gdzie koncentruje się codzienne życie. Tu czeka nas rytualny poczęstunek – ryżowe wino tuak jest mętne i wydaje się słabe, ale od nadmiaru emocji kręci się po nim w głowie. Dlatego kiedy tylko gospodarz zaprasza nas do swojej obszernej izby – biliku – padamy na materace ze zmęczenia. Tej nocy śpimy w chacie ludożerców jak zabici.

Jak zostać starcem

Złoto Sarawaku rośnie na poletkach z trudem wydartych dżungli i przypomina mikroskopijne winogrona zatknięte na chmielowych tyczkach. Zielony pieprz ma smak orzeźwiający, biały – najszlachetniejszy – mniej palący i bardziej subtelny niż czarny, z którego przez moczenie, suszenie, ocieranie lub marynowanie otrzymuje się pozostałe odmiany. Żeby zobaczyć tę niewielką plantację, ryzykowaliśmy życie w trakcie karkołomnego spływu pirogą po rwącej, mętnej rzece pełnej skał i przełomów. My, wielce podekscytowani, i Unia – niewzruszony, pełen gracji i zwierzęcej siły w chudym, żylastym ciele.

Zobowiązaliśmy się do pomocy w zbiorach, a już jesteśmy wyczerpani. Stoimy, bezradnie obserwując, jak nasz przewodnik zręcznymi ruchami napełnia jeden koszyk za drugim. Ryż, pieprz, maniok, kauczuk i wszystkie owoce lasu to podstawa egzystencji Ibanów i środek wymienny za ropę. Nie ma ropy – nie ma prądu z generatora. Nie ma prądu – nie ma telewizji i malezyjskich oper mydlanych, którymi żyje cała chata po zmroku, kiedy nie można już pracować. Ibanowie nie oparli się cudom techniki – widok satelitarnych talerzy, telewizorów i odtwarzaczy DVD nie należy tu do rzadkości.

Unia szykuje obiad – grilluje rybę, świńskie ryje, a w puste pędy bambusa wciska serce palmy, herbatę i ananasa, po czym wszystko umieszcza w ognisku. Z pozostałych części łodygi wyczarowuje dla nas całkiem poręczne kubki i sztućce, a po chwili z miną wytrawnego szefa kuchni serwuje prawdziwą ucztę na liściach bananowca.

Ibanowie nie zaprzestali uprawiania tradycyjnych rzemiosł przodków: kobiety słyną z wyplatania koszy i tkactwa, a mężczyźni są sprawnymi rzeźbiarzami i stolarzami – średniej wielkości pirogę potrafią wydłubać w niecałe dwie godziny. Polują w dalszym ciągu za pomocą dmuchawek i zatrutych strzał, które paraliżują ofiarę w kilkanaście sekund.

Unia tłumaczy nam na migi, na jakie zwierzęta nie należy polować, żeby nie rozgniewać bogów. Listę otwiera krokodyl, pyton, tygrys, niedźwiedź i orangutan – pod ich postacią ukazuje się bóg rzeki. Szczególnie krokodyl jest dla Ibanów świętym zwierzęciem: jego podobizna wyrzeźbiona na drzwiach izb mieszkalnych i innych sprzętach działa jak silny amulet. Dusze Ibanów są pojemne – animistyczna religia nie przeszkadza w wyznawaniu chrześcijaństwa albo islamu. Wcale nas to nie dziwi – kiedy wsiadamy z powrotem do łodzi, my również zaklinamy bogów w każdej postaci. Teraz już rozumiemy sens dajackiego porzekadła: Kto czterokrotnie przepłynął w górę rzekę i spłynął nią z prądem, staje się starcem.

Z dmuchawkami na buldożery

Taniec mężczyzny jest dynamiczny, a jego ruchy pełne agresji i siły. Ciało zdobi misterny tatuaż, a głowę – pierzasta korona. Mężczyzna rusza rękami jak skrzydłami – oto na ziemię zstępuje Sengalang Burong, ptasi bóg wojny, najważniejsze z ibańskich bóstw. Na jego cześć podczas trwającego siedem dni festiwalu Gawai Burong chata wypełnia się rytualnym śpiewem, tańcami, błogosławieństwami:

Wznoszę koguta nad twoją głową/ Modląc się do Boga/ Żeby zesłał nam zdrowie, szczęście i pokój/ Jeżeli los twój jest zły/ Niechaj ta ofiara uczyni go dobrym/ Jeżeli jest dobry/ Niech uczyni go jeszcze lepszym.

Do tańca dołączają kobiety – delikatnie kołyszą biodrami. Ich ruchy są płynne i eleganckie, a drobne twarze z niewielkimi nosami zadziwiająco ładne. Starsze z nich mają ręce pokryte tatuażami i płatki uszu rozciągnięte aż do ramion przez ciężkie pierścienie.

Kiedy naśladujemy tancerzy, wybuchają nagle gromkim śmiechem. To pierwszy i ostatni raz, kiedy widzimy śmiejących się Ibanów. Na co dzień są wycofani, skupieni, poważni. Czy tęsknią za dziećmi i mężami, którzy do domu przyjeżdżają tylko na festiwale? Czy zdają sobie sprawę, że edukacja nie przyniesie wiosce korzyści i nie zmieni codziennej harówki, bo wykształceni i tak opuszczą osadę, żeby szukać perspektyw w miastach? A może słyszą, jak płaczą duchy karczowanej dżungli? I martwią się, jaki będzie ich los, kiedy liczące 130 milionów lat lasy deszczowe Sarawaku zostaną zniszczone?

Lasy Borneo najprawdopodobniej skrywają rośliny mogące być lekarstwem na nowotwory, AIDS i malarię. Jednak mimo wielu starań organizacji ekologicznych w malezyjskim stanie Sarawak i indonezyjskiej części wyspy – Kalimantanie – nadal praktykowany jest rabunkowy wyrąb drzew. Olbrzymie połacie dżungli są zamieniane na dochodowe plantacje palmy olejowej. Ibanowie i inne ludy Dajaków się buntują. W połowie lat 80. doszło nawet do rewolty: za pomocą dmuchawek, łuków i zatrutych strzał udało im się powstrzymać buldożery. Na krótko. Skończyło się grzywnami, procesami, aresztem.

W walce z piłami tarczowymi i bezdusznymi prawami biznesu to potomkowie nieustraszonych łowców głów są bezbronnymi ofiarami

Borneo, trzecia co do wielkości wyspa na świecie, jest podzielone między Indonezję, Malezję i Brunei. Około sześciomilionowy lud Dajaków, przybyły na Borneo z Azji Południowo-Wschodniej, Sumatry i Jawy, zamieszkuje centralną, indonezyjską część wyspy i stanowi większość populacji tego regionu. Plemiona zaliczane do Dajaków wyznają chrześcijaństwo, animizm i islam.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Szwecja – raj dla introwertyków

Domek sternika na wyspie Vrångö, należącej do Archipelagu Göteborga. (Fot. iStock)
Domek sternika na wyspie Vrångö, należącej do Archipelagu Göteborga. (Fot. iStock)
Uprzejmi, ale raczej zdystansowani; uśmiechnięci, choć niezbyt przystępni. Małomówni. Na dowolne pytanie często odpowiedzą również pytaniem (Ha?), zyskując tym samym czas do namysłu. Lubią być w pojedynkę w otoczeniu natury. Styl życia Szwedów nie każdemu musi pasować, ale każdy może się od nich czegoś nauczyć.

Szwedzi mają do dyspozycji cały pęk kluczy do szczęścia – twierdzi moja koleżanka Maria Bantin, 35-letnia Polka mieszkająca w Malmö. Jest imigrantką z krótkim, bo zaledwie trzyletnim stażem, jednak skalę porównawczą ma całkiem szeroką: jej mąż jest Brytyjczykiem, mieszkała wcześniej w Anglii, studiowała zaś kulturę śródziemnomorską, więc doskonale zna też południowe podejście do życia. – Wymieniłabym chociażby stabilność polityczną (w 2018 roku po raz pierwszy od długiego czasu był tu problem z uformowaniem parlamentu) i bezpieczeństwo międzynarodowe (Szwecja jest krajem neutralnym od czasów napoleońskich). Ale też dobry socjal: szczodry urlop rodzicielski, rozbudowany system ubezpieczeń, powszechność związków zawodowych i szereg praw chroniących pracownika, dość solidna opieka zdrowotna czy wreszcie bezpłatna edukacja na każdym poziomie. Daleka jestem od twierdzenia, że system ten funkcjonuje w sposób idealny, na pewno jednak sprawia, że codzienność w Szwecji jest znacznie mniej stresująca niż w innych krajach – podsumowuje.

Rikard Nilsson, 50-letni szwedzki finansista, mówi krótko: szwedzkie zadowolenie z życia bierze się z poczucia bezpieczeństwa. Jego zdaniem Szwedzi nie są może wybitnie szczęśliwi, ale są... szczęśliwi wystarczająco.

Lagom znaczy: umiarkowanie

Żyj przyjemnie i komfortowo, ale dbaj o środowisko, nie tylko o własną wygodę. Pracuj rzetelnie i z zaangażowaniem, ale zachowaj równowagę i nie zapominaj o odpoczynku. Pamiętaj, że lepsze jest zwykle wrogiem dobrego. Tak zapewne brzmiałyby rady, których przeciętny Szwed mógłby udzielić przedstawicielom innych nacji. Gdyby próbować zamknąć je w jednym słowie, byłoby to lagom – dosłownie „w sam raz”, „akurat”, „tyle, ile trzeba”. Lagom przenika całe szwedzkie życie, każdą jego dziedzinę. W sferze ekonomicznej pozwoliło znaleźć złoty środek między kapitalizmem a socjalizmem, między postępem a człowieczeństwem. Odnosi się do zarobków i ścieżki kariery, ale także liczby sukienek w szafie i porcji spożywanych przy stole. Na co dzień oznacza też odpuszczenie sobie gonitwy za lepszym samochodem, większym mieszkaniem czy kolejnym dobrze wyglądającym punktem w życiorysie.

Helen Russell, autorka „Atlasu szczęścia”, w którym analizuje nastawienie do życia różnych nacji, w rozdziale poświęconym Szwedom sugeruje, by ich wzorem zamiast popularnego „czy tego chcę?”, jak najczęściej zadawać sobie pytanie: „czy tego mi potrzeba?”. Odpowiedź może dać nam wytęsknione poczucie ulgi i wolności.

Inny indywidualizm

Materialne zdobycze i symbole statusu nie robią zresztą na Szwedach większego wrażenia, a jeśli już, to raczej negatywne: zbytnie wyróżnianie się z tłumu nie jest tu w dobrym tonie. Szwecja to kraj indywidualizmu, ale takiego, któremu dość daleko do głośnej manifestacji odmienności, a bliżej do tolerancji, rozumianej przede wszystkim jako niewchodzenie na cudze terytorium czy nienaruszanie czyjejś przestrzeni. – Żyjąc wygodnie w kraju, który o nas dba, możemy skupić się na sobie. Dawno nie było u nas kryzysów, które sprawiają, że ludzie muszą trzymać się razem, a więzi automatycznie się zacieśniają – tłumaczy Henrik Olsson, lekarz ze środkowej Szwecji. Wydaje się jednak, że korzeni tego podejścia szukać należy dużo wcześniej niż w spokojnych ostatnich dziesięcioleciach. Katarzyna Tubylewicz, pisarka, kulturoznawczyni i tłumaczka z języka szwedzkiego, w wydanej niedawno książce „Samotny jak Szwed? O ludziach północy, którzy lubią być sami” podkreśla, że w pierwszej istniejącej na piśmie relacji o Szwecji – wspomnianej jako jedno z germańskich plemion na północy – którą można znaleźć w liczących dwa tysiące lat zapiskach Tacyta, jest mowa o tym, że jej mieszkańcy nie chcą, aby ich domy znajdowały się zbyt blisko siebie, tak jak w Rzymie. Już wtedy szwedzka kultura miała więc rys introwertyczny.

Jak pisze Katarzyna Tubylewicz w 'Samotny jak Szwed?', introwertyczna natura jest swego rodzaju antidotum na współczesne zagonienie, zagubienie w kołowrotku zdarzeń. (Fot. iStock)Jak pisze Katarzyna Tubylewicz w "Samotny jak Szwed?", introwertyczna natura jest swego rodzaju antidotum na współczesne zagonienie, zagubienie w kołowrotku zdarzeń. (Fot. iStock)

Jak tłumaczy autorce profesor medycyny Peter Strang, istnieje coś takiego, jak dobra samotność, czyli samodzielnie wybrane odosobnienie, bardzo człowiekowi potrzebne, szczególnie jeśli mieszka się w dużym mieście. „W wymiarze biologicznym człowiek jest stworzony do przebywania w małych grupach. Ogromna liczba spotkań z nowymi ludźmi wywołuje stres, niekoniecznie w pełni uświadomiony, ale prowadzący do wielkiego zmęczenia. To bardzo przeciąża nasz mózg” – mówi. Paradoksalnie, jak podsumowuje Tubylewicz, czas samotności może nas wręcz otworzyć na kontakt z innymi – pozwala bowiem odnaleźć wewnętrzny spokój i przestrzeń na nowe relacje. Co ciekawe, lagom – przywołane wcześniej szwedzkie słowo klucz – pochodzi od rzeczownika lag, oznaczającego... drużynę. Według legendy laget om, czyli „wśród drużyny” to zwrot używany przez wikingów pijących miód z rogu krążącego wokół stołu – tak, by każdy mógł dostać swój przydział, nie za mało, nie za dużo.

– Szwecja jest najpiękniejszym miejscem na świecie, jeśli jesteś „jedną z nas”. Jeśli nie, możesz się tu poczuć bardzo samotna – mówi z odrobiną przekąsu wychowana w Szwecji Monika, specjalistka od zarządzania. Przywołując głośny film Lukasa Moodyssona „Tylko razem”, stanowiący wnikliwą obserwację blasków i cieni bycia razem, tłumaczy, że wybierający odosobnienie Szwedzi tak naprawdę nigdy nie przestali tęsknić za silnym poczuciem wspólnoty. Dziennikarka Stina Oscarson przyznaje, że jej rodacy z jednej strony cenią indywidualizm, z drugiej zaś są nastawieni mocno kolektywistycznie i chcą za wszelką cenę należeć do jakiejś całości. Cytująca ją Katarzyna Tubylewicz pod koniec książki stwierdza, że ambiwalentny stosunek zarówno do bycia w grupie, jak i bycia w samotności to immanentna cecha każdego człowieka, nie tylko Szweda. Nie każda nacja uczyniła jednak z tej ambiwalencji sposób na życie. W którą zaś stronę ciągnie Szweda najbardziej? Zapewne tam, gdzie, jak pamięta z dzieciństwa, najbujniej rosną poziomki...

Prawo wszystkich ludzi

Spokoju Szwed szuka w przestrzeni określanej mianem smultronställe – dosłownie: na poletku poziomek. Słowo to, używane od początku XX wieku w znaczeniu sielskiego odludzia, odnosi się do miejsca, w którym możemy schronić się przed światem, wyciszyć i odprężyć.

– Gdybym miała wybrać jedną rzecz, której powinniśmy uczyć się od Szwedów, byłby to stosunek do natury – stwierdza Maria Bantin. W Szwecji obowiązuje tzw. Allemansrätten („prawo wszystkich ludzi”) – każdy człowiek ma zagwarantowane prawo do kontaktu z przyrodą, której jako gatunek jesteśmy integralną częścią. Współistniejemy z nią i nie powinniśmy z nią rywalizować. W praktyce oznacza to, że każdy może korzystać z lasów, zarówno państwowych, jak i prywatnych, zbierać w nich owoce, grzyby czy kwiaty, pływać w jeziorach czy rzekach. Namiot rozbić można w zasadzie w dowolnym miejscu, także na terenie prywatnym, pod warunkiem że nasza obecność nikomu nie przeszkadza i nie narusza prywatności właściciela.

– Przyroda w Szwecji jest wspaniała i bardzo zróżnicowana, bo kraj rozciąga się południkowo na około 1,5 tysiąca kilometrów. Rząd promuje przebywanie na łonie natury, a dostęp do niej jest ułatwiany zwłaszcza seniorom, dzieciom i osobom ograniczonym ruchowo. W miastach, parkach i lasach zawsze znajdziemy przynajmniej jedną trasę dla wózków dziecięcych i inwalidzkich – mówi Maria i dodaje, że godny podziwu jest też szacunek dla przyrody. – Nie jest idealnie, toczą się gorące dyskusje na temat wycinania lasów, ale przez trzy lata nie widziałam tu śmieci wyrzuconych wśród drzew, choć przecież mnóstwo ludzi spędza wolny czas na łonie natury – wyjaśnia.

Wydaje się, że nasi sąsiedzi zza morza doskonale wiedzą, jak bardzo przyroda jest im potrzebna do szczęścia – ekologia tutaj to nie pusty frazes, a dbanie o własne dobro. Szwedzi mówią często, że natura leczy ich dusze – podkreśla Katarzyna Tubylewicz. Warto jednak wyjaśnić, że kojące Bergmanowskie smultronstället – dosłownie: podróż do miejsca, w którym rosną poziomki – nie musi oznaczać wycieczki za miasto. Chodzi raczej o poczucie bezpieczeństwa i pogodzenie ze światem, jakie niektórzy z nas pamiętają z dzieciństwa. Może być też po prostu świadomie zaplanowanym czasem spędzonym w odosobnieniu – choćby z ciekawą lekturą na własnej kanapie, jeśli to właśnie tam najbardziej efektywnie regenerujemy siły.

Linus Jonkman, szwedzki autor książek o potrzebie spędzania czasu na osobności, twierdzi, że świat powinien uczyć się podejścia do życia, które przejawiają introwertycy, w tym wielu Szwedów. Bywają oni wprawdzie bardziej pesymistyczni, bardziej podejrzliwi, miewają problemy z podjęciem decyzji i analizują wszystko bez końca, jednak – jak podsumowuje autorka książki „Samotny jak Szwed? O ludziach Północy, którzy lubią być sami” – introwertyczna natura jest swego rodzaju antidotum na współczesne zagonienie. Zgoda na ciszę, „osobność” i niespieszną analizę jest jak zgoda na spokojny, głęboki oddech. A tego coraz bardziej nam wszystkim potrzeba.

  1. Styl Życia

Camille Kouchner: "Bez mojej zgody"

"Czuję się odpowiedzialna za świat, jaki zostawię moim dzieciom. Jeśli zachowałabym milczenie, oznaczałoby to, że akceptuję rzeczywistość, która nie pozwala się wypowiedzieć ofiarom". (Fot. Bénédicte Roscot)
Jej książka „La familia grande” („Wielka rodzina”) wstrząsnęła Francją. Camille Kouchner oskarża w niej swojego ojczyma – politologa i polityka Oliviera Duhamela – o przemoc seksualną wobec jej nastoletniego wówczas brata, a pośrednio także system społeczny zachowujący milczenie wobec kazirodczych gwałtów na dzieciach.

Publikacja pociągnęła za sobą najpierw dymisję Duhamela oraz szeregu postaci francuskiej elity ze stanowisk w prestiżowych instytucjach kultury i edukacji. Mimo przedawnienia opisywanych w książce zarzutów prokuratura wszczęła śledztwo. Potem w Internecie narodził się spontanicznie ruch #MeTooInceste, denuncjujący przypadki kazirodztwa, które, jak się okazuje, jest we Francji zjawiskiem rozpowszechnionym. Zdecydowane stanowisko w tej sprawie zajęli sam prezydent Emmanuel Macron i jego małżonka. Wreszcie do Senatu i Zgromadzenia Narodowego wpłynęły projekty reformy francuskiego prawa. Jeden z nich, określający wiek przyzwolenia seksualnego (minimalnego wieku, od którego dana osoba jest uznana za zdolną do wyrażenia ważnej prawnie zgody na czynności seksualne) na 15 lat, a w przypadku kazirodztwa – 18 lat, został jednomyślnie przegłosowany przez Zgromadzenie Narodowe. Dotychczas we Francji nie istniał przepis regulujący kwestię zgody na seks. W teorii oznaczało to, że wyrażenie zgody mogło być uznane jako prawnie znaczące dla stosunków seksualnych bez względu na wiek partnerów, a więc także w przypadku dzieci i dorosłych czy osób spokrewnionych.
To wielkie zwycięstwo Camille Kouchner nad systemem i zmową milczenia dotyczącą zjawiska kazirodztwa i pedofilii nad Sekwaną. „Po prostu chciałam otworzyć drzwi” – wyznaje w wywiadzie dla „Zwierciadła”.

Pani książka narodziła się z bólu. Opowiada w niej pani historię gwałtów, których ofiarą padł w wieku dojrzewania pani brat bliźniak. Czy pragnęła pani zdjąć z was ciężar tajemnicy?
Historia przemocy seksualnej została uznana za podstawowy temat mojej książki. Dla mnie jednak jest nim milczenie i to, jak zbudować siebie w kontekście strasznej rodzinnej tajemnicy. Jak żyć z głęboką raną ukrywaną przed całym światem – i mam tu na myśli całą naszą rodzinę. Moim celem nie była denuncjacja: szanuję system sprawiedliwości i wiedziałam, że przestępstwo jest już przedawnione. Pomyślałam jednak, że interesujące byłoby ubranie w formę literacką tego, co stało się moim udziałem. Dla wszystkich, którzy nie wiedzieli, książka była wielkim szokiem. To bardzo ważne, że spotkała się z tak szeroką reakcją. Nie napisałam jej jednak po to, aby mówić w imieniu mojego brata – nie jestem nawet pewna, czy poczuł się z czegoś wyzwolony...

Prawda została ujawniona, a pani brat mógł złożyć oficjalną skargę.
W moim przypadku wyjawienie prawdy odegrało na pewno rolę katharsis. Nie mogę jednak wypowiadać się w jego imieniu – robi to, co uznaje za stosowne. Szanuję indywidualną drogę każdego: jeśli niektóre ofiary nie pragną powracać do swoich historii, mają do tego prawo. Napisałam tę książkę głównie dla siebie, pragnęłam ukazać sytuację od strony innych członków rodziny.

W jednym z wywiadów powiedziała pani, że dedykuje ją swojemu pokoleniu 40–45-latków. Czy fakt, że wasi rodzice przeżyli obyczajową rewolucję ’68 roku, głosili hasła absolutnej wolności, także w sferze seksualnej, spowodował, że mylono tolerancję z kryminalnym permisywizmem?
Kazirodztwo istnieje od zawsze, również w środowiskach niemających nic wspólnego z ideami ’68 roku. To nie środowisko popełniło przestępstwo – popełnił je jeden człowiek. Zbyt łatwo byłoby winić ideę czy epokę. Sam sprawca nie brał zresztą udziału w studenckiej rewolucji – był na to za młody i wywodził się z rodziny o innym profilu. Prawdą jest jednak, że moja mama i ojczym wpajali mi poglądy na temat wolności, seksualności i tolerancji, które z mojego dzisiejszego punktu widzenia wydają się całkowicie absurdalne. Wyzwolenie obyczajowe nie odgrywa roli w przypadkach kazirodztwa – w naszej rodzinie agresorem był mężczyzna mający tak poważny problem z samym sobą, że zdecydował się podporządkować sobie seksualnie nastoletniego chłopca, którego wychowywał.

Pisze pani o reakcjach otoczenia. Czy manifestowana przez nie czasem pewna tolerancja nie była jednak znakiem czasów?
Nie sądzę, aby ktokolwiek rzeczywiście wtedy coś wiedział czy podejrzewał. Sytuacja zmieniła się, kiedy prawda wyszła na jaw, w międzyczasie zmienił się jednak cały kontekst: należeliśmy już wtedy do sfer zbliżonych do władzy, ze wszystkimi jej przywilejami. I to z nich ci ludzie nie chcieli zrezygnować! Byli zależni od mojego ojczyma i powiedzieli sobie, że mają zbyt wiele do stracenia. Cóż, to sprawa ich sumienia. Z drugiej strony nie wiem, co sami zrobilibyśmy na ich miejscu. Na pewno zażądałabym wyjaśnień – niektórzy tak się właśnie zachowali, a ojczym nie zaprzeczył. Następnie zastanowiłabym się, czy zrywam z nim stosunki i jakie stanowisko mam zająć w sprawie dzieci. Ci ludzie powinni byli powiedzieć, że to niedopuszczalne, że stała się rzecz straszna i że wymagamy miłości i pomocy. Bardzo niewielu zareagowało w ten sposób.

Przykładem może być dyrektor do spraw badań słynnej paryskiej uczelni Sciences Po, współpracownik pani ojczyma, który został poinformowany o faktach i nie zareagował, aby w końcu złożyć wymuszoną dymisję po studenckich manifestacjach i protestach.
To właśnie jest niesmaczne i obrzydliwe – ludzie, którzy wiedzą, ale nie chcą narażać swojej pozycji. Nie ci, którzy przychodzili wiele lat temu do naszego domu – oni mogli niczego nie dostrzec. Publikacja mojej książki otworzyła mi oczy na fakt, że wiele wpływowych osób wiedziało. Nikt nigdy nie skontaktował się z nami w tej sprawie. To typowe dla przestępstw seksualnych: temat jest tak delikatny i wstydliwy, że się go nie porusza. Moim zdaniem to wielkie pomieszanie pojęć – nie mamy bowiem do czynienia z wkraczaniem w czyjeś życie intymne, tu chodzi o przestępstwo, zbrodnię. Pojęcie wstydu nie powinno tu odgrywać żadnej roli! Jednocześnie pojawia się kwestia ochrony osób, które zadenuncjują sprawców – system sprawiedliwości powinien absolutnie się nią zająć.

Opisuje pani sfery paryskiej elity. Kazirodztwo dotyczy jednak całego społeczeństwa. Strona internetowa szanowanej France Culture mówi o zjawisku „zabronionym, ale rozpowszechnionym”.
We Francji prawo nie było specjalnie jasne pod tym względem. Nawet jeśli chodzi o klasyfikację aktów – kazirodztwo było długo uważane za przestępstwo czy wykroczenie, ale nie zbrodnię. To, że piszę o elitach, sprawia, iż ludzie mówią sobie, że aby zostać wysłuchanym, trzeba być córką czy synem znanej osoby.

Pojawiają się też opinie, że to problem zepsutych środowisk, że w zdrowej tkance społecznej nie ma miejsca dla tego typu zdarzeń.
Według oficjalnych statystyk we Francji ofiarą kazirodztwa pada jedna osoba na dziesięć. Daje to liczbę 6,7 miliona – to nie są elity. Moją książką chciałam otworzyć drzwi. Czuję się odpowiedzialna za świat, jaki zostawię moim dzieciom. Jeśli zachowałabym milczenie, oznaczałoby to, że akceptuję rzeczywistość, która nie pozwala się wypowiedzieć ofiarom. Nie wiem, jak to się skończy, może wszystko obróci się przeciwko mnie, ale nie zgadzam się na taki stan rzeczy. Pragnę, aby moje dzieci, które mają w tej chwili 16 i 12 lat, wiedziały, że mają prawo mówić: „nie zgadzam się”.

Zjawisko kazirodztwa związane jest z poczuciem władzy, choćby ograniczonej tylko do komórki rodzinnej. Nie chodzi o psychologiczną dewiację, ale o syndrom systemu patriarchalnego – to opinia psycholożki i wiktymolożki Muriel Salmony.
Zgadzam się. Patriarchat wciąż ma się bardzo dobrze. W naszej rodzinie jest bardzo wielu mężczyzn, ale przemówiłam ja, kobieta. Dość już tej dominacji, uzurpowania sobie prawa do wszystkich i wszystkiego! Zgadzam się, że sprawcy gwałtów nie muszą być szaleńcami, czasami nie są nawet pedofilami sensu stricto – kazirodztwo jest dla nich formą rozszerzenia i udowodnienia całkowitej władzy. To zdarzyło się właśnie w naszej rodzinie: królował w niej mój ojczym i zachował tyle przywilejów, że był przekonany, iż zalicza się do nich także seksualne wykorzystywanie pasierba. Interesuje mnie to, co wydarzy się teraz – czy system dominacji runie, czy też przetrwa. Nie wiem, być może okaże się ode mnie silniejszy.

Opisuje pani także zjawisko polegające na obarczaniu winą ofiary, a nie sprawcy. Oraz poczucie winy, jakie staje się udziałem tych, którzy ośmielają się mówić. Pani sama walczyła z nim przez całe lata. Dzieci często milczą, ponieważ chronią rodzinę oraz, paradoksalnie, sprawcę, którego mimo wszystko kochają.
Poczucie winy wciąż mi towarzyszy. Czasami ogarnia mnie strach. Mówię sobie: „Co ty zrobiłaś? Złamałaś tabu. Nie wywleka się rodzinnych brudów”. Moja mama nie żyje, ale zdarza mi się myśleć, że patrzy na mnie z góry i mnie osądza. Pozostaję wciąż ofiarą manipulacji polegającej na tym, że kiedy dorośli przekraczają wszystkie zasady, dziecko zaczyna się zastanawiać, czy ma prawo protestować, oburzać się, czy ma rację. Kiedy książka się ukazała, wszyscy gratulowali mi odwagi. Nie rozumiałam, o co im chodzi – ja po prostu zdecydowałam się przywrócić w moim życiu właściwy porządek. Nie przewidziałam, że będzie to tak trudne pod względem psychologicznym – za każdym razem, kiedy widziałam w mediach zdjęcia mojego ojczyma, wracały do mnie myśli, że wszystko niszczę. Mimo że to on siał zniszczenie, nie ja.

Sytuacja była o tyle trudna, że pani ojczym was wychował, dbał o wasze wykształcenie, a życie rodzinne bywało też pewnie piękne. Oczywiście poza jego ukrytą, ciemną stroną.
Obie strefy współistniały w naszym życiu. Mój ojczym nie był absolutnym potworem, ale cały stworzony przez niego system polegał na całkowitym zafałszowaniu rzeczywistości. Podobnie dzieje się w przypadku przemocy wobec kobiet. W świecie wywróconym przez osobę perwersyjną do góry nogami w pewnym momencie nie wie się już, co jest dobre, a co złe. Potrzebna jest pomoc psychologa, który pozwoli znowu oprzeć się na fundamentalnych wartościach. Zawsze kiedy zaczynam panikować, myślę o moich dzieciach, i wtedy wszystko staje się znowu oczywiste. Ktoś napisał w prasie, że nie powinno się wyciągać na światło dzienne tak starej historii. Problem polega na tym, że ja żyję z nią od 30 lat! To punkt widzenia agresora.

Jak żyje się przez lata z tak ogromną traumą? W pani przypadku obudziła się ona pewnie, kiedy pani sama miała zostać matką?
Nie do końca. Po narodzinach dzieci wciąż widywałam ojczyma i moją mamę, starałam się za wszelką cenę o jej akceptację. Nie oznacza to, że okłamywałam samą siebie – po prostu próbowałam przeżyć i mieć normalne życie. Największą ranę zadaje świadomość, że najbliższa osoba nas nie kocha. Dlatego, mimo wszystko, wciąż prosiłam moją matkę o miłość. Nadaremnie.

Pani książka jest wzruszającą deklaracją miłości do niej. A przecież nie zareagowała na przemoc, jaka działa się w waszym domu, albo też zareagowała, popadając w depresję. Rodziny sprawców często nie chcą widzieć prawdy, wypierają ją.
Być może powinnam była jej powiedzieć o wszystkim wcześniej, ale widziała przecież, że z moim bratem dzieje się coś niedobrego. Może wiedziała – na rok przed maturą wynajęła mu pokój na mieście pod pretekstem, że trudno z nim wytrzymać, a następnie pisała książki, w których pojawiał się wątek kazirodztwa. Była prawnikiem, znała więc dobrze ten problem. Jednocześnie mama była kimś niezwykłym – obdarzonym wybitną inteligencją, łagodnym, o wielkim sercu. Sama przeżyła jednak tak poważne traumy, że nie była w stanie się po nich podnieść. Nie mam jej tego za złe. Może to była forma ucieczki, która pozwala mi ją wciąż kochać. Dziś jestem dorosła i wiem, że życie jest trudne, szczególnie życie kobiet. Moja mama miała najpierw troje dzieci, następnie pięcioro; rodziców, którzy popełnili samobójstwo; siostrę, która zmarła w niewyjaśnionych okolicznościach. W pewnej chwili się poddała. Dla nas, dzieci, było to bardzo ciężkie doświadczenie – widzieliśmy, jak niknie. Jej zachowanie nie było wymierzone w nas, po prostu nie dawała już rady. Pod koniec szukała pomocy u psychologa, ale nie wierzyła, że ktoś może jej pomóc.

Pani ojciec również nie zareagował, mimo że poprosił go o to pani brat. Czy pani zdaniem była to słuszna decyzja?
To sprawa między nimi. Ojciec dowiedział się o wszystkim po 20 latach, byliśmy już dorośli. Ważne jest, że dzisiaj jest z nami. Nie można przerzucać na niego odpowiedzialności. Nawiasem mówiąc, w tego typu przypadkach działa też motyw zaskoczenia – czujemy się sparaliżowani, nie jesteśmy w stanie działać.

„La familia grande” nie jest jednak dokumentem – to powieść autobiograficzna, ale jednocześnie dzieło literackie, o rzadko spotykanej głębi, świetnie napisane. To pani debiut jako pisarki.
To rodzaj autofikcji – posługuję się elementami wydarzeń z mojego życia, jedne naświetlam, o innych nie wspominam, dokonując artystycznego wyboru. Inaczej... mogłabym po prostu udzielić wywiadu. „La familia grande” jest owocem mojej świadomej decyzji – zdecydowałam, że mam prawo do zabrania głosu. Życie bez możliwości wypowiedzenia się nie jest prawdziwym życiem.

To także książka o prawdzie. Pani sama zawsze jej poszukiwała. Czy dlatego wybrała pani zawód adwokata?
Myślę, że początkowo poszłam w ślady mojej rodziny – mama i ojczym wykładali prawo. Miałam nadzieję, że dzięki temu będę mogła lepiej ich zrozumieć. Myliłam jednak pojęcie prawa z pojęciem sprawiedliwości. Dlatego rzuciłam zawód adwokatki; nie chcę krytykować systemu sprawiedliwości, ale nie pozwala on marzyć o lepszym świecie. A ja mam obecnie ochotę trochę pomarzyć.

Zdecydowany głos prezydenta Emmanuela Macrona i jego małżonki, powstanie ruchu #MeTooInceste denuncjującego akty kazirodztwa, przegłosowanie reformy prawa chroniącego dzieci – spodziewała się pani reakcji w tej skali?
Zaczęłam pracować nad książką po śmierci mojej matki, robiłam to więc przede wszystkim dla siebie, ale jej przyjęcie przez wydawcę wpisało się już na pewno w społeczny kontekst po ruchu #MeToo. Po raz pierwszy ujawniliśmy fakty w 2008 roku – trzeba było czekać 13 lat, aby pojawiła się możliwość dyskusji. Dlatego jestem wdzięczna wydawnictwu Seuil: trzeba było dużej odwagi, aby zaakceptować tak drażliwy temat. Okazało się, że był to odpowiedni moment, reakcje przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Nie byłam jednak sama – wspaniałą pracę prowadzą od lat stowarzyszenia zajmujące się ochroną dzieci. Powiedzmy, że wzięłam udział w walce.

Czy jest pani z tego dumna?
Byłam wychowana w domu, w którym panowało milczenie. Teraz, kiedy ośmieliłam się przemówić, wszyscy zachwycają się moją odwagą. Jestem szczęśliwa, że pomogłam w narodzinach ruchu oddającego sprawiedliwość skrzywdzonym dzieciom. Mam nadzieję, że będzie się je odtąd traktować poważnie, wierzyć im.

Pani rodzina stanęła za panią murem.
Bardzo mnie to wzrusza, tym bardziej że przez całe lata ta historia należała tylko do mnie i mojego brata. Dziś jesteśmy wszyscy bardzo ze sobą związani. Mój ojciec [Bernard Kouchner, były minister spraw zagranicznych – przyp. red.] mocno mnie wspiera. Nasza rodzina mówi nareszcie jednym głosem. To otwiera nas na przyszłość. Żałuję tylko, że moja mama nie może tego zobaczyć. Ona, która powiedziała mi kiedyś, że nic poważnego się nie stało... Może zrozumiałaby, że to nie było skierowane przeciwko niej, że chodziło o sprawiedliwość. Mam nadzieję, że moja historia da siłę wszystkim ofiarom kazirodztwa.

Oddźwięk, z jakim spotkała się pani książka, świadczy o tym, że literatura wciąż potrafi zmieniać świat.
Pragnę w to wierzyć. Mnie samej odwagi dodała lektura powieści o kazirodztwie. Dlatego ośmieliłam się zaatakować system. Przede wszystkim należy być wiernym samemu sobie, nawet jeśli zdarza nam się wątpić czy pomylić. Nie mogłam postąpić inaczej. 

Camille Kouchner rocznik 1975, adwokatka i doktor prawa, córka założyciela organizacji pozarządowej Lekarze bez Granic, politologa i byłego ministra spraw zagranicznych Bernarda Kouchnera, oraz prawniczki i pisarki Évelyne Pisier. Jej rodzina zalicza się do ścisłej francuskiej elity. Po rozwodzie rodziców Camille i jej dwóch braci byli wychowywani przez matkę i ojczyma, znanego politologa Oliviera Duhamela. W 2017 roku, po śmierci matki, Camille przerwała karierę adwokacką, by poświęcić się pracy nad książką „La familia grande”.

  1. Styl Życia

Wyprawka dla psa – tych elementów nie możesz pominąć

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Zanim w Twoim domu pojawi się pies, warto zaopatrzyć się w wyprawkę dla psa. Pierwsze dni z nowym zwierzakiem są zawsze ekscytujące, dlatego najlepiej zaopatrzyć się w niezbędne rzeczy wcześniej. Lista z elementami wyprawki będzie różnić się w zależności od wieku i wielkości pupila - więcej akcesoriów będziesz potrzebować dla szczeniaka niż dorosłego adopciaka. Niektóre rzeczy będą potrzebne zawsze - takie podstawowe psie musthave. Sprawdź, jak dobrze przygotować wyprawkę dla czworonoga.

Miska dla psa - jak wybrać idealną

Miska na jedzenie i wodę to coś, czego po prostu nie może zabraknąć . Jej wielkość dobierz do wielkości Twojego psa. Do wyboru masz miski plastikowe, metalowe i ceramiczne. Każda z nich ma swoje wady i zalety. Jeżeli masz zmywarkę, wybieraj produkty, których nie będziesz musiała myć ręcznie. Dobrym pomysłem będzie miska antypoślizgowa. Jeżeli zdecydujesz się na miski bez warstwy antypoślizgowej, dodaj do listy matę antypoślizgową - przyda się zwłaszcza dla pupila łakomczucha.

Pamiętaj, by do miski trafiała dobrej jakości, wysokomięsna karma. Niezależnie od rasy, wszystkie psy potrzebują karmy z dużą ilością mięsa, najlepiej bezzbożową. Niektóre psy potrzebują karmy bez kurczaka, czy pszenicy - alergie pokarmowe są teraz u psów coraz częstsze. Na początek kup karmę, do której Twój pies jest przyzwyczajony, unikniesz ewentualnych przygód gastrycznych na początku wspólnej drogi. Pamiętaj, że duże opakowania karmy są bardziej ekonomicznym rozwiązaniem.

Legowisko, które Twój pies pokocha

Nawet jeśli nie masz nic przeciwko spaniu ze swoim nowym zwierzakiem, Twój pies potrzebuje legowiska, który będzie jego azylem, miejscem wypoczynku i swobodnego wylegiwania się. Dopasuj jego rozmiar do wielkości psa - wybierając legowisko dla szczeniaka zwróć uwagę, że maluch szybko urośnie. Do wyboru masz różnego rodzaju materace, pufy, czy kanapy - niezależnie od rodzaju powinno być dobrej jakości i trwałe. Zwróć uwagę na modele, które łatwo będzie wyczyścić z sierści. Wygodne są też modele z możliwością zdejmowania pokrycia. Poza tym, legowisko to też wyposażenie domu, element wystroju - wybierz takie, które będzie miękkie, wygodne i po prostu ładne. Jeżeli masz kota, pamiętaj, by legowisko nowego pupila umieścić w pewnej odległości od starszego rezydenta.

Smycz - niezbędna podczas spacerów małych i dużych

Trudno wyobrazić sobie, by na Twojej liście mogło zabraknąć smyczy - bez niej wyprawka dla psa będzie niepełna. Smycz spacerowa i szelki lub obroża to absolutnie niezbędne psie akcesoria.

Smycz dla psa to element, który będzie często używany - ma zapewnić bezpieczeństwo spacerów, więc kluczowa jest jej niezawodność. Tutaj nie ma co oszczędzać na jakości. Smycz podpięta do obroży zapewnia większą kontrolę nad pupilem, co jest szczególnie ważne, jeśli planujesz większego psiaka. Szelki są za to dla psa wygodniejsze - pamiętaj jednak, by dobrze dobrać ich rozmiar. Choć bardzo popularne są smycze typu flexi, behawioryści polecają ją dopiero na etapie, kiedy Twój piesek nauczy się chodzić na luźnej smyczy. Zanim to nastąpi, dużo lepsza będzie tradycyjna smycz przepinana.

Wyprawka dla psa - pozostałe elementy

Akcesoria, których nie może zabraknąć w wyprawce dla każdego psiaka:

  • Zabawki - gryzaki, szarpaki, przytulanki, maty węchowe - wbrew pozorom są nie tylko dla szczeniąt. Psy w każdym wieku potrzebują zabawy. Bez nich wyprawka dla psa będzie niepełna. Ulubiona zabawka jest dla niektórych psów jak ulubiony miś dla dziecka.
  • Maty do nauki czystości - niezbędne dla szczeniaka.
  • Szczotka, furminator, psi szampon - dobierz akcesoria do rodzaju sierści
  • Obroże na kleszcze, krople spot-on, spreye, tabletki - dla każdego psa optymalna ochrona przed kleszczami będzie inna, ważne, by zwierzę było bezpieczne. Pamiętaj, że bezpośrednio z Twojego psa kleszcze mogą przejść także na niewychodzącego kota, dlatego dobrym pomysłem będzie zabezpieczenie przed kleszczami także mruczka.
  • Woreczki na odchody - korzystanie z nich ułatwia dyspenser, który pozwala na wyciągnięcie szybko pojedynczego woreczka.
  1. Styl Życia

Chroniczne zmęczenie pracą – jak go uniknąć?

Chroniczne zmęczenie pracą to jeden z pierwszych objawów wypalenia zawodowego. (fot. iStock)
Chroniczne zmęczenie pracą to jeden z pierwszych objawów wypalenia zawodowego. (fot. iStock)
Każdy z nas od czasu do czasu bywa zmęczony i sfrustrowany pracą. To normalne. Warto jednak dbać, by ten stan nie przeszedł w chroniczne zmęczenie. Jak?

Według Christine Louise Hohlbaum, autorki książki „The Power of Slow: 101 Ways to Save Time in Our 24/7 World” (101 sposobów oszczędzania czasu w naszym 24/7 świecie), chroniczne zmęczenie pracą wywołane jest przez przewlekły stres i objawia się emocjonalnym i fizycznym wyczerpaniem. Tracimy wówczas motywację do pracy i przestajemy być w niej skuteczni.

Chroniczne zmęczenie pracą to prosta droga do wypalenia zawodowego. Pojawia się, gdy jesteśmy nadmiernie obciążeni obowiązkami, nie mamy kontroli nad swoimi zadaniami, nie doświadczamy odpowiedniej nagrody za pracę, brakuje nam poczucia wspólnoty w miejscu, w którym pracujemy, odczuwamy, że nie jesteśmy sprawiedliwie traktowani, nasza praca jest sprzeczna z wartościami, które wyznajemy.

Jeśli podejrzewasz, że dokucza ci chroniczne zmęczenie pracą, zadaj sobie następujące pytania:

1. Czy zaczynasz zaniedbywać swoją pracę?
2. Czy tracisz motywację do pracy?
3. Czy czujesz lęk w związku z pracą?
4. Czy straciłaś zamiłowanie do pracy?
5. Czy stresują cię relacje z kolegami?
6. Czy czujesz się częścią wspólnoty w pracy?

Odpowiedzi pomogą ci określić stan w jakim się znajdujesz.

Jak zapobiegać wypaleniu w pracy?


1. Bądź czujna na to, kiedy twoja praca przestaje być pasją. Jeśli budzisz się z podniecającym ogniem w brzuchu na myśl o pracy to znaczy, że twoja pasja żyje. Jeśli jednak jest to ścisk w żołądku, nie jest dobrze. Warto rozpoznawać stan, kiedy praca staje się ciężarem, kiedy izolujesz się od współpracowników, kiedy zawodowe osiągnięcia cię nie cieszą.

2. Rozpoznaj swoją sytuację i pracuj w kierunku rozwiązań. Zadawaj sobie pytania: „Czy jestem pasjonatką?”, „Dlaczego robię to, co robię?”, „Jak bym się czuła, gdybym zmieniła moją sytuację?”, „Co mogę w tym kierunku zmienić dzisiaj?”, „Jakie działania mogę podjąć, aby zmienić moją sytuację?”.

3. Codziennie znajduj czas tylko dla siebie. To nie musi być koniecznie poranny jogging, ale 20 minut w ulubionej kawiarni spędzone po pracy. Dobrze jest, jeśli przez przynajmniej godzinę dziennie, możemy po prostu być, nic nie robiąc. Znakomicie relaksuje położenie się do łóżka 30 minut przed zaśnięciem z ciekawą książką.

4. Rozmawiaj o pracy z zaufaną osobą. Szukaj wsparcia i innego spojrzenia niż twoje. Dobrze, żebyś mogła rozmawiać o swojej pracy z kimś, kto jest obiektywny i zainteresowany twoją sytuacją.

5. Bądź otwarta na własne uczucia i potrzeby. Staraj się zawsze być czujna na to, czego potrzebujesz. Może to być kanapka albo weekendowy wyjazd. Podjęcie wyzwania albo odpuszczenie sobie. Trudna rozmowa z szefem albo wzięcie wolnego dnia. Słuchaj siebie, a nie dopuścisz do stanu, kiedy będziesz chronicznie przemęczona pracą.

Christine Louise Hohlbaum jest specjalistką public relations, blogerką, częstą komentatorką w dużych mediach (CNN.com, NPR). Gdziekolwiek się znajduje, uczy zasady „mniej znaczy więcej”.

  1. Styl Życia

Sztuka pielęgnacji duszy i ciała

Kobieta powinna być dla siebie ważna! (Fot. iStock)
Kobieta powinna być dla siebie ważna! (Fot. iStock)
Lato to doskonały czas, by dopieścić swoje ciało. Spokojnie, nikt nie zapomniał o psyche. Jest obecna i zadowolona, bo kobieca dusza bardzo lubi swoje ciało – czy to dusza Japonki, Francuzki, czy Słowianki. Która jest ci najbliższa? Katarzyna Droga testuje egzotyczne i rodzime teorie pielęgnacji z popularnych poradników.

”Kobieta powinna być dla siebie ważna!” – to najładniejsze zdanie, jakie znajduję na stronach poradników urodowych, których na rynku bez liku. Chcę być dla siebie ważna, więc buszuję wśród metod i teorii dotyczących naturalnej, zdrowej, przyjemnej pielęgnacji, także diet i ćwiczeń. Programów i pomysłów tyle co kultur, filozofii i doświadczonych terapeutek czy kosmetyczek. Który najlepszy? Ten dostosowany do osobowości. Kim jesteś w głębi duszy? Wdzięczną Francuzką, harmonijną joginką czy może rodzimą Słowianką? Ja każdego dnia wcieliłam się w jedną z nich. Do jakich wniosków doszłam?

Indyjska Parwati - piękno po indyjsku

Promienna, szczęśliwa i spokojna. Najłagodniejsza z żon Śiwy, piękna bogini z odsłoniętymi piersiami. A jednak…. Parwati robi, co chce. Zirytowała boskiego męża, bo usnęła z nudów, gdy czytał jej Wedy. Jeśli czujesz z nią więź, weź kurs na Indie, ku odwiecznej mądrości ajurwedy. Spodoba ci się, ale pod warunkiem że:

  • próbowałaś ćwiczyć jogę lub masz na to ochotę,
  • masz naturę spokojną, lubisz ciszę lub łagodną muzykę,
  • pociąga cię słowo „harmonia”,
  • podoba ci się pomysł, by piękno emanowało z wnętrza kobiety,
  • wierzysz w siłę oddechu.

Kasia Bem w książce „Happy uroda. Piękno jest w tobie” (wyd. Edipresse 2017) proponuje specjalny program zadbania o ciało i duszę, oparty na technikach jogi, naturalnej diecie i ćwiczeniach oddechowych. Plan „Happy uroda w 6 krokach” kończy się 3 holistycznymi programami dla ciała i duszy. Najistotniejszy jednak jest cel: piękno, które emanuje z kobiety nie dlatego, że zna arkana makijażu i mody, waży tyle, nie tyle i tuszuje wiek – ale dlatego że zna i akceptuje siebie. Jak to może wyglądać w praktyce?

Słoneczny poranek witam z wdzięcznością. Pierwszy pokarm dla ciała to woda z połówką cytryny. Ćwiczę świadomy oddech, który uświadamia mi, że prawdziwe życie przebiega tu i teraz. Jest wiele technik oddychania, ja lubię kwadrat. Daje energię i uspokaja, a do tego jest prosty: licząc do 4, wykonujesz powolny wdech, zatrzymujesz powietrze, też licząc do 4, wydychasz je w rytmie 4 i znów zatrzymujesz. Kwadrat powtarzam 10 razy. Potem kilka ćwiczeń jogi, na przykład: „pies z głową w dół” potem „pozycja dziecka”. To, co ważne, a nie pamięta o tym pospieszna cywilizacja Zachodu: energia kumuluje się w bezruchu. Każdą sesję jogi warto zakończyć śavasaną, czyli pozycją trupa. Brzmi fatalnie, ale jest to przyjemne 20 minut spokojnego leżenia przy muzyce relaksacyjnej. Rzeczywiście wchodzi się w dzień z nową energią. Tego dnia nie jem mięsa, piję toniki upiększające, które są miksem owoców i warzyw. Dieta dla zdrowia i urody opiera się dziś na kaszy jaglanej, zielonych warzywach, tłuszczu dostarczy awokado. Po drodze joga twarzy – kilka prostych ćwiczeń, wieczorem pielęgnacja naturalnymi kosmetykami: maseczka z avocado, peeling kawowy lub cukrowy, aromatyczna kąpiel, masaż olejkami. I jeszcze pudełko wdzięczności, do którego wrzucasz karteczki z tym, za co jesteś wdzięczna. Moim zdaniem może być też zeszyt, a nawet chwila refleksji, by podziękować za to, co przyniósł dzień. A przyniósł i wymagał wiele. Happy uroda wymaga sporo zachodu, odpowiednich zakupów i przygotowań. Choćbym chciała, nie umiem przeprogramować dnia, by skupić się tylko na tym. Mogę jednak do swojej codzienności wprowadzić cenne elementy.

Co biorę?

Na przykład pozytywne hasło na poranek – od dziś mówię sobie: „przydarzą mi się same dobre rzeczy” – i głęboki kwadratowy oddech przed oknem. Potem mały relaks „na trupa” w ciągu dnia (nieruchomo leżę przez kwadrans przy muzyce, przykryta kocykiem), kasza jaglana od czasu do czasu i koniecznie całowanie sufitu (podnoszę podbródek i wysyłam całusa do sufitu – wierzę, że wpłynie zbawiennie na owal twarzy).

Dumna Marianna - piękno po francusku

Marianna to symbol wolności, Francji, no i naszego myślenia o francuskich kobietach. Te zaś są inne niż wszystkie, bo potrafią żyć wdziękiem i radością. Jak to robią? Mireille Guilliano, która ujawniła już światu, dlaczego Francuzki nie tyją, w kolejnej książce „Francuzki nie potrzebują liftingu” (wyd. Znak 2016) podpowiada, jak – po francusku – zachować wieczną młodość. To trop dla ciebie, jeśli:

  • jesteś żywiołowa, masz poczucie humoru,
  • słowa: „systematycznie”, „wysiłek”, „mozoł” budzą twoją niechęć,
  • lubisz ładne buty, a jeszcze bardziej ładne i wygodne,
  • lubisz seks, śmiejesz się często, śpisz smacznie.

No i rób tak dalej. To, co urzeka w stylu francuskim, to zero przymusu. W życiu ma być przyjemnie! Marianna do każdego wyzwania podchodzi tak, jakby było stworzone dla jej radości. Dieta? Nie, dziękuję. Diety uzależniają, stają się zmorą życia. Nie znaczy, że jedząc jak Marianna, jem byle jak. Jadam teraz ślicznie i kreatywnie. Dbam, by spożywać pięć kolorów: na talerzu ma być białe (twarożek), czerwone (papryka, buraczek), żółte (ser, cytryna, kurkuma), zielone (choćby brokuł), brązowe (chleb, ziemniak). Marianna chętnie wypije kieliszek wina i dużo więcej wody, najlepiej w dobrym towarzystwie. Ruch? Bez spinki. Żadnych ćwiczeń na siłowni, biegania w pocie czoła ani reżimu aerobiku. Ruch staje się częścią mojego dnia. Marianna po zakupy jedzie rowerem, na randkę idzie pieszo, tańczy, bo lubi, a spośród wszystkich form aktywności ciała preferuje seks. Jej życie płynie zgodnie z naturą, więc oznacza pobudkę o poranku, a sen wczesny i długi, bo nie ma lepszego kosmetyku niż smaczne spanie. Marianna unika jedzenia przed komputerem, sztucznego światła i dusznych pomieszczeń. Jej dzień, czyli też i mój, zaczyna się od uśmiechu, a kończy przyjemnościami sypialni – od niej zależy, czy są to słodkie sny w miękkiej pościeli czy doznania we dwoje.

Co biorę?

Zasadę trzech darów natury. Są to: woda, światło, powietrze. Jako stałe elementy codzienności działają jak najlepsze antyoksydanty i źródła energii. Coś dla szczupłej sylwetki: aktywność przed śniadaniem, choćby rozciąganie lub taniec przy muzyce. Organizm czerpie wtedy z zapasów, i spala tkankę tłuszczową. No i to kolorowe menu (przynajmniej raz dziennie), a także każdą możliwą zamianę środków lokomocji na rower lub piechotę. Oraz życiowe motto: „działaj z pasją, a będziesz wiecznie młoda”!

Madame Butterfly - piękno po japońsku

Właściwie tragiczna, lecz piękna i pełna wdzięku. Dla świata – ikona japońskiej kobiecości. Była niezwykle urodziwa i bardzo kochała mężczyznę z obcej kultury. Dla miłości złamała zasady własnej tradycji i zapłaciła za to najwyższą cenę. Symbolizuje istotę tego, co uznajemy za godną zazdrości urodę Azjatek o nieskazitelnej cerze. Jesteś (bywasz) Butterfly jeśli:

  • interesujesz się kulturą Dalekiego Wschodu,
  • lubisz owoce morza,
  • zależy ci na pięknej cerze,
  • jesteś systematyczna, spokojna, delikatna,
  • wiele poświęcasz dla miłości.

Skąd w Azjatkach tyle uroku, jak to robią, że po czterdziestce mają cerę niemowlęcia? Otóż potrzebę dbania o urodę i wiedzę o tym, jak to robić, dziedziczą z pokolenia na pokolenie – czytam w książce Charlotte Cho „Sekrety urody Koreanek” (wyd. Znak 2016). Chroń twarz przed słońcem, oczyszczaj, nawilżaj, zdrowo jedz, unikaj stresu – właściwie wszystkie dobrze znamy te zasady. Ale... Azjatki mają zdecydowanie lepsze wyniki niż białe kobiety. Czy chodzi o geny? Cho zdecydowanie twierdzi, że nie, a ja sądzę, że chodzi o pewną filozofię. „Sekrety urody Koreanek” opisują cały proces krok po kroku. Jak pielęgnować skórę: od powolnego, dokładnego oczyszczania, ze szczególną czułością dla powiek, poprzez nawilżanie, aż do delikatnego makijażu, który jest a jakoby go nie było. Solidnie, codziennie, od chwili, gdy dziewczynka staje się dziewczyną, bynajmniej nie wtedy, gdy ujrzymy pierwszą zmarszczkę. Pielęgnacja i kult skóry staje się rytuałem, sztuką i przyjemnością. Wspiera ją dieta bogata w owoce morza, dużo wody i zielonej herbaty, minimum używek. Cho proponuje program „dbanie o skórę twarzy w dziesięciu krokach”. Owszem, kusi mnie dokładność, personalizacja, wyniki porannych i wieczornych działań przed lustrem, ale prawdę mówiąc, nie do zrobienia codziennie, przynajmniej dla mnie. Za to przekonuje mnie pasja i uważność dla swojej skóry i urody, którą kobieta dostała od natury.

Co biorę?

Szacunek dla twarzy wyrażany przy codziennej pielęgnacji. Owoce morza od czasu do czasu. Zmianę myślenia o chwilach spędzonych przed lustrem. Żegnajcie pac, pac kremem, pudrem i pośpiesznie nakładany tusz. To ma być zatrzymanie, miłe spotkanie ze sobą.

Słowiańska Dziewanna - piękno po polsku

Dziewanna – polska bogini miłości i wiosny, jej kamień szlachetny to biała perła, jej kolor to czerwień, nosi kwiecistą sukienkę, jest odwrotnością Marzanny. Lubi zmysły – w końcu to królowa lata, biegnie przez łąki z wierną suką i sarenką. Innymi słowy: wracamy do korzeni. Pielęgnacja słowiańska będzie dla ciebie idealna, jeśli:

  • chociaż raz w życiu miałaś ochotę upiec własnoręcznie chleb,
  • jesteś żywiołowa i ciekawa świata,
  • własna tradycja jest dla ciebie wartością,
  • zdarzyło ci się zbierać zioła, hodować miętę i majeranek,
  • kochasz lato i zwierzęta.

„Sekrety urody babuszki. Słowiański elementarz pielęgnacji” Ukrainki Raisy Ruder (wyd. Znak 2017) to nic innego jak znakomity poradnik domowego recyklingu i maksymalnego wykorzystania darów natury w zasięgu ręki i z własnego regionu. Babuszka autorki tego programu, także Ukrainka, była zielarką, słowiańską znachorką. Miała radę na wszystko: na sińce pod oczami, na zmarszczki, na porost rzęs, a nawet na szczęście w związku. Mnogość maseczek, jaką proponuje, przyprawia o zawrót głowy: maseczka przed balem absolwentów, przed randką, przed ważnym wystąpieniem, bociankowa, czyli dla pań w ciąży… Miksujemy oleje z przyprawami, truskawki, ogórki, czekoladę. Brzmi smakowicie i działa. Jestem z Podlasia, więc niektóre sposoby znam od dawna: piwo albo jajko na włosy, sok z cytryny, który działa jak pianka powiększająca objętość fryzury. Maseczka z ogórka lub ze startego jabłka na rozjaśnienie cery. Kompresy herbaciane na podpuchnięte oczy. Nowe było dla mnie zastosowanie aspiryny: jako przeciwłupieżowy dodatek do szamponu. Ciekawa baza produktów, bo podstawowe składniki magii babuszki to ziemniaki, woda, mleko, oliwa i jajka. Jakie to słowiańskie i odległe od awokado i imbiru… Chociaż babuszka nie gardzi egzotycznymi roślinami. Dlatego może być fajnie zaufać jej miksturom! Masz wątpliwość, czy warto ubijać w moździerzu zioła w czasach, gdy można kupić wszystko? Babuszka grozi palcem: kupujesz trzy razy drożej, w dodatku marnujesz resztki żywności.

Co biorę?

Inaczej będę patrzeć na skórki ogórka i łupiny cebuli, przynajmniej czasami. To nie tylko oszczędność – także wolność, bo nie zależysz od koncernów kosmetycznych, tylko od własnej kreatywności. Można w każdej chwili urwać się z codzienności, zamknąć w kuchni wśród naturalnych produktów i żyć naturalnie jak Dziewanna.

Piękna Europa

Mitologiczną Europę uważano za najpiękniejszą kobietę na świecie. Królewna była tak cudna, że bóg wszystkich bogów – Zeus – musiał ją mieć i porwał do groty na Krecie. My, Europejki, córy królewny, też będziemy piękne i pożądane, takie jak chcemy. Na koniec program uniwersalny adresowany do Europy. Jesteś nią, jeśli:

  • często i z przyjemnością używasz słowa „dziękuję”,
  • lubisz podstawy naukowe wszelkich teorii,
  • wierzysz w energię i potęgę miłości,
  • nie obawiasz się lustra, kartki i flamastrów. Uwaga – zupełnie nie musisz umieć rysować.

„Pokochaj swoje ciało w 30 dni” Małgorzaty Gąski (wyd. Fabryka Siebie) to książka i program, który odwołuje się do fizyki kwantowej i filozofii, którą znam z metody dwupunktowej. Wszystko jest energią, nasze ciało jest zbiorem wibrujących cząsteczek, możemy na nie wpływać z poziomu uczuć – a z tych najsilniejsza jest miłość i wdzięczność. Mamy tu do czynienia z dzienniczkiem wdzięczności, ale nastawionym na ciało. Myśl podstawowa: jakiekolwiek jest, zasługuje na podziw i wdzięczność. Według metody Ewy Gąski należy energię dobrego uczucia, nakierowaną na daną część ciała, łączyć z czynnością motoryczną: rysować! Całą siebie, kolejne części ciała, z wdzięcznością i marzeniem, jakie mogłyby być. Śladem wskazówek obdarzam uwagą i rysuję kolejno: oczy, usta, plecy, nogi, strefy intymne, dłonie, biodra. Każdej dziękuję. Brwiom, że chronią oczy i są właściwą tylko mi dekoracją twarzy. Plecom, że tak wiele noszą, skórze, że oddziela mnie od całego świata… Co mogę dla was zrobić? Plecy wyprostować, skórę nawilżać i karmić, stopy masować. I tak przez 30 dni.

Co biorę?

Osobistą odpowiedź na pytanie, za co siebie kocham i poczucie, że mam wpływ na swój wygląd i zdrowie. Dzienniczek wdzięczności? Znam od dawna, polecam. To naprawdę działa.