1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Jak sport wpływa na karierę?

Jak sport wpływa na karierę?

fot. iStock
fot. iStock
Co robi człowiek sukcesu przed godziną 9 rano? Trenuje! Ludzie, którzy świetnie radzą sobie w życiu zawodowym, aktywnie witają dzień. Czy to dowód na to, że uprawianie sportu pomaga w karierze? A może sport i sukces idą ramię w ramię, wzajemnie się wspierając?

Coraz więcej osób zaczyna biegać, uprawiać triathlon, chodzić do fitness clubów, pasjonować się sportem – moda na aktywny tryb życia trwa w najlepsze. Oprócz zdrowia, energii i przyjemności daje nam ona jednak coś więcej. Według Pauliny Brzózki, trenerki fitness oraz coach, uczy ustalania celów sportowych. – Jeśli chcemy przebiec półmaraton, schudnąć czy wymodelować sylwetkę, potrzebujemy planu treningowego, czyli po prostu planu działania. A ponieważ sport zazwyczaj jest mierzalny, ułatwia nam to pracę nad celem – tłumaczy. Dlaczego piszemy o tym w rubryce dotyczącej pracy? Bo te same mechanizmy, które działają na arenie sportowej, możemy zastosować w sferze zawodowej. I skutecznie zaplanować swoją karierę.

Wyznaczanie celu

Zarówno w sporcie, jak i w biznesie motywacja często zależy od celu. Jego właściwe ustalenie to połowa sukcesu, druga połowa związana jest z konkretną strategią, czyli planem działania. Zatem: cel, po pierwsze, powinien być „nasz”, czyli indywidualnie dobrany, uszyty na miarę. – Nawet jeśli jest on zespołowy czy mieści się w idei jakiejś firmy, warto wiedzieć, co znaczy dla mnie – mówi Paulina Brzózka. – Przykładowo pozwoli zdobyć mi nowe doświadczenie lub przybliży do awansu. Tak jak udział w biegu na 10 kilometrów pozwoli mi sprawdzić się na nowym dystansie.

Po drugie, cel powinien być realny do osiągnięcia, a jednocześnie ambitny. Jeśli nie stanowi dla nas wyzwania, nie będzie wystarczająco pociągający. Zaczniemy trenować albo pracować nad projektem, ale dopiero tydzień przed wyznaczonymi zawodami czy deadline’em. – Pytanie, na ile możemy wtedy dać z siebie 100 proc. zaangażowania – zauważa Paulina Brzózka. – I jaka będzie nasza skuteczność? Tak jak nie można się najeść na zapas, tak samo niemożliwością jest wykonać w tydzień coś, na co potrzebujemy miesiąca. W ten sposób nie można efektywnie ani trenować, ani pracować.

Mobilizując się na ostatnią chwilę, tracimy komfort działania, bo nie mamy czasu na regenerację organizmu: ciała oraz umysłu. A także na refleksję: w którą stronę zmierzam, co jeszcze mogę zrobić, co ewentualnie zmodyfikować i co mi to daje.

Z drugiej strony, gdy cel będzie zbyt wygórowany, też stracimy motywację do działania. – Jeżeli nie zaprzyjaźniłaś się z lekcjami wuefu i jesteś na bakier ze sportem, nie planuj od razu przebiegnięcia maratonu – dodaje trenerka. – Jeśli cel jest zbyt trudny, pojawia się szereg wymówek, odkładamy realizację na później.

Nagle rezygnujemy z zawodów sportowych, z wystąpienia na konferencji lub pójścia na kluczowe spotkanie. Robimy wszystko, by do finalnego wyzwania nie doszło lub idziemy na tzw. żywioł, za co płacimy przemęczeniem organizmu.

– Do tej pory mówiliśmy o motywacji wewnętrznej, która oznacza pełną świadomość tego, co mi da osiągnięcie tego celu – podsumowuje Paulina Brzózka. – Na przykład jeśli przebiegnę 10 kilometrów, nauczę się zarządzać czasem tak, by móc trenować, poprawię wydolność i samopoczucie, dotlenię się. I analogiczna sytuacja jest w życiu zawodowym.

Osiągnięcie celu może być podstawą awansu lub warunkiem  otrzymania pieniędzy do zrealizowania jakiegoś marzenia – ta zewnętrzna motywacja również jest istotna i chyba jeszcze częściej spotykana. Podczas gdy wewnętrzna pozwala pokonać przeszkody, ta druga sprawia, że cel nabiera jeszcze większej atrakcyjności. To taka gratyfikacja za sukces, może być nią pochwała szefa, zachwyt znajomych, wygranie zakładu. Zatem warto mieć motywację wewnętrzną i zewnętrzną.

Ustalanie planu działania

Jeśli realny, mierzalny, ambitny oraz indywidualnie skrojony cel jest już zdefiniowany, przychodzi czas na zastanowienie się, jak go zrealizować. Czyli ustalamy plan działania. W tym momencie warto porozumieć się z ekspertem. W życiu zawodowym może to być coach, mentor, przełożony lub bardziej doświadczony kolega. W życiu sportowym – trener, dietetyk. Pomogą nam urealnić cel.

Dobry plan powinien składać się z mniejszych odcinków oraz mieć ustalony czas na ich wykonanie. Ponadto potrzebne będą punkty kontrolne. Chodzi o to, żeby na przykład po dwóch tygodniach móc sprawdzić, w jakim miejscu jesteśmy. Może należy coś zmodyfikować, bo zaplanowaliśmy sobie, że w tym momencie będziemy już o krok dalej? Dzięki temu wiemy, czy powinniśmy zintensyfikować działania, czy nie. – W sporcie monitorujemy odpowiednie wskaźniki: jakie dystanse przebiegłam, jaki czas osiągnęłam, o ile zmniejszyła się tkanka tłuszczowa, a zwiększyła masa mięśniowa – mówi Paulina Brzózka.

Dokładnie tak samo postępujmy w pracy – jeśli celem jest większa sprzedaż – sprawdzamy: liczbę pozyskanych kontaktów, odbytych rozmów, liczbę zainteresowanych, liczbę sfinalizowanych transakcji. Jeżeli chcemy awansować, sprawdzamy uzyskanie kolejnych potrzebnych do tego kompetencji: udział w projektach, konferencjach, szkoleniach. Tak skonstruowany plan daje nam realną informację zwrotną i pozwala utrzymać motywację na odpowiednim poziomie.

System wsparcia

– W życiu zawodowym, jak w sporcie, potrzebujemy kibiców. Większość osób ma  dziś profile na Facebooku, na których chwali się założonymi i zrealizowanymi celami. I to też może nam wzmacniać motywację – mówi Paulina Brzózka. – Bo skoro już napisałam na tablicy, że przebiegnę kilka kilometrów, to do czegoś się przed ludźmi lajkującymi zobowiązałam.

W biznesie takie zobowiązania mają zwykle postać e-maili lub informacji wysyłanych przez menedżera projektu do całej siatki pracowników oraz publikacji rankingów. Ważne jest jednak, by to wsparcie pracowników przekładało się też na efektywną pracę zespołową i nie przybierało formy presji ani nacisku.

Osiągnięcie stanu flow

A co z wolnymi, twórczymi zawodami? Takimi, w których nie widać konkretnej cyfry jako wyniku, a sukces często zależy od szczęścia i wymaga cierpliwości? Tu przyda  się pojęcie „stanu flow”, który pozwala w zawodach artystycznych na wybitność, na wyjście poza schematy. W trakcie aktywności fizycznej też można go doświadczyć.

Kiedy uprawiamy sport, w naszym organizmie wydziela się mnóstwo endorfin, podwyższa się temperatura ciała, wchodzimy w odmienny stan świadomości. Odrywamy się od rzeczywistości. Jesteśmy całkowicie tu i teraz. Weźmy jako przykład bieg na 10 kilometrów. Po pierwsze, robimy coś, co nam sprawia przyjemność, czyli biegniemy, po drugie, podnosimy sobie poprzeczkę, bo biegniemy na dystans dla nas wcześniej nieosiągalny – a to, zgodnie z definicją flow, elementy niezbędne do poczucia tego stanu. – Nogi odmawiają posłuszeństwa, oddech się rwie, ale tłum i głos we własnej głowie motywują: „Dawaj jeszcze trochę, twój cel na teraz to się nie zatrzymać”. I raptem okazuje się, że czas płynie trzy razy szybciej i dokonaliśmy czegoś, co wydawało się niemożliwe – mówi Paulina Brzózka.

Poczucie stanu flow z bieżni można przenieść na stan flow przy biurku, sztalugach czy  na scenie. Podstawą jest przyjemność i delikatnie podniesiona poprzeczka.

Poprawa ogólnej sprawności fizycznej

– Jest też druga strona medalu – mówi trenerka. – Można wybrać sobie taki cel sportowy, który zwiększy naszą efektywność w pracy. Bo sport dodaje wiary w siebie i pewności. Ćwiczysz, więc wyglądasz i czujesz się lepiej, jesteś uśmiechnięta, masz więcej energii, twój umysł zaś dzięki dotlenieniu i pobudzeniu lepiej pracuje, a to przekłada się pozytywnie na życie zawodowe. Sport jest też jednym z lekarstw na dolegliwości cywilizacyjne: cukrzycę, otyłość, zaburzenia cholesterolowe, nadciśnienie i problemy z kręgosłupem. Działa profilaktycznie, ale także sprawia, że czynności dnia codziennego stają się łatwiejsze. Przecież trzeba mieć siłę, żeby wysiedzieć kilka godzin przy komputerze albo utrzymać pędzel w dłoni.

W każdym zawodzie potrzebujemy ogólnej sprawności fizycznej. Przynosi ona efektywność we wszystkich dziedzinach: jesteśmy silniejsi psychicznie podczas rozmów biznesowych, lepiej skoncentrowani na spotkaniach, skuteczniej panujemy nad stresem, na skutek wyćwiczonej koordynacji ruchowo-przestrzennej nasze neuronowe połączenia w mózgu są aktywniejsze, więc wpadamy na dobre pomysły. Jesteśmy też dużo bardziej zdyscyplinowani, skuteczni i zdeterminowani, żeby osiągnąć sukces.

– W życiu zawodowym niezbyt często planujemy karierę, wolimy zdawać się na los lub nie mamy na to czasu, bo ciągle zajmujemy się „gaszeniem pożarów” lub – co gorsza – życiem innych, a to nie popycha do przodu – mówi Paulina Brzózka. – W kioskach roi się od czasopism, które publikują plany treningowe. Być może, gdybyśmy mieli analogiczny do treningu na mięśnie brzucha harmonogram dotyczący zadań w pracy, szybciej lub częściej pokonywalibyśmy kolejne granice, wspinając się po stopniach kariery.

Sport daje energię, ale też uczy dyscypliny planowania i rozliczania się z etapu wykonania zadań, czyli efektywnego biznesplanu. A sukces zarówno w sporcie, jak i w pracy wynika z odpowiedniego  przygotowania, systematyki działania i wytrwałości. Najlepszych odróżnia jeszcze świadomość tego, czego chcą, i szeroka perspektywa patrzenia, by odpowiednio planować i przewidywać.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Trening sportowy - jak pokonać wymówki?

„Niechcenie
„Niechcenie" często idzie w parze z takimi hasłami jak trening, wysiłek, ćwiczenia fizyczne... Jak się z im uporać i znaleźć motywację? (fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Brak czasu, zła pogoda, zmęczenie po pracy. Wymówek, żeby zrezygnować z treningu, może być tysiące. A może spróbuj spojrzeć na sprawę nieco inaczej: czy zebranie z szefem odwołujesz w ostatniej chwili? Od dziś zacznij traktować trening jak najważniejsze spotkanie w ciągu dnia!

Ostatnio ktoś spytał mnie, czy znam skuteczny sposób na zmotywowanie się do treningu, kiedy człowiek jest zmęczony i najzwyczajniej w świecie mu się nie chce. Przyszły mi wtedy do głowy słowa pływaka Michaela Phelpsa, który podał proste rozwiązanie: „Gdy jestem zmęczony i nie mam nastawienia na trening – to zmieniam nastawienie i idę”. Mateusz Kusznierewicz z kolei opowiedział kiedyś, że w takich chwilach „niechcenia” zwykł sobie wyobrażać, że gdy on odpuszcza trening i siedzi w domu, to w tym samym czasie jego konkurenci ćwiczą. Czy może być coś bardziej motywującego do pracy niż wizja przeganiającego nas rywala?

Wymówki to dość powszechna przypadłość, zapewne nieraz już z ich powodu poległaś i nieraz jeszcze przyjdzie ci się z nimi zmierzyć. Dlaczego tak łatwo im ulegamy? Bo nie jesteśmy przygotowani do ich odparcia, a przecież można się tego nauczyć.

Zobacz pierwszy odcinek serii „Trzymiesięczny trening”:

W ramach planu treningowego na tapetę bierzemy dwa filary poczucia własnej wartości zainspirowane koncepcją Nathaniela Brandena: 1. dążenie do celu i 2. odpowiedzialność za siebie. A przekładając to na język ćwiczeń fizycznych: skupimy się na nogach i pośladkach. Bo to właśnie nogi przybliżają nas do celu, nie tylko metaforycznie, ale i fizycznie. Wraz z pośladkami odpowiadają w znacznym stopniu za wytrzymałość, stabilność całej sylwetki. I prowadzą w wybranym przez nas kierunku.

Dążenie do celu

Jak być skutecznym w dążeniu do celu? Moja recepta jest prosta: spójrz na siebie jak na dowódcę, jak na kapitana swojego okrętu. Jeśli twoim celem jest wypracowanie idealnej sylwetki przed wyjazdem na urlop i masz na to jeszcze miesiąc, to musisz tak wszystko rozplanować, żeby ten cel osiągnąć. Ty jesteś szefem. Wydajesz rozkazy. Mówisz więc do syna: „Będę ćwiczyć codziennie o 17.00. Chciałabym, żebyś mi za dziesięć piąta przygotował wodę z cytryną”. Do męża: – „Nastaw mi supermuzykę”, a córka niech ci ułoży stację albo ręcznik – w ten sposób rozdzielasz role, wyznaczasz menedżerów, a sama jesteś dyrektorem – musisz tak rozplanować działania, żeby zrealizować swój najważniejszy projekt. Zauważ, że angażując inne osoby, zyskujesz dodatkową motywację zewnętrzną. Bo jeśli syn ci zrobi wodę z cytryną, to mu przecież nie powiesz: „A nie, dzięki, sorry, teraz robię bigos”. Wyznaczyłaś komuś odpowiedzialną funkcję, którą on wypełnia i w ten sposób pomaga ci osiągnąć twój cel. Bo sukces rzadko kiedy odnosimy w pojedynkę, zazwyczaj są osoby, które nam w tym pomagają – zwróć uwagę, że na galach wręczenia nagród zwycięzcy dziękują wielu osobom, które się przyczyniły do ich sukcesu. Dlatego planując realizację celu, pamiętaj o tym, żeby był mierzalny, osadzony w czasie itp., ale też żeby to wszystko rozpracować taktycznie. Czyli przygotuj się na wszelkie wymówki, zrób plan, zaangażuj do niego inne osoby i zabierz się do działania!

Odpowiedzialność za siebie

Czy zastanawiałaś się nad tym, czym jest regularny trening? To nie tylko praca nad piękną sylwetką, czyli rzeźbienie ciała. Tak naprawdę to całościowa praca nad sobą. Nad ciałem i nad umysłem. Z każdym treningiem rozwijasz następny filar poczucia własnej wartości – odpowiedzialności. A to przekłada się na inne sfery życia. Bo jak mogę być odpowiedzialny za rodzinę, za pracę, jeśli nie będę odpowiedzialny za siebie? Zawsze musimy zacząć od siebie.

Ktoś mądry powiedział kiedyś: „Jeśli nie wiesz, dokąd zmierzasz, nie możesz zaplanować trasy”. I ja się z tym zgadzam – jeśli umiesz świadomie podążać do celu, to znaczy, że działasz w sposób odpowiedzialny, a jeśli nie wiesz, dokąd zmierzasz i nie znasz trasy, to nie możesz sprawdzać, w jakim punkcie swojej drogi jesteś. Czyli obierz cel i go później stopniowo weryfikuj. Pamiętaj jednak, żeby zachować właściwą optykę patrzenia na swoje działania – staraj się mieć na oku główny cel, ale w danym momencie patrz tylko na najbliższy krok. Jeśli masz do przebiegnięcia kilkadziesiąt kilometrów, nie myśl o tym, jak wiele ci jeszcze zostało, bo możesz się wtedy zdeprymować – skup się na tym, że musisz na razie zrobić jedną pętlę, a potem, że jeszcze jedną. Czyli innymi słowy – rozbij sobie cel główny na mniejsze cele. Tak naprawdę te baby steps najpewniej zaprowadzą cię do sukcesu.

Rozgrzewka

5 minut (podskoki, pajacyki, przeskoki i bieg w miejscu). Trening wykonuj w systemie 27... 21... 15... 9... (wszystko po 27 minut, później najlepiej bez przerwy po 21 minut itd. Ćwiczenia wykonuj jak najszybciej z zachowaniem techniki).

Częstotliwość: powtarzaj 3–4 razy w tygodniu.

Ćwiczenie 1: przysiady

fot. Jacek Heliasz, materiały prasowe fot. Jacek Heliasz, materiały prasowe

Pozycja wyjściowa: nogi na szerokość bioder.

Ruch: stopniowe obniżanie ciała z przesunięciem bioder do tyłu, do momentu, aż uda będą ustawione równolegle do podłoża, po czym powrót do wyprostu.

Ćwiczenie 2: mięśnie pośladków

fot. Jacek Heliasz, materiały prasowe fot. Jacek Heliasz, materiały prasowe

Pozycja wyjściowa: klęk podparty.

Ruch: wymach jednej nogi w górę, palce u stóp obciągnięte, następnie zmiana nogi.

Ćwiczenie 3: wykrok w przód

fot. Jacek Heliasz, materiały prasowe fot. Jacek Heliasz, materiały prasowe

Pozycja wyjściowa: lekki rozkrok.

Ruch: wykrok lewą nogą w przód z ugięciem obu kolan, tak aby kolano nogi wykrocznej nie przechodziło osi palców stopy, kąty w obu kolanach około 90 stopni, po czym powrót do pozycji.

Ćwiczenia na umysł

Przygotuj listę 10 wymówek, które najczęściej cię zniechęcają do treningu. Co ci przeszkadza? Z jakiego powodu sobie odpuszczasz?

Przy każdej wymówce wypisz rozwiązanie, które pomoże ci ją następnym razem zneutralizować, np. „zła pogoda” – „mogę poćwiczyć na siłowni lub w domu”, „za gorąco” – „wezmę więcej wody, będę biegać w cieniu” itp. Pamiętaj, że z czasem lista wymówek może ewoluować – będą pojawiać się nowe, ale ty za każdym razem staraj się znaleźć nowe rozwiązania. Najważniejsze, że zaczniesz obserwować siebie i swój dialog wewnętrzny.

Zobacz trzeci odcinek serii „Trzymiesięczny trening” – o tym jak sport kształtuje charakter:

  1. Psychologia

Trudniej, czyli łatwiej. O pożytkach z przeciwności

Bez życiowych trudności nasze życie pozbawione byłoby smaku.(Fot. iStock)
Bez życiowych trudności nasze życie pozbawione byłoby smaku.(Fot. iStock)
Czy rzeczywiście potrzebujemy nieustannego podnoszenia poprzeczki, trudnych wyzwań, przeszkód, a nawet traum, żeby się uczyć, rozwijać, osiągać siłę i dojrzałość? Czy miał rację Nietzsche, pisząc: co mnie nie zabija, czyni mnie silniejszym? Tak, ale…

Kiedy trener tenisa każe mi stawiać kroczki odstawno-dostawne, zżymam się: „Czy nie prościej po prostu podbiec do piłki normalnym krokiem?”. A on na to: „Najpierw musi być trudniej, żeby potem było łatwiej”. To prawda. W nauce tenisa – i nie tylko – nie ma innej drogi. A w pozostałych przypadkach? Duchowi mędrcy przekonują, że tak naprawdę rozwija nas tylko to, co trudne. Potwierdza to wiele badań psychologicznych. Bezsprzecznie nasze osiągnięcia, postawy, hart ducha zależą od zmagań z tym, co niełatwe. Ale słowa Nietzschego nie są prawdziwe w każdej sytuacji. Na pewno nie sprawdzają się w momentach bezpośredniego zagrożenia życia, gdy jesteśmy świadkami ciężkich wypadków, ofiarami gwałtów, przemocy. U ludzi doświadczających takich przeżyć rozwija się często zaburzenie zwane zespołem stresu pourazowego (PTSD). Ostatnie badania nie pozostawiają cienia wątpliwości – nadmierny stres wywołuje depresje, zaburzenia lękowe, choroby układu krążenia. Z drugiej jednak strony – nie da się uniknąć nieszczęść. Trzeba więc nie tylko nauczyć się radzić sobie z życiowymi trudnościami, ale także umieć dostrzec w nich szansę.

Małgorzata Skoneczna, lat 45, kiedyś nauczycielka matematyki, teraz bizneswoman, matka trzech synów: – Cztery lata temu nagle mój świat zawalił się jak domek z kart. Dosłownie i w przenośni. Tamtej nocy, gdy mąż poczuł swąd palonego drewna, zdążyliśmy tylko wyskoczyć z łóżek. Ogień w mgnieniu oka objął cały dom. Kiedy dzieci były już na zewnątrz, przez moment zawahałam się: a może spróbować zabrać coś ważnego i cennego, dokumenty, biżuterię, parę ważnych książek, jakieś ubrania? Stanęłam jak wryta, nie umiałam podjąć decyzji, odwróciłam się na pięcie i wybiegłam. Mąż wrócił, niestety. Zanim strażacy go wydostali, poparzył się tak dotkliwie, że do dzisiaj ma niedowład lewej ręki. Nic nie udało się uratować, a dom nie był ubezpieczony. Zostaliśmy nie tylko bez dachu nad głową, ale także bez poczucia bezpieczeństwa i nadziei, że zdołamy się podnieść. Rozpaczałam, byłam zdołowana, przerażona. Ale trzeba było zająć się dziećmi, na nowo organizować sobie życie. W pierwszym okresie bardzo pomogli nam przyjaciele i rodzina. Mąż przez pół roku dochodził do zdrowia, więc musiałam wziąć sprawy w swoje ręce. Po wakacjach nie wróciłam do pracy w szkole, zatrudniłam się w biurze rachunkowym. Rok później otworzyłam swoje. Szło mi na tyle dobrze, że mogłam wziąć kredyt i rozpocząć budowę domu. Po dwóch następnych latach – już w nim zamieszkaliśmy. Firma, którą prowadzimy teraz razem z mężem, mimo kryzysu bardzo dobrze prosperuje. Gdyby nie piekło, przez które przeszliśmy, nigdy nie odważylibyśmy się zmienić pracy (mąż był urzędnikiem), założyć swojego biznesu. To potworne doświadczenie bardzo scementowało naszą rodzinę, pokazało, co tak naprawdę w życiu jest ważne. Od tamtej pory nic nie jest dla mnie straszne, wiem, że zawsze dam sobie radę.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło

Doświadczenie Małgorzaty dowodzi, że ciężkie przeżycia mogą mieć także pozytywne skutki, psychologia nazywa je „rozwojem pourazowym”. Badania osób, które zostały dotknięte przez nieszczęścia, pokazały, że choć tragedie wyniszczają, to w rezultacie mogą wyjść ludziom na dobre.

Jonathan Haidt, profesor psychologii na Uniwersytecie w Wirginii, w książce „Szczęście” pisze o trzech rodzajach korzyści płynących z trudnych doświadczeń, tych samych, o których mówi Małgorzata. Pierwsza korzyść jest dla wszystkich zaskakująca. Bo oto sobie poradziłam! Stać mnie na to! Choć wcześniej myślałam, że nie przeżyłabym spalenia domu, choroby męża, zwolnienia z pracy, okazuje się, że gdy przyjdzie mi mierzyć się z tymi przeżyciami, daję radę. Jedną z najważniejszych lekcji, jaką ludzie wynoszą z takich doświadczeń, jest wiedza, że są dużo silniejsi, niż się spodziewali. Ta świadomość własnej siły dodaje im pewności siebie, dzięki czemu lepiej radzą sobie z następnymi wyzwaniami i dużo szybciej odzyskują równowagę niż inni. Przede wszystkim dlatego, że już to przetrenowali.

Drugi rodzaj korzyści płynących z trudnych przeżyć to spektakularny sprawdzian jakości naszych relacji. Trudności działają bowiem niczym filtr naszych związków z ludźmi. Jedni w takich sytuacjach się sprawdzają, inni nie. Małgorzacie pomogli przyjaciele, rodzina, ale część znajomych nagle przestała się do niej przyznawać. I niekoniecznie dlatego, że są nieczuli, źli. Czasem ludzie nie wiedzą, jak się zachować, albo nie potrafią poradzić sobie z własnym dyskomfortem.

Trzeci pożytek z przeżycia trudnych chwil to zmiana, czasem diametralna, naszego systemu wartości, filozofii życia. Przestajemy wtedy zabiegać aż tak bardzo o materialną stronę życia, martwić się na zapas, a zaczynamy cieszyć się każdym dniem, doceniać innych, a nawet stajemy się hojni i łagodni. Wszyscy słyszeliśmy o ludziach, którzy przeżyli nawrócenie moralne po tym, jak otarli się o śmierć. Ci, którzy wygrali walkę z rakiem, określają chorobę jako sygnał alarmowy, punkt zwrotny, dzięki któremu uświadamiają sobie, że są śmiertelni, że życie jest darem. Gdyby nie owo „zło”, nie byłoby zmiany na lepsze. Zauważył to już sam Szekspir w „Jak wam się podoba”: „Miłe pożytki ma w sobie przeciwność: jest jak ropucha szpetna, jadowita, a jednak klejnot świeci nad jej czołem”.

Jaka powinna być owa przeciwność, żeby efekty świeciły potem jak klejnot? Słaba czy mocna? Dyskomfortowa tylko czy aż traumatyczna? Ile wziąć na plecy, żeby się nie złamać?

Wśród psychologów długo nie było co do tego zgodności. Jedni twierdzili, że tylko umiarkowana trudność, czyli mały stres, może działać stymulująco. Inni uważali, że ludzie muszą doświadczać mocnych wyzwań, żeby się rozwijać, a pewien stopień rozwoju osobistego jest osiągalny wyłącznie dla tych, którzy doznali wielkiego nieszczęścia i sobie z nim poradzili.

Jeśli prawdziwa byłaby druga wersja, oznaczałoby to, że powinniśmy częściej podejmować ryzyko i doznawać porażek. A także – że musimy wyzbyć się nadopiekuńczości wobec dzieci, bo w ten sposób nie tylko je rozleniwiamy, ale przede wszystkim pozbawiamy owych „zdarzeń krytycznych”, które pomagają im wyrosnąć na silne osoby. Okazuje się, że to jednak nie takie proste. Jak wykazał psycholog Dan McAdams, wszystko zależy od człowieka, jego cech osobowości, takich jak: neurotyczność, ekstrawertyczność (introwertyczność), otwartość na doświadczenia, ugodowość. Od tego, jak adaptuje się w nowych sytuacjach, jakie włącza wtedy mechanizmy obronne, jakimi kieruje się wartościami, przekonaniami. I po trzecie – od swojej historii życia, którą tworzymy, świadomie lub nieświadomie, interpretując własne zachowania, wysłuchując opinii innych na swój temat.

Wszystkie te trzy poziomy wzajemnie się przenikają, tworząc miks odpowiedzialny za reakcję na trudność czy cierpienie. Inaczej na przykład zareaguje ekstrawertyk (szybciej zaadaptuje się do trudności) niż introwertyk. Inaczej optymista, który skupia się na jasnych stronach życia i szuka dobrego we wszystkim, co go spotyka. Optymiści zakładają, że ich wysiłki przyniosą pożądane skutki, więc natychmiast zakasują rękawy i biorą się do pracy. Jeśli nawet im się nie powiedzie, to i tak są przekonani, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Z kolei osoby dorastające we wspierającej rodzinie częściej niż te z rodzin toksycznych przekuwają osobiste kryzysy w zdarzenia pozytywne, na przykład niesienie pomocy innym.

Wyrzucić z siebie to, co boli

Traumatyczne przeżycia rozbijają nasz system wartości, odbierają poczucie sensu życia. Ale zaraz potem zmuszają do prób złożenia rozsypanych części w całość. I wtedy zastanawiamy się nad sobą i swoim życiem, szukamy pomocy w psychoterapii, odwołujemy się do Boga. Dlatego, gdy już się podniesiemy, mamy poczucie, że zmieniliśmy się na lepsze.

Amerykański psycholog James Pennebaker wykazał, że psychologiczne skutki nieszczęść zależą nie od tego, jak owe zdarzenia były ciężkie, ale od naszej postawy po ich zaistnieniu. Przeprowadził badanie polegające na tym, że ludzie z jednej grupy mieli za zadanie opisywać (po 15 minut przez cztery dni) najbardziej traumatyczne doświadczenie swojego życia, a w drugiej opisywali w tym samym czasie obojętne wydarzenia, na przykład typowy dzień. Przez rok Pennebaker śledził ich zdrowie. I co się okazało? Że ludzie z grupy opisującej swoje traumy zdecydowanie rzadziej odwiedzali gabinety lekarskie i trafiali do szpitala. Co więcej, u tych, którzy wnikliwie opisywali swoje przeżycia, próbując zrozumieć to, co się stało, zaobserwowano nawet poprawę stanu zdrowia!

W późniejszych badaniach Pennebaker poprosił ludzi, aby wyrażali swoje uczucia poprzez taniec lub śpiew. Te formy ekspresji nie przynosiły jednak korzystnych skutków. Dlatego wniosek z jego badań jest jeden: Jeżeli chcemy uwolnić się od traumy, zamknąć bolesny rozdział życia – musimy to z siebie wyrzucić za pomocą słów. Możemy rozmawiać o tym z kimś nam przyjaznym albo na ten temat pisać, psycholog zaleca 15 minut dziennie przez kilkanaście dni. Nie wolno przy tym cenzurować siebie, przejmować się gramatyką, stylistyką czy ortografią. Wystarczy po prostu pisać. O tym, co się wydarzyło, o swoich emocjach i uczuciach i dlaczego ich doświadczamy. Można też nagrywać swoją opowieść albo mówić samemu do siebie. Najważniejsze, żeby ujawnić swoje myśli i uczucia bez prób ich porządkowania, po jakimś czasie same ułożą się w spójną całość. Pennebaker uważa, że każdy z nas może doświadczyć pozytywnych skutków nieszczęść, jednak pod kilkoma warunkami. Po pierwsze, zanim jeszcze spotka nas coś złego, powinniśmy zmienić sposób interpretacji tego, co nam się przydarza (badacz optymizmu Martin E.P. Seligman nazywa to „stylem wyjaśniania”). Czyli zauważać w każdym zdarzeniu to, co dobre, kierować myśli na to, co pozytywne (psychologowie zapewniają, że można się tego nauczyć!). Po drugie, pielęgnować relacje z ludźmi. Bliscy potrafią słuchać, mówią szczerze, co myślą, a to pomaga zrozumieć sens bolesnych przeżyć. Po trzecie, to propozycja dla wierzących i otwartych na duchowość, szukać wsparcia w religiach, filozofiach, praktykach duchowych. Niektórym ludziom tylko wiara pomaga odnaleźć sens w najtrudniejszych chwilach życia.

Wszystko w swoim czasie

Badania pokazują, że pożytki z przeciwności losu są różne w zależności od momentu życia, w jakim tych zdarzeń doświadczamy. Jeżeli przytrafiają się we wczesnym dzieciństwie, to dobrych rezultatów na ogół nie przynoszą. Z drugiej jednak strony – maluchy są zdumiewająco odporne na jednorazowe trudne doświadczenia, które destrukcyjnie działają dopiero wtedy, gdy są przewlekłe. Natomiast z całą pewnością nie wyrządzają dzieciom krzywdy niepowodzenia, porażki, trudności, które trzeba przezwyciężać na co dzień. Co więcej – takie doświadczenia są najlepszym nauczycielem! Dzieci potrzebują wielu niepowodzeń, żeby się przekonać, że osiągnięcie sukcesu wymaga ciężkiej pracy i wytrwałości.

Psychologowie są zgodni co do tego, że najmłodszych trzeba chronić przed traumami, ale nie przed codziennymi obowiązkami. Tymczasem wielu rodziców robi dokładnie odwrotnie – funduje swoim pociechom obowiązki ponad siły (obciążające kursy, treningi), a wyręcza w codziennych czynnościach (karmi, ubiera, myje, sznuruje buty) albo „podkłada się” w czasie gier i zabaw. A wszystko po to, aby im ulżyć i je rozweselić, „bo one takie zmęczone, smutne, znudzone”. To poważny błąd – twierdzą psychologowie.

O tym, jak ważne dla rozwoju dziecka są obowiązki i trudne wyzwania, świadczą doświadczenia dzieci z rodzin dwujęzycznych. Gosia Dobrowolska, aktorka od 30 lat mieszkająca w Australii, podkreśla, że wychowuje już drugie dwujęzyczne pokolenie. Do wnucząt (podobnie jak kiedyś do córki) mówi tylko po polsku. – Dla małych dzieci to wprost nieocenione doświadczenie – twierdzi. – W sposób fenomenalny rozwija mózg, ćwiczy także narządy mowy, które po takim treningu nie mają problemów z artykulacją innych języków. Ale na początku nie jest to łatwe – i dla dziecka, i dla rodziców. Z całą pewnością jednak warto przejść tę drogę. Ja nawet uważam, że trud wychowywania w dwóch językach to największy dar, jaki można dziecku ofiarować.

A jak trudności wpływają na młodych ludzi? Jak pokazują badania, w tym wieku nawet bardzo bolesne przeżycia summa summarum przynoszą więcej pożytku niż szkody. Amerykański socjolog Glen Elder badał, jak ludzie radzili sobie po traumatycznych przeżyciach (wojny, ciężkie kryzysy). I co się okazało? Że przeciwności losu (zwłaszcza te, które młodzi ludzie przezwyciężali) miały najbardziej dobroczynny wpływ na osoby w wieku między 15. a 25. rokiem życia. Starsi w dużo mniejszym stopniu wykorzystywali takie przeżycia do osobistego rozwoju. Co o tym decydowało? Między innymi siła relacji – młodzież o wiele bardziej niż starsi trzyma się razem, dzieli przeżyciami. Elder podkreśla, że bolesne doświadczenia uczyniły wielu młodych ludzi, zwłaszcza tych, którzy pokonali poważne trudności życiowe w wieku dwudziestu kilku lat, silniejszymi, lepszymi, a nawet szczęśliwszymi.

Badacze wpływu trudnych przeżyć na nasze życie dowodzą, że do tego, żeby przyniosły one dobroczynne skutki, muszą zostać spełnione określone warunki. Otóż powinny przytrafić się we właściwym czasie (najlepiej we wczesnej dorosłości), właściwym osobom (tym, które dysponują umiejętnościami społecznymi, optymistom) i w odpowiedniej dawce (zbyt silna trauma może spowodować zespół stresu pourazowego). Żaden psycholog nie stworzył jednak przepisu na idealne życie ze starannie zaplanowanymi przeciwnościami losu, które miałyby pozytywny wpływ na każdego człowieka.

Boris Cyrulnik, neuropsychiatra z Uniwersytetu w Tulonie, twierdzi, że cierpienie i przyjemność to dwie strony tego samego medalu. Jedno napędza drugie – kiedy spotyka nas nieszczęście, marzymy o szczęściu. Kiedy jednak je osiągamy, szukamy nowych wyzwań, wpędzając się w kolejne nieszczęścia. W świetnej książce „O ciele i duszy” pyta: Czy moglibyśmy kochać, gdybyśmy nie cierpieli? Czy szukalibyśmy bezpieczeństwa, nie zaznawszy lęku i uczuciowej straty? To prawda – bez życiowych trudności nasze życie pozbawione byłoby smaku.

  1. Psychologia

Jak zachęcić dziecko do nauki?

Dlaczego dzieci nie chcą się uczyć? Zwykle barkuje im odpowiedniej motywacji. (fot. iStock)
Dlaczego dzieci nie chcą się uczyć? Zwykle barkuje im odpowiedniej motywacji. (fot. iStock)
Można dziecko zmusić, żeby siedziało przy biurku, żeby wpatrywało się godzinami w podręcznik czy nawet żeby odrobiło lekcje, ale do nauki – nigdy. Maluch czy nastolatek będzie się pilnie uczyć tylko wtedy, gdy będzie mu to sprawiać przyjemność, gdy ta potrzeba zakotwiczy się na poziomie automotywacji. Jak zatem zachęcić dziecko do nauki?

Dlaczego dzieci nie chcą się uczyć? Otóż wcale nie dlatego, że są leniwe czy mało pojętne. Przyczyn należy szukać w ich otoczeniu, a bardziej  konkretnie – w postawie dorosłych. Każde dziecko ma naturalną potrzebę zdobywania wiedzy. Rola rodzica polega tylko na tym, żeby go do tego nie zniechęcać. Oto wskazówki, które pomogą zachęcić dziecko do nauki:

Traktuj naukę dziecka jako rzecz świętą

Nie przerywaj mu, nie wołaj do telefonu, wyłącz wszelkie źródła dźwięku. Możesz mówić, że: dajesz mu kanapki z rybą, że musi spać dziewięć godzin, być dotleniony itp., żeby mógł się lepiej skoncentrować w szkole. Niech dziecko widzi, że traktujesz to bardzo poważnie.

Wprowadź zasadę, że wszystkie dzieci uczą się w tym samym czasie

Niech żadne wtedy nie ogląda telewizji i nie gra na komputerze, a telefony najlepiej jeśli zostaną wyciszone. To podstawowy błąd rodziców: pozwolić, by jedno z dzieci się bawiło, gdy drugie się uczy.

Pokaż mu, jak bardzo cenisz rozwijanie pasji

Samodzielnie napisany referat, research w książkach i internecie, zrobienie makiety – takie działania przyniosą dziecku więcej korzyści i satysfakcji niż przesiedzenie ośmiu lekcji w szkole.

W dni wolne staraj się rozszerzać wiedzę dziecka

Daj mu okazję, żeby błysnęło w domu tym, czego się nauczyło w szkole. Zabierz je do muzeum (nawet wirtualnie). Jeśli teraz uczy się o skałach, niech to będzie Muzeum Ziemi. Poznaje muzykę Chopina? Wykorzystaj to jako okazję do poznania Żelazowej Woli.

Naucz dziecko traktować naukę jak wyzwanie

Pokazuj mu, jak wartościowe jest robienie czegoś, czego jeszcze nigdy się nie robiło, a co wydaje się trudne. Np. piecz ciasta, które wydają się skomplikowane do zrobienia, rozwiązuj najtrudniejsze krzyżówki.

Wpajaj mu pogląd, że mądrość to coś, nad czym trzeba pracować

Jeśli uważasz, że ludzie po prostu rodzą się inteligentni albo nie, nie licz na to, że twoje dziecko będzie lubiło się uczyć. Po co ma to robić, skoro i tak od tego IQ mu nie wzrośnie?

Oceniając ludzi zmień kryterium

Na kryterium mądrości. „Marek jest bardzo mądry, prawda? Dużo czyta”. Kładź nacisk na wytrwałość, którą widzisz u innych, a nie na efekty.

Chwal dziecko za prawdziwy wysiłek i upór

Nigdy nie szafuj lekko rozdawanymi pochwałami, bo dziecko do nich przywyknie. Nie zachęcaj też dziecka do "oszukiwania" dla uśpienia poczucia winy.

Nie chwal dziecka za byle co, bo zrozumie, że masz niskie oczekiwania i nie cenisz wysiłku

W Europie mamy prawdziwą obsesję na punkcie poczucia wartości i chwalimy dzieci bez opamiętania, za wszystko. Gdy coś im przychodzi łatwo albo zrobiły byle jak i zostaną pochwalone – zniechęcą się do nauki.

Uważaj, jakie bajki czytasz maluchowi

Większość naszych tradycyjnych bajek swoją fabułę opiera na szczęśliwym przypadku, czyli sukces bohatera zależy od ślepego losu. Nie czytaj dziecku, że księżniczkę uwiezioną w wieży uwolnił książę, ale o tym, że przez wiele lat plotła linę z pajęczyny i sama się uwolniła.

Jak najczęściej mów dziecku o swoich błędach

I o tym, jak bardzo pomogły ci się nauczyć czegoś nowego. Wspominaj je z przyjemnością i mów, że były szansą do pokazania twojej wytrwałości.

Podkreślaj sukcesy, zamiast braków

Jeśli dziecko ma ogromne problemy z jednym przedmiotem, zachęć je, by na lodówce pojawiła się kartka: „Co już umiem”. Codziennie przed snem zapiszcie na niej to, czego dziś dziecko się dobrze nauczyło oraz to, w czym już jest kompetentne. Nawet jeśli to będą tylko dwie daty lub cztery słówka czy jedna definicja. Zwróć uwagę dziecka, jak szybko kartka się zapełniała, o ile stał się mądrzejszy przez te kilka dni.

  1. Psychologia

Jak osiągnąć cel? Zmierz się z nawykami!

Wykształcenie sprawdzonych nawyków jest znacznie skuteczniejszą drogą do celu, niż ciągłe wystawianie swojej siły woli na próby. (Ilustracja Getty Images)
Wykształcenie sprawdzonych nawyków jest znacznie skuteczniejszą drogą do celu, niż ciągłe wystawianie swojej siły woli na próby. (Ilustracja Getty Images)
Chcesz realizować marzenia i osiągać zamierzone cele? Uwierz w moc wewnętrznej dyscypliny. Jeśli pozbędziesz się stereotypowych skojarzeń, zmodyfikujesz stare nawyki i wprowadzisz kilka nowych – słowo „niemożliwe” zniknie z twojego słownika.

Marzenie i dyscyplina wydają się od siebie bardzo odległe. No bo co mają ze sobą wspólnego bujanie w obłokach i wojskowy rygor? Nic, dopóki nie postanowisz, że przestajesz marzyć, a zaczynasz spełniać marzenia. Wtedy szybko dostrzeżesz, że jedno bez drugiego nie jest możliwe.

– Dyscyplina często źle nam się kojarzy: z więzieniem, ograniczeniem, nudną powtarzalnością, a przecież dziś chcemy ciągłych zmian i rozrywek – mówi dr Rafał Albiński, psycholog poznawczy z USWPS specjalizujący się m.in. w zagadnieniach związanych z zarządzaniem czasem i zwlekaniem. – Ale to właśnie ona pozwala realizować długoterminowe cele. Podnosi poczucie własnej wartości i sprawstwa. Dzięki niej czujemy, że mamy kontrolę nad własnym życiem. A co za tym idzie, jesteśmy szczęśliwsi.

Walka o marzenie

W 2013 roku po czwartej nieudanej próbie 64-letnia Amerykanka Diana Nyad ponownie stanęła na przystani w Hawanie, szykując się do pokonania wpław 177 kilometrów dzielących Kubę od Florydy. Chociaż współpracujący z nią lekarze i trenerzy twierdzili, że nie może jej się udać, Diana zdecydowała się jeszcze raz zawalczyć o realizację swojego marzenia. Diana 38 godzin po starcie dostrzegła światło na Key West. Wiedziała więc, że przed nią jeszcze 15 godzin w wodzie. „Dla większości pływaków byłoby to dużo, ale nie macie pojęcia, ile 15-godzinnych treningów mam za sobą” – mówiła Nyad na konferencji TED zatytułowanej „Nigdy, przenigdy się nie poddawaj”.

Słuchając jej, trudno nie uwierzyć, jak bardzo marzenia oraz dyscyplina łączą się w całość. Diana opowiada o śpiewaniu w myślach 1000 razy „Imagine” Johna Lennona – co, jak już wielokrotnie sprawdziła, trwa 9 godzin i 45 minut; o halucynacjach – na środku oceanu widziała Tadż Mahal; o masce, która poza tym, że chroniła przed meduzami, raniła wnętrze jej ust, i o wielogodzinnych ćwiczeniach.

Podążanie za marzeniami wcale nie oznacza robienia tego, na co się ma w danej chwili ochotę. Gdybyśmy nie poznali tej historii z jej wszystkimi bolesnymi szczegółami, pewnie mówilibyśmy, że „64-latka miała odwagę”, „wiedziała, czego chce i potrafiła przekonać do tego innych”. Jesteśmy świetni w znajdowaniu przyczyn sukcesu wszędzie, tylko nie w żelaznej dyscyplinie. A gdy nie chce nam się iść na trening czy na stole pojawia się kusząca babeczka, niwecząca naszą kilkutygodniową dietę, potrafimy wytoczyć naprawdę ciężkie działo w stylu: „Jeśli się do tego zmuszam, znaczy, że to nie jest w zgodzie ze mną”.

– Nikt nie kwestionuje tego, że warto żyć w zgodzie ze sobą, tylko zależy, jak to rozumiemy – tłumaczy dr Rafał Albiński. – Czy chodzi o pozwolenie: „Możesz stać tam, gdzie jesteś i nic nie robić, bo tak jest przyjemniej i łatwiej” czy o zachętę: „Osiągaj swoje cele”. Spełniając marzenia, też przecież się realizujemy. Jednak bez kiwnięcia palcem czy poświęcenia czegoś, to się nie uda. Odwiecznym ludzkim pragnieniem jest dochodzenie do wszystkiego bez wysiłku, dlatego szukamy wymówek, by nie podejmować działania. „Życie w zgodzie ze sobą” może być jedną z nich.

Warto uwierzyć w moc dyscypliny, zaakceptować fakt, że bez niej nie da się osiągnąć ważnych celów. Jeśli trudno ci to przełknąć, pomyśl, że utrzymywanie dyscypliny nie musi być takie trudne. Trzeba tylko znaleźć jej sprzymierzeńców, czyli odpowiednie nawyki. Wykształcenie sprawdzonych nawyków jest znacznie skuteczniejszą drogą do celu, niż ciągłe wystawianie swojej siły woli na próby i bezustanne zadawanie sobie pytań: „Czy będzie dla mnie lepiej, jak to zrobię czy jak tego nie zrobię?”. Naukowcy odkryli, że siła woli nie jest niewyczerpana. Porównali ją do mięśnia, który może się zmęczyć, więc należy go trenować z rozsądkiem.

Zabawa z nawykami

Płyną dwie młode rybki i spotykają starszą rybę, która podąża w odwrotnym kierunku i pyta: „Cześć, chłopaki, jaka woda?”. Rybki płyną dalej. Po chwili jedna mówi do drugiej: „Co to, do diabła, jest woda?”. Charles Duhigg przytacza ten żart w książce „Siła nawyku”, by pokazać, że często nawet nie zdajemy sobie sprawy z istnienia nawyków. Wypełniają nasze życie, bo mózg bezwzględnie dąży do przekształcenia w nie każdą rutynową czynność. Dzięki temu nie musimy za każdym razem zastanawiać się, jak zrobić kanapkę, prowadzić samochód czy wziąć prysznic, i możemy skoncentrować się na ważniejszych sprawach.

Załóżmy więc, że twoim marzeniem jest schudnięcie. Jeśli od rana do wieczora walczysz ze sobą: rezygnujesz z obfitego śniadania, zmuszasz się do ćwiczeń na siłowni czy powrotu pieszo z pracy, prawdopodobnie wkrótce porzucisz swój plan. Lepiej wypracować jeden silny nawyk, np. biegania po powrocie z pracy. Na początku będzie trudno, ale jeśli wytrwasz w dyscyplinie, po miesiącu niemal automatycznie przebierzesz się w dres, nie wystawiając na próbę swojej silnej woli – warto ją zachować na wypadek niespodzianki, np. koleżanki, która wpadnie z pączkami.

Łatwo powiedzieć, ale jak dotrwać do końca tego pierwszego miesiąca? Każdy z nas chętnie poznałby tajemną formułę. „Problem polega jednak na tym, że nie istnieje jedna formuła zmiany nawyków. Istnieją ich tysiące” – pisze Charles Duhigg. Żeby znaleźć tę dla siebie, trzeba poznać dwa fakty o nawykach.

Po pierwsze, cykl utrwalania nawyku zawsze jest taki sam: wskazówka – działanie – nagroda. Po drugie, możesz tworzyć nowe nawyki, ale nie zlikwidujesz starych. Jesteś w stanie jedynie zamieniać je na inne, lepsze dla ciebie, pozostawiając starą wskazówkę i starą nagrodę. W tym celu musisz zidentyfikować wskazówkę, czyli odkryć, dlaczego mózg wysyła sygnał „zjedz coś słodkiego”. Dobrą metodą jest zapisywanie, kiedy sięgasz po słodycze, w jakich okolicznościach, w czyim towarzystwie, co czujesz i co się wydarzyło kilka minut wcześniej. Szybko wyłoni się schemat, np. że zawsze jesz cukierka lub kawałek czekolady po zebraniu z szefem. Wtedy czas się dowiedzieć, co ci to daje, czyli jaka jest nagroda. Duhigg radzi szukać jej, eksperymentując: po pojawieniu się wskazówki, spróbuj zrobić coś innego niż zwykle, np. po zebraniu zjedz jabłko. Jeśli po 15 minutach nadal masz ochotę na słodycze, szukaj dalej. Po wyjściu z zebrania, zanim wróciłaś do obowiązków, pożartowałaś z kolegą i poczułaś się zrelaksowana, a kwadrans później nie chciałaś już jeść czekolady? Bingo! Właśnie odkryłaś swoją nagrodę. Chodziło o obniżenie poziomu stresu. Teraz w miejsce starego nawyku wstawisz nowy, czyli np. po zebraniu z szefem chwilę pożartujesz z kolegami. Tworzenie zupełnie nowego nawyku jest łatwiejsze, bo świadomie sama określasz wskazówkę i nagrodę. Im bardziej precyzyjnie, tym lepiej, np. kiedy zadzwoni budzik, od razu wstanę z łóżka, wyjdę z domu i pół godziny pobiegam, a po powrocie będę mieć pół godziny na czytanie gazety.

Wprowadzając w życie nowe nawyki, krok po kroku zbliżysz się do upragnionego celu. Po drodze z pewnością zdarzą ci się porażki: lekkomyślnie wydasz pieniądze, opuścisz trening, zjesz górę ciastek, ale jak powiedziała Diana Nyad: „Nikt nie przeszedł przez życie bez złamanego serca i niepokoju, ale jeśli ufasz i masz wiarę, że możesz upaść i się podnieść, wierzysz w wytrwałość – wspaniałą ludzką cechę, to znajdziesz drogę”.

Instrukcja obsługi nawyków

Wprowadzając nowy nawyk, nie działaj pochopnie. Zastanów się „Czy to jest to, o co mi chodzi?”, „Czy do tego dążę?”, „Czy to jest dla mnie dobre?”, „Czy to jest dla mnie wykonalne?”. Zadawanie sobie tych pytań dopiero, kiedy pojawi się pokusa, by wybrać bezczynność zamiast działania, rzadko przynosi wartościową odpowiedź.

Szukaj tzw. nawyków kluczowych, czyli takich, które niczym kula śnieżna pociągną za sobą lawinę zmian. Jeśli np. chcesz poprawić swoją kondycję, nawykiem kluczowym może być wstawanie godzinę wcześniej niż zwykle. Dzięki temu znajdzie się czas na ćwiczenia i przygotowanie zdrowego posiłku do pracy. To z kolei pomoże ci zerwać ze śmieciowym jedzeniem.

Jeśli kusi cię, żeby sobie odpuścić i np. zrobić przerwę w ćwiczeniach, zadaj sobie pytanie: „Czy rzeczywiście potrzebuję dnia odpoczynku od treningu, żeby zregenerować organizm, czy tylko mam ochotę na ten odpoczynek?”. – Jest też teoria, która mówi, że w takich chwilach trzeba wybierać to, czego najbardziej nam się nie chce – tłumaczy dr Rafał Albiński.

  1. Psychologia

Czy masz odwagę zmieniać swój charakter? Dlaczego warto to robić?

Nasze cechy charakteru nie muszą być wyznacznikiem na całe życie. Warto pracować nad ich zmianą, jeśli jest nam ze sobą niewygodnie. (fot. iStock)
Nasze cechy charakteru nie muszą być wyznacznikiem na całe życie. Warto pracować nad ich zmianą, jeśli jest nam ze sobą niewygodnie. (fot. iStock)
Nie bój się porzucić człowieka, którym jesteś, na rzecz człowieka, którym chcesz być. To ukoronowanie skutecznego działania.

Magda ma 29 lat, jest z wykształcenia filologiem, pracuje w firmie importującej środki chemiczne. – Rok temu spotkałam kolegę z liceum – opowiada. – To był zawsze taki typ clowna – leń i zgrywus. Tymczasem teraz robi doktorat, ożenił się, buduje dom. Nie mogłam uwierzyć, że to ten sam człowiek. Co się stało ze „starym” Piotrem albo raczej: skąd się nagle wziął ten nowy? Dało mi to do myślenia, a wręcz wytrąciło mnie z równowagi. Ja też tak chcę!

Kto powiedział, że całe życie masz być tą samą osobą? Coś ci się w sobie nie podoba, zmieniaj się do woli! Zwłaszcza jeśli zmiana ma dotyczyć złych nawyków, które utrudniają ci życie. Pomyśl: skąd pewność, że właśnie teraz jesteś prawdziwą sobą, może musisz ją dopiero odkryć…?

Jaka jesteś? - Często mylimy prawdę o sobie z wymyślonym wizerunkiem

Zacznij od tego, kim jesteś dziś. Z wymienionych poniżej określeń wybierz i zakreśl kluczowe cechy swojego charakteru: miła, ładna, mądra, przyjacielska, rozsądna, punktualna, pracowita, prawdomówna.

To, co przed chwilą zrobiłaś, to nie jest twój portret, tylko twoja wizja samej siebie. Nie jesteś taka, ty tylko tak siebie widzisz. Nauczyłaś się i przyzwyczaiłaś tak siebie postrzegać. Te cechy automatycznie z siebie wydobywasz, jesteś biegła w ich używaniu. Tak o sobie myślisz, ale czy wiesz, na ile jest to zgodne z prawdą? Każdy z nas – w zależności od wypadkowej wielu zmiennych w rodzaju: okoliczności, bieżących rezerw psychicznych, kondycji fizycznej i zdrowotnej, aktualnego paradygmatu postrzegania sytuacji, siły motywacji – wykazuje najróżniejsze cechy, czasem nawet takie, których w ogóle nie kojarzy ze sobą, jak: agresja, zrzędliwość, upór, złośliwość, egoizm.

Magda: – Do siebie nie ma człowiek takiego dystansu, ale patrzyłam kiedyś na mojego męża. Kiedy ma umyć samochód, to aż kipi energią. Jest taki zorganizowany i pełen wigoru. Lubi o sobie mówić, że niczego nie zostawia na ostatnią chwilę, i rzeczywiście nie zostawia.

Mąż Magdy wyraźnie unaocznia psychologiczną prawdę: Jesteś taki, jaki myślisz, że jesteś. Zachowujesz się zgodnie z wizją siebie samego. W każdym jest wszystko: odwaga i tchórzostwo, pewność siebie i nieśmiałość, wrażliwość i grubiaństwo. To od nas zależy, na co nastawimy reflektor własnej uwagi. Cechy, na których się skupiamy, silniej wykształcamy, czyniąc z nich filary postrzegania siebie, a inne „leżą odłogiem”. Niektórych używamy nawykowo, innych bardzo rzadko. Dlatego, jeśli chcesz być szczęśliwa, nie blokuj się myślą, że pewne cechy są ci dane, wdrukowane, trwale zaszczepione. Ludzie się zmieniają. Jaskrawym przykładem jest realizacja roli ojca. W pierwszej relacji z dzieckiem mężczyzna może być archetypem złego rodzica, podczas gdy w nowej relacji z kolejnym dzieckiem staje się nagle mądrze kochającym ojcem. Mówimy, że ludzie się zmieniają, ale w rzeczywistości chodzi o to, że przeformatowali wizję samych siebie. Jeśli zgadzasz się z poglądem, że człowiek nie musi być całe życie uwięziony w jednej osobowości, że ma prawo porzucić swoją starą wersję dla nowej, lepszej – możesz zrobić kolejny krok.

Porzuć swoją starą wersję i stań się tym, kim chcesz

– Moim wielkim życiowym celem jest poprawa relacji z bratem – stwierdza Magda. – Dręczę się tym od lat, ale do tej pory nie umiałam ruszyć z miejsca. Grzebałam się wciąż w przyczynach tego stanu rzeczy, w urazach i próbach zmiany zachowania brata. Wiedziałam, oczywiście, że sporo winy jest po mojej stronie, w końcu zrozumiałam, że zmiana musi zacząć się ode mnie. No dobrze, tylko od czego zacząć?

Z perspektywy skutecznego działania droga do zmiany osobowości wiedzie poprzez twój osobisty cel. W przypadku Magdy wizja jest jasna: dobre relacje z bratem. Ty, jeśli już umiesz odróżniać wizje od toksycznych fantazji, wybierz jedną, najbliższą ci dziś wizję. Co byś chciała skutecznie zrealizować w swoim życiu? Wybierz jedną rzecz. Teraz następny krok: zapomnij, że ten cel dotyczy ciebie. Stań z boku i odpowiedz na pytanie: Jaka osoba może to osiągnąć? Zachowaj się jak pracodawca czy dyrektor castingu. Osoby o jakich cechach szukasz? Potraktuj ten problem abstrakcyjnie i wypisz te cechy. W ten sposób stworzysz portret psychologiczny osoby, która bez trudu osiągnie cel, który wybrałaś.

Magda: – Po zadaniu sobie pytania, kto skutecznie poprawi relacje z bratem, wypisałam: „ktoś tolerancyjny, nieoceniający, ale słuchający; ktoś, kto pierwszy podejmuje kontakt; ktoś, kto w ogóle wie, w jakiej rzeczywistości żyje jego brat; ktoś umiejący zamknąć za sobą drzwi przeszłości; ktoś chwalący się bratem, chętnie pokazujący go znajomym; ktoś lubiący i akceptujący ważne dla niego sprawy”.

Kiedy przestajesz myśleć w kategorii: „co JA muszę zrobić”, a zaczynasz zadawać sobie pytanie: „Co TRZEBA zrobić?”, od razu widzisz, czego do tej pory zaniechałaś.
Kolejny krok to hierarchizacja. Wybierz jedną, twoim zdaniem kluczową, cechę, która skutecznie umożliwi realizację wyznaczonego celu. Ponownie zapomnij o sobie. Myśl abstrakcyjne o problemie, a nie o swoim przypadku. Jakie konkretne zachowania trzeba podjąć, żeby w sobie tę cechę rozwinąć? Nie jest ci potrzebna żadna fachowa wiedza. Ty to wiesz. Wyobraź sobie, że chcesz wychować dziecko, żeby wyraźnie tę cechę manifestowało.

Magda: – Cecha, która według mnie jest bardzo pożądana w relacjach z tak trudnym i tak nieodpowiedzialnym człowiekiem jak mój brat, to tolerancja. Co bym robiła, gdybym u kogoś miała rozwinąć tolerancję? Starałabym się, by poznawał kultury i religie inne niż moja. Poszerzyłabym jego środowisko społeczne o ludzi, z którymi do tej pory się nie zadawał. Sprawiłabym, by słuchał zamiast mówić. Pytał, dlaczego, a nie mówił, że to głupie. Oglądał filmy, czytał książki, nie odrzucał czegoś tylko dlatego, że to nie jego klimaty. Zainteresował się czymś kompletnie nowym. Potem przełożyłam to na swój przykład. Zaczęłam od tego, że kupiłam pismo na temat motorów i je przeczytałam od deski do deski.

Zmiana jednej cechy charakteru może przynieść ogromne korzyści

Mimo że jeszcze długa droga przed tobą, jeśli teraz zaczniesz powoli robić coś, aby wypielęgnować w sobie jedną wybraną cechę, to z czasem wyraźnie przełoży się to na realizację celu.

Magda: – Przez lata przerażała mnie myśl: „Muszę wreszcie naprawić kontakty z bratem”. To mnie przytłaczało. Skupiłam się na podniesieniu u siebie poziomu tolerancji i dobre relacje przyszły same. Po prostu idąc do brata, nie odczuwam już żadnego napięcia. Jest dziś u nas w domu częstym gościem. To może dla kogoś nic wielkiego, ale dla mnie to całkowita zmiana mojego życia. I na dodatek wiele osób mi mówi, że się zmieniłam. Jestem weselsza, bardziej cierpliwa, spokojniejsza, pomysłowa – słowem: inna. Ja też to czuję. Skuteczna rewolucja w osobowości, a co za nią często idzie – rewolucja w życiu, nie musi być związana z napięciem. Zacznij od jednej cechy i po prostu sprawdź, co się stanie. Powodzenia!