1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Dieta jogina - nie tylko zdrowa

Dieta jogina - nie tylko zdrowa

Według ajurwedy powinniśmy jeść nie tylko zdrowo. Mamy jeść to, co nam smakuje. (fot. iStock)
Według ajurwedy powinniśmy jeść nie tylko zdrowo. Mamy jeść to, co nam smakuje. (fot. iStock)
„Jaka waszym zdaniem powinna być dieta jogina?” – spytałem podczas naszego pokazu kulinarnego na Międzynarodowym Festiwalu Dnia Jogi. „Wegetariańska!” – usłyszałem głos z tłumu. „Zdrowa!” – dopowiadał ktoś inny. Padło jeszcze kilka odpowiedzi. Wśród nich brakowało tej, moim zdaniem, najważniejszej: „smaczna!”

Jedzenie, które nam nie smakuje, zdaniem medycyny Wschodu nie spełnia najistotniejszej funkcji: nie wprowadza równowagi. Ta ostatnia polega nie tylko na dostarczeniu wszystkich potrzebnych do prawidłowego funkcjonowania organizmu wartości odżywczych, ale również smaków. Każdy z nich wpływa na inne emocje. Pobudza je lub wycisza i harmonizuje. Tak jak joga, która zdecydowanie wykracza poza zestaw asan, czyli ćwiczeń fizycznych. Podchodzi do życia holistycznie. Obejmuje każdy jego rejon m.in. pracę z oddechem lub wspomniane emocje. Tak samo dieta w znaczący sposób wykracza poza powierzchnię naszego talerza. Zaczyna się w głowie. Przechodzi przez serce, dotyka najdelikatniejszych i najbardziej bezbronnych zakamarków naszej duszy.

Jedzenie jest często niczym zbroja, którą na siebie zakładamy. Ma nas chronić, zapewniać poczucie bezpieczeństwa, ale również dostarczać energii, poprawiać humor. Dlatego zdaniem mędrców Wschodu, starożytnych joginów, dieta także współczesnego jogina powinna być oparta na tzw. rasajanach, czyli substancjach przedłużających młodość i podnoszących poziom naszej energii. Pokarmach, które swoim słodkim smakiem otulają, poprawiają samopoczucie i rozweselają.

Joga smaku: słodki, czyli energetyczny

Dynia, bataty, granat, miód, migdały czy masło sklarowane – to tylko część gloryfikowanych przez ajurwedę rasajan. W diecie jogina nie powinno zabraknąć również tłuszczów. Tych wartościowych, zdrowych, zimnotłoczonych olejów, takich jak rzepakowy, lniany lub rydzowy (te dodajemy na zimno do potraw, choć dietetycy twierdzą, że olej rzepakowy nadaje się nawet do krótkotrwałego smażenia), lub posiadających wysoką temperaturę dymienia (świetnych do gotowania), jak olej kokosowy czy masło sklarowane.

Dochodzimy teraz do punktu, z którym pewnie wiele osób ćwiczących jogę się nie zgodzi. Końcowym smakiem tzw. jedzenia sattvicznego (zdaniem ajurwedy, dostarczającego nam największej ilości prany, czyli energii życiowej) powinien być słodki. Parowanie czy gotowanie dodaje jedzeniu słodyczy. Surowe warzywa, szczególnie zielonolistne pozbawione obecności życiodajnych olejów są najczęściej gorzkie i cierpkie. Nadmiar takiego jedzenia wzmaga niezadowolenie z życia, podnosi element powietrza. Jeśli do takiej głównie surowej i beztłuszczowej diety dorzucimy kilka/kilkanaście godzin intensywnej praktyki asan, przestajemy być uziemieni. Tak jak ja przed laty, gdy zaczynałem swoją przygodę z jogą. Moja waga spadła do 64 kilogramów (teraz ważę o 8 więcej), miałem problemy z orientacją w terenie i koncentracją. Moja „ultrazdrowa” i przeważnie surowa dieta nie wpływała dobrze na elastyczność stawów. Choć byłem bardzo rozciągnięty, chrupało mi w kościach. Choć dziś nadal praktykuję jogę, to w moim menu pojawiło się więcej żywności gotowanej, tłuszczu i zdrowych (często też surowych) słodyczy. Słodki, słony, kwaśny, ostry, gorzki i cierpki – umiejętnie balansuję między tymi podstawowymi smakami…

Uwaga: choć rośliny cebulowe, takie jak czosnek, cebula czy por, nie są polecane w jogicznej diecie, to gotowanie zmienia ich charakter. Łagodnieją i stają się słodkie.

Maciej Szaciłło: kucharz wegetariański, pasjonat dietetyki. Współprowadzi warsztaty i bloga www.medytujemy.pl. Współautor (razem z żoną Karoliną) książki „Jedz i pracuj nad własnym zdrowiem”, a także „Jem (to co) kocham i chudnę”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Slow Food, czyli świadomy posiłek. Kosztuj, celebruj, poczuj prawdziwy smak

Kawa, którą pijesz na śniadanie: Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, czy ludzie, którzy ją zbierali, zostali uczciwie opłaceni, czy mają prawo do odpoczynku, do przerw w pracy? (Fot. iStock)
Kawa, którą pijesz na śniadanie: Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, czy ludzie, którzy ją zbierali, zostali uczciwie opłaceni, czy mają prawo do odpoczynku, do przerw w pracy? (Fot. iStock)
Jemy dziś szybko, byle jak, byle co i byle gdzie. Stop! Czas na odkrycie radości w delektowaniu się zapachem i smakiem potraw.

Cóż może być przyjemniejszego niż pyszne danie spożywane w spokoju i w dobrym towarzystwie? Nie pochłaniasz, ale kosztujesz. Nie gryziesz w biegu, ale celebrujesz, czujesz smak... Nie pamiętasz takiego zdarzenia? Tak. Obiad z bliskimi stał się dziś luksusem lub stratą czasu. Pochłaniamy w pośpiechu kolejne dania, które są jedynie dawką paliwa, jaką tankujemy, by mieć energię do działania. W ten sposób odbieramy sobie prawo do smacznego jedzenia. Może szkoda?

Koniec z jedzeniem na klawiaturze!

Zjedz uważnie choć jeden posiłek w ciągu dnia. Nie oglądaj w tym czasie telewizji, nie pracuj na komputerze, nie czytaj gazety. Skup się tylko na jedzeniu. Daj sobie 15 minut! Dokładnie przeanalizuj składniki posiłku – pod względem pochodzenia i smaku. Czy wiesz, jaki jesz chleb? Jaką drogę odbył, by znaleźć się na twoim stole? Kiedy postanowisz skończyć z biernym wprowadzaniem pożywienia do organizmu i zechcesz odkrywać smaki oraz medytować nad nimi, czeka cię wspaniała przygoda, ale też… frustracja. Bo gdy przestaniesz jeść w pośpiechu kanapki i jogurty na klawiaturze w pracy, a zaczniesz robić sobie przerwy na smakowanie, może się okazać, że jedzenie, które wydawało ci się dotychczas w miarę zdrowe, jest pozbawione smaku. Aby być uważnym smakoszem, trzeba najpierw stać się sprawnym detektywem, który potrafi wytropić dobre, naturalne i lokalne produkty, a wyeliminować te, które poza ładnym opakowaniem nie oferują nic wartościowego.

Precz z fast foodami!

Slow Food to organizacja pomocna na drodze do świadomego smakowania. Podjęła się ochrony ginących odmian warzyw, zbóż i gatunków zwierząt, tradycyjnych sposobów przyrządzania jedzenia i kultury kulinarnej w poszczególnych regionach świata. Jednym słowem, prawa do smaku.

Powstała w 1986 roku we Włoszech jako bezpośrednia reakcja na otwarcie baru McDonald’s w Rzymie, naprzeciwko Hiszpańskich Schodów. Dla Włochów, którzy mają bardzo silne tradycje kulinarne, tak różnorodne w poszczególnych regionach, jedzenie w barze szybkiej obsługi, gdzie serwuje się to samo menu na całym świecie, było… sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem.

Slow Food występuje w obronie lokalnych upraw i specjalności, wspiera kultywowanie regionalnych tradycji. Dawniej kuchnia tętniła życiem i buchała zapachami, w niej tworzyły się więzi między ludźmi. Podczas rodzinnego biesiadowania przy jednym stole skupiano się przede wszystkim na jedzeniu i czerpano z tego mnóstwo przyjemności. Przypomnij sobie ostatnie święta. Ile spośród wigilijnych dań przygotowałaś od początku do końca w domu, sama lub z bliskimi? Do ilu dodałaś ulepszaczy smaku, półproduktów tylko po to, by oszczędzić czas lub ze zwykłego lenistwa. A może ten wspaniały zwyczaj przygotowywania posiłków we własnej kuchni ma szansę przetrwać?

Uwaga skierowana na „fair trade”

„Slow” znaczy powoli. To słowo pojawiło się w manifeście organizacji Slow Food jako hasło kluczowe, a jej symbolem został… ślimak. To sympatyczne zwierzątko ma przypominać, co jest w życiu najważniejsze – wydaje wojnę pośpiechowi, który stał się naszym codziennym towarzyszem i zmorą – wciąż zwiększa tempo życia, nawet gdy chcemy zwolnić. Popędzani przez obowiązki żywimy się na ulicy fast foodami...

A gdyby tak spróbować „zatrzymać czas”. Nie znaczy to wcale, że nagle mamy stać się flegmatyczni i leniwi, ale zwyczajnie rozejrzeć się wokół z większym zainteresowaniem, zwrócić uwagę na szczegóły i smaki. Wybierz się na targ lub do sklepu z ekologiczną żywnością i degustuj różne odmiany jabłek, pieczywa, serów. Porównuj, oceniaj i ciesz się z tego, że dokonujesz wyboru produktów ze względu na ich smak, pochodzenie, jakość, a nie tylko cenę i kolorowe opakowanie. Na przykład kawa, którą pijesz na śniadanie: czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, czy ludzie, którzy ją zbierali, zostali uczciwie opłaceni, czy mają prawo do odpoczynku, do przerw w pracy. Aby mieć taką pewność, wybieraj produkty oznaczone hasłem „fair trade”, czyli „sprawiedliwy handel”. Ten znak mówi, że produkt pochodzi albo z małych plantacji, które nie pracują dla wielkich koncernów, albo z takich, gdzie godnie traktuje się pracowników i sprawiedliwie dzieli dochodami.

Ratuj własne podniebienie!

W laboratorium badawczym naukowcy potrafią już odtworzyć smak, zapach i konsystencję każdego niemal produktu. Na półkach sklepowych bogactwo... substytutów, w których więcej chemii niż natury. Świadczy o tym chociażby lista związków chemicznych na etykietach.

Ponad 80 procent światowych odmian warzyw i owoców zniknęło już na dobre z uprawy. Ich miejsce zastąpiło kilkanaście wyselekcjonowanych lub tak zmodyfikowanych genetycznie, by szybciej dojrzewały, były odporne na choroby, dawały obfitsze plony i pięknie wyglądały. Smak zszedł na plan drugi.

Komu to się opłaca? Producentom, supermarketom, ale nie konsumentom. Czy niska cena rekompensuje brak smaku? Czy nie boisz się, że twoje dzieci nie poznają już tajemnic z babcinej spiżarni? Znajdź, np. w internecie, farmy ekologiczne w swoim regionie: mleczarnie, piekarnie, masarnie… Wspierając małe gospodarstwa, które starają się produkować żywność metodami tradycyjnymi, pomożesz nie tylko w ratowaniu zanikających odmian, ale przede wszystkim odkryjesz prawdziwe, trochę już zapomniane, smaki i aromaty. A także przepisy na robienie pysznych serów czy wędlin. Nawet na małą skalę, dla własnych korzyści, warto ratować podniebienia przed globalizacją!

Recepta Agnieszki Kręglickiej, restauratorki felietonistki, autorki książek: „Wybieram drogę ślimaka”

Całe moje życie, i rodzinne, i zawodowe, kręci się wokół kuchni. Jedzenie od zawsze było w centrum mojej uwagi. Nie jest tak, że pewnego dnia poznałam ideę Slow Foodu i z dnia na dzień „przechrzciłam się” na nowy model życia. To droga, którą wciąż idę, tyle że teraz ze świadomością, że uczestniczę w wielkim, światowym marszu. Coraz więcej uczę się o jedzeniu. Liczy się, jak powstało to, co na talerzu, skąd się wzięło, w jaki sposób zostało przygotowane. Produkty wybieram świadomie, czytam etykiety, odrzucam jedzenie przemysłowo przetworzone. Wolę to, co sezonowe, świeże, miejscowe, niż sprowadzane z daleka i dojrzewające na statkach. Niedawno jeszcze zachłystywaliśmy się nowymi egzotycznymi smakami. Teraz coraz bardziej doceniamy produkty krajowe, lokalne, naturalne. Jako restauratorka stawiam na ich jakość. Kupujemy jajka tylko z „jedynką”, czyli od kur z wolnego wybiegu, ekologiczne kurczaki, ekologiczną polską jagnięcinę... Nie używamy przypraw ze wzmacniaczami smaku. W naszym letnim ogrodzie w Fortecy, gdzie organizujemy przyjęcia z daniami kuchni polskiej – serwujemy sery, wędliny i inne produkty rekomendowane przez Slow Food. A jeszcze kilka lat temu kelnerzy musieli długo przekonywać gości do produktów spod znaku ślimaka. Na szczęście to się już zmienia. Zwiększa się świadomość, zapotrzebowanie i chęć próbowania. Wysokiej jakości produkty ekologiczne są wprawdzie droższe, ale zaobserwowałam, że w sklepach ekologicznych dokonuje się zdecydowanie bardziej uważnego wyboru i kupuje tyle, ile rzeczywiście potrzebujemy na przygotowanie posiłku. Inaczej zachowujemy się w supermarketach: wkładamy do koszyka zwykle za dużo i potem wyrzucamy. W ostatecznym rozrachunku wychodzi na to samo.

Warto przeczytać: Carlo Petrini, „Slow food. Prawo do smaku”, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl 2007.

  1. Kuchnia

Włoska Francja - przepisy kuchni francuskiej

(Fot. Łukasz Modelski, stylizacja Katarzyna Miśkowiec)
(Fot. Łukasz Modelski, stylizacja Katarzyna Miśkowiec)
Gdyby tylko Henryk Walezy nie uciekł z Polski i został mężem Anny Jagiellonki, być może już w końcu XVI wieku w Rzeczypospolitej zaczęłaby się kuchenna rewolucja. Teściową polskiej królowej byłaby wówczas Katarzyna Medycejska, florencka księżniczka, która w ciągu jednego pokolenia na zawsze zmieniła kuchnię Francuską. Zupa cebulowa, kaczka w pomarańczach, cukry i świeże sałaty – dania dworu Medyceuszów byłyby w italofilskim Krakowie przyjęte jeszcze chętniej niż w Paryżu.

Katarzyna de Medici, prawnuczka Wawrzyńca Wspaniałego, przybyła na dwór francuski, by zostać żoną delfina, późniejszego Henryka II. Florencka księżniczka, zanim zabrała się do polityki, bardzo świadomie zajmowała się kuchnią. Zapewne trudno było jej zrezygnować ze smaków dzieciństwa. To ona przywiozła Francuzom widelec, beszamel, czyli włoską salsa colla, naleśniki – po francusku crêpe, a więc florenckie crespelle ze szpinakiem i ricottą – kaczkę w pomarańczach, zupę cebulową, czyli znaną od wieków w Toskanii carabaccię, oraz makaroniki. Konfitowane kasztany, smażone w głębokim tłuszczu serca karczochów, jajka po florentyńsku, sorbety i cukier, w dużych ilościach. To dzięki niej Francuzi, a za nimi reszta Europy, odeszli od zamorskich przypraw na rzecz lokalnych ziół, porzucili zagęszczanie potraw chlebem na rzecz mącznej zasmażki i zaprzyjaźnili się z warzywami liściastymi. Mit wkładu Katarzyny Medycejskiej do kuchni francuskiej mówi o trzech „a”: asperge, artichaut, aubergine, czyli o szparagach, karczochu i bakłażanie – składnikach kuchni arabskiej, które przez Hiszpanię trafiły na stoły Włoch, a wraz z nową królową – do Francji.
Wpływy kuchni włoskiej w swojej słynnej książce odnotowuje François de La Varenne, wielki kucharz XVII wieku. Stulecie to kulinarnie należeć będzie do Francji, która odbierze Włochom wpływy w kuchniach europejskich dworów.


Wiek XVII zmieni w tej dziedzinie wszystko i na zawsze. Tak naprawdę jesteśmy dziećmi tamtej rewolucji, która przyniosła lekką zasmażkę, beszamel i inne bezmięsne sosy, klarowne buliony, zioła z ogródka i wszechobecność masła. Jednak nie byłoby La Varenne’a bez tego, co z Florencji do Paryża wwiozła Katarzyna. Najbardziej „francuskie” dziś dania mają czytelny północnowłoski rodowód, a o skali ówczesnych zmian niech świadczy fakt, że przed przybyciem włoskiej księżniczki we Francji nie istniał zwyczaj jadania surowej sałaty.

Choux à la crème (Ptysie z kremem)

Składniki na ciasto

szklanka wody,
125 g masła,
szklanka mąki,
4 jajka,
szczypta soli.

Składniki na Crème Pâtissière

500 ml mleka,
5 żółtek, laska wanilii,
80 g cukru,
50 g mąki ziemniaczanej lub kukurydzianej

(Fot. Łukasz Modelski, stylizacja Katarzyna Miśkowiec)(Fot. Łukasz Modelski, stylizacja Katarzyna Miśkowiec)

W garnku zagotować wodę z masłem i solą. Gdy zacznie wrzeć, zmniejszyć ogień, wsypać mąkę i energicznie mieszać 2–3 minuty. Ciasto jest gotowe, gdy jest szkliste i odchodzi od ścianek garnka. Zdjąć z palnika. Do ostudzonej masy dodać jajka i utrzeć na gładką masę. Ciasto przełożyć do worka cukierniczego i wyciskać niewielkie porcje (mogą być lekko skręcone) na wyłożoną papierem do pieczenia blachę. Piec w 200 stopniach przez 25–30 minut. Po upieczeniu wyjąć, wystudzić, przekroić w poprzek na dwie części.

Z laski wanilii wyciągnąć ziarenka. Do garnka wlać mleko. Dodać laskę wanilii i ziarenka. Zagotować. Zdjąć, wyrzucić laskę wanilii, zostawić ziarenka, przykryć i odstawić.
Żółtka z cukrem utrzeć w mikserze na jasną, puszystą masę. Pod koniec ucierania dodać mąkę. Do masy wlewać stopniowo gorące mleko z wanilią. Jednorodną masę przelać do garnka i postawić na ogniu, mieszając. Kiedy masa stężeje, zdjąć z ognia. Gorącą masę w garnku przykryć bezpośrednio folią spożywczą (folia powinna dokładnie stykać się z masą, co zapobiegnie powstaniu twardego kożucha na powierzchni kremu). Po przestudzeniu odkleić folię, przełożyć krem do worka cukierniczego i wyciskać między rozkrojone ptysie.

Fagiolini in umido alla contadina (Fasolka w pomidorach po chłopsku)

500 g zielonej fasolki szparagowej,
750–800 g obranych pomidorów lub pomidorów z puszki,
2 główki cebuli,
3 ząbki czosnku,
oliwa do smażenia,
sól, pieprz
Ewentualnie kilka płatków suszonego chili.

(Fot. Łukasz Modelski, stylizacja Katarzyna Miśkowiec)(Fot. Łukasz Modelski, stylizacja Katarzyna Miśkowiec)

W głębokiej patelni lub sporym rondlu o grubym dnie rozgrzać oliwę. Przesmażyć pokrojoną w piórka cebulę i płatki chili. Kiedy cebula zmięknie, dodać pokrojony w cienkie plasterki czosnek. Kiedy będzie miękka i szklista, dodać pomidory. Kiedy i te zmiękną, starannie je porozgniatać drewnianą łyżką. Posolić i popieprzyć. Dodać umytą i oczyszczoną fasolkę (jeśli nie jest pierwszej młodości, warto obciąć jej końce). Dusić pod przykryciem przez 20–30 minut do miękkości fasolki. W wersji kanonicznej do cebuli na etapie smażenia dodaje się pokrojoną w kostkę pancettę. Na wydaniu całość można (choć nie trzeba) posypać parmezanem.

Crêpes à la ricotta aux épinards (Naleśniki z ricottą i szpinakiem)

na 10 naleśnikówL
szklanka mąki,
dwa jajka,
szklanka mleka,
3/4 szklanki wody gazowanej,
sól,
3 łyżki roztopionego masła.

farsz:
300 g ricotty,
300 g szpinaku,
60 g tartego parmezanu,
2 ząbki czosnku,
oliwa,
pieprz i sól

beszamel:
pół kostki masła,
200 g mąki,
tłuste mleko,
sól, pieprz

(Fot. Łukasz Modelski, stylizacja Katarzyna Miśkowiec)(Fot. Łukasz Modelski, stylizacja Katarzyna Miśkowiec)

Składniki ciasta starannie wymieszać w misce, rozgrzać patelnię do naleśników (lub inną płaską) i wylewać na nią ciasto za pomocą chochelki. Równo rozprowadzić ciasto po patelni, po mniej więcej 30 sekundach przełożyć naleśnik na drugą stronę.
Po kolejnych 30 sekundach zdjąć. Umyty szpinak wrzucić do garnka z wrzątkiem. Wyjąć po 5 minutach, odsączyć. Na patelni o grubym dnie rozgrzać oliwę i podsmażyć na niej czosnek. Zanim zbrązowieje, wrzucić na patelnię szpinak, posolić, popieprzyć, smażyć przez 5 minut. Wyłączyć, przez chwilę studzić. Na patelnię wrzucić ricottę, bardzo dobrze wymieszać wszystkie składniki.
Gotowy farsz nakładać na naleśnik, układając wałek ze szpinaku kilka centymetrów od brzegu placka. Zawinąć możliwie ściśle, brzegi podwinąć. Naleśniki układać w blasze do pieczenia lub naczyniu żaroodpornym.
W rondelku na wolnym ogniu roztopić masło, powoli wsypywać mąkę, stale mieszając, by było jak najmniej grudek. Następnie powoli wlewać mleko, aż do uzyskania jednolitej masy. Uwaga – mleka trzeba wlać tylko tyle, ile jest konieczne do rozprowadzenia grudek mąki, w przeciwnym razie sos będzie zbyt rzadki. Posolić, popieprzyć. Kiedy beszamel zgęstnieje, zdjąć z ognia i polać nim naleśniki. Oprószyć parmezanem. Włożyć do pieca rozgrzanego do 200 stopni. Zapiekać przez 10 minut. Wyjąć i odstawić na 10 minut przed podaniem, aż stężeje.

Artichauts à l’aïoli (Karczochy z sosem aïoli)

karczochy,
ząbek czosnku,
sok z jednej cytryny,
oliwa,
sól,
żółtko,
ewentualnie papryczka z Espelette w proszku

(Fot. Łukasz Modelski, stylizacja Katarzyna Miśkowiec)(Fot. Łukasz Modelski, stylizacja Katarzyna Miśkowiec)

Karczochy oczyścić: odciąć łodygę, usunąć dolne, twarde liście, odciąć czubek karczocha na wysokości 2–3 centymetrów. Wrzucić do osolonego wrzątku, wlać połowę soku z cytryny, gotować do miękkości przez pół godziny. W tym czasie przygotować sos: w misie miksera wymieszać pokrojony ząbek czosnku, sok z cytryny, sól i odrobinę papryczki. W trakcie mieszania powoli dolewać oliwę (niedużo, 2–3 łyżki). Wymieszać, aż sos zgęstnieje. Karczochy wyjąć z wody, osączyć i natychmiast podawać. Jeść po jednym listku, mocząc jego dolną część w sosie i ściągając zębami jego zawartość.

Marrons glacés (Kasztany w cukrze)

kasztany jadalne,
woda,
brązowy cukier,
ewentualnie laska wanilii. Ważne, żeby cukru było dwa razy więcej niż kasztanów.

(Fot. Łukasz Modelski, stylizacja Katarzyna Miśkowiec)(Fot. Łukasz Modelski, stylizacja Katarzyna Miśkowiec)

Jeśli kasztany są już obrane, wystarczy je przepłukać, jeśli w skorupkach – trzeba je obrać. Aby sprawnie obrać kasztany: naciąć skorupkę każdego z nich i wrzucić na wrzątek. Po kilku minutach, kiedy skorupki lekko napęcznieją, wyjąć i nieco ostudzić. Zdejmować skorupkę palcami, począwszy od nacięcia. Następnie, przy użyciu małego nożyka, zdjąć z kasztanów włochatą skórkę. Ugotować kasztany do miękkości (trzeba sprawdzać; gotowanie może trwać nawet pół godziny). Ponieważ zależy nam na zachowaniu kasztanów w całości i na tym, by się nie rozpadły, najbezpieczniej gotować je na parze.
Następnie w garnku o grubym dnie wymieszać wodę z cukrem w proporcjach 1:1, dodać nasiona wanilii. Kiedy powstanie jednorodny syrop, włożyć do niego kasztany i gotować przez 5–7 minut na bardzo małym ogniu (nie chcemy, żeby się rozpadły). Odstawić i zostawić w naczyniu na noc. Na drugi dzień wyjąć kasztany z syropu, syrop doprowadzić do wrzenia, zmniejszyć ogień, włożyć kasztany, gotować na maleńkim ogniu przez 5 minut, zdjąć z ognia, zostawić w syropie na noc. Czynność tę należy powtarzać jeszcze przez 3–4 dni. Następnie wyjąć kasztany z resztek syropu, położyć na kracie, żeby obciekły i wyschły. Można posypać cukrem pudrem. Najlepiej podawać z gorzkimi napojami.

Canard aux oranges (Kaczka w pomarańczach)


kaczka bez wnętrzności i szyi,
szklanka soku z pomarańczy,
2 pomarańcze,
masło,
sól,
pieprz,
pieprz cayenne lub curry,
ewentualnie majeranek oraz 2 łyżki likieru Cointreau

(Fot. Łukasz Modelski, stylizacja Katarzyna Miśkowiec)(Fot. Łukasz Modelski, stylizacja Katarzyna Miśkowiec)

Kaczkę umyć, osuszyć, rozgrzać piekarnik do 160 stopni. Pokrojone w kostkę pomarańcze wymieszać z przyprawami i nafaszerować nimi kaczkę. Szczelnie spiąć ją wykałaczkami, starannie posmarować masłem, włożyć do brytfanki, przykryć folią aluminiową. Piec przez 2–2,5 godziny, co pół godziny polewając sokiem z pomarańczy (lub sokiem wymieszanym z cointreau) i tłuszczem wytopionym z kaczki. Kiedy będzie miękka, zdjąć folię, polać kaczkę, podnieść temperaturę do 200 stopni i piec, aż skórka będzie chrupiąca, a kaczka z wierzchu zbrązowieje.

Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy Manufakturze Nakomiady. manufaktura.nakomiady.pl. portret katarzyny medycejskiej: getty images/gallo images.

  1. Zdrowie

Jak spożywać pestki i nasiona, żeby przyswoić z nich to, co najcenniejsze?

Terapia pestkowa może pomóc uregulować gospodarkę hormonalną i poprawić regularność cyklu menstruacyjnego. (fot. iStock)
Terapia pestkowa może pomóc uregulować gospodarkę hormonalną i poprawić regularność cyklu menstruacyjnego. (fot. iStock)
Pestki dyni są znane ze swojego działania przeciwpasożytniczego oraz pozytywnego wpływu na gospodarkę hormonalną kobiet. Wszystkie pestki są źródłem antyoksydantów oraz witamin, które mogą być cennym wsparciem zdrowia. Warto jednak pamiętać, że małe pestki, takie jak chia czy siemię lniane, nie są trawione przez nasz układ pokarmowy i po prostu przez niego przelatują, a ich rolą jest po prostu oczyszczenie jelit. Można je również zmielić, by cieszyć się większą ilością składników odżywczych, natomiast nie do końca jest to zgodne z naturą człowieka – pisze Iwona Wierzbicka, autorka książki „Jak wzmocnić odporność”.

Moczenie pestek

Moczenie nasion i pestek zaleca się ze względu na zawartość w nich kwasu fitynowego. Jest to antyodżywcza substancja, która odpowiada za chelatację, czyli wiązanie minerałów, takich jak: żelazo, magnez, wapń i cynk, co znacznie utrudnia ich wchłanianie przez organizm. Ta informacja może okazać się cenna dla osób, których dieta obfituje w nasiona oraz pestki. Przed zjedzeniem należy je namoczyć przez minimum 12 godzin. Rekomenduje się moczenie nasion w samej wodzie, lecz można także dodać do niej sok z cytryny, ocet jabłkowy lub sól, by przyśpieszyć neutralizację kwasu fitynowego. Nie musimy moczyć nasion, jeżeli dziennie spożywamy ich niewiele (20–30 gramów), ponieważ taka ilość kwasu fitynowego nie będzie negatywnie wpływała na nasz organizm. Wręcz przeciwnie, kwas fitynowy spożywany w umiarkowanych ilościach wiąże metale ciężkie, które zatruwają organizm.

Stosunek omega-3 do omega-6

Przy spożywaniu nasion i pestek powinniśmy pamiętać o dążeniu do prawidłowego stosunku kwasów tłuszczowych omega-3 do omega-6, który powinien wynosić 1:2 (maksymalnie 1:4, przykład wspomnianego już orzecha włoskiego). Jeśli sięgasz po pestki dyni, nasiona słonecznika oraz sezamu, a także wybierasz mąkę dyniową i inne tego typu alternatywne produkty, to zwiększasz spożycie wielonienasyconych kwasów tłuszczowych omega-6 o działaniu prozapalnym, co z czasem staje się niebezpieczne, bo może nasilić stany zapalne. Jedz pestki z umiarem!

Jak piszą Małgorzata Białek i Jarosława Rutkowska (Znaczenie kwasu γ-linolenowego w profilaktyce i terapii, „Postępy Higieny i Medycyny Doświadczalnej” 2015):

„Wyniki badań epidemiologicznych wskazują na wzrost zachorowań na nowotwory w populacjach, w których zwiększyło się spożycie kwasów z rodziny omega-6, co spowodowało podwyższenie stosunku kwasów omega-6 do omega-3. Zbyt duży udział kwasów z grupy omega-6 w diecie sprzyja powstawaniu głównie nowotworów jelita grubego, piersi i stercza. Wyjątkiem w tej grupie związków jest GLA (kwas gamma-linolenowy, frakcja antyzapalna kwasu omega-6), który działa hamująco na proces karcinogenezy (nowotworzenia). Kwas GLA znajdziemy na przykład w oleju wiesiołka czy ogórecznika”.

Nie praż pestek!

Prażenie, na przykład pestek dyni lub nasion słonecznika, lub smażenie na oleju lnianym, a także wykorzystywanie mąki dyniowej do pieczenia prowadzi do stanów zapalnych, choroby miażdżycowej, chorób nowotworowych oraz autoimmunologicznych. Tego typu produkty spożywcze nie nadają się do obróbki termicznej i należy korzystać z nich na surowo. Warto także pamiętać o przechowywaniu olejów roślinnych obfitujących w kwasy tłuszczowe omega-3 (na przykład olej lniany) w ciemnej butelce oraz w lodówce, co zapobiega ich utlenianiu.

Najzdrowszymi tłuszczami roślinnymi są tłuszcze nierafinowane. Należy je zawsze przechowywać w lodówce (wyjątek oliwa i olej kokosowy, mogą stać poza lodówką) i zużyć przed upływem terminu ważności.

Terapia pestkowa dla kobiet

Terapia pestkowa może pomóc uregulować gospodarkę hormonalną i poprawić regularność cyklu menstruacyjnego. Warto jednak pamiętać, że zdrowa gospodarka hormonalna jest zależna od wielu różnych czynników…

Terapia pestkowa

  • Od 1. do 15. dnia cyklu spożywaj pestki dyni i siemię lniane (po dwie łyżki, możesz zmielić).
  • Od 16. do 28. dnia cyklu jedz sezam i pestki słonecznika (po dwie łyżki, możesz zmielić).

Tę terapię stosuje się również w chorobach autoimmunologicznych, aby wyrównać estrogen i progesteron. Jeśli cykl jest nieregularny lub brak miesiączki, można zacząć przyjmować w dowolnym momencie, zaczynając od etapu pierwszego. Po etapie pierwszym następuje drugi i tak regularnie od 3 do 6 miesięcy.

Pestki dyni przeciw pasożytom

Dzięki zawartej w nich kukurbitacynie stają się naturalnym sprzymierzeńcem w walce z niechcianymi mieszkańcami naszego organizmu. Kukurbitacyna ponadto wykazuje działanie przeciwbakteryjne oraz przeciwnowotworowe. W pestce dyni znajduje się tuż pod łupiną, to ta zielona otoczka pestki. Najwięcej tej dobroczynnej substancji jest w pestkach świeżo łuskanych.

Jak przeprowadzić kurację u dzieci i dorosłych?

  • Przez dwa tygodnie zjada się garść świeżo łuskanych pestek dyni (u dzieci około 10–15 pestek lub wielkość ich garści).
  • Do tego powinno być kilka suszonych fig lub śliwek (chodzi o przyśpieszenie perystaltyki jelit).
  • Zamiennikiem pestek może być olej z pestek dyni tłoczony na zimno, dodaje się go do sałatek (nie wolno podgrzewać).

Badania naukowe dowodzą ponadto, że kukurbitacyna ma działanie redukujące stany zapalne w organizmie, wspomaga leczenie nowotworów, bóli stawów i cukrzycy. Ponadto blokuje działanie enzymu 5-alfa reduktazy, dzięki czemu ma oddziaływanie antyandrogenne. Pestki dyni i olej z nich może mieć zatem spektakularne zastosowanie w łysieniu androgennym kobiet i mężczyzn, jak również w PCOS i insulinooporności.

Fragment książki Iwony Wierzbickiej „Jak wzmocnić odporność”.

  1. Styl Życia

Katarzyna Bosacka radzi, jak zdrowo grillować

Katarzyna Bosacka radzi, jak zdrowo grillować. (Fot Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)
Katarzyna Bosacka radzi, jak zdrowo grillować. (Fot Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Zdecydowana większość Polaków nie wyobraża sobie majówki bez grillowania. Karkówka, kiełbasy i warzywa z rusztu smakują w plenerze wyjątkowo dobrze. Jak grillować nie tylko pysznie, ale i zdrowo – radzi Katarzyna Bosacka, autorka programów telewizyjnych "Wiem, co jem", "Wiem, co kupuję", "Co nas truje?" a także kanału na youtube Ekobosacka.

Majowy weekend to w Polsce prawdziwe święto grilla. Ale w tym roku będzie chyba trochę inaczej? Nie sądzę, tradycja jest tradycją. Przeczuwam, że wszyscy zamknięci w domach z powodu pandemii i okropnej pogody wylegną w plener. Wiosna w tym roku jakoś nie chce się wykluć, więc na pewno będziemy szukać momentów, by wyjść na zewnątrz, posiedzieć na świeżym powietrzu, a przy okazji coś zgrillować.

Czy rodzina Bosackich często grilluje? I co najchętniej? Rodzina Bosackich jest duża - 6 osób plus pies, który jest dość wybredny i niestety nie chce zostać wegetarianinem. Podobnie zresztą jak część rodziny, kompletnie pod tym względem podzielonej. Nasi synowie są mięsożerni, a dziewczyny już od lat bezmięsne. Przy grillu musimy się więc jakoś spotykać w pół drogi - i przy mięsie, i przy warzywach.

Wciąż niewielu Polaków przyjmuje do wiadomości, że warzywa też świetnie nadają się do grillowania. Na przykład bakłażany, pomidory, cukinia, szparagi… Warzywne dania z grilla są wspaniałe! Po prosu palce lizać! Również pieczarki - odrywamy pieczarkową nóżkę, do powstałej dziurki wsuwamy masełko czosnkowe i grillujemy. Najlepsze są najprostsze dania… No i szparagi - mam nadzieję, że będą lada moment. W Wielkopolsce (skąd pochodzi mój mąż) już się pierwsze pokazały. One też się świetnie grillują.

No cóż, szparagi to poezja – nie tylko te grillowanie. Wystarczy je posmarować jakimkolwiek olejem czy oliwą z oliwek. Ponieważ jednak pochodzą głównie z Wielkopolski, która jest naszym zagłębiem szparagowym, wolę do nich dodawać rodzimy olej, na przykład rzepakowy. Białe szparagi trzeba obrać, bo są lekko łykowate, a zielonym odłamać zdrewniałą końcówkę i spróbować ich na surowo - jeśli nie chrzęszczą za bardzo w zębach, to znaczy, że nie trzeba ich obierać. Wystarczy przez 2 minuty obracać je na grillu - i gotowe! Na białe szparagi trzeba trochę dłużej poczekać – 3-4 minuty. Można je podawać w wersji dla mięsożerców (owinięte szynką parmeńską) lub dla roślinożerców (w cienkich, długich plastrach cukinii). Papryka z serem i oregano to też pychotka - można zetrzeć na tarce stare sery i zrobić z nich nadzienie. Cukinia z kozim serem i tymiankiem to też bajka!

Przy grillu naprawdę można fajnie się pobawić i wyczarować cuda – nie tylko z mięsa. Większość rodaków wciąż jednak nie przyjmuje tego do wiadomości.

Na polskim grillu wciąż skwierczy kiełbacha i mięso, w dodatku ociekające tłuszczem, przypalone. Niektórzy wręcz uwielbiają, gdy spalenizna chrzęści zębach… No właśnie. To duży problem. Spalone mięso jest bardzo niezdrowe, pełne rakotwórczych substancji i wolnych rodników sprzyjających m. in. szybkiemu starzeniu się organizmu. Tym bardziej więc namawiam mięsożerców na warzywne dodatki, również te spożywane na surowo w formie sałatek czy pomidorków koktajlowych. One w części zneutralizują wolne rodniki i rakotwórcze substancje, które powstają w mięsie podczas grillowania. A czemu by nie przyrządzić ryby? Przecież zawinięcie jej w folię aluminiową, skropienie cytryną i olejem, dodanie soli i opcjonalne koperku, to żaden problem.

To się szybko nie zmieni. Póki co trzeba się starać, żeby mięsne dania z grilla były jak najzdrowsze. O czym powinniśmy pamiętać? O tym, że zdrowe grillowanie zaczyna się już w sklepie. Unikajmy przetworzonej kiełbasy, tzw. różowej, wędzonej czy parzonej, gotowej do jedzenia. Ją można pokroić w plasterki i położyć na kanapce, a nie na grillu czy patelni. Zawierają bowiem konserwanty – zapamiętajmy zwłaszcza dwa feralne numerki: E-250 i E-251, czyli azotyn i azotan sodu, które w czasie podgrzewania wytwarzają rakotwórcze substancje. To nie jest mój wymysł, lecz Światowej Organizacji Zdrowia. Kaszanki i parówki też mają konserwanty, więc odpadają. Ale na przykład surowa biała kiełbasa jest ok.

A mięso? Jak je kupować? I co warto wiedzieć o marynacie? Lepiej omijać to gotowe do grillowania, zamarynowane przez producenta. Zwykle też zawiera konserwanty. A najlepiej czytać etykiety – jeśli znajdziemy na nich dwa wspominane już numerki, omijajmy produkt szerokim łukiem. Najlepiej kupić surowe mięso, a marynatę przygotować w domu. Zaraz podam prosty przepis mojego autorstwa, z musztardy francuskiej z ziarnami gorczycy, oleju roślinnego, czosnku, pieprzu, soli i odrobiny miodu. Surowe mięso marynujemy co najmniej przez kilka godzin, a nawet przez całą dobę. Będzie smaczniejsze i bardziej kruche. Marynata zabezpiecza je też przed szybkim spaleniem, a jednocześnie przyspiesza proces grillowania.

Jakie są inne grzechy grillujących rodaków? Grillujemy za tłusto, za dużo i „na czarno” - im bardziej spieczone mięso, tym lepiej. Często po prostu nie pilnujemy grilla, pijemy piwko, gawędzimy, bujamy w obłokach. A właśnie w tych przypalonych częściach kryją się substancje rakotwórcze. Poza tym nie używamy aluminiowych tacek chroniących potrawy przed truciznami z dymu. Niektórzy się obawiają, że aluminium w połączeniu z kwaśnymi potrawami też wydziela niezdrowe związki. Ale przecież raczej nie kładziemy kwaśnego pomidora bezpośrednio na aluminiowej tacce, tylko na potrawie. W zasadzie wystarczy aluminiowa folia. Zawsze owijam w nią ryby. Muszę spróbować grillowania z papierem do wypieków. Nigdy tego nie robiłam - mam więc nowe zadanie (śmiech).

A po czym poznać, że mięso jest już gotowe do spożycia i za moment zamieni się w skwarkę? Zależy jakie mięso. Gdy byłam mała obserwowałam, jak moi rodzice (tato też świetnie gotował) przyrządzali mięso. Stosowali metodę „na widelec” - wbijali go w mięso i sprawdzali, czy ładnie wychodzi. Trochę jak patyczek przy pieczeniu ciasta. I to się dziś też sprawdza. Ale jeśli grillujemy polędwicę wołową, dobrego steka czy piersi kaczki, to przez przekłutą dziurkę wypłynie sok i mięso będzie suche. Kucharze używają więc po prostu palca – lekko naciskają mięso i jeżeli stek jest miękki, już ciepły w środku, to znaczy że można go konsumować. A dopieczoną karkówkę łatwo poznać – zmienia wtedy kolor z różowej na lekko szarą i ma lekko podpieczone fragmenty.

Rodzina Bosackich spędziła wiele lat w USA i w Kanadzie, gdzie była zapraszana na przyjęcia. Czy tam też tak namiętnie się grilluje? Grill jest tam bardzo popularny, ale w zupełnie innym wydaniu, niż u nas. Mówię o typowym grillowaniu klasy średniej. Jeśli my zapraszaliśmy sąsiadów do nas, była karkówka, warzywa, chrzan, musztarda… A jak oni zapraszali nas do siebie, na grillu lądowały niezdrowe „gotowce” w sklepowej marynacie albo wręcz hotdogi, parówki i mrożone hamburgery w bułkach o 100-letniej przydatności do spożycia. Taki jest amerykański standard. Ale za to rzuca się w oczy jedna różnica - tam przy każdym domu stoi grill gazowy (ewentualnie elektryczny), który nie dymi, nie trzeba go specjalnie czyścić i bardzo szybko się rozgrzewa - w takim stopniu, w jakim chcemy. Jest tylko jeden minus – przyrządzone na nim potrawy nie są tak smaczne, jak na węglowym (śmiech).

Ale zdrowie jest najważniejsze! Jeśli więc chcemy być długowieczni, piękni i zdrowi, powinniśmy grillować na sprzęcie elektrycznym lub gazowym? Oczywiście. Przygotowując programy kulinarne, m. in. o zdrowym i smacznym grillowaniu, często korzystałam z porad profesora Politechniki Warszawskiej Artura Badydy, speca m. in. od jakości powietrza w Polsce, stężenia smogu i szkodliwych pyłów. Profesor przebadał też różne rodzaje grilli pod kątem ich szkodliwości. Oto wnioski: w Polsce w chłodne miesiące mamy porę smogową, a w letnie grillową - nie mniej szkodliwą. Grillujemy na węglowym sprzęcie, często, raz-dwa razy w tygodniu (a nawet codziennie), przy okazji wdychając rakotwórczy dym. Nie ma w Polsce tradycji stosowania grilli elektrycznych i gazowych – a szkoda, bylibyśmy zdrowsi.

Jeżeli tak trudno nam się rozstać z grillem węglowym, w jaki sposób trzeba go obsługiwać? Jak przyrządzać potrawy? Przede wszystkim ustawmy go w ustronnym miejscu, od zawietrznej strony, nieco oddalonym od domu i biesiadników. Będzie więcej biegania z talerzami, ale coś za coś. Do rozpalania najlepiej używać węgiel drzewny, a nawet samo drewno. Nie stosujmy brykietów, gdyż zawierają żywice epoksydowe, które w trakcie spalania uwalniają szkodliwe substancje. Jeżeli już to kupujmy te ekologiczne, zawsze jednak sprawdzajmy na etykiecie, czy są klejone naturalnymi substancjami. No i tak jak już wcześniej mówiłam, grillujmy wyłącznie surowe mięso na tackach lub folii aluminiowej, najlepiej pod przykryciem. I zawsze pamiętajmy o marynatach oraz warzywach – świeżych lub z rusztu. Czas ich przyrządzania jest znacznie krótszy niż mięsa, grillujmy je więc na oddzielnych tackach. Zresztą moje córki wegetarianki nie tknęłyby warzywa pachnącego mięsiwem (śmiech).

Czy grillowanie w ogóle może być zdrowe? Jeśli posłuchamy powyższych zaleceń, będziemy grillować powoli i kontrolować temperaturę, to tak. Nie może nam się przytrafiać taka sytuacja – grill płonie żywym ogniem, a my zalewamy go piwem lub wodą. To typowo polski obrazek. Węgiel powinien się tylko żarzyć. Wiele osób kupuje też jednorazowe urządzenia, dostępne na stacjach benzynowych. To błąd! Grill powinien być solidny, żeliwny, dosyć duży, ze stabilną kratką. Wówczas nie będzie się nagrzewał zbyt szybko i mocno, łatwiej będzie nad nim zapanować i go czyścić.

Po każdym użyciu trzeba grill wyczyścić? Tak, wyszorować szczotką drucianą, przelać wodą z ocem lub sodą. I w ten sposób usunąć wszelkie niezbyt zdrowe osady. Najlepiej zaraz po grillowaniu, wtedy szybciej odchodzą. Jest z tym trochę pracy, ale nasi mężczyźni wciąż nie mają zbyt wiele domowych obowiązków (śmiech).

Ulubiona potrawa Bosackich? Oczywiście karkówka po Bosacku, marynowana w mojej marynacie! To nasz hit. Goście zawsze się nią zachwycają i przeważnie wychodzą od nas z recepturą.

Przekażę mężowi przepis – on już zaciera rączki. A stek z antrykotu ze szparagiem? Też jest świetny! Może być. Ale ja co roku w porze majówki cieszę się na szparagi. Mogę je jeść na surowo, w zupie i w różnych postaciach. Przez 2 miesiące jestem po prostu szparagiem (śmiech). Nawet nim pachnę, gdyż zawiera dużo niezdrowych w nadmiarze szczawianów. No ale cóż, sezon to sezon. Trzeba tylko w sklepie wybrać świeże szparagi – w Wielkopolsce zawsze stoją w wodzie. Jeśli nie, wybierajmy te z nie zdrewniałą końcówką. I wąchajmy główki – lekko zgniły, nieświeży zapach dyskredytuje zakup. Bo szparag psuje się od głowy. Ale świeżutki, zgrillowany z olejem i odrobiną czosnku, posypany zieloną pietruszką lub jajkiem na twardo, to po prostu kulinarna bajka!

Ulubione potrawy z grilla - przepisy Katarzyny Bosackiej

Karkówka po bosacku z grilla

1/2 kg karkówki

Marynata: 2 ząbki czosnku przeciśniętego przez praskę łyżeczka miodu 2 łyżki musztardy francuskiej 2 łyżki oleju sól

(Fot. iStock) (Fot. iStock)

Karkówkę rozbić. Składniki marynaty dokładnie wymieszać. Jeśli będzie bardzo gęsta, dodać trochę wody. Karkówkę wysmarować marynatą, odstawić na kilka godzin, a najlepiej zrobić to poprzedniego dnia. Grillować powoli, na niewielkim żarze, na tacce. Podawać z sałatą i warzywami z grilla.

Szparagi w szynce

pęczek zielonych szparagów szynka suszona (np. szwarcwaldzka) lub boczek cukinia sok z cytryny szczypta suszonego tymianku sól

(Fot. iStock) (Fot. iStock)

Szparagi umyć, odłamać zdrewniałe końce. W wersji dla mięsolubnych trzeba po prostu zawinąć w plasterki szynki czy boczku.

Szparagi w wersji wege zawinąć w długie plasterki cukinii (można je zrobić za pomocą obieraczki do warzyw) skropionych sokiem z cytryny, lekko posolonych i posypanych suszonym tymiankiem. Grillować krótko, bo szparagi są bardzo wrażliwe na wysoką temperaturę.

Papryka z serem i oregano

kilka kolorowych papryk resztki serów - może być feta, ser pleśniowy, twaróg, ser śmietankowy do smarowania pieczywa garść oliwek czarnych lub zielonych świeże lub suszone zioła do smaku oliwa do skropienia

(Fot. iStock) (Fot. iStock)

Paprykę umyć, pociąć nożykiem od szypułki wzdłuż wgłębień po bokach tak, by otrzymać łódeczki. Ser zetrzeć na tarce lub pokroić w kostkę. Dodać pokrojone oliwki, świeże lub suszone zioła - np. oregano, natkę, skroić oliwą. Grillować dopóki ser się nie rozpuści.

Cukinia z tymiankiem

1-2 cukinie szczypta soli kilka łyżek oliwy świeży lub suszony tymianek kilka łyżek sera koziego twarogowego (do smarowania pieczywa) kilka suszonych pomidorów

(Fot. iStock) (Fot. iStock)

Cukinie umyć, pokroić w skośne plastry, posolić, skropić oliwą, posypać suszonym tymiankiem. Grillować krótko. Ser wymieszać ze świeżym tymiankiem i posiekanymi suszonymi pomidorami. Po zdjęciu cukinii z grilla podawać ją posmarowaną kozim serem.

Bakłażan po grecku

bakłażan 1-2 pomidory duża czerwona cebula ser feta (ok. 50-100 g) sól suszone oregano kilka listków świeżej bazylii, natki pietruszki czy kolendry oliwa do skropienia warzyw 1-2 ząbki czosnku

(Fot. iStock) (Fot. iStock)

Bakłażany umyć, pokroić w plastry, posolić z jednej strony, zostawić na kilka minut aż puszczą soki i wyjdzie z nich goryczka. Pomidory i cebulę umyć, pokroić w cienkie grube plastry. Bakłażany grillować z jednej strony, przełożyć na drugą, posmarować oliwą wymieszaną z solą i przetartym czosnkiem, ułożyć na nich najpierw plaster pomidora, potem cebuli i na końcu fetę obtoczoną w suszonym oregano. Grillować jeszcze kilka minut pod przykryciem, aż feta nieco się rozpuści. Podawać udekorowane świeżymi ziołami.

Pomidory z mozarellą

2-3 dość duże pomidory kulka klasycznej mozarelli listki świeżej bazylii oliwa sól

Pomidory umyć, przekroić wzdłuż na pół, wydrążyć. Miąższ odcedzić mocno na sitku (sok pomidorowy można wypić), pokroić drobno i dodać pokrojoną w kostkę mozarellę, poszarpaną bazylię, lekko posolić i skropić oliwą. Dokładnie wymieszać. Sałatkę nałożyć w wydrążone pomidory i ułożyć je na grillu. Podgrzewać aż mozarella lekko się rozpuści.

Pieczarki z masłem czosnkowym

10 średnich pieczarek 1/4 kostki masła kilka ząbków czosnku gałązka rozmarynu sól pieprz

Pieczarki umyć, wyłamać nóżki, lekko posolić i popieprzyć. Z masła, rozgniecionego czosnku, soli i posiekanego rozmarynu zagnieść masło ziołowo-czosnkowe. Pieczarki faszerować masłem i grillować aż masło całkowicie się rozpuści.

  1. Kuchnia

Kuchnie świata – 3 przepisy na dania w wersji keto

Pad thai z krewetkami (fot. Ewelina Podrez-Siama)
Pad thai z krewetkami (fot. Ewelina Podrez-Siama)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Niezależnie od tego, czy interesujesz się kuchnią niskowęglowodanową i wysokotłuszczową z konieczności czy chęci zmian w codziennym odżywianiu, chcę pokazać Ci, że rezygnacja z chleba, makaronów i cukru nie musi oznaczać braku fantazji i próbowania nowych rzeczy. Wręcz przeciwnie! – pisze Ewelina Podrez-Siama w swojej książce „Kuchnie świata w wersji keto”.

Poniżej 3 wybrane z książki przepisy na niskowęglowodanowe posiłki. Książka nie jest przeznaczona tylko dla osób będących na diecie ektogenicznej. Jak zaznacza autorka: Jeśli Twoim celem są wyłącznie doznania smakowe i częściowe ograniczenie węglowodanów, możesz odrobinę obniżyć zawartość tłuszczu poprzez ograniczenie oliwy, oleju czy smalcu w wytrawnych potrawach czy wybór chudszego mięsa.

Na początek azjatyckie smaki.

Pad thai z krewetkami

Pad thai to tajski street food, dzięki któremu polubiłam krewetki. Rzadko jadam owoce morza, dlatego mało ich w moich przepisach, chociaż idealnie wpasowują się w wymogi diety keto. Całe szczęście, dzięki pomocy Przyjaciółek przygotowanie krewetek nie ma już przede mną większych tajemnic i mogę podzielić się z Tobą przepisem, który przeniesie Cię przed uliczne stragany Tajlandii. Zamiast tradycyjnego ryżowego makaronu oczywiście cukinia, która świetnie komponuje się z tajskimi smakami.

Składniki:

  • 500 g cukinii (po usunięciu części niejadalnych)
  • 300 g krewetek (ok. 18 sztuk)
  • 90 g kiełków fasoli mung
  • 3 jajka
  • 4 łyżki oleju roślinnego do smażenia
  • 4 ząbki czosnku
  • 1 łyżka pasty z tamaryndowca lub 2 łyżki soku z limonki
  • 3 łyżki sosu rybnego
  • 1 łyżka sosu sriracha lub płaska łyżeczka płatków chilli
  • 3 płaskie łyżki słodzika, erytrolu lub ksylitolu
  • 40 g orzechów ziemnych niesolonych
  • 1 pęczek szczypioru
Krewetki namocz w zimnej wodzie. Następnie je obierz – oderwij głowę i pancerz. Natnij krewetkę delikatnie z góry i z dołu i usuń przewód pokarmowy. Ogon pozostaw – nada dodatkowego aromatu i ułatwi jedzenie (odgryzanie) krewetki po podaniu. Przepłucz krewetki raz jeszcze po oporządzeniu. Cukinię zetrzyj na makaron (obieraczką lub tarką julienne) i podsmaż na łyżce oleju 2–3 minuty. Przełóż na sitko i odsącz z wody. Czosnek zetrzyj na tarce, szczypior posiekaj, orzechy ziemne rozbij w moździerzu. Pastę z tamaryndowca (lub sok z limonki) wymieszaj z sosem rybnym, słodzikiem i sosem sriracha. Spróbuj i w razie potrzeby dodaj słodkiego lub kwaśnego smaku. Wok ustaw na sporym ogniu. Na trzech łyżkach oleju podsmaż starty czosnek. Następnie dodaj krewetki i smaż razem 3 minuty. Rozbij na patelni jajka i mieszaj całość przez 4 minuty. Następnie dodaj makaron z cukinii i sos. Gotuj wszystko 3 minuty i wyłóż na talerze. Dekoruj szczypiorem i orzechami.

Amerykańskie fajitas z guacamole i naciosami

Fot. Ewelina Podrez-Siama Fot. Ewelina Podrez-Siama

Inspiracja kuchnią meksykańską, czyli pikantny kurczak podawany z sosem guacamole i moją wersją nachos – chipsów, do których przygotowania służy mi mozzarella i mąka migdałowa. Stwórz własny meksykański talerz pełen smaków.

Składniki na 3-4 porcje:

„Nachos”

  • 100 g tartej mozzarelli
  • szczypta soli
  • 2 łyżeczki mąki migdałowej
Guacamole
  • 1 dojrzałe awokado
  • ½ limonki
  • szczypta chilli
  • 1 mały ząbek czosnku
  • garść świeżej kolendry
  • sól do smaku
Fajitas
  • 2 filety z kurczaka
  • 1 łyżeczka kuminu
  • 1 łyżeczka wędzonej słodkiej papryki
  • 2 łyżki oliwy
  • ½ limonki
  • ½ łyżeczki soli i chilli do smaku
  • 2 różnokolorowe papryki
  • 1 czerwona cebula
2 filety z kurczaka pokrój na cienkie paski. Dopraw przyprawami: ½ łyżeczki kuminu, ½ łyżeczki wędzonej papryki, sól i chilli do smaku. Dodaj łyżkę oliwy oraz sok z limonki. Wymieszaj i odstaw na przynajmniej pół godziny. Tartą mozzarellę rozpuść w szklanej misce, w kąpieli wodnej. Dodaj sól, drobno mieloną mąkę migdałową i dokładnie wymieszaj. Jeśli „ciasto” zbytnio zastygnie, podgrzej je ponownie w kąpieli wodnej. Wyłóż ciasto na papier do pieczenia, przykryj drugim arkuszem papieru i cieniutko rozwałkuj na grubość ok. 1 mm. Nożem do pizzy wykrawaj trójkąty. Przełóż powstałe nachosy na blachę pokrytą arkuszem papieru do pieczenia. Opcjonalnie możesz je również posypać sezamem czy ziołami. Piecz 10 minut w 180 stopniach, a następnie pozostaw do ostygnięcia. Miąższ awokado zmiksuj z sokiem z limonki, chilli, czosnkiem i świeżą kolendrą. Dopraw solą do smaku i odstaw w miseczce, by smaki mogły się przegryźć. Paprykę i cebulę posiekaj na paski, dopraw pozostałym kuminem, wędzoną papryką, solą, chilli, oliwą. Skrop sokiem z limonki. Na dużej patelni i większym ogniu podsmaż w pierwszej kolejności kurczaka (kilka minut powinno wystarczyć). Zdejmij mięso z patelni i wrzuć paprykę i cebulę, smaż kilka minut, do miękkości. Następnie dodaj do warzyw kurczaka i podgrzewaj jeszcze minutę – dwie. Podawaj fajitas z guacamole i nachosami.

Halibut w szpinaku w greckim stylu

Fot. Ewelina Podrez-Siama Fot. Ewelina Podrez-Siama

W śródziemnomorskiej, greckiej kuchni nie brakuje szpinaku i ryb. W tym przepisie proponuję Ci filet z halibuta zapieczony na szpinaku z fetą, czosnkiem i pomidorami, który z całą pewnością zapewni Ci intensywne i przyjemne doznania smakowe.

Składniki na 2 porcje:

  • 1 filet z halibuta (400 g)
  • 1 opakowanie świeżego szpinaku (250 g)
  • 2 łyżeczki oliwy z oliwek
  • 75 g fety
  • 1 ząbek czosnku
  • sól i płatki chilli do smaku
  • cytryna
  • 1 pomidor (150 g)
  • świeży tymianek
Piekarnik rozgrzej do 180 stopni (góra–dół). Liście szpinaku umyj i dokładnie osusz. Oderwij dłuższe łodygi, dopraw pieprzem i wymieszaj z łyżeczką oliwy z oliwek oraz pokruszoną fetą. Przełóż szpinak do naczynia żaroodpornego. Filet z halibuta umyj i osusz. Wyłóż rybę na szpinak, posmaruj 1 łyżeczką oliwy lub masłem, skrop sokiem z cytryny, dopraw solą, drobno posiekanym czosnkiem i płatkami chilli. Na wierzch wyłóż plastry pomidora. Piecz w piekarniku 25 minut. Dekoruj świeżym tymiankiem.