1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Na miłość nigdy nie jest za późno: Jak znaleźć miłość po rozwodzie?

Na miłość nigdy nie jest za późno: Jak znaleźć miłość po rozwodzie?

fot. iStock
fot. iStock
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Po przejściach, doświadczeni, czasem zgorzkniali. Myśleli, że porywy serca dawno już za nimi. Przygotowywali się do życia w samotności. Dziś mówią: „Na miłość nigdy nie jest za późno”.

Rozwodzimy się coraz częściej. W 1999 roku sądy orzekły 42 tysiące rozwodów, w 2013 (to ostatnie dane GUS-u) – ponad 66 tysięcy. Rozwodzi się już prawie co drugie małżeństwo. Smutne? Niekoniecznie. Prawie wszyscy rozwodnicy wchodzą w nowe związki. Część już rok po rozstaniu zawiera drugie małżeństwo. Połowa wszystkich rozwodników decydujących się na zalegalizowanie nowego związku robi to do trzech lat po rozwodzie.

Pięć minut przed miłością

Katarzyna Popiołek, psycholożka społeczna z SWPS: – Liczba związków zawiązywanych w drugiej połowie życia rośnie i będzie rosnąć. Osoby, które wchodzą w takie relacje, to najczęściej dwa typy. Pierwsi to ci, którzy rozstali się z pierwszymi partnerami. Drudzy – których też jest coraz więcej – to ludzie, którzy do pewnego momentu stawiają na karierę. Dopiero z upływem czasu doceniają wartość stabilnej relacji.

Anna: – Miałam 42 lata, za sobą wiele związków i jedno (studenckie) małżeństwo. Przeczytałam mnóstwo mądrych psychologicznych książek, byłam na wielu warsztatach. Dzięki temu dużo zrozumiałam. Między innymi to, że w niektóre relacje wchodziłam niepotrzebnie, bo chciałam mieć dziecko. Przed poznaniem Jego pierwszy raz pomyślałam: „Nic na siłę. Nie muszę być matką. Mam fajną pracę, przyjaciół, pieniądze. Moje życie jest pełne. Czuję ulgę, odpuszczam”.

Ewa: – Pamiętam taką scenę pięć lat temu. Wracam z pracy z siatami wypchanymi zakupami. Na kanapie leży mąż. Ogląda wiadomości. Nawet nie wstaje, żeby mi pomóc. Nie, nie jesteśmy złym małżeństwem. Jesteśmy poprawni. Seks uprawiamy dwa razy w tygodniu. Mamy córkę w liceum i tych samych przyjaciół od lat. Sporo jem, mało marzę. Na terapii mówię: „Tak będzie zawsze, chyba się z tym pogodziłam”. I pamiętam scenę cztery lata temu. Jestem już sama, mąż odszedł do kochanki (nie wiedziałam, że od pięciu lat prowadził podwójne życie). Mało jem, dużo piję. Na terapii mówię: „Nigdy już nikomu nie zaufam”.

Adam: – Większość życia spędziłem sam. W sumie mi to pasowało. Związki miałem przelotne. Poważniejsze dwa. Na studiach i cztery lata temu. To moje partnerki odchodziły. Zdawałem sobie sprawę, że w jakimś sensie jestem za to odpowiedzialny. Nie chciałem się zmieniać dla drugiej osoby, nie uważałem, że koniecznie muszę z kimś być. Kiedy czułem, że ranię tym kobietę – emocjonalnie stygłem. Wolałem się odsunąć. Jednak rozpad ostatniego związku bardzo mnie zabolał, zdezorganizował moje życie. „Nie chcę więcej się tak czuć” – postanowiłem. Więc na krótko przed poznaniem Jej stan był mniej więcej taki: jestem 43-letnim singlem. Przygotowuję się do spędzenia reszty życia w samotności.

Paweł: – Śmiałem się często: „Czego może chcieć od życia taki gość jak ja?”. Po rozwodzie, z dwiema córkami, miałem kochankę. Ona marzyła o ślubie i dzieciach. Ale ja nie chciałem wspólnego życia, garów i kobiecych pretensji. Nie chciałem więcej dzieci. Poświęciłem się pracy.

Poznanie

Katarzyna Popiołek: – W młodzieńczym okresie życia rządzi nami biologia. Ona często przyciąga osoby bardzo się różniące, które – z czasem – muszą się do siebie dopasować. To nie jest łatwe. Dodatkowa trudność: młodzi ludzie, dojrzewając, zmieniają się, przeformułowują swoje preferencje i dotychczas uznawane wartości. Zglobalizowany świat odrzuca wszystko, co odbiega od idealnej normy, więc i my mamy duże wymagania. Jeśli znajdujemy kogoś lepszego pod jakimś względem, a taki zawsze przecież istnieje, odchodzimy do niego. Kiedy w niedojrzałym związku pojawiają się problemy, zamiast naprawy tego, co się zepsuło, następuje wymiana partnera na nowy model. Gdy wchodzimy w związki w późniejszym wieku, lepiej znamy siebie i trafniej też możemy rozpoznać, z kim się wiążemy, bo nasi przyszli partnerzy także są wyraźniej określeni. Wybieramy najczęściej w grupie osób podobnych do nas. Stawiamy na odpowiedniość stylu życia, upodobań. Rzadziej się oszukujemy, bo już nam się nie chce. Patrzymy przede wszystkim na to, jaką ten ktoś ma wartość dla nas, a nie które miejsce zajmuje w społecznym rankingu.

Anna: – Zaczęliśmy się spotykać na firmowych korytarzach. Sprawiał wrażenie ciepłego i nieśmiałego. Przystojny, inteligentny, szarmancki. Podobał się kobietom, byłam pewna, że ktoś taki nie może być samotny. Dużo rozmawialiśmy, ale głównie na tematy zawodowe. Przełom nastąpił, kiedy podczas wyjazdu integracyjnego zobaczył mnie wyjadającą z puszki gulasz angielski. „Chcesz trochę?” – spytałam po prostu. Potem wyznał: „Pomyślałem, że kobieta, która wcina mięso z puszki, nie może być sztywna i niedostępna”. Po powrocie potrafił trzy razy dziennie przyjść do mnie pod jakimś pretekstem. A to chciał czyjś telefon, a to podpytać o moje projekty. Z czasem zaczął mi opowiadać o swojej rodzinie. Nic za tym jednak nie szło. Nie proponował spotkania poza pracą, choć między wierszami wyznał, że z nikim nie jest związany. Kiedyś mi się przyśnił. To był mocny sen. Jakiś koszmar, dokładnie nie pamiętam. I on w tym śnie mnie uratował. Rano wstałam kompletnie wytrącona z równowagi, rozmiękczona. Jestem realistką, zwykle takie rzeczy nie mają na mnie wpływu, ale cały dzień o nim myślałam. Następnego dnia zadzwonił: „Musimy pogadać”. Pogadaliśmy, ale nie o nas. Tyle że od tej pory i tak patrzyłam już na niego inaczej.

Ewa: – Było lato, siedziałam w poczekalni u dentysty, przeglądałam gazetę. Miałam nieułożone włosy, kiepski makijaż, brzydką sukienkę. Wszedł On. Zadbany, w garniturze, bardzo przystojny. „Cholera, dlaczego nie ubrałam się inaczej” – przeklęłam w duchu. Zauważył chyba moje spojrzenie. Zagadał. „Ciekawa gazeta?” „Niezwykle” – zaśmiałam się. Gdy wychodziłam z gabinetu, zapytał, czy dam mu swój telefon. Zadzwonił dopiero pięć dni później, wchodziłam akurat do windy, ledwo słyszałam: „Nie zapisałem jednej cyfry. Przez pięć dni próbuje dociec, jakiej. Obdzwoniłem ponad 40 osób”. Jeszcze tego samego dnia piliśmy herbatę w kawiarni pod moim domem. Opowiedzieliśmy sobie całe życie. Też był po rozwodzie. Miał dzieci. W weekend wyjechaliśmy razem w Bieszczady.

Adam: – Od razu zwróciłem uwagę na jej oczy. I uśmiech, bo kiedy się uśmiecha, śmieje się całymi oczami. Była wysoka, zgrabna, nie mogłem przestać na nią patrzeć. Zrobiło na mnie wrażenie jej mieszkanie, do którego trafiłem kiedyś ze znajomymi. Jestem architektem, wnętrza są dla mnie ważne. „To dom osoby silnej i zdecydowanej” – pomyślałem. Żadnych kobiecych pierdółek, śladu taniego romantyzmu, którego nie lubię. Potem zorganizowałem imprezę specjalnie po to, żeby ją do siebie zaprosić. Poszliśmy na balkon zapalić, przytuliłem ją. I tak zostało.

Paweł: – Mój przyjaciel zadał mi niedawno pytanie: „Stary, ale dlaczego ona?!”. Nie potrafię odpowiedzieć. Miałem wiele piękniejszych, zgrabniejszych kochanek. Gdy ją zobaczyłem, w ogóle nie myślałem o wyglądzie. Ona miała ciepłe oczy. Fajnie odgarniała włosy z czoła i bardzo mi się spodobała jej sukienka. W pracy otaczają mnie sztuczne, profesjonalne kobiety. W niej było coś prawdziwego. Na pierwszym spotkaniu powiedziała mi, że rzuciła pracę w korporacji i zakłada własną działalność, bo skończyła 40 lat i już najwyższy czas, żeby zacząć być wolnym człowiekiem. Zawsze imponowali mi odważni ludzie. Żona taka nie była.

Wnioski z dawnego życia (po poznaniu nowych miłości)

Anna: – Kochałam awantury i życie na krawędzi. Byłam wymagająca, nietolerancyjna. Bałam się stabilizacji, bo tylko emocjonalny chaos znałam z domu. Partnerów musiałam zdobywać. Gdy już osiągnęłam swoje, nudziłam się. I albo odchodziłam sama, albo prowokowałam, by partner mnie zostawił. A wtedy cierpiałam. Ten stan kojarzyłam z miłością.

Ewa: – Jestem pewna, że w jakimś sensie przyczyniłam się do tego, że mąż mnie zdradził. Nie chciało mi się. Byłam zajęta dziećmi, potem przyjaciółkami. Pochodzę z rodziny, gdzie normalne jest to, że kobieta usługuje mężczyźnie. Więc ja też usługiwałam, a potem robiłam awantury. Albo płakałam i zamykałam się w sobie.

Adam: – Często się bałem, że dziewczyna mnie porzuci. Znajdowałem kobiety trochę w typie borderline. Wieczna huśtawka. Jedna z nich, kiedy się ze mną kłóciła, po prostu przestawała jeść. „To przez ciebie” – mówiła. Wiesz, jak się czuje mężczyzna, który słyszy coś takiego? Jak morderca.

Paweł: – Byłem egoistą: „Ja, ja, ja”. Moje sprawy, moje priorytety. Uważałem, że tylko życie na ful ma sens.

Związek

Katarzyna Popiołek: – Młodzi żyją iluzjami, romantyczna miłość nakłada im różowe okulary, dlatego ich związki nie wytrzymują często zderzenia z twardą rzeczywistością. Poza tym pojawienie się dzieci, walka o pracę generują konflikty. Dojrzali ludzie są już od tego wolni. Mają – zwykle – ustabilizowaną pozycję i realistyczne wymagania, nie oczekują, że ktoś ich będzie stale bezwarunkowo uwielbiał. Nie wierzą w ekstatyczne szczęście, które nie przestaje trwać. Mają już za sobą trening społeczny. Są mniej roszczeniowi. Wiedzą, że wszystkie relacje wymagają kompromisu.

Anna: – Po miesiącu związku zorientowaliśmy się, że w zasadzie mieszkamy razem. Po pracy wracaliśmy do mnie, bo było bliżej od naszej pracowni, on u siebie praktycznie nie bywał. Po pół roku zdecydowaliśmy – moje małe mieszkanie w centrum wynajmujemy, a ja przenoszę się do jego pięknego dużego domu pod lasem. I to chyba jedyny minus, bo nie znoszę tej okolicy, długich dojazdów do pracy, brak mi gwaru miasta. Ale pierwszy raz w życiu pomyślałam, że uczucie to też pójście komuś na rękę. Kompromis. I odpuszczanie. Kiedyś miałam wszystko wysprzątane. W środku nocy potrafiłam szorować wannę. Przy nim nauczyłam się, że nic się takiego nie dzieje, kiedy nie jest sterylnie. Sprzątamy raz w tygodniu, proszę bardzo. Porozrzuca ciuchy? Niech leżą. Nie robię o to awantur. Szkoda mi życia. Nagle okazało się, że drobiazgi nie muszą być problemem. Jednak czasem wybucham. On, kiedy go zdenerwuję, zamyka się w sobie. Ale na szczęście o wszystkim rozmawiamy. On mnie uspokaja, wycisza, daje poczucie bezpieczeństwa. Wszystko robimy razem, ciągle się przytulamy, trzymamy za ręce. Nie mamy siebie dość, tak jakbyśmy nadrabiali stracone lata, gdy nie byliśmy razem.

Ewa: – Po miesiącu mi się oświadczył. „Zwariowałeś” – powiedziałam. Bałam się. Ale on po roku znów spytał: „Wyjdziesz za mnie?”. Jak nastolatka napisałam przyjaciółce: „Hurra, jednak znów zostanę żoną”. Nie mieliśmy problemów z dziećmi, nie było dystansu. Oboje byliśmy dawno po rozwodzie – to zniwelowało ewentualne konflikty. Nasze córki się polubiły. Dziś razem mieszkają. Przed oczami stają mi takie obrazki: nasze pierwsze święta. Jest śmiech i radość. Nie pamiętam, kiedy śmiałam się z eksmężem. Kiedyś wszystko dusiłam w sobie, teraz otwarcie mówię: „Nie podoba mi się to i to”. A on nie ma żadnego focha – mój były nie odzywałby się przez dzień albo dwa. Pierwszy raz w życiu widzę, że to mit, że mężczyźni nie rozmawiają o uczuciach. „A co czujesz, czego chcesz, masz ochotę wyjść do moich znajomych, nie masz?” – pyta mnie wciąż. Nakręcamy się pracą – dla niego też to jest ważne. Teraz dopiero widzę, ile znaczą wspólne wartości. Były o 17.00 wyłączał służbowy telefon i miał wszystko w nosie. Z drugiej strony – nie umiał z tej wolności korzystać, zanurzał się w kanapie. Teraz podróżuję, w weekendy organizujemy kolacje dla mnóstwa znajomych. Nie ma podziału: „to moje”, „to twoje”. Dzielimy się rachunkami. On na początku się tego bał, ale przegadywaliśmy to milion razy. „Albo jesteśmy razem ze wszystkim, albo nie jesteśmy” – powiedziałam. Uważałam, że wiek nie ma nic do rzeczy, bo miłość to miłość.

Adam: – Przed chwilą zadzwoniła. Była zła, bo jej powiedziałem, że się zagadaliśmy i się spóźnię, a za chwilę ma przyjść do domu hydraulik. Kiedyś bym się bał, że ją stracę, bo zawodzę. Ale emocje miną, wiem. Teraz bycie razem kojarzę z radością, a nie z lękiem. Nie boję się, że ona odejdzie. Miłość jest zaprzeczeniem lęku. Doceniam zwyczajność. Moment, gdy dzwoni jej budzik, a ja wstawiam wodę na kawę. Potem przynoszę jej tę kawę do łóżka, rozmawiamy. Lubię nasze dyskusje o literaturze, o filmie, bieżących wydarzeniach. I lubię jej siłę, jestem dumny, że jest taka inteligentna i bystra. Jesteśmy partnerami. Męczył mnie podziw młodszej dziewczyny, z którą się kiedyś spotykałem: „Bo ty tak wszystko wiesz”, mówiła. Nie nadaję się na Pigmaliona.

Paweł: – Jest piątek po południu, jadę po kwiaty. Jutro wyjeżdżamy do domu na Mazurach. Czasem myślę, że mamy wszystko. Odchowane dzieci, pieniądze i szczęśliwą miłość. Córkom powtarzam: „Nigdy nie jest na nic za późno”. Ale nie myśl, że jest idealnie. Nie jest. Tyle że dojrzali ludzie chyba już nie wierzą, że coś może być idealne. Widzą swoje błędy, chcą się zmieniać. I są tolerancyjni wobec tej drugiej osoby. Mam na przykład obsesję na punkcie porządku, to się nie zmieniło. Wracam do domu, kuchnia wygląda, jakby przeszło przez nią tornado. „Ugotowałaś kolację? Pycha. To ja potem pozmywam” – mówię. Nie chcę sprawiać jej przykrości. To jest ważniejsze niż jakiś tam porządek.

Plany

Anna: – Wspólna starość. Takie zwykłe bycie razem. Wkrótce ślub. Wierzę, że nam się uda.

Ewa: – Ja już nie mam planów. Bliska mi jest praktyka mindfulness. Jest tu i teraz. I o to „tu i teraz” dbam.

Adam: – Myślę o dziecku, czasem. I myślę, że ono się pojawi. Nie musi być „nasze” biologicznie. Możemy przecież zaangażować się w wolontariat. Pomóc komuś. To jeszcze przed nami.

Paweł: – Po raz pierwszy myślę, że chciałbym mieć jeszcze syna. Albo jeszcze jedną córkę. Mamy oboje po 43 lata – dlaczego nie mielibyśmy spróbować?

Katarzyna Popiołek: – Dojrzali ludzie są bardziej pogodzeni ze sobą, z tym, jacy są, jak wyglądają. Nie uważają, że wszystko im się należy, potrafią lepiej docenić starania partnera. Dojrzałe związki mają więc dużo większe szanse na przetrwanie. Ale warunkiem jest samoświadomość obojga partnerów, czyli wyciągnięcie wniosków z poprzednich doświadczeń. U osób despotycznych, narcystycznych, które chcą być uwielbiane, a jednocześnie nie potrafią kochać, z wiekiem pewne cechy – uniemożliwiające szczęśliwy i trwały związek – się pogłębiają. W efekcie dzieje się tak, że z nowym partnerem mają te same, stare problemy.

PS Anna i Adam są parą od 2011 roku. Ewa i Paweł – małżeństwem od trzech lat.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Aloha znaczy miłość. Kilka słów o filozofii huna i masażu lomi lomi nui

W filozofii huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów, tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. (Fot. iStock)
W filozofii huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów, tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. (Fot. iStock)
Ta ceremonia to coś więcej niż relaks i przyjemność. To czułość w najczystszej postaci. Jedni porównują ją do bycia łagodnie obmywanym przez wody oceanu, inni – do troskliwego dotyku matki lub zmysłowych objęć kochanka. Joanna Przybyła, która specjalizuje się w hawajskim masażu lomi lomi nui, wyjaśnia, jaka filozofia stoi za tymi wszystkimi doznaniami.

Ja po prostu stwarzam przestrzeń akceptacji i czułości. Chcę, by osoba masowana czuła się bezpieczna, zrelaksowana i otoczona miłością – to esencja ceremonii lomi lomi nui – mówi terapeutka holistyczna Joanna Przybyła. Celem jest lekkość, miękkość, przepływ. W miękkim ciele może bowiem płynąć swobodnie MANA, czyli energia życiowa, w innych systemach nazywana praną, qi lub czi. Sam masaż też jest płynny, z dużą ilością olejków i posuwistymi, niemalże tanecznymi ruchami osoby masującej. – Niektórzy mówią, że ten dotyk jest jak fale oceanu, ja widzę w nim ruchy żółwia oceanicznego, który w majestatyczny sposób rozgarnia wodę swoimi wielkimi płetwami – wyznaje. To bardzo intensywna praca mięśniowo-powięziowa. Pracuje się przedramionami i dłońmi na dużych partiach mięśni oraz na stawach, wykonując właściwie jeden podstawowy ruch, ale w różnych konfiguracjach. – W przekładzie „lomi lomi nui” można rozumieć jako „dotyk miękką łapą zadowolonego kota” – śmieje się terapeutka.

W ten właśnie łagodny, niespieszny sposób (ceremonia masażu trwa zwykle około dwóch godzin) rozpuszcza się zastoje, zlokalizowane w napiętych mięśniach czy zastygłych stawach. Miękkość ma się pojawić we wszystkich strukturach – bo jeśli puścimy kontrolę ciała, to i umysł będzie mógł się uwolnić. Rytuał jest płynny i lekki także dlatego, by łatwiej mogła się podczas niego ujawnić intencja, z jaką przychodzimy.

Bo lomi lomi nui to masaż intencyjny. Zaczyna się go od małej ceremonii, sam na sam ze sobą, w pokoju do masażu. Swoją intencję trzeba poczuć i ją wyrazić. A wcześniej dobrać ją z myślą o naszym najwyższym dobru – to może być na przykład intencja większej harmonii w naszym życiu, uzdrowienia, zamknięcia tego, co złe, spokoju ducha, większej radości, nowej miłości... Joanna Przybyła prosi, by z tą intencją zapalić świeczkę, która będzie się paliła podczas całego masażu. – Chodzi o to, by to puścić, by poszło to z lekkością. Poczuć w ciele, jak się już manifestuje – temu też służy masaż – tłumaczy.

Na początku terapeutka pyta masowanego, czy życzy sobie, żeby zaintonowała dwie modlitwy, obie po hawajsku. Pierwsza to „Aumakua”. Samo słowo znaczy: wyższe „ja”. W modlitwie prosi się je, by zesłało na masowaną osobę wodę życia i żeby jej intencja mogła się zamanifestować. AUMAKUA to nasz duch opiekuńczy, który potrafi uzdrawiać i ma wielką moc, ma też kontakt z Bogiem, naturą, wszechświatem, źródłem – jakkolwiek ten byt chcemy nazwać. Akurat Hawajczycy są mocno związani z naturą, ona dla nich jest bogiem, można więc uznać, że to prośba skierowana do niej.

Druga modlitwa to „Noho ane ke akua”, w której Joanna odwołuje się do bogini Laka, opiekunki tancerzy hula. Bo osoba, która masuje, jest tak naprawdę tancerzem hula. Taniec hula ma specyficzne kroki i sposób poruszania się. Osadzenie nisko na kolanach i rozbujane biodra symbolizują połączenie z energią ziemi. W tańcu i podczas masażu kroki są te same. – Dlatego dla mnie lomi lomi nui to rodzaj medytacji w ruchu – mówi terapeutka.

Ceremonii towarzyszy też hawajski klimat – muzyka, olejki, wyższa temperatura powietrza. Osoba masowana leży na gumowanym prześcieradle, ułatwiającym wykonywanie ruchów masujących pod ciałem. Jest bez bielizny, pareo przykrywa jedynie miejsca intymne, które nie są dotykane. Joanna omija też piersi – skupiając się jedynie na przestrzeni pomiędzy nimi. Zaczyna od pleców, karku i tyłu nóg, masuje łagodnymi, ale zdecydowanymi ruchami. Po chwili podnosi rękę, jedną i drugą, oraz nogi, trzeba nimi bardzo delikatnie poruszyć w stawach, tak jakby masowany płynął żabką.– Najlepiej, gdy w żaden sposób nie pomaga mi podczas podnoszenia jego ręki czy nogi, bo w ten sposób całkowicie poddaje się masażowi – mówi terapeutka. – To uczy tego, jak zaufać drugiej osobie na tyle, by przestać kontrolować to, co robi z naszym ciałem. Im bardziej odpuścimy tę kontrolę, tym więcej skorzystamy. Ale kiedy czuję, że ciało wyhamowuje, że nie ma jeszcze tego pełnego poddania, traktuję to z szacunkiem. Widocznie nie jest jeszcze na to gotowe, ale może ta lekkość za jakiś czas się pojawi. Może ciało odnajdzie wreszcie przyjemność w odpuszczeniu kontroli.

Nowa przestrzeń życia

Zgodnie z nurtem Aloha International, organizacji, w której kształciła się Joanna Przybyła i z ramienia której jest też nauczycielką, masaż lomi lomi nui łączy filozofię huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów z tańcem hula oraz kinomaną, czyli pracą poprzez ciało. – Ciało jest bramą do naszej świadomości, ale jest też domem dla myśli, jak mówi huna. Ono jest naszym drogowskazem, przewodnikiem. Tym bardziej powinniśmy o nie dbać – tłumaczy terapeutka. Musimy je nakarmić, ubrać, zadbać, by było mu ciepło – tylko wtedy jesteśmy w stanie funkcjonować. Dopiero kiedy zadbamy o swoją przestrzeń fizyczną, będziemy w stanie pomyśleć o czymkolwiek innym. Dlatego szanujmy nasze ciało, słuchajmy, co do nas mówi, żeby nie musiało krzyczeć.

Co ciekawe, w masażu i filozofii huny tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. – Kiedy mówię o tym ludziom przed masażem, to potem wyznają, że podczas ceremonii mocno tego doświadczali. Plecy, pośladki, łydki, kark – te rejony mamy zwykle najbardziej spięte. Niektórzy mówią, że kiedy podczas masażu stopniowo się rozluźniały, czuli, jakby się wreszcie otwierali na swoją przyszłość. Na to, że może być piękna i służąca – opowiada Joanna. – Czasem dla kobiet trudny jest moment, kiedy z brzucha obracam je na plecy i widać ich piersi. Na poziomie bardzo intuicyjnym, płynącym z serca, czuję, jakby wstydziły się swojej przeszłości. Ale w trakcie masażu to się zmienia. Słyszę, że robią głęboki wdech i wydech, jakby odpuszczały to, co było. Chciałabym, by zrozumiały, że nasza przeszłość, jakakolwiek była, jest do uznania, czułego spojrzenia na nią, zaopiekowania się nią. To już minęło, nie zmienimy tego, nasze przeszłe doświadczenia, nawet jeśli wymagające, pozwalają po przetransformowaniu osadzić się w mądrości i mocy.

W trakcie masażu często pojawiają się łzy wzruszenia. Poczucie, że był to bardzo osobisty moment. – Kobiety mówią, że nigdy nie okazały sobie tyle czułości, ile dostały ode mnie. Mężczyźni wyznają, że nie pamiętają, by ich matka była dla nich kiedykolwiek tak dobra jak ja. Też odczuwam to wzruszenie. Dla mnie to piękny taniec duszy z duszą, ciała z ciałem – mówi Joanna Przybyła.

I dodaje, że ważny jest też moment, w którym schodzi się ze stołu do masażu. Warto zwrócić wtedy baczną uwagę na swoje kroki, bo w tym momencie wchodzi się w zupełnie nową przestrzeń swojego życia.

Joanna Przybyła, terapeutka holistyczna, praktyk i nauczycielka masażu lomi lomi nui. Specjalizuje się też w terapiach dźwiękiem. Więcej informacji na www.kalejdoskopth.pl.

  1. Seks

Zamieszanie wokół orgazmu – jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji?

Zamieszanie wokół orgazmu - jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji? (Fot. iStock)
Zamieszanie wokół orgazmu - jak znaleźć drogę do seksualnej satysfakcji? (Fot. iStock)
Syzyfowa praca – takie odnosi się wrażenie, śledząc tytuły artykułów o orgazmach. Mężczyźni zagrzewani są do boju: „Podaruj jej wielki finał w 15 minut!”, a kobiety utwierdzane w nieustannym niespełnieniu: „Osiem powodów, dla których nie możesz mieć orgazmu”. I tak będzie już do końca świata?

Niedawno portal I Fucking Love Science przeanalizował tytuły czasopism w gazetach męskich i kobiecych. W tych pierwszych natknął się na: „Dziesięć lekcji o kobiecym orgazmie”; „Jak dać jej Wielki Koniec, na który zasługuje”; „Cztery zmysłowe sposoby na przyspieszenie jej orgazmu”; „Jak ją zadowolić, ale nie stracić całej nocy?”. – Tytuły tekstów do gazet dla mężczyzn są czysto zadaniowe: damy ci instrukcję, a ty podwijaj rękawy i bierz się do roboty. Z podobnym zadaniowym nastawieniem przychodzą do mnie mężczyźni. Mówią: „Proszę pana, mam 40 lat, jestem w stałym związku. Od kilku miesięcy (może kilku lat) mam zaburzenia erekcji. Tyle o mnie. Teraz zamieniam się w słuch, a pan doktor da mi instruktaż, jak mieć stalowy wzwód na zawołanie i jak doprowadzić partnerkę do zniewalających orgazmów. Proszę mówić” – wyjaśnia Andrzej Gryżewski, seksuolog i psychoterapeuta z gabinetu CBTseksuolog.

Gazety kobiece mówią o orgazmie w zgoła innym tonie: „Osiem powodów, dla których nie jesteś w stanie osiągnąć orgazmu”; „Dziesięć faktów, których faceci nie rozumieją o orgazmie kobiecym”; „Sposoby na to, żeby osiągnąć orgazm razem”. – Tytuły dla kobiet są bardziej realne, nastawione na wsparcie. Opisują ogromne skomplikowanie kobiecej seksualności, dodają otuchy. Zachęcają do niezmuszania się, do dania sobie na spokojnie przestrzeni na seks, poznawania swoich stref erogennych. Motywują do niezniechęcania się w przypadku nikłych efektów – mówi Andrzej Gryżewski. Ale wnioski z analizy tych tytułów są jeszcze bardziej przewrotne:

Ona udaje – on myśli, że umie

Pod koniec 2017 r. roku zespół psychologów z Oakland University podał 63 (tak! tak!) przyczyny, dla których kobiety udają orgazm. Przypomnijmy, że David M. Buss, amerykański psycholog ewolucyjny, opisał 237 powodów, dla których kobiety uprawiają seks. I tylko jeden z nich mówił o orgazmie. Naukowcy z Oakland posegregowali przyczyny fałszowania orgazmu na trzy grupy:

  1. Brak zainteresowania seksem (czyli „im szybciej mam orgazm, tym szybciej skończymy”);
  2. Wsparcie partnera („nie wychodzi mu, ale przynajmniej się stara”, również: „udaję orgazm, żeby utrzymać związek”),
  3. Manipulacja i oszustwo („świetnie udany orgazm za świetne futro” albo „czuję się niepewna, a udawanie orgazmu sprawia, że jest mi lepiej”).

286 kobiet, które naukowcy poprosili o pomoc, opowiedziało, jak często w życiu stosowały (stosują) określone strategie. Psychologowie nie mają, niestety, dobrych wiadomości. Udawanych orgazmów może być coraz więcej. Dlaczego? Z powodu coraz bardziej skomplikowanych relacji i kruchości związku. Niebagatelny jest także fakt, że coraz więcej par bezskutecznie stara się o dziecko: ich seks dawno temu przestał być spontaniczny i wypełniony orgazmami. Szacuje się, że połowa kobiet na pewnym etapie życia przez dłuższy czas udaje orgazmy. Co z mężczyzną, który myśli, że potrafi dać partnerce wielki finał, a w rzeczywistości tego nie umie? Najlepiej nie mówić mu o tym po dziesięciu latach związku. Dobrze jest zacząć od pierwszej randki. – Wygląda na to, że nijak nie możemy się dogadać. Kompletnie nie interesuje nas druga strona, tak jesteśmy skupieni na własnej perspektywie. Co z tego, że mężczyzna dowie się o technikach z poradnika, a kobieta ponarzeka, że jej partner nie potrafi jej doprowadzić do orgazmu. Co z tego, jeśli oni nawzajem sobie tego nie mówią? – pyta Anna Moderska, edukatorka seksualna, ekspert Tulipan.pl.

Co z męskim orgazmem?

Wyobraź sobie, że role się odwracają i czytasz w gazecie kobiecej: „Jak dać mu gigantyczny wzwód”? A w męskiej: „Dlaczego ona nie umie spowodować u ciebie orgazmu”. Czy ze wstrętem odłożysz instrukcje o gigantycznym wzwodzie? Z jakich przyczyn? Ponieważ orgazm męski jest w przekonaniu wielu kobiet prosty, łatwy, a seksualność facetów zwierzęca i niskich lotów. Anna Moderska: – Nasza wiedza o kobiecej seksualności i przyjemności (choćby czysto fizycznym jej aspekcie) jest mocno do tyłu. U mężczyzn z penisem na wierzchu wydaje się to oczywiste i łatwe od setek lat: dotykanie go powoduje wzwód i wytrysk z orgazmem. Z kobietami i ich schowaną łechtaczką sprawa wydaje się bardziej zawiła – odkrycia naukowe w tej dziedzinie to nowość – przez to sądzimy, że jest to kwestia skomplikowana. Poza tym postrzeganie męskiej przyjemności jest bardziej sprymitywizowane, choć zupełnie niesłusznie. Mężczyźni mogą mieć niesamowicie rozbudowane i zróżnicowane orgazmy. Tak jak kobiety, wszystko w rękach kochanki, warunków, w jakich uprawiają seks, i tego, co między nimi seksualnie się odbywa, a więc także komunikacji. Jakie są tego konsekwencje? – Statystyczne 34 procent mężczyzn w stałych związkach nie chce uprawiać seksu. Dlaczego? Bo czują, że muszą obsługiwać kobietę w seksie. Słyszę często całą sekslitanię zażaleń mężczyzn do ich partnerek. Mówią to z mieszanką wstydu i złości, bo nie za bardzo wiedzą, czy mają do tych uczuć prawo w sferze seksualnej. Bo podobno facet w seksie bierze wszystko jak leci. Nic bardziej mylnego – mówi Andrzej Gryżewski. Kobiety z kolei łapią się w pułapkę: „Nie mogę być ekspertem od męskiej seksualności, bo to by oznaczało, że jestem puszczalska”. – Kobiety przyuczane kilkusetletnią tradycją sądzą, że mają być skromne, czekać, aż je książę na białym koniu wybudzi pocałunkiem ze snu i wprowadzi w świat piękna i cudownej zmysłowej relacji – pokpiwa Anna Moderska.

Przyjemność jako straszak

Seksuologowie obserwują w gabinecie mężczyzn zalęknionych faktem, że nie dają partnerce orgazmu, że to oni są za niego w 101 proc. odpowiedzialni. – Mają przekonanie, że niedoprowadzenie kobiety do orgazmu skutkuje „byciem nikim” również i w innych sferach. Mówią: „Odkąd mam zaburzenia erekcji, zauważyłem, że coraz gorzej jeżdżę samochodem, gdy występuję na scenie, to już nie daję z siebie tyle energii, ile przed impotencją. To mi rujnuje życie” – opowiada Andrzej Gryżewski. – Kobiety są zniechęcone do seksu z partnerem, bo on się spina, jest sztuczny. Wiele kobiet dalej ma przekonanie, że mężczyzna jest „gospodarzem balu”, a ona jest księżniczką. Mężczyźni mają szereg zarzutów do kobiet: ona leży i pachnie, nie wydaje z siebie żadnego dźwięku, nie ruszy nawet powieką. Nie dzielą się z mężczyznami swoimi fantazjami seksualnymi, ciągle zwodzą, że powiedzą później, jutro, za miesiąc, jak nabiorą większego poczucia bezpieczeństwa...

Pokutuje stereotyp, że oni mają nie zawieść, mają obowiązek znać się na „tych sprawach” i wprowadzać kobietę w świat seksualności. Bo oni są bardziej doświadczeni. Czy tak jest? – Niekoniecznie, ale tego się oczekuje. Oczekują tego zarówno kobiety, jak i sami mężczyźni. Mężczyzna niewiedzący, jak postąpić, jest w powszechnym rozumieniu ostatnią fajtłapą, niedojdą. Przyznanie się do niewiedzy czy niekompetencji jest tragedią, do której ten za wszelką cenę nie chce dopuścić – mówi Anna Moderska. – Prawda jest taka, że mężczyźni powinni uczyć się, jak rozmawiać z partnerką o seksie i jak się od niej dowiedzieć, co jej sprawia największą przyjemność, a nie zakładać, że wiedzą, co jest dla niej najważniejsze. Kobiety lepiej wychodzą na uczeniu się własnej seksualności, mówieniu o niej bez wstydu i niezakładaniu, że mężczyzna, jak ten bohater romansu, doprowadzi ją do szaleństwa.

Ale zanim tak się stanie, wciąż nie ma jasności w temacie orgazmu.

Droga do rozkoszy okiem ekspertki

Jak podkreśla Anna Golan, seksuolożka: Mam wrażenie, że cytowane media odwołują się do naszych kompleksów i stereotypów na temat płci. Przekaz dla mężczyzny brzmi: kobiety oceniają twoją sprawność (oraz wielkość członka). Dla kobiet: powinnaś sprawić mu przyjemność swoim orgazmem. Można by tu dorzucić jeszcze wciąż, niestety, popularny pogląd, że orgazm osiągany w wyniku stosunku jest bardziej wartościowy niż ten osiągany poprzez stymulację łechtaczki. I tak obie płcie zamiast cieszyć się ze spotkania dręczą się myślami: „Jak wypadam?”. Jakie ma to skutki? Ludzie są nieszczęśliwi, nieautentyczni w swoich relacjach. Oczekujemy od mężczyzn bliskości, umiejętności wyrażania emocji i reagowania na nasze, jednocześnie bezlitośnie oceniamy ich w tej sferze życia, gdzie wszyscy jesteśmy najbardziej bezbronni. Z kolei młode kobiety, które dopiero zaczynają życie seksualne, już zaczynają się czuć mniej wartościowe, ponieważ nie osiągają orgazmu. Wymagają od siebie zbyt wiele. Z moich rozmów z kobietami jasno wynika, że seks oceniamy, biorąc pod uwagę jakość relacji, uwagę, jaką poświęca nam partner. To, że inspirujemy, ekscytujemy siebie nawzajem, jest ważniejsze w ocenie kobiet niż najbardziej wyszukane techniki oferowane przez mężczyznę, który nie wzbudza emocji. Kobietom doradzałabym samodzielne poznawanie swoich ciał, tak jak to robią mężczyźni! Dzielcie się tą wiedzą w sypialni, pokazujcie, kiedy kochanek rzeczywiście dostarcza wam rozkoszy. Często przeszkodą w osiągnięciu orgazmu jest presja na to, żeby go przeżyć.

  1. Psychologia

Decyzja o rozwodzie – świadomy wybór, do którego warto się przygotować

Różne są przyczyny rozwodów. Jeśli jesteśmy wewnętrznie pewni, że dany związek nie rokuje dobrze to i tak warto rozważyć wszystkie
Różne są przyczyny rozwodów. Jeśli jesteśmy wewnętrznie pewni, że dany związek nie rokuje dobrze to i tak warto rozważyć wszystkie "za" i "przeciw". (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kiedy jest dobry moment na podjęcie decyzji o rozwodzie? Czy po tej „drugiej stronie lustra” faktycznie jest tak pięknie? Jak się przygotować do tej decyzji, jeśli wydaje nam się nieunikniona?

Rozwód jest niezwykle trudnym wyzwaniem, które może okazać się decyzją tak samo pochopną, co ratującą życie ludzkie. Właściwe rozeznanie sytuacji, ocena szans i zagrożeń wynikających zarówno z trwania w związku, który jest dla nas wyniszczający, jak i zakończenia go, to działanie wyróżniające odpowiedzialną postawę.

Trzeba mieć świadomość, że życie po drugiej stronie lustra to kolejne wyzwanie. Nieistotne, jaki był nasz poprzedni związek, czy skrajnie toksyczny, czy też zwyczajnie nudny, to był on przewidywalną przestrzenią, w której funkcjonowaliśmy przez dłuższy czas. W rytmie, jaki ten związek nadawał grała nasza codzienność. Wyjście z takiego związku metodą rozwodu, to zawsze przejście do innego świata, którego trzeba się nauczyć, albo przypomnieć.

W zależności od tego, jak współuzależniający charakter miał nasz poprzedni partner, to od momentu zakończenia relacji z nim stajemy się niejako odpowiedzialni sami za siebie i za nasze decyzje. Nie mamy już audytorium, przed którym trzeba „jakoś dobrze” wypaść. Mamy siebie i swoją chęć przetrwania i życia inaczej niż dotychczas.

Odpowiedzialne podjęcie decyzji o rozwodzie wiąże się z zaplanowaniem tego, co będzie „po”, tzn. przygotowaniem odpowiedzi na pytania: z czego będę żył/żyła? gdzie będę mieszkał/mieszkała? W jaki sposób zapewnię sobie wsparcie i skąd będę mógł/mogła je otrzymać?

Jeśli jesteśmy rodzicami powinniśmy pomyśleć o zapewnieniu bezpieczeństwa swoim dzieciom, tj. mieszkania, zaspokojenia podstawowych potrzeb, edukacji, wsparcia ich kolegów, koleżanek, kontaktu z drugim rodzicem. Takie podejście do podjęcia tej bardzo poważnej decyzji pomaga w jej ugruntowaniu się. Jeśli zapewnimy sobie parasol ochronny, wsparcie, wówczas będziemy mniej podatni na instynktowne powroty, nierzadko wywołane strachem przed wyzwaniami, jakie spotykamy w nowej sytuacji.

Wiele kobiet odchodzi i wraca od swoich mężów - oprawców dlatego, że szukają stabilizacji. Upatrują ją w czymś, co dobrze znają, a z czego dotychczas chciały uciekać. Intuicyjnie działają według schematu, w którym to powrót do sytuacji znanej jest bezpieczniejszy aniżeli zbudowanie wokół siebie rzeczywistości, która to poczucie bezpieczeństwa nam zapewni. Paradoksalnie, wówczas wszystko, co miało wpływ na podjęcie tak ważnej decyzji przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, liczy się tylko przywrócenie znanego status quo.

Aby uniknąć tego rodzaju zachowań powinniśmy zadać sobie pytanie, jakie są nasze wyobrażenia o życiu po rozwodzie? Jak my odnajdujemy się w tym, w jaki sposób to życie sobie wyobrażamy? Co musimy zrobić zanim podejmiemy tę decyzję, aby zmaksymalizować nasze szanse podtrzymania swojego świadomego wyboru? To tak, jakbyśmy zdecydowali się na daleką wyprawę po wodę, której od kilku dni brakuje w naszej wiosce. Od tego, jak się do tej wyprawy przygotujemy zależy, czy ją odnajdziemy, w co i ile jej nabierzemy, czy przeżyjemy i czy wrócimy silni dla innych, którzy na nią i na nas czekali.

Życie po drugiej stronie lustra nie jest ani trudne, ani łatwe, ani piękne, ani brzydkie.

Życie po rozwodzie, jest takie, na jakie jesteś przygotowany/przygotowana. Samotność po rozwodzie będzie dla jednych wyzwoleniem, dla innych powodem przygnębienia. Kłopoty finansowe będą dla jednych druzgocące, a dla innych mobilizujące. To od twojego podejścia i wsparcia, o jakie się dla siebie zatroszczysz, zależy efekt wyboru: zostać czy rozstać się?

Podejmuj decyzje nie obwiniając nikogo.

Ewelina Jasik, propagatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.

[newsletterbox]

  1. Seks

Przestań gadać, chodź do łóżka

Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. (Fot. iStock)
Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. (Fot. iStock)
W kobietach często pokutuje przekonanie, że grzeczne dziewczynki nie są nachalne, że to mężczyzna powinien inicjować znajomość czy zbliżenie. To stereotypy. Gdy kobieta umie powiedzieć „tak” swoim potrzebom, będzie też umiała przejąć inicjatywę, jeśli tego zechce – mówi terapeutka Olga Haller.

Żyjemy w czasach, kiedy każdy wyciąga rękę po to, na co ma ochotę. Tak zawsze robiły dzieci. Teraz wszyscy trochę jakby zdziecinnieliśmy. Mężczyźni sięgali po kobiety, gdy one były skrępowane tradycją i więzami woli rodziny. Mogły tylko dawać znaki, upuszczać chusteczkę, błysnąć oczkiem, niewiele więcej. Więcej to jedynie kobiety upadłe...
Dzisiaj rzeczywiście wielu z nas przypomina rozbrykane dzieci w sklepie z zabawkami. Może się zakręcić w głowie od możliwości konsumpcyjnych. A seks przez wielu jest do tej kategorii zaliczany. Kobiety przez wieki były dobrem przeznaczonym do męskiej konsumpcji. To nie one sięgały, przynajmniej nie otwarcie, nie one miały czerpać przyjemność. Jeśli już tak się działo, były podejrzane, upadłe, nawet potępione. Dzisiaj to się zmienia, są bardziej wyzwolone. A wolność to więcej możliwości, ale i nowe wyzwanie, jak z niej korzystać.

Nawet zmiany na lepsze trzeba okupić jakąś karą... Były przecież zalety tradycyjnej sytuacji.
Tak, nie da się ukryć, że to było wygodne dla kobiet – nie przejmować inicjatywy, czekać i patrzeć, jak oni się krzątają, starają, dwoją i troją.

Czasami wam zazdrościłem, że możecie tak wyczekiwać i obserwować. Ale jak coś nie szło po waszej myśli, była katastrofa!
Dramat! Obu stronom nie było więc wygodnie. Kobieca seksualność w niewoli stereotypów musiała być skrywana, ujarzmiona, skrępowana regułami obyczajów. Każda niewola pozbawia wpływu, tym samym odpowiedzialności, a poczucie wpływu jest człowiekowi niezbędne. Powstał więc cały system znaków, sygnałów, zachowań w kontaktach damsko-męskich. Dlatego kobiety w relacjach z mężczyznami opanowały sztukę uwodzenia, flirtu: ruch brwi, spojrzenie spod rzęs, półsłówka, półruchy, półmroki i nagłe zwroty akcji. Ile z tego jest prawdziwą zabawą dla obu stron, a ile pamiątką po czasach niewolnictwa – to właśnie powinny odkrywać współczesne kobiety. Gdy pragniemy kontaktu, np. w sytuacji zakochania czy pożądania, najważniejszy jest ten obszar „pomiędzy” – czyli to, co się dzieje  p o m i ę d z y  odczuwaniem potrzeby a jej zaspokojeniem. To nie jeden skok, ale cały proces. Warto uczyć się iść małymi krokami....

Kiedy odczucia związane z potrzebą kontaktu są silne, a nic nie można zrobić, pojawia się nieznośne cierpienie. Wszyscy próbujemy tego uniknąć różnymi sposobami.
Jako niepewna siebie 18-latka próbowałam sobie poradzić, stawiając wszystko na jedną kartę. On miał 19 lat, poeta, taki cudny. Kochałam się w nim z daleka, on nie zwracał na mnie uwagi. Zadręczając się brakiem pewności, nie mogłam czekać. Pojechałam do jego miasta... A czy miałam nadzieję? Chyba nie. Nie miałam odwagi, by poflirtować, ale pojechać miałam. Zapukałam do drzwi. Otworzyła matka, a on w wyrku, oszołomiony, bo jeszcze spał. Powiedziałam... Nie miał pojęcia, że się w nim kocham, a ja: „dziękuję, cześć”. I wyszłam. A potem płakałam pół dnia.

Trudno to nazwać dialogiem i dobrym porozumiewaniem się, już raczej desperacją z braku umiejętności dogadania się.
O tak. Brakowało mi tego wszystkiego, co potrzebne „pomiędzy”. Wielu dziewczynom brakuje treningu w komunikowaniu się z rówieśnikami. Nie mają wsparcia dorosłych, kiedy pojawiają się potrzeby kontaktów z chłopakami. A wcześniej brak tego, co uważam za bazę dojrzałej kobiecości – za mało pomocy matek oraz innych kobiet w zaakceptowaniu swojego ciała i seksualności. Dorastają w przekonaniu, że muszą się z tym ukrywać, że od inicjowania znajomości czy zbliżenia są mężczyźni, a one mogą tylko wymyślać sposoby, manipulacje, podchody. Kiedy kobieta umie powiedzieć „tak” swoim potrzebom, to będzie umiała inicjować kontakty, kiedy tego zechce, ale i powiedzieć „nie”. Będzie miała więcej oparcia w sobie, pewności siebie, niezależności. A w patriarchacie nie o to chodziło, prawda?

To straszne odmawiać kobiecie, która wbrew obyczajom ośmiela się pierwsza wyciągnąć rękę. Kobiety miały trening w mówieniu „nie” w takiej sytuacji. My przeciwnie. Pamiętam nieszczęsną, która zapukała nagle do mego mieszkania bez zapowiedzi i stała bidula na progu. Nie wpuściłem jej. Czułem się potem jak bydlę. A przecież to było uczciwe.
Zgadzam się, że uczciwe. Ale w tej sytuacji odbiła się cała nierówność między kobietami a mężczyznami. Ty nie dałeś sobie pozwolenia, żeby jej odmówić wprost, a ona nie miała szansy tego usłyszeć i przeżyć. W nowym porządku, którego wszyscy się uczymy – ani ty bydlę, ani ona bidula. Jako partnerzy równi sobie macie te same prawa: pytać, prosić, zgadzać się, odmawiać i przeżywać. W otwartej odmowie mógł ci przeszkodzić stereotyp mężczyzny, którego obowiązkiem jest nie przepuścić okazji, być zawsze gotowym do seksu i romansu. Lepiej było udać, że nikogo nie ma w domu.

Znajoma pisze: „Pokutuje w nas przekonanie, że to on powinien zapraszać i że grzeczne dziewczynki nie są nachalne... A co, jak wyśmieje, odrzuci!?”. Dziewczyny boją się drwin, obmowy, etykietki dziwki. Te nasze obawy sprawiają, że tak się „podchodzimy” od wieków, kobiety i mężczyźni, w poszukiwaniu miłości, spełnienia. I wszyscy staramy się, jak możemy, uniknąć cierpienia. Różnie nam to wychodzi.

To, że czasami nie dajecie wyraźnego znaku przyzwolenia, marnuje tyle okazji! Kobiety nie wiedzą, jak często faceci nie startują, gdyż błędnie uważają, że nie mają szans...
Ileż jest opowieści po latach: byłem taki zakochany w tobie. – Co, naprawdę?! A ja w tobie. Jaka szkoda, że nie wiedziałam. Czy to dobrze czy to źle? Ta niepewność jest nieodłączna i naturalna, o ile nie wynika z represyjnej obyczajowości! Przecież nie chodzi wcale o to, żeby każde młodzieńcze zauroczenie przeradzało się w związek! Coraz więcej kobiet uświadamia sobie nowe możliwości. Coraz częściej dzieje się to nie tylko w wyniku zmiany obyczajów, ale i głębszej przemiany, tej „wewnętrznej podróży”, by odnaleźć i poznać siebie wbrew stereotypom. Dziś wiele kobiet zachowuje się odważniej niż kiedykolwiek. Okazują mężczyznom zainteresowanie, inicjują znajomości, bo facet je interesuje, chcą go poznać bliżej, a także dlatego, że po prostu mają ochotę na seks.

Moja znajoma, pani profesor, która zwiedziła pół świata, pisze do mnie: „W dawnych czasach mojej młodości zapraszanie faceta do łóżka było czymś sporadycznym. Dobrze wychowana dziewczyna tego nie robiła. Teraz – w dobie Internetu, kolosalnych możliwości poznawania ludzi  – wszystko jest dozwolone. I myślę, że tak lepiej i prościej. A czy boimy się odrzucenia? Tak. Ale młodsze są odważniejsze, a starsze nie mają nic do stracenia”.
Wiele z nas jest nadwrażliwych w tej kwestii. Uogólniając – męskie zainteresowanie ma dla kobiet nadmierne znaczenie, jest potwierdzeniem ich wartości, którego tak często im brakuje. Znowu, niestety, odzywa się patriarchalny spadek – musimy mieć mężczyznę, żeby utwierdzić się w prawie do istnienia. Kobiecość obolała, niepewna, samokrytyczna, nadwrażliwa zmaga się z tym, jak zasłużyć na uwagę, jak go zdobyć, podejść, jak się nie narazić? To często przynosi kolejne rozczarowania.

Dlatego w listach do nas czytam: „Zapraszając się do łóżka, warto zostawić jakąś furtkę, żeby się wycofać”.
Tę wypowiedź rozumiem nie jako prostą asekurację na wypadek niepowodzenia, co kobiety rzeczywiście często robią. Warto zostawić furtkę, bo przecież inicjowanie seksu to jednak nie transakcja handlowa, umowa kredytowa czy biznes. To raczej sztuka kontaktu, kochania, uwodzenia. A jak sztuka, to proces twórczy, nieprzewidywalny. Pełen rozmaitych możliwości, które warto wspólnie odkrywać. Kiedy w tym procesie spotkają się dwie osoby równe sobie, każda z nich ma prawo zaangażować się, ale i wycofać. To jak gdyby pójść w odwiedziny, nie będąc do końca pewnym, czy gospodarz jest w domu, czy ma czas i chęć na wizytę. Możemy być odważni, ale i gotowi do odwrotu, jeśli rozpoznamy, że to nie ten czas. Dzięki temu będziemy mogli zaryzykować i wybrać się znowu. Czasem wyrażenie chęci wprost jest dobre, wyjaśniamy sytuację, oszczędzamy energię. Czasem zaś bywa przedwczesne – unikamy niepewności i ryzyka, ale zabieramy potrzebom, uczuciom możliwość dojrzewania. Dzisiaj w codziennym pośpiechu brakuje nam cierpliwości. W wielu sprawach, także w seksie, w relacjach.

Mówimy o świecie, który się zmienia. Internet – jakie to ułatwienie w podchodzeniu się nawzajem! W dodatku daje przewagę kobietom dialogu. Dla nieśmiałych jest osłoną i pomocą... Tam mamy te same prawa, a kobiecie łatwo przejąć inicjatywę, zwykle lepiej od nas piszecie i ubieracie ładniej uczucia w słowa.
Ukazało się już kilka książek o internetowych kontaktach, także erotycznych. Wiele kobiet szuka partnerów przez Internet, na portalach towarzyskich, dla singli czy na czatach. Nie sądzisz chyba, że to same nimfomanki czy seksoholiczki. To często kobiety, które właśnie w Internecie znalazły okazję, żeby dać upust swojej seksualnej naturze. Odważają się na to, na co zapewne nie pozwalają sobie w realu – bezwstydnie wykazywać inicjatywę, zapraszać, stawiać warunki. Bywają wulgarne, ostre, wyuzdane. Szczegółowo potrafią mówić o tym, co chcą zrobić mężczyźnie albo czego oczekują od niego. Znam takie, którym to posłużyło. Kiedy już odkryły, jakie mają możliwości w sieci, gdy są anonimowe, i że mężczyźni z chęcią je przyjmują, potrafiły spożytkować to doświadczenie w życiu. Często jednak trudno im zintegrować te doświadczenia, nadal przeżywają siebie jako osobę podzieloną: na tę opętaną seksem, godną pożałowania, i tę porządną, która panuje nad sobą, nie odkrywa wszystkich kart.

Myśląc o sobie z dawnych czasów, jednak żałuję, że nie było Internetu. Nieśmiały, dręczyłem się z wyrokiem aktywności, też z lęku przed odtrąceniem... A to lęk głębinowy i powszechny. Wszyscy go doświadczamy.
Biegłość w zapraszaniu do łóżka nie wyratuje nas od tego lęku. Musimy się z nim zmierzyć – dać mu się poprowadzić bez panicznej przed nim obrony. To paradoks, że kiedy odważamy się iść tropem niechcianych uczuć, niewygodnych konfliktów wewnętrznych, one poprowadzą nas w kierunku większego oparcia w sobie. To podstawa naszej wolności osobistej, także seksualnej. Dzięki temu kobiety wreszcie mogą decydować o sobie w seksie – sięgać, po co chcą, a nie godzić się na to, czego nie chcą. Bo do tej pory zbyt często decydowano za nas.

  1. Psychologia

"O co" rozpadają się współczesne związki?

Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. (Fot. iStock)
Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. (Fot. iStock)
"O co" rozpadają się współczesne związki? Czego potrzeba, by nie podzielić losu rozbitków? Rozmowa z psychoterapeutką Agnieszką Kramm.

Czy dzisiaj trudniej budować związek?
Niewątpliwie mamy do czynienia z powszechnym kryzysem relacji. Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. I to jest wyzwanie dla obydwu płci.

Niezależnie od różnic między nimi?
Owszem, może dochodzić do nieporozumień, zwłaszcza w sferze komunikacji. Mężczyźni i kobiety inaczej nazywają pewne rzeczy, inaczej też na nie reagują. Dlatego naszym podstawowym, codziennym rytuałem powinna być przestrzeń wygospodarowana dla siebie nawzajem. Mam wrażenie, że w dzisiejszej rzeczywistości o to się właśnie rozbijamy. O brak czasu, brak możliwości codziennego spotkania chociażby na pół godziny, kiedy ty słuchasz mnie, a ja słucham ciebie. Tylko wtedy dowiemy się o sobie czegoś nawzajem, nauczymy się porozumiewać.

Niektórzy mogą zrozumieć to „bycie razem” jako kolejny punkt do wciągnięcia na listę zadań. Wtedy nie będzie to prawdziwe bycie razem. Tu bardziej chodzi o znalezienie wspólnego elementu, czegoś, co obojgu nam daje radość, przyjemność, poczucie kontaktu. Dla jednych mogą to być wspólne wyprawy na rowerze, dla innych kolacje przy świecach w drogich restauracjach, dla jeszcze innych zajmowanie się domem. Chodzi o poczucie, że wspólnie coś tworzymy, przeżywamy. I że to nas łączy.

To recepta na trwałość i niezmienność uczuć?
Tak jak my cały czas się zmieniamy, tak samo musi zmieniać się nasza relacja. Tego się jednak boimy. To niesamowite, ale nigdy z samym sobą tak się nie skonfrontujemy, jak w bliskiej relacji. Tu wychodzą wszystkie nasze niepokoje, projekcje, odzywają się lęki, jeszcze z dzieciństwa. To właśnie dziecko w nas boi się i myśli: „Kiedyś razem chodziliśmy do kina, a teraz on już nie chce, woli grać z kimś innym w tenisa. Już mnie nie kocha”. Tymczasem związek jest nieustającym zaproszeniem do przemiany, ale i dbaniem o to, by nadal istniała w nim część wspólna.

Czyli u podstawy budowania bliskości leży umiejętność otwierania się na drugą osobę. Taką, jaka ona jest. Bez iluzji.
Tak, ale mamy z tym pewien problem. W długotrwałych związkach przestajemy bowiem odbierać partnera takim, jaki jest obecnie. Zamiast tego przywiązujemy się do jego wizerunku w naszej głowie albo do tego, jaki był kilka lat temu. To uniemożliwia nam prawdziwy kontakt, a bez niego nie otworzymy się na druga osobę. W relacjach dotykamy najbardziej delikatnych obszarów naszego „ja”. Zwykle mamy tendencję, żeby ukrywać to, co w nas miękkie, wrażliwe, bezradne. Tymczasem tu tkwi nasza największa siła: siła uczuć. Zamknięci na nie jesteśmy pozornie bezpieczni, ale nie kochamy wtedy naprawdę, a związek nie przynosi spełnienia. Warto przełamać lęk przed odsłonięciem się, bo to może uzdrowić nasze relacje. Kiedy powiemy otwarcie: „Czuję, że mnie zaniedbujesz. Martwię się, że już mnie nie kochasz”, możemy usłyszeć w zamian: „Nadal mi na tobie zależy, nie masz powodów do obaw”. Wtedy komunikacja między nami będzie płynęła prosto z serca. To trudna, ale jedyna droga.

Czasochłonna?
Być może, ale nie jest to czas stracony. Musimy dbać o sferę „my”, bo bez niej nie ma relacji. Parom, które do mnie przychodzą, zadaję ćwiczenie, które wydaje się proste i banalne, ale prawie nikomu nie udaje się go wykonać. Polega ono na tym, żeby raz na tydzień przez godzinę rozmawiać ze sobą w ten sposób, że najpierw przez 10 minut jedna osoba mówi, a druga tylko słucha. Czyli nie krytykuje, nie ocenia, nie komentuje, nie radzi. I tak na przemian. To wszystko. Ćwiczenie może o połowę skrócić czas psychoterapii, ale ludzie nie są w stanie go wykonać.

Dlaczego?
Bo nie mają czasu, bo zapominają, bo są tak potwornie zmęczeni… A na najgłębszym poziomie – bo boją się, że nie będą w stanie się porozumieć.

Jak walczyć z tym lękiem?
Może zabrzmi to dziwnie, ale musimy go zaprosić, przyjąć całym sobą. Zapytać siebie: „Czego się boję? Że on mnie wyśmieje, powie, że to jest głupie, czy że nie odpowie tym samym?”. A potem powiedzieć  partnerowi: „Strasznie się boję, że mnie nie zrozumiesz. Że już ci się nie podobam”. Gdy akceptujemy siebie w całości, jesteśmy w stanie mówić otwarcie o naszych uczuciach. Praca nad związkiem to zajęcie pełnoetatowe, ale też o wiele bardziej proste niż nam się wydaje. Wystarczy tak niewiele: wysłuchać siebie, partnera, nazwać wzajemne lęki oraz potrzeby i otwarcie o nich komunikować.