1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Kaligrafia - trening uważności, opanowania i pokory

Kaligrafia - trening uważności, opanowania i pokory

 Kaligrafia uczy uważności, koncentracji, cierpliwości, opanowania i pokory. (Fot. iStock)
Kaligrafia uczy uważności, koncentracji, cierpliwości, opanowania i pokory. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
W każdym z nas drzemie potrzeba piękna. Kaligrafia, czyli ręczne pisanie to nie tylko forma sztuki. To także dobry trening uważnosci, cierpliwości, opanowania i pokory. – Ubogacasz siebie, ale i innych – mówi Grzegorz Barasiński, nauczyciel kaligrafii.

W każdym z nas drzemie potrzeba piękna. Kaligrafia, czyli ręczne pisanie to nie tylko forma sztuki. To także dobry trening uważnosci, cierpliwości, opanowania i pokory. – Ubogacasz siebie, ale i innych – mówi Grzegorz Barasiński, nauczyciel kaligrafii.

Zawsze pan ładnie pisał? Czy może tak jak większość osób dziś, czyli jak kura pazurem? Pytam, bo kaligrafia kojarzy się z ładnym, eleganckim pismem. Myślę, że na początku wszyscy chcemy ładnie pisać. Kiedy dzieci stawiają pierwsze literki, to tak bardzo się starają, że aż wysuwają języczek, żeby im tylko ładnie wyszło. Wkładają całe serce w pierwszy list do babci czy pocztówkę dla mamy. Dlatego jeśli jako dorośli mamy problemy z ręcznym pisaniem czy nie mamy ładnego charakteru pisma, to wynika to z braku treningu, a nie z braku talentu. Poza tym ćwiczenie odręcznego pisania to jednoczesne ćwiczenie pamięci i wiedzy, bo gdy piszemy, zapamiętujemy słowa.

Mówi pan to do osoby, której zawód polega w pewnym sensie na pisaniu na klawiaturze komputera… Ale ja bardzo wspieram komputer w szkole i uważam, że wszyscy uczniowie powinni uczyć się pisać bezwzrokowo na komputerze. To jest bardzo przydatna umiejętność, podobnie jak przyszycie guzika czy upieczenie chleba, ale dodajmy do tego kaligrafię. Kiedy piszemy na klawiaturze, nasz mózg nie pracuje tak, jak gdybyśmy pisali ręcznie. Na przykład nie ćwiczymy ortografii; komputer poprawia słowa, więc nie musimy zapamiętać reguł. I jak tu nauczyć się języka obcego? Niejednokrotnie badacze udowodnili, ze pamięć lepiej działa w komitywie z kartką papieru niż ekranem komputera. Pismo jest narzędziem potrzebnym nam do funkcjonowania, ale to także sztuka i wyraz ogłady, kultury, savoir-vivre’u. Problemy z ręcznym pisaniem wiążą się nie tylko z brakiem treningu, także z brakiem przemyślanego wzorca, według którego powinniśmy się uczyć pisać.

To znaczy? Jeśli od początku stosujemy jeden krój liter i konsekwentnie go uczymy, to uda nam się wyćwiczyć ładny charakter pisma. Krój liter, którego powinniśmy uczyć się w szkole i ćwiczyć już od pierwszych lekcji, to copperplate, czyli kursywa angielska, pochylona, z zawijasami. Nasze pismo elementarzowe wywodzi się własnie z copperplate, z czasem wyprostowało się, zgubiło pogrubienia oraz zawijasy i, co najgorsze, zgubiło logikę połączeń, gdy jedna litera wynika z drugiej. Poprawne pisanie to pisanie w sposób ciągły, łączenie liter. Jeśli tego nie wytrenujemy, to potem każda literę piszemy oddzielnie, a wówczas one powoli psuja się, degenerują, zniekształcają. Zatem powinniśmy dążyć do pisania bez odrywania ręki. Tworząc pismo elementarzowe, zatraciliśmy typowe właściwości copperplate, także estetyczne. A kaligrafia jest dążeniem do normy estetycznej.

Kiedy pojawiła się w pana życiu? Już w szkole chciałem kaligrafować, próbowałem nawet pisać gęsim piórem, ale nie potrafiłem dobrze go ściąć. No i nie trafiłem na osoby, które potrafiłyby mną pokierować albo pomóc mi wypracować lepszy charakter pisma. Ale sama potrzeba została, wróciła do mnie, gdy byłem już na studiach. Zacząłem czytać książki z zagranicy, ściągałem kolejne tytuły, jednocześnie zauważyłem, że ten obszar jest właściwie zawodowo niezagospodarowany. A że studiowałem religioznawstwo, uznałem, że skończę studia, ale zajmę się stroną plastyczną wiedzy, którą nabędę. Dziś najchętniej kaligrafuję teksturę, czyli chrześcijańskie pismo sakralne, przeznaczone do zapisywania tekstów świętych, popularnie zwane gotyckim, zresztą bardzo teraz powszechne, bo możemy znaleźć je w nagłówkach gazet, a nawet restauracyjnym menu.

Kaligrafia uczy uważności, koncentracji, cierpliwości, opanowania i pokory. (Fot. iStock) Kaligrafia uczy uważności, koncentracji, cierpliwości, opanowania i pokory. (Fot. iStock)

Co pana zaskoczyło w nauce kaligrafii? Przede wszystkim nagle nabyta świadomość, że jest więcej niż jeden kształt liter. W szkole podstawowej uczymy się kroju elementarzowego, więc nie wiemy, jak na przykład powstaje litera grecka, choć czasem widujemy ją w kościele na witrażu, w muzeum na obrazie czy na nagrobku. Jednak nie potrafimy ani jej napisać, ani odczytać, nie rozpoznajemy znaków. Dlatego to, czego uczę na warsztatach, to rozpoznawanie tych znaków i pisanie różnymi krojami pisma, także takimi, które kiedyś służyły do zapisu manuskyptów. A potem poznajemy różne ciekawostki, tajemnice kaligrafii.

Jakie? Na przykład takie, że jest coś takiego jak litery alternatywne. Ta sama litera może wyglądać inaczej na końcu wyrazu niż w środku, jak na przykład litera"d". Literę "r" możemy zapisywać jako pełną lub półokrągłą - o tej drugiej mówimy, że to francuskie "r". Takie zapisy były już w piśmie gotyckim, na przykład, gdy kończąca słowo litera "m" nie chciała zmieścić się w linijce, to przekręcano ją na bok i wyglądała jak "3", ale nadal czytano ją jak "m". Nie mówiąc już o naszych "ę", "ś", "ł". Na przykład "ł" czytano kiedyś - w języku łacińskim - jak "lis". Na warsztatach z kaligrafii uczę zapisu liter, ale też ich historii, która jest fascynująca.

Wspomniał pan wyjazdowe warsztaty kaligrafii. Czy naprawdę ludzie są gotowi spędzić swój urlop na nauce pisania liter gotyckich czy pisma copperplate? W dodatku od świtu do zmierzchu ślęczą nad kartkami papieru w ciemnych klasztornych pomieszczeniach. Nie żartuję! I jeszcze ciągną ze sobą rodzinę! Warsztaty kaligraficzne i zajęcia z książką rękopiśmienną organizujemy w starych poklasztornych murach, bo dawniej, kiedy pismo nie było tak powszechne, to właśnie tam kaligrafowano. W klasztorach zawsze było osobne pomieszczenie do przechowywania książek i do ich wytwarzania, nazywało się skryptorium. My także organizujemy swoje skryptorium, a klasztorne otoczenie temu sprzyja. Mamy dwa stałe miejsca warsztatowe, klasztor pokamedulski w Wigrach i ponorbertański w Hebdowie. Na rodziny czekają kajaki, woda, boisko, rowery, spacery, a na uczestników warsztatów kaligrafia do późnych godzin nocnych.

Kaligrafia uzależnia? Ciekawe, że pani o to pyta, bo nasze zeszłoroczne hasło warsztatów brzmiało: "Do skryptorium nie wchodzi się bezkarnie". Ktoś pomyśli, że to takie niezobowiązujące - zobaczyć literki, pouczyć się pisania, ale świat znaków jest bogaty, inspirujący, i tak przeogromny, że można w nim utonąć. Dlatego przestrzegam, że można złapać bakcyla, a kaligrafia szybko staje się sposobem na życie. Kiedy piszemy, stajemy się innym członkiem społeczeństwa. Gdy kaligrafujemy, jednocześnie ćwiczymy uważność, koncentrację, nabywamy cierpliwości, opanowania, pokory i niezauważalnie zmieniamy swoje życie, swój charakter. Ubogacamy siebie, ale i innych, bo pokazujemy im piękno.

To chyba jest jakaś forma medytacji. A tym razem trafia pani w tegoroczne hasło warsztatów: "Centies orat qui scribit - sto razy się modli, ten kto pisze". Tak, pisanie jest pewną formą kontemplacji. Bo kiedy trzeba wybrać słowo, żeby je wykaligrafować, to wybieramy słowa ważne dla nas, jak fragment modlitwy, wiersza, imię kogoś bliskiego. Kontemplujemy to słowo, analizujemy je nie tylko technicznie, ale zastanawiamy się nad jego sensem. I tak jest w każdej kulturze. W japońskiej kaligrafii mówimy o drodze pisma, shodo. Z kolei w alfabecie hebrajskim pisaniu znaków towarzyszy aura wręcz mistyczna. W końcu o literach hebrajskich mówimy, że są darem Boga, bo Bóg stworzył nimi świat, a więc każda z nich jest świętością i coś oznacza. Opowieści żydowskie mówią, że litery te płonęły na ramieniu Pana czarnym płomieniem, można je zatem zapisywać tylko czarnym kolorem. Dlatego też nie wolno wyrzucać ksiąg, ponieważ zawierają święte znaki i święte słowa, dla ksiąg Tory tworzy się grobowce - genizy. W hebrajskim alfabecie każda litera nie tylko coś znaczy, ale też ma nazwę. "A" to alef, podobnie jest w grece - "a" to alfa. Łaciński alfabet nie posługuje się nazwami i nie potrafimy rozszyfrować znaczenia naszych znaków, które bardzo przekształciły początkową wersję, piktogram.

Podoba mi się to, co pisze pan w książce "Kaligrafia": nie trzeba mieć wymyślnej stalówki do kaligrafowania, można to robić ołówkiem czy patykiem po piasku. Chciałbym, aby kaligrafia była narzędziem do porozumiewania się, do budowania relacji, więc zachęcam do korzystania z tych narzędzi, które mamy wokół siebie. Zainteresujmy się w ogóle pisaniem ręcznym, zacznijmy od - powiem po angielsku, niech zabrzmi szlachetniej - doodlingu i scribbingu, potem przejdźmy do kroju liter, od długopisu po piórko. Dawniej w szkole były trzy etapy pisania: kredką na tabliczkach, potem był ołówek, a na końcu stalówka i atrament. Żaden etap nie był przyspieszany, dopiero gdy dziecko nauczyło się trzymać narzędzie w ręku, przechodziło do następnego etapu.

Mówi pan o sobie "kaligraf"? Czy może "skryba"...? Nazw jest wiele... Pisarz, skryptor, miniaturzysta, rubrykator. Kaligraf gromadzi wszystkie te zawody w naszym rozumieniu, bo to humanistyczny zawód, który pracuje ze słowem. To ze skryby i pisarza rozwinęły się zawody dziennikarza, notariusza, stenotypisty, edytora, dizajnera, korektora... Kaligraf musi tekst zaplanować, sprawdzić, poprawić błędy, nieważne, czy przychodzi do niego wiersz, czy zaadresowane zaproszenia na ślub.

Projektuje pan też zaproszenia na ślub? Oczywiście, że tak. To są moje zlecenia. Podobnie jak wykaligrafowane koperty, napisanie eleganckiego dyplomu. Zdarza mi się też napisać akt erekcyjny pod pomnik czy budynek lub otworzyć zaginione dokumenty.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kuchnia

Osładzanie codzienności. Rozmowa z Elizą Mórawską-Kmitą

 (Fot. Eliza Mórawska-Kmita)
(Fot. Eliza Mórawska-Kmita)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
"Nie ma chyba nikogo, kogo zapach szarlotki, nie przeniósłby do krainy wspomnień" - mówi autorka bestsellerowej książki kulinarnej „Słodkie”, która po kilku latach nieobecności na rynku, została na prośbę czytelników, wydana ponownie.

Czy masz swój rytuał „słodkości”? Codziennie? Po obiedzie? Do kawki? Tylko w weekendy? Kiedyś nie mogłam żyć bez codziennej dawki słodyczy, ale dziś to się zmieniło i jem tylko to, co naprawdę lubię - najchętniej coś domowego, świeżo wyjętego z piekarnika. Piekę ciasta zazwyczaj 1-2 razy w tygodniu, czasem częściej. Zawsze mam też ochotę na domową chałkę z dużą ilością kruszonki.

„Słodkie” to Twoja pierwsza książka kulinarna - ukazała się w 2014 r., doczekała się kilku dodruków i wyprzedała się do ostatniej sztuki.  A teraz wróciła. Z tymi samymi przepisami, ale nowymi zdjęciami. Oprawa wpływa na smak? Moim zdaniem tak. To książka, do której sama chętnie wracam, korzystam z niej, podarowałam ją też w ciągu tych kilku lat wielu osobom, ale chciałam nieco odświeżyć jej wygląd.

Wszystkie zdjęcia do nowego wydania zrobiłaś sama. Jak stałaś się zawodowym fotografem? Robię zdjęcia już prawie dwadzieścia lat, każdego dnia. Zaczynałam na potrzeby bloga, a potem pasja się rozwinęła i zaczęłam robić zdjęcia również zawodowo. Inspiracji szukam przede wszystkim w naturze - dziś interesuje mnie głównie fotografia, przy której jak najmniej "majstrowano", taka niedoskonała, naturalna, zwyczajna. Przeszłam długą drogę od fascynacji wielkimi sesjami zdjęciowymi ze scenografią, stylistami jedzenia, a dziś najbliżej mi do zdjęć naturalnych, minimalistycznych.  

Przeżywasz fascynację kulturą Korei, interesujesz się Japonią - czy w swojej następnej książce podzielisz się z nami niezawodnymi przepisami na dania kuchni azjatyckiej? Jeśli opanuję je w satysfakcjonujący sposób, to czemu nie?  

Liczymy na to, bo przepisy od Ciebie po prostu wychodzą. Obserwując Twojego Instagrama (whiteplatecom) nie można mieć wątpliwości - w gotowaniu i pieczeniu osiągnęłaś mistrzowski poziom. Ramen, burger, pączki, chałka - to tylko kwestia zachcianki, decyzji. Czy tak było zawsze? Czy miałaś jakieś wpadki?  Zrobiłaś kiedyś zakalca? To jest dosyć zabawne, ale rzeczywiście to prawda - właściwie nie ma rzeczy, na którą miałabym ochotę, a nie umiałabym jej sama zrobić w domu. Jeśli za czymś tęsknię, to są to zazwyczaj dania jedzone w jakichś określonych "okolicznościach przyrody", związane z miejscami, sytuacjami, emocjami. Tego oczywiście w domu powtórzyć się nie da, ale cała reszta jest do zrobienia. Kiedyś dużo podróżowałam, a w tych podróżach jedzenie stanowiło jeden z najważniejszych elementów - jadłam, notowałam, kupowałam książki kucharskie i uczyłam się odtwarzać w domu to, co lubię. Wiadomo, że nauka to też wpadki i nieudane dania - dziś jest tego zdecydowanie mniej, ale po prostu gotuję już na tyle długo, że umiem uniknąć wielu wpadek  - bo już je zaliczyłam ;)

Czy jakieś przepis wciąż stawia Ci opór? Miałam kilka podejść do francuskich macarons i niestety nie wychodziły tak, jak powinny. Idealne macarons to te prosto z Paryża, z cukierni Ladurée, jedzone na miejscu. Dla mnie najlepsze i już nie próbuję robić ich sama w domu.

Wiele osób zaczyna swoje kulinarne eksperymenty właśnie od deserów, od pieczenia ciast  - czy masz dla nich jakiś złoty standard działania? Jeśli zaczynamy to najważniejsze jest staranne czytanie przepisu i instrukcji - wiele początkujących osób uważa, że to mało istotne, bo "babcia robiła na oko i było pyszne", ale ja uważam, że bez opanowania podstaw, trudno jest iść dalej i rozwinąć skrzydła.

Przepisy z książki "Słodkie" 

Brownie z suszonymi śliwkami

(Fot. Eliza Mórawska-Kmita) (Fot. Eliza Mórawska-Kmita)

Składniki: gorzka czekolada 200 g, masło 160 g, cukier puder 200 g, jajka 4 szt., mąka 80 g, proszek do pieczenia 1/2 łyżeczki, śliwki kalifornijskie bez pestek, drobno pokrojone, zalane szklanką (250 ml) mocnej herbaty

Przygotowanie: 1. Czekoladę połamać na małe kawałeczki, masło drobno pokroić. W garnku zagotować wodę. Czekoladę i masło włożyć do miski i postawić ją na garnku z gotującą się wodą, która nie powinna dotykać dna miski. Mieszać czekoladę i masło, aż się rozpuszczą. Lekko przestudzić.

2. Jajka ubić z cukrem pudrem, dodawać powoli czekoladę z masłem. Mąkę przesiać, połączyć z proszkiem do pieczenia i powoli dodawać do masy jajecznej, delikatnie mieszając łyżką.

3. Śliwki odcedzić na sitku i wmieszać do masy.

4. Masę wlać do formy (20x30 cm) i wstawić do nagrzanego piekarnika (180°C) na 25 minut. (Ważne − proponuję sprawdzić drewnianym patyczkiem stan upieczenia w środku, pod warstwą ciasta. Niektóre piekarniki pieką szybciej i brownie można wyjąć już po 15 minutach).

Sernik śliwka w białej czekoladzie

(Fot. Eliza Mórawska-Kmita) (Fot. Eliza Mórawska-Kmita)

Składniki:  Spód: cukierki śliwka w czekoladzie 200 g, masło 100 g, brązowy cukier 100 g, mąka 100 g, proszek do pieczenia 1/2 łyżeczki, jajko 1 szt. Masa serowa: serek waniliowy (dowolny) 200 g, trzykrotnie mielony twaróg (może być z wiaderka) 600 g, cukier puder 250 g, jajka 4 szt. Wierzch: biała czekolada 200 g, niesłodzone mleko skondensowane lub śmietanka 36% 5 łyżek, cukierki śliwka w czekoladzie bardzo drobno pokrojone (opcjonalnie) 100-150 g

Przygotowanie:

1. Cukierki, masło i cukier włożyć do garnuszka i podgrzewać na małym ogniu, aż czekolada i masło się rozpuszczą. Zdjąć z ognia, odstawić na 1o−15 minut, następnie zmiksować na purée. Dodać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i jajko, dokładnie wymieszać.

2 . Tortownicę (24 cm) wyłożyć papierem do pieczenia, posmarować masłem, wysypać tartą bułką (lub mąką). Przełożyć do niej ciasto − będzie gęste i lśniące. Wyrównać wierzch, wstawić do nagrzanego piekarnika (180°C)  i piec 15 minut. W tym czasie przygotować masę serową.

Masa serowa

3. Sery umieścić w misce, zmiksować z cukrem pudrem, następnie dodawać po jednym jajku. Nie należy miksować zbyt długo, wystarczy kilka minut.

4. Wyjąć z piekarnika tortownicę ze spodem, wlać masę serową, wstawić do nagrzanego piekarnika, zmniejszyć temperaturę do 160°C i piec 5o minut. Wyłączyć piekarnik, uchylić drzwiczki i ostudzić sernik w piekarniku. Po całkowitym ostudzeniu ciasta przygotować wierzch.

Wierzch

5. Czekoladę i śmietanę umieścić w szklanej misce ustawionej na garnku z gotującą się wodą. Mieszać, aż czekolada się rozpuści. Polać wierzch sernika. Cukierkami obsypać brzeg ciasta i odstawić do czasu, aż polewa czekoladowa stężeje.

2021/04/osladzajmy-sobie-zycie-rozmowa-z-eliza-morawska-kmita-Eliza_Morawska-Slodkie_packshot-1-e1618486131247.jpg

Książka "Słodkie" to 55 sprawdzonych przepisów. Większość z nich autorka napisała sama od początku, niektóre pochodzą ze starych zapisków, jeszcze inne zostały przywołane, bo cieszyły się powodzeniem na blogu. Oprócz przepisów w książce każdy początkujący cukiernik znajdzie informacje dotyczące przyborów, akcesoriów, składników i praktycznych porad dotyczących pieczenia. Książkę można kupić  wyłącznie na: jgpublishing.pl

  1. Kultura

Hania Rani - dwa światy na nowej płycie

Hania Rani, wokalistka i kompozytorka nagrodzona wieloma nagrodami w tym Fryderykiem. (Fot. materiały prasowe)
Hania Rani, wokalistka i kompozytorka nagrodzona wieloma nagrodami w tym Fryderykiem. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Hania Rani odważnie przekracza granice. Nie tylko te muzyczne.

Pomysł był prosty. Artyści mieli wzajemnie przetwarzać swoją muzykę, a rezultatem jest piękne, wspólne dzieło. Dwa odległe muzyczne światy połączyły się w jeden” – tak w brytyjskiej wytwórni Gondwana Records zachwycano się współpracą Hani Rani z londyńskim Portico Quartetem.

30-letnia pianistka, wokalistka i kompozytorka zasłynęła najpierw jako połowa duetu Tęskno, a później solowymi nagraniami. Ma na koncie lawinę wyróżnień krajowych, z Fryderykami włącznie, ale jej muzyka zawsze przekraczała granice. Także w sensie geograficznym – już debiutancką „Esję” artystki wydała wspomniana Gondwana.

„Byliśmy fanami Rani od tamtego pierwszego albumu” – deklarują panowie z Portico Quartetu, słynnego na cały świat, łączącego transowy jazz z elektroniką. Tak się składa, że to jeden z ukochanych zespołów Hani Rani. Ich style łatwo się więc „polubiły”, a jako całość płyta brzmi nastrojowo, filmowo. I prosi się o ciąg dalszy.

https://www.youtube.com/watch?v=1SWAKUIkvws

  1. Kultura

Erwin Sówka - poznaj obrazy, z których słynie malarz ze Śląska

 Mural z wizerunkiem Kazimierza Kutza autorstwa Sówki na ścianie kamienicy w Katowicach-Szopienicach (2019). (Fot. East News)
Mural z wizerunkiem Kazimierza Kutza autorstwa Sówki na ścianie kamienicy w Katowicach-Szopienicach (2019). (Fot. East News)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Kiedy w styczniu zmarł Erwin Sówka, media informowały, że żegnamy jednego z najwybitniejszych polskich malarzy naiwnych. Wybitność śląskiego artysty nie podlega dyskusji. Z jego naiwnością sprawa jest bardziej problematyczna.

Nikiszowiec i Giszowiec – modelowe osiedla robotnicze z początku XX wieku, położone w dawnej podmiejskiej gminie Janów, która dziś jest częścią Katowic. To w te okolice trafi spragniony wizualnych wrażeń turysta, szukając na Górnym Śląsku obrazu tradycyjnego górniczego życia, jak z filmów Kazimierza Kutza. To właśnie w Giszowcu urodził się w 1936 roku Erwin Sówka. Syn i wnuk górników, w wieku 16 lat sam pracował już w kopalni. A ponieważ od małego ciągnęło go do malowania, po pracy zaczął uczęszczać do koła plastycznego działającego przy Domu Kultury KWK „Wieczorek”.

Mural z wizerunkiem Kazimierza Kutza autorstwa Sówki na ścianie kamienicy w Katowicach-Szopienicach (2019). (Fot. East News) Mural z wizerunkiem Kazimierza Kutza autorstwa Sówki na ścianie kamienicy w Katowicach-Szopienicach (2019). (Fot. East News)

Realny socjalizm był wtedy w Polsce młody i, mimo reżimu stalinowskiego, nie wyzbył się jeszcze utopijnych ambicji, a już na pewno retoryki. W idealnym komunistycznym świecie człowiek pracy miał być nie tylko siłą roboczą, lecz także kreatorem nowej kultury. Władze popierały więc amatorską twórczość. Przyzakładowych robotniczych kółek artystycznych było w PRL wiele, jednak to, do którego trafił Sówka, okazało się pod wieloma względami wyjątkowe. Młody górnik spotkał w nim Teofila Ociepkę – jedną z najbardziej nieszablonowych postaci polskiej sztuki XX wieku i duchowego przywódcę malarzy amatorów, którzy w przyszłości mieli zdobyć rozgłos jako Grupa Janowska.

Element podejrzany

Ociepka (rocznik 1891) pochodził z kolei z Nikiszowca i jak wszyscy mieszkańcy osiedla pracował w kopalni Giesche, która w przyszłości miała stać się „Wieczorkiem”. Punktem zwrotnym w jego życiu była pierwsza wojna światowa, na którą trafił jako cesarski rekrut. To właśnie na jej frontach zetknął się z naukami tajemnymi. Z wojny wrócił z zasobem okultystycznych książek i siecią kontaktów. Jego mistrzem został niejaki Philip Hohmann, dość tajemnicza postać związana z tradycją różokrzyżowców. Za radą Hohmanna w latach międzywojennych Ociepka rozpoczął organizowanie w Nikiszowcu gminy okultystycznej, a także zajął się malarstwem. Mistrz zalecał mu bowiem, aby tajemne prawdy przedstawiać za pośrednictwem alegorii i symboli.

Teofil Ociepka „Autoportret” (1960). (Fot. East News) Teofil Ociepka „Autoportret” (1960). (Fot. East News)

Ociepka nie miał żadnego przygotowania plastycznego, ale okazało się, że oprócz ezoterycznej misji ma nieprzeciętny malarski talent. Po drugiej wojnie światowej znalazł się w działającym przy „Wieczorku” kole plastycznym, zarażając jego członków nie tylko wiarą w to, że prosty górnik może zostać wybitnym malarzem, lecz także przekonaniem, że malarstwo jest formą doskonalenia duchowego. O ile górnicy malujący obrazy wpisywali się w politykę kulturalną władzy, o tyle górnicy okultyści byli z ideologicznego punktu widzenia elementem, delikatnie mówiąc, podejrzanym. Nie wiadomo, czy malarze z Janowa nie napytaliby sobie biedy swoimi ezoterycznymi poszukiwaniami, gdyby w latach najgorszego stalinowskiego terroru nie rozpostarła nad nimi ochronnego parasola Izabela Czajka-Stachowicz.

Kapitan Czajka na tropie

Historia górników uprawiających okultystyczne malarstwo to temat na barwną legendę, ale i Czajka była postacią jakby żywcem wziętą z awanturniczego romansu. Zresztą na kartach takiej powieści naprawdę możemy ją spotkać. To ona jest pierwowzorem Belli Hertz, demonicznej żydowskiej femme fatale z „Pożegnania jesieni” Witkacego. Historyczka sztuki, pisarka i reporterka, w latach międzywojennych była muzą literatów i artystów, socjalistką, podróżniczką i sprawczynią obyczajowych skandali. W czasie okupacji znalazła się w getcie, z którego uciekła, i wstąpiła do komunistycznej partyzantki. A po wojnie w randze kapitana milicji szukała na Ziemiach Odzyskanych zrabowanych przez Niemców dzieł sztuki (to właśnie ona odnalazła zaginione obrazy Matejki, w tym „Rejtana” i „Unię lubelską”). Podczas tych peregrynacji kapitan Czajka trafiła na malarzy z Nikiszowca. Pomogła śląskim artystom podwójnie. Swoje kontakty w bezpiece wykorzystała, by nie oskarżono ich o propagowanie „antysocjalistycznych zabobonów”. Oficjalna wersja głosiła, że to przedstawienia ludowych, a więc ideologicznie słusznych śląskich tradycji i bajek. Znajomości w środowisku artystycznym i naukowym Czajka użyła z kolei do promocji śląskich twórców, zwłaszcza Ociepki, który po odwilży 1956 roku stał się prawdziwą gwiazdą tak zwanej sztuki nieprofesjonalnej.

Teofil Ociepka „Lew z Saturna” (1954). (Fot. East News) Teofil Ociepka „Lew z Saturna” (1954). (Fot. East News)

Do jednego worka

Wypada tu zapytać: kim właściwie jest artysta nieprofesjonalny? Na fali zainteresowania Ociepką „odkryta” została cała Grupa Janowska. Najpierw w kraju, potem również za granicą. Ociepka pod koniec życia wraz z nowo poślubioną żoną przeprowadził się do Bydgoszczy i bardzo skomercjalizował swoją twórczość. Rozsmakował się w zagranicznych podróżach, żył ze swojej sztuki. Mało tego, żyła z niej cała jego rodzina. W tym sensie – a także biorąc pod uwagę ilościową skalę i jakość dorobku – trudno upierać się przy nazywaniu go amatorem. Ta sama wątpliwość dotyczy Sówki. Ociepka widział w nim swojego duchowego następcę, cenił zarówno zaangażowanie młodego adepta w zagadnienia ezoteryczne, jak i jego malarski talent.

Teofil Ociepka „Górnik w lesie” (1956). (Fot. East News) Teofil Ociepka „Górnik w lesie” (1956). (Fot. East News)

A jednak w najświeższych wspomnieniach, które ukazały się po śmierci Sówki, artysta wciąż bywa określany jako „malarz prymitywista”. Czy był nim w istocie? Odkrycie Grupy Janowskiej zbiegło się w czasie z falą zainteresowania twórcami tak zwanej art brut. Pojęcie spopularyzowane przez charyzmatycznego francuskiego artystę Jeana Dubuffeta odnosiło się do sztuki „surowej”, powstającej poza zinstytucjonalizowanym systemem artystycznym. Dubuffet utożsamiał ową surowość z autentycznością, poszukiwał jej w twórczości amatorów, samouków, artystów ludowych, dzieci, osób chorych umysłowo. W krytyce anglosaskiej odpowiednikiem art brut jest termin outsider art, w Polsce używano długo określenia „sztuka naiwna”. Wszystkie te pojęcia są jak worek, do którego wrzuca się przypadki twórczości uznanej za nietypową, choć z bardzo różnych i często dyskusyjnych powodów. To także worek, z którego niełatwo się wydostać, kiedy raz zostanie się do niego wrzuconym.

Krytycy i akademicy automatycznie zakładali, że górnicy z Grupy Janowskiej, z których większość formalną edukację zakończyła na podstawówce, nie mogą być nikim innym, jak tylko artystami „naiwnymi”. Pokazywano ich chętnie, ale raczej w muzeach etnograficznych niż w galeriach, w których prezentuje się „normalnych” artystów. Czy jednak można „naiwnym” nazwać takiego malarza jak Erwin Sówka, który przez blisko 70 lat tworzył konsekwentnie i z pełną świadomością tego, co i dlaczego maluje? I podobnie jak Ociepka rozumiał malarstwo jako ścieżkę duchowych poszukiwań? Jego ulubionym motywem były przedstawienia ezoterycznych bogiń, w których widział uosobienie sił rządzących zarówno ciałem człowieka, jak i jego duszą oraz kosmosem. Wykorzystywał elementy zaczerpnięte z symboliki chrześcijańskiej, ezoterycznej, z alchemii, a także mitologii indyjskiej. Mistyczne spekulacje malarza mogą się wydać ekstrawaganckie, ale nie czynią Sówki ani innych członków Grupy Janowskiej outsiderami. Śląscy artyści dzielili przecież ezoteryczne inklinacje z wieloma ikonicznymi postaciami sztuki nowoczesnej. Twórcami tej miary co Piet Mondrian, Kazimierz Malewicz czy pionierka abstrakcji Hilma af Klint, nie mówiąc o surrealistach. Sam Marcel Duchamp, podobnie jak Ociepka, posługiwał się różokrzyżową symboliką.

Najprawdziwszy ­­

„Zupełnie nie identyfikuję się z malarzami naiwnymi, w których sztuce […] brakuje wzrastającego poziomu doświadczenia – mówił Erwin Sówka w wywiadzie, którego w 2007 roku udzielił kuratorce i krytyczce Marcie Lisok. – Świat jest pruderyjny, czasem odbiorcom trudno przeniknąć i zaakceptować stylistykę moich obrazów, ocierających się w jakiś sposób o obsceniczność. Nie poddaję się żadnym presjom, nie ulegam trendom. Istota kobiecości, uosabiająca boskość, energię kosmiczną, odpowiednik duszy, to główny temat w mojej twórczości, oprócz wątków górniczych i apokaliptycznych”.

Erwin Sówka „Dziesięć palców” (1969). (Fot. East News) Erwin Sówka „Dziesięć palców” (1969). (Fot. East News)

W 2000 roku Lech Majewski nakręcił poświęcony Grupie Janowskiej film „Angelus”. To fabularyzowana, niemal baśniowa wersja dziejów śląskich malarzy okultystów. Fakty ulegają w tej opowieści mitologizacji, ale paradoksalnie magiczny realizm „Angelusa” sprzyja zbliżeniu się do prawdy zaszyfrowanej w twórczości artystów z Janowa. Na wielu obrazach Erwina Sówki oglądamy miejskie pejzaże Nikiszowca. Artysta przedstawia je szczegółowo, a jednak żadnego z tych miejsc nie odnajdziemy w katowickiej dzielnicy. Nikiszowiec z prac malarza zbudowany jest z fragmentów rzeczywistości. To realizm, ale magiczny, obraz mitu. Zaś malarz, który go stworzył, w żadnym razie nie był artystą nieprofesjonalnym ani tym bardziej naiwnym. Był po prostu i aż artystą prawdziwym. Ba! Najprawdziwszym, jakiego można sobie wyobrazić, bo tylko taki twórca zdolny jest do wykreowania mitu. 

  1. Kultura

Mariusz Wilczyński: "Wolę stawiać pytania"

 Mariusz Wilczyński: Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)
Mariusz Wilczyński: Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Powstawała 14 lat. Warto było czekać, bo „Zabij to i wyjedź z tego miasta” jest pierwszą w historii animacją, która wygrała Festiwal Polskich Filmów fabularnych w Gdyni. Wyjątkową, bo na wskroś osobistą. – Lubię pracować na uczuciach, które przeżyłem – mówi jej reżyser Mariusz Wilczyński.

Powstawała 14 lat. Warto było czekać, bo „Zabij to i wyjedź z tego miasta” jest pierwszą w historii animacją, która wygrała Festiwal Polskich Filmów fabularnych w Gdyni. Wyjątkową, bo na wskroś osobistą. – Lubię pracować na uczuciach, które przeżyłem – mówi jej reżyser Mariusz Wilczyński.

Film jest właściwie czarno-biały. Na takim tle bardzo wyróżnia się różowa kokardka we włosach twojej mamy. Zrobiłeś ten film dla niej? Tak, ale i dla Tadeusza Nalepy, i paru innych osób, także dla siebie.

Czy ta kokardka jakoś mamę charakteryzuje? Była kolorowa, wyróżniała się, jak ten róż? Mama była bardzo kolorowa, ale także, niestety, niespełniona. Rodzina mamy to byli repatrianci z Wilna. Mój dziadek, ceniony w Łodzi adwokat, nie zrobił jednak kariery, bo nigdy nie zapisał się do PZPR. W młodości miał bardzo ciężkie życie. Jego ojciec zmarł tragicznie, dziadek miał wtedy 16 lat. Musiał odtąd pracować na utrzymanie swojej mamy i czterech młodszych sióstr. Nazywał się Józef Rodziewicz, podkreślam to, bo Maria Rodziewiczówna to nasza rodzina. Dziadek studiował polonistykę i prawo na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie i udzielał korepetycji z polskiego swoim kolegom z roku, Czesławowi Miłoszowi i późniejszemu aktorowi Igorowi Śmiałowskiemu. Przed wojną poślubił Irenę Czarnocką, której matka studiowała jako jedna z pierwszych kobiet na Sorbonie. Gdy wybuchła wojna, dziadek wywinął się z wojska, zapisując się do Akademii Sztuk Pięknych w Wilnie, podobno komuniści nie brali do wojska artystów. Dziadkowie z dwoma córkami, moją mamą i jej siostrą, po wojnie osiedlili się w Łodzi. Mama zrobiła w jeden rok dwie albo trzy klasy, co skutkowało tym, że jak skończyła szkołę średnią, nie miała 18 lat. W tajemnicy przed dziadkiem zdawała do szkoły filmowej na aktorstwo. I dostała się na pierwszym miejscu. Była naprawdę dobra z recytacji. Do końca życia dziadka w jego domu wisiał dyplom mamy z konkursu recytatorskiego wierszy Mickiewicza, na którym było napisane: pierwsze miejsce – Barbara Rodziewicz, drugie – Jadwiga Barańska.

Utalentowana! Dlaczego nie poszła w tym kierunku? Nie miała skończonych 18 lat, w szkole aktorskiej powiedziano jej więc, że przyjmą ją za rok. Mama niestety wygadała się swoim rodzicom, i tu odezwał się konserwatyzm dziadka. Jego naciski były zapewne tak duże, że mama zrezygnowała z aktorstwa i zdała na chemię spożywczą. No a później wyszła za mojego ojca, potem ja się urodziłem, a kiedy miałem trzy latka, ojciec wyprowadził się z domu, wyjechał do innego miasta i mama musiała radzić sobie sama, bo to były takie czasy, że ojcowie nie płacili alimentów. Myślę, że mama miała ogromne poczucie niespełnienia, że nie została artystką.

Jak to niespełnienie mamy się przejawiało? Mieszkaliśmy w kawalerce, 16 metrów kwadratowych ze ślepą kuchnią, pokojem przedzielonym szafą. Obserwowałem często, jak mama śpiewa do słuchawki prysznicowej piosenki Ewy Demarczyk, Marii Koterbskiej. Narysowałem tę scenę w filmie – Małgorzata Kożuchowska śpiewa do tłuczka, którym potem zabija ryby. Mama na pewno żyła nie tak, jak chciała. Była laborantką w sanepidzie w Łodzi, mało zarabiała, pomagali nam dziadkowie.

Wygląda na to, że talent artystyczny odziedziczyłeś po niej. Od kiedy pamiętam, miałem zamiłowanie do rysowania. A czy mam to po mamie? Niedawno uknułem sobie, że być może artystą zostaje się łatwiej, jak się ma jakieś wady w urodzie. Mój profesor na ASP, Stanisław Fijałkowski, wybitny malarz drugiej połowy XX wieku, z którym bardzo się zaprzyjaźniliśmy w ostatnich latach jego życia, był malutki, podobny do szczurka, z drobną buźką i odstającymi uszami. Tak sobie siedzieliśmy, piliśmy naleweczkę i patrzyliśmy na siebie – on i ja, guliweryczny grubas. Jako dziecko nie wychodziłem z domu, mama dawała mi kredki albo włączała bajki, które zazwyczaj czytała Irena Kwiatkowska. Mama ubierała się bardzo awangardowo, zakładała często czerwone rajstopy, a wszyscy ubierali się wtedy na szaro, może poza Czesławem Niemenem i zespołem Breakout. I pamiętam, że kiedy wychodziliśmy na ulicę, ludzie krzyczeli za nami: „O, kurwa idzie”. Albo wyzywali od Żydów, bo nie chodziliśmy do kościoła. Mieszkaliśmy na parterze, pewnego dnia ukradli nam i oskórowali kota. Kiedyś związali mnie drutem i nakarmili psim gównem.

Hardcorowe dzieciństwo. Takie były czasy, taka była Łódź. Dostawałem wpierdol, sam dawałem wpierdol. Dotknąłem prawdziwego życia. Zamykałem się w swoim świecie, cały czas rysowałem, głównie bitwę pod Grunwaldem. Rysowałem po kawałku i doklejałem, robiły się z tego ciągi po pięć metrów. Nasi rycerze na tych rysunkach na różne sposoby zwyciężali Krzyżaków.

Mama cię w tym wspierała? Tak, bardzo. Zwłaszcza wtedy, gdy dostawałem w szkole dwóje z plastyki. Narysowałem kiedyś Zawiszę Czarnego na ogierze, a ogier miał dużego siusiaka, co zaobserwowałem, będąc na wsi. Innym razem zobaczyłem w telewizji, jak ciężarowiec, nazywał się chyba Baszanowski, dźwiga ciężary. Zauważyłem, że ma włosy pod pachami i duże przyrodzenie, co potem odwzorowałem na rysunku. Pamiętam, że chcieli mnie za to wyrzucić ze szkoły. Wezwali moją matkę, psychologa, przechodziłem jakieś testy psychologiczne. Do dzisiaj pamiętam, jak pokazywano mi na przykład żabę i pytano, czy to ryba. Sprawdzano, czy nie jestem aby szurnięty. Test zdałem, ale od tego momentu miałem w szkole kłopoty. W liceum zarywałem lekcje, bo chodziłem z kumplami na wagary rysować, chodziłem też na kółko plastyczne, to była moja pasja. Mama zawsze mnie wspierała, choć było jej trudno, bo dziadkowie wywierali presję, żebym wybrał porządny zawód.

A ojciec? Był wojskowym lekarzem, chciał, żebym wyrósł na prawdziwego mężczyznę. Miał wobec mnie takie oczekiwania, jakie zazwyczaj ojcowie mają wobec synów. Ja ich nie spełniałem, do dzisiaj nie umiem wbić gwoździa czy wkręcić śrubki, ojciec był tym zawiedziony. Mama mnie chroniła, i przed dziadkami, i przed ojcem. Potem znalazła partnera, jestem mu wdzięczny, bo opiekował się mamą i mną, ale oczekiwania wobec mnie miał trochę podobne jak mój ojciec. Dosyć szybko, bo w wieku 19 lat, wyprowadziłem się z domu. Mama, mimo pewnych obaw, była przeszczęśliwa, jak poznałem Nalepę, mojego przewodnika, takiego trochę ojca. On mnie nauczył, co to znaczy być artystą.

Mama doczekała twojego sukcesu? Umarła w 2000 roku, więc doczekała jedynie moich „Księgoklipów” pokazywanych w telewizyjnym „Gońcu kulturalnym”. Była bardzo z tego dumna.

Nie mogła cieszyć się twoim wielkim sukcesem, czyli retrospektywą w nowojorskim Museum of Modern Art. Od tej retrospektywy wszystko się zaczęło. Żałuję, bo mama nie dowiedziała się, że wspierając mnie, miała rację.

Mariusz Wilczyński: Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta) Mariusz Wilczyński: Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony. (Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta)

W filmie jest niesamowicie poruszająca scena przy szpitalnym łóżku. Myślę, że wielu ludzi zobaczy w niej nieodbyte rozmowy ze swoimi rodzicami. Po projekcji na festiwalu w Berlinie podchodzili do mnie ludzie ze wszystkich kontynentów i to mówili. Potem, jak film krążył już w sieci, wiele osób pisało mi, że dzięki temu, że go obejrzeli, zaczęli dbać o rodziców. Nie spodziewałem się takiej reakcji, że oto mój film spowoduje, że dzieci okażą rodzicom trochę serca. Tu nie chodzi o heroiczne rzeczy, tylko o drobne gesty, które niewiele kosztują.

Ty tego nie dałeś mamie? Miałeś chyba z nią dobrą relację, byłeś jej ukochanym synkiem. Miałem dziwną relację. Ona o mnie bardzo walczyła, ale też przytłaczała w moim dorosłym życiu z kobietami. A ja potrafiłem zawalczyć o swoje. Kiedyś nawet wyprosiłem mamę z mojego domu, jak zaczęła otwierać szafę i mówić, co to za bałagan, a w podtekście były wyrzuty skierowane do mojej narzeczonej. Wtedy moja relacja z mamą się ochłodziła. I tak jakoś się stało, że nie zauważyłem tego, iż powinienem bardziej o nią dbać, częściej dzwonić, jeździć do niej. Rozmowa w filmie jest w sporej części rekonstrukcją mojej rozmowy z mamą w szpitalu. Miałem przyjechać w poniedziałek, ale już nie zdążyłem. Trudno pogodzić się z tym, że mama umierała w samotności, że jej nie przytuliłem, nie powiedziałem, że ją kocham, nie pożegnałem po prostu. Zacząłem rysować ten film, żeby wrócić do tego, co umknęło. I tak powoli rysowanie stało się dla mnie światem realnym, a ten realny świat – obcym, trwało to kilkanaście lat.

Dlaczego tak długo? To był mozół niedający się skończyć czy przeciwnie – radość, której celowo nie chciałeś przerywać? I to, i to. Z jednej strony to był oczywiście duży wysiłek podzielony na różne etapy. Miałem zwątpienia, a największe po zamkniętym pokazie, kiedy pewna krytyczka sztuki podeszła do mnie i powiedziała: „To już jest trochę lepsze od tych twoich kotków i piesków z TVP Kultura, ale zdecydowanie za długie”. Bardzo się przejąłem jej opinią, bo to najbardziej znana polska krytyczka sztuki. Ale zaraz potem powiedziałem sobie trochę bezczelnie: „Kurczę, to ja miałem wystawę w MoMie, a nie ty”. Te 14 lat pracy nad filmem to był najbardziej sensowny czas w moim życiu. Czułem, że robię coś ważnego. Świat się zmieniał, a ja rysowałem i doklejałem kolejne kartki. Trwało to tak długo dlatego, że na początku planowałem góra 15 minut. W pewnym momencie film wydłużył się do 130 minut, ostatecznie ma 88. To jest trochę tak, jakbyś zaczynała szyć chusteczkę do nosa, a potem okazuje się, że jednak chciałaś uszyć garnitur. Nie postrzegam swojej pracy w kategoriach znoju. Bo to coś najpiękniejszego, co mogło mi się przytrafić. Po zrealizowaniu „Zabij to i wyjedź z tego miasta” czuję się spełniony.

Zaprosiłeś do filmu wielkich artystów, na pewno nieprzypadkowo akurat tych. Chciałem przede wszystkim zaangażować tych, którzy kształtowali mój świat wyobraźni i moją wrażliwość. Jako dziecko słuchałem bajek czytanych przez Irenę Kwiatkowską. Podziwiałem Gustawa Holoubka, dla którego aktorstwo było posłannictwem. Potem przyjaźniłem się z Tadeuszem Nalepą, Tomaszem Stańką. Oni byli kapłanami wartości, które przejąłem. Kształtowali moją wiarę w sztukę jako coś najważniejszego. Jak nie miałem pieniędzy, to brałem kredyt, a odrzucałem propozycję udziału w reklamach, bo wydawało mi się, że nie wszystko jest na sprzedaż. Ci artyści wnieśli do mojego filmu swoje emploi, osobowość, wszystkie znaczenia kulturowe, jakie się z nimi wiążą. Wiedziałem, że muszę się śpieszyć. Najpierw nagrałem panią Irenę, potem wymyśliłem pana Andrzeja Wajdę.

Nieodkryty, przynajmniej dla mnie, talent aktorski! Pan Andrzej nie zdążył dokończyć dzieła, zastąpił go, zresztą z polecenia pana Andrzeja, Marek Kondrat. Tak więc ostateczny efekt granej przez niego postaci to miks gry tych dwóch artystów. Marek Kondrat, jak już skończył grać Andrzeja Wajdę, zapytał, co może jeszcze zrobić dla filmu. Poprosiłem, żeby zagrał mojego ojca. To dla mnie ogromny zaszczyt, podobnie zresztą jak zaszczytem była współpraca z Krystyną Jandą, Anną Dymną, Barbarą Krafftówną…

Genialna Krafftówna w roli twojej mamy rozrywa serce. Pamiętam do dzisiaj ten dzień, wszyscy w studiu mieli łzy w oczach. Jak odprowadzałem potem panią Barbarę do taksówki, dowiedziałem się, że miesiąc wcześniej zmarł jej jedyny syn, a kilka dni przed nagraniem przyszła do Polski urna z jego prochami. Myślę, że tę scenę w szpitalu grała dla niego. Może dlatego jest tak poruszająca.

Film ma też momenty zabawne. Andrzej Chyra powiedział mi kilka razy, że to jego najlepsza rola komediowa.

Powiedz, proszę, co to jest TO w tytule filmu, które każesz zabić. Żeby na to pytanie odpowiedzieć, musiałbym być poetą haiku. Nie umiem tak operować słowami, jak wydaje mi się, że umiem rysować. Boję się, że mówiąc o tym, byłbym jak słoń w składzie porcelany. A poza tym nie lubię w filmach dawać odpowiedzi, wolę zadawać pytania, które widz może starać się rozwikłać.

Może tęsknota albo balast przeszłości? Łódź? W końcu porzuciłeś miasto i wyjechałeś na wieś. Nie zabijam w sobie Łodzi, to moje miasto, ono mnie ukształtowało. Może TO jest czymś takim, co nas zatrzymuje, co nie pozwala iść dalej? Przez lata pracy nad tym filmem moja pracownia była zapełniona duchami z filmu. W pewnym momencie chciałem już ten świat opuścić. Ale nie chcę brnąć dalej w tłumaczenia. Widzisz, że mówię nieudolnie.

Następny film będziesz robił przez kolejne 14 lat? Na pewno krócej, ponieważ zamierzam zrealizować film 80-minutowy, mam już treatment, więc już wiem, ile potrzeba materiału na ten garnitur. Wtedy tego nie wiedziałem.

To będzie też osobisty film? Z grubsza rzecz ujmując, to będzie film o starzejącym się artyście ruszającym w świat w poszukiwaniu kogoś, komu przekaże swój dorobek, który by uszczęśliwił obdarowanego, a jednocześnie nadał sens życia temu artyście. Lubię pracować na uczuciach, które znam, które przeżyłem, ponieważ wtedy – tak sądzę – mogę je prawdziwie przedstawić. W tym więc sensie to będzie film osobisty. Ale też taka trochę bajka. Bo ja lubię opowiadać bajki. Teraz jednak czeka mnie oscarowa promocja „Zabij to i wyjedź z tego miasta”. Znów wracam do MoMy, najważniejszego muzeum sztuki na świecie. Bardzo jestem z tego powodu szczęśliwy. Mamo, to też dzięki Tobie.

Mariusz Wilczyński, reżyser filmów animowanych, malarz, performer, scenograf, wykładowca animacji w szkołach filmowych. Autor pierwszej oprawy TVP Kultura, twórca ponad 200 „Księgoklipów” w telewizyjnym „Gońcu kulturalnym”. Pierwszy Polak zaproszony na indywidualny przegląd twórczości w nowojorskim Museum of Modern Art. Laureat Złotych Lwów na ubiegłorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni za animowany film „Zabij to i wyjedź z tego miasta” (dostępny na platformie Nowe Horyzonty VOD).

  1. Zwierciadło poleca

XVIII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI”

 Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację.
Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację.
Zobacz galerię 2 Zdjęć
XVIII Aukcja Charytatywna „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” osiągnęła pełnoletniość. Po raz 18-sty zapraszamy na licytację prac artystów, którzy hojnie obdarowali Fundację. Przed nami wyjątkowe, coroczne spotkanie ze sztuką. 

Obecny czas sprawia, że bardziej niż kiedykolwiek doceniamy wartość relacji międzyludzkich i rolę wzajemnej pomocy. Mając na uwadze dotkliwe ograniczenia i potrzeby osób chorych onkologicznie, liczymy na wsparcie tego wyjątkowego przedsięwzięcia.

Dzięki hojności darczyńców i licytujących możemy wspomagać podopiecznych Fundacji w radzeniu sobie z doświadczeniem choroby, docieraniu do źródeł wewnętrznej mocy, powrocie do zdrowia i poprawie jakości życia. To dla nas niezwykle cenny dar, będący wyrazem zarówno empatii i zrozumienia dla drugiego człowieka, jak i uznania dla artystów ofiarowujących swoje dzieła z potrzeby serca. Kiedy łączymy się we wspólnej idei płynącej z ponadczasowych, ogólnoludzkich wartości, wnosimy bezcenny wkład do świata, stając się zmianą, jaką chcemy w nim widzieć i możemy ją razem współtworzyć - podsumowała Prezes Fundacji, Monika A. Popowicz.

Aukcje charytatywne „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” mają długą tradycję i są organizowane od 2007 roku. Do tej pory wydarzenie wsparło około trzystu znanych, jak również początkujących artystów, w gronie wspierających znaleźli się: Stanisław Baj, Wojciech Ćwiertniewicz, Ryszard Grzyb, Rafał Olbiński, Urszula Wilk, Olga Wolniak oraz wielu innych.

Tegoroczne wydarzenie zaplanowano na 22 kwietnia, o godz. 19.00. Z uwagi na panujące obostrzenia aukcja odbędzie się bez udziału publiczności. Środki zgromadzone podczas wydarzenia zostaną, jak co roku, przeznaczone na terapię osób zmagających się z chorobami nowotworowymi.

Prace można oglądać po wcześniejszym skontaktowaniu się pod numerem tel. 500 777 240. Bieżące informacje o aukcji, Kunstmatrix – wystawa wirtualna oraz katalog aukcyjny będą dostępne na Facebooku i stronie internetowej Fundacji Ogród Nadziei. W aukcji natomiast można wziąć udział telefonicznie (zlecenia przyjmowane są pod tel. 500 777 240), mailowo (zgloszenia.aukcja@wp.pl) lub za pomocą serwisu OneBid.pl.

Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację. Plakat aukcji został zaprojektowany przez Andrzeja Pągowskiego, przyjaciela Fundacji, który od lat wspiera aukcje „ziarno SZTUKI – ogród NADZIEI” i Fundację.