1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Założyciel Rossmanna napisał biografię

Założyciel Rossmanna napisał biografię

Dirk Rossmann- z jednej strony twardy konkurent w biznesie, z drugiej - zaangażowany społecznie wrażliwiec. (Fot. materiały prasowe)
Dirk Rossmann- z jednej strony twardy konkurent w biznesie, z drugiej - zaangażowany społecznie wrażliwiec. (Fot. materiały prasowe)
Zaszedł wysoko na liście najbogatszych Niemców, na 43. miejsce. Stworzył  drogeryjne imperium znane dobrze także w Polsce. Dirk Rossmann jest dumny ze swoich osiągnięć, ale uważa, że sukcesem trzeba się dzielić z ludźmi.

Jutro polska premiera "... i wtedy wspiąłem się na drzewo. Opowieść o karierze, odwadze i życiu." 

 

Współzałożyciel Microsoftu Paul Allen pozostawił po sobie wspaniały jacht „Octopus”, który jest dzisiaj na sprzedaż – okazyjnie, poniżej 400 milionów euro. Nie myślał pan, by zainteresować się tą ofertą?
Rozumiem, że mnie pan trochę prowokuje… Rodzina Rossmannów mieszka w domu średniej wielkości, nie mamy odrzutowca ani jachtu, nie kolekcjonujemy obrazów starych mistrzów. Mamy naprawdę dobre życie bez nadmiernego luksusu. Dążenie do niego jest nam obce.

Dlaczego? Taki luksus jest przyjemny.
Istnieje wiele innych rzeczy, które sprawiają mi przyjemność: lubię ludzi, chętnie spędzam czas z przyjaciółmi, ciągle nieźle gram w tenisa, jestem niezłym szachistą, lubię karty…

...kredytowe.
Nie, takie do gry! Choć stoi za mną i moją rodziną firma – jak to się określa – „o zdrowych fundamentach finansowych”, szpanerski luksus uważam za coś niewłaściwego, nieco nim pogardzam. To niesmaczne i naprawdę nie jest człowiekowi niezbędne. Miałem w życiu dużo szczęścia, jestem za to wdzięczny losowi. W momencie gdy trzeba realnie myśleć o problemach świata – o ekologii – prosty materializm mnie odrzuca. Uważam, że na bezrefleksyjne dążenie do wygody i luksusu nie ma dzisiaj miejsca.

Zatem jaka jest rola ludzi zamożnych – pan jest przecież bajecznie bogaty – we współczesnych społeczeństwach?
Wiadomo,  jest wiele zamożnych osób, które niewiele robią dla społeczeństwa, ale mam wrażenie, że takich ludzi jest coraz mniej. Społeczne zaangażowanie staje się coraz większe. Obserwuję to. Znam wielu bogatych w Niemczech, którzy angażują się w różne sfery życia, od pomocy Afryce po mecenat sztuki.

Kiedy doszedł pan do wniosku, że oprócz intensywnego rozwoju biznesu powinien pan robić więcej, dzielić się z innymi, myśleć „szerzej”, nie tylko tworzyć miejsca pracy, ale działać także pozabiznesowo?
Jako młody człowiek czytałem klasyków literatury i chyba te lektury sprawiły, że bardzo wcześnie zdecydowałem, że nie będę angażował się w politykę, że to nie jest coś, co by mnie interesowało. Jednak – powtórzę, bo to ważne – dość szybko zdałem sobie sprawę, że spotkało mnie w życiu duże szczęście i że trzeba się tym szczęściem dzielić, bo kiedy rozglądałem się wokoło, widziałem wielu ludzi, którym wiodło się gorzej, i to nie z ich winy. Przypadek, zbieg okoliczności. Dlatego to przekonanie, o które pan pyta – że trzeba coś robić na rzecz innych – było we mnie chyba od zawsze, prawie od młodości.

Dlaczego powołana przez pana fundacja działa właśnie na rzecz poprawy życia ludzi w Afryce?
Na początku lat 90. zobaczyłem film BBC pokazujący pewne istotne zjawiska: już wówczas statystyki jasno pokazywały, że Europa będzie musiała się skonfrontować z problemem masowej emigracji mieszkańców Afryki. Przyrost naturalny na biednym kontynencie musiał do tego doprowadzić. Szukanie lepszych warunków życia w sytuacji przeludnienia, ucieczka przed głodem i wojnami są czymś naturalnym. Oczywiste było dla mnie, że próby zaradzenia problemowi muszą być podejmowane na miejscu, w Afryce. Mamy w fundacji świadomość, że na jedną kobietę w Nigrze przypada siedmioro dzieci, a w krajach na południe od Sahary kobieta rodzi średnio pięcioro dzieci. Chodzi zatem o ograniczanie przyrostu naturalnego poprzez edukację i antykoncepcję, a także o prostą pomoc materialną.

Niektórzy twierdzą, że Afryka to pomocowy worek bez dna: wiele afrykańskich krajów uzależniło się od pomocy humanitarnej i nie widać perspektyw poprawy sytuacji. Kryzys trwa – osiągnął tragiczny „poziom równowagi”.
Pomoc dla Afryki wynosi około 50 mld dol. rocznie. I właściwie taka sama suma wraca z tego kontynentu do bogatych krajów: afrykańscy despoci i „politycy” kupują nieruchomości w Londynie, trzymają gigantyczne pieniądze w bankach, importują ekskluzywne towary, budują pałace itd. Oczywiście, świadczy to o olbrzymiej korupcji. W zdecydowanej większości afrykańskich krajów nie wybiera się przywódców w sposób demokratyczny, polityczne decyzje podejmowane są przez osoby niemające kompetencji, skorumpowane. I dlatego można powiedzieć, że teza, którą pan przywołuje, jest po części prawdziwa. Ale to nie oznacza, że można nic nie robić. Konkretny przykład to kraje azjatyckie. Jeszcze 20, 30 lat temu sytuacja w Azji wyglądała niemal tak samo źle jak w Afryce. I chociaż pomocy do Azji płynęło zdecydowanie mniej niż do Afryki, można chociażby na przykładzie Bangladeszu zobaczyć, że warunki społeczne i gospodarcze poprawiły się tam, i to zdecydowanie. 20 lat temu kobiety w Bangladeszu rodziły statystycznie po siedmioro dzieci, dzisiaj na jedną kobietę przypada dwójka potomstwa. Rozsądna polityka rządu doprowadziła do dobrych zmian. Dlatego widząc wielką pomoc materialną przynoszącą niewielkie rezultaty, zdecydowałem się skoncentrować wraz z naszą fundacją na problemach związanych właśnie z kwestiami demografii i przeludnienia.

Z pańskiej książki dowiedziałem się, że był pan nawet u papieża – Kościół katolicki, silny w Afryce, nadal sprzeciwia się antykoncepcji. Zmieni swoje nastawienie?
Jak pan wie, w krajach stricte katolickich niekoniecznie słucha się Rzymu – liberalne podejście do tego, co głosi Kościół, jest specyfiką wielu krajów. Moja opinia jest taka, że papież Franciszek wykazuje się postępowym myśleniem, ale jest otoczony ludźmi niezwykle konserwatywnymi. Jego sytuacja nie jest łatwa.

Dlaczego zamożni tacy jak pan wciąż pracują? Mógłby pan powiedzieć sobie: „szlus!”, wystarczy. I nawet jeżeli nie pływać jachtem, to siedzieć w ogrodzie i czytać ulubionego Schopenhauera.
W języku niemieckim mówi się o „słodkim nieróbstwie”, ale ja uważam, że w leniuchowaniu nie ma nic słodkiego. Naprawdę. Czerpię dużo radości z pracy i możliwości spotykania w niej ciekawych ludzi odnoszących sukcesy w swoich dziedzinach. Jak już mówiłem, znajduję też czas, żeby grać w tenisa, napisać książkę, chadzać do telewizyjnych talk-show – to sprawia mi przyjemność. No i mam wspaniałą rodzinę. Zatem praca, rodzina, małe przyjemności – gdzie tu czas na lenistwo?

Pańska książka wydaje się niezwykle szczera: otwarcie pisze pan o tym, że jako dorosły mężczyzna dowiedział się, że pańskim biologicznym ojcem jest przyjaciel rodziny – wujek, o ucieczce przed służbą wojskową. Czy pisał pan tę książkę dla swoich synów? Po to, żeby pana lepiej poznali?
Przeczytałem w życiu pewnie tysiące świetnych książek i bardzo się cieszę, że jest tyle dobrej literatury, po którą warto sięgnąć. Ale napawa mnie smutkiem to, że tak wiele ciekawych, wartościowych ludzkich historii, które mogą inspirować i ciekawić, może przepaść, jeżeli nie zostaną uwiecznione w książkach lub w postaci filmu. Oczywiście, nie porównuję się do wielkich pisarzy [śmiech], ale jak Proust szukał straconego czasu i smaku magdalenki, tak ja próbuję – uważam, że to możliwe – zachować wspomnienia, doświadczenia i przeżycia, ocalić je przed stratą, niebytem. Oczywiście, moi synowie bardzo dobrze mnie znają, ale książka sprawia, że mogą z jeszcze innej perspektywy spojrzeć na swojego zwariowanego, ekscentrycznego ojca. Książka, która jakiś czas temu wyszła w Niemczech, teraz ukazuje się w Polsce, sama w sobie jest już także częścią naszej rodzinnej historii.

A  pańscy synowie – obaj pracują w firmie – podzielają pańskie poglądy? Choćby te związane z filozofią prowadzenia biznesu, pomocą humanitarną i nieafiszowaniem się zamożnością?
Są między nami różnice, ale nie dotyczą generalnego systemu wartości. Jeśli chodzi o to, co jest dla nas naprawdę ważne w życiu, o to, co się liczy, o wyznawane wartości – nie różnimy się. Myślę nawet, że jesteśmy absolutnie jednomyślni. I to jeszcze jedna rzecz, która sprawia, że naprawdę czuję się szczęściarzem.

 

 

Dirk Rossmann "... i wtedy wspiąłem się na drzewo. Opowieść o karierze, odwadze i życiu." (Wydawnictwo Znak).

Polska premiera oraz spotkanie z autorem 28 listopada 2019 roku, godz. 18, Warszawa, Empik Junior 

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Flow Joga – przyjemność bycia w ciele

Flow Joga stwarza idealne warunki sprzyjające pojawieniu się stanu przepływu, a tym samym potencjalnej transformacji i wewnętrznej integracji. (Fot. iStock)
Flow Joga stwarza idealne warunki sprzyjające pojawieniu się stanu przepływu, a tym samym potencjalnej transformacji i wewnętrznej integracji. (Fot. iStock)
Flow Joga to powrót do naturalności, do tego, za czym tęsknimy, nie tylko w jodze, także w życiu. Powrót do stanu jedności ciała, duszy i umysłu.

Nie można nauczyć się Flow Jogi, ale można sobie przypomnieć, że „już nią jesteśmy", można przypomnieć sobie, jak wielka przyjemność płynie z bycia w swoim ciele, w stanie flow. Wtedy tracimy poczucie czasu, jesteśmy totalnie zaabsorbowani wykonywaną czynnością.

Płynąc na fali, mamy poczucie bycia w kontakcie ze swoją prawdą, ze swoją naturą, a jednocześnie czujemy się częścią pulsującego życiem świata, częścią wspólnoty ludzkości.

Flow to naturalny stan umysłu. Pojawia się on wtedy, gdy wykonujemy jakąś czynność dla samej przyjemności wykonywania jej. Dysponujemy wówczas wysokim poziomem energii, otwieramy się na swobodny przepływ kreatywności i radości z życia. Każdy kiedyś tego doświadczył, jednak osoby, które na co dzień, w życiu prywatnym i w pracy są w stanie przepływu, należą do rzadkości.

Flow Joga stwarza idealne warunki sprzyjające pojawieniu się stanu przepływu podczas zajęć, a tym samym potencjalnej transformacji i wewnętrznej integracji. Im częściej doświadczamy flow na zajęciach jogi, tym większe prawdopodobieństwo, że flow spontanicznie zacznie pojawiać się w codziennym życiu. Wykorzystujemy do tego celu rytm, muzykę, naturalny oddech, ruch oraz uważność.

Czego uczy Flow Joga?

Flow Joga uczy, jak płynąć z nurtem życia, jak stawiać czoła wyzwaniom, nie tracąc wewnętrznego spokoju i kontaktu ze sobą na co dzień i w obliczu kryzysu. Płynięcie z nurtem życia to umiejętność stawiania czoła wyzwaniom oraz zachowanie wewnętrznego spokoju wobec zmian, jakie przynosi życie.

Swami Satchitananda powiedział: „Życie to zmiana, naucz się surfować”. Dlatego na zajęciach Flow Jogi uczymy się płynnych przejść z jednej asany w drugą, a sekwencje ruchu budowane są w taki sposób, aby każdy kolejny cykl był okazją do rozwoju (np. silniejsze mięśnie brzucha lub spokojniejszy umysł). Ważnym elementem jest też naturalny ruch, zsynchronizowany z oddechem. Ewolucyjny rozwój to budowanie pojedynczej asany, a także cyklu zajęć - etapami, krok po kroku. Uczestnicy mogą sami wybrać odpowiedni dla siebie wariant ruchu, co wiąże się i z pogłębianiem świadomości ciała, i z przyjmowaniem odpowiedzialności za nie. Zajęcia są okazją do budowania kontaktu z ciałem, zarówno poprzez asany (o sztywno określonej formie z precyzyjnym ustawieniem ciała), jak poprzez spontaniczną ekspresję, poszukiwania swojego ruchu.

We Flow Jodze kluczową rolę odgrywa oddech. Nie chodzi jednak o dążenie do oddychania w konkretny sposób (choć klasyczne pranayamy także się pojawiają), ale raczej o nabieranie szacunku do oddechu jako siły życiowej, która inicjuje każde działanie i ruch we Flow Jodze. Oddech jest traktowany jak specjalny gość, który odwiedza nasz dom (ciało). Nie będziemy mu mówić, gdzie ma usiąść i co ma zjeść. Zapraszamy go do środka, dając swobodę i uważnie słuchając.

Najprzyjemniejszym chyba elementem Flow Jogi jest stwarzanie warunków sprzyjających pojawieniu się stanu „przepływu” (z ang. flow), czyli stanu zjednoczonej świadomości. Termin może brzmieć tajemniczo, ale od dawna funkcjonuje chociażby w psychologii i opisuje sytuację, kiedy jesteśmy w pełni zaabsorbowani wykonywaną czynnością. Tracimy twedy poczucie czasu, wzrasta nasza kreatywność i efektywność działania, pojawia się radość i uważność. W jodze efektem „ubocznym” takiej praktyki jest przyjemność, poczucie bycia na fali i piękno ruchu.

Flow Joga nie mieści się na macie – choć mata niewątpliwie jest przydatna i wygodna, to może stać się ograniczeniem. Flow jest odmianą jogi, która pozwala wyjść poza utarte schematy. Ciało porusza się naturalnie, w swobodny sposób. W efekcie pojawia się poczucie wolności i przyjemność bycia obecnym w ciele. Bezpieczeństwo ćwiczącego jest uwarunkowane przestrzeganiem zasad praktyki, czyli jogicznego BHP. Piękny taniec wolności z ograniczeniami.

Flow Joga jest narzędziem poszerzania i pogłębiania świadomości. Prowadzi ku integracji wewnętrznej. Jest drogą i celem. Stwarza przestrzeń dla tego, co ludzkie i tego, co boskie, łącząc sprzeczności. Transformuje, uzdrawia, przywraca wiarę w siebie, swoją siłę i uwalnia pełnię potencjału każdego człowieka. W konkretny sposób – poprzez ciało.

Czym Flow Joga różni się od innych stylów jogi?

Joga często bywa prowadzona mechanicznie. Na polecenie: z wdechem unieś ręce do góry, większość uczestników zajęć równocześnie unosi ręce do góry, próbując dopasować oddech do wykonywanego ruchu. We Flow Jodze jest odwrotnie, ruch jest inicjowany przez oddech. Dzięki temu jesteśmy w kontakcie ze sobą i czujemy się bardziej zintegrowani. We Flow Jodze bardzo ważne są także płynne przejścia pomiędzy pozycjami oraz uszanowanie każdej fazy cyklu ruchu: wstępu, szczytowego momentu oraz zakończenia. Taki rodzaj pracy pomaga nam być w lepszym kontakcie z ciałem oraz naturą, ponieważ wszystko, co istnieje w świecie, podlega prawom natury i ma cykliczny charakter.

Dla Flow jogi charakterystyczny jest także zmysłowy, pełen gracji, spontaniczny ruch, który przypomina taniec. Ciało nie porusza się jak maszyna, ale raczej jak ciało dzikiego zwierzęcia. To szczególnie cenny element praktyki, który pozwala odblokować zastałą energię, pobudza kreatywność, ekspresję oraz pozwala nam doświadczyć wolności i przyjemności bycia w ciele.

Dla kogo nadaje się Flow Joga?

Flow Joga jest stylem jogi dostępnym i przyjaznym większości osób. Zajęcia ogólnodostępne mogą być nieodpowiednie dla ludzi z poważniejszymi problemami zdrowotnymi lub urazami. Dla nich najlepszym wyjściem może okazać się podejście indywidualne. W przypadku wątpliwości najlepiej skonsultować się z lekarzem prowadzącym oraz nauczycielem jogi.

  1. Styl Życia

Archetyp Bliźniąt – z kwiatka na kwiatek

Ekstrawertyczne Bliźnięta otaczają się innymi ludźmi i rzucają w wir wydarzeń. Przerywają milczenie, zakłócają spokój, komplikują - byle tylko się działo. Jeśli się w tym zatracą, grozi im wypalenie - energetyczne, towarzyskie i zawodowe. (Ilustracja: iStock)
Ekstrawertyczne Bliźnięta otaczają się innymi ludźmi i rzucają w wir wydarzeń. Przerywają milczenie, zakłócają spokój, komplikują - byle tylko się działo. Jeśli się w tym zatracą, grozi im wypalenie - energetyczne, towarzyskie i zawodowe. (Ilustracja: iStock)
Zodiakalne Bliźnięta dają swoim podopiecznym błyskotliwość, ekstrawertyzm i ciągłe zmiany. Choć bywają nieco powierzchowne i niecierpliwe, mogą posłużyć za przykład, jak być kreatywnym i nie dzielić włosa na czworo. Czego mogą spodziewać się w najbliższym czasie urodzeni pod tym znakiem – zbadała Aleksandra Nowakowska we współpracy z astrologiem Piotrem Gibaszewskim.

Archetyp Bliźniąt znamy z greckiej mitologii – Kastor i Polluks urodzili się jako synowie Zeusa i Ledy, ale tylko drugi z nich otrzymał nieśmiertelność. Byli spryciarzami i psotnikami, kochali się nierozerwalną braterską miłością do tego stopnia, że kiedy Kastor umarł, Polluks ubłagał ojca, by mógł podzielić się z bratem nieśmiertelnością. Od tamtej pory obaj spędzają pół roku w Hadesie, a drugie pół na Olimpie. Dlatego Bliźnięta, jako znak podwójny o jakości zmiennej, nie przynależą ani do świata ludzkiego, ani boskiego.

Reprezentują żywioł powietrza i jak nasiona klonu wirują dzięki rozpostartym skrzydełkom ciągle dalej i dalej. Bliźnięta są rozedrgane, mało skoncentrowane i nie potrzebują stabilizacji. Dlatego – jak wyjaśnia astrolog Piotr Gibaszewski – niektórzy przedstawiciele tego znaku wolą pracować na etacie, a inni jako kierowcy tirów zapuszczają silnik i wyruszają przed siebie w deszcz, śnieg czy upał.

Co w trawie piszczy

Byk, poprzednik Bliźniąt na kole zodiaku, ogrodził i uznał za swoje terytorium zdobyte przez Barana. Bliźnięta z tego miejsca nawiązują kontakt ze światem, który znajduje się za płotem: ciekawskie, lubią wiedzieć, co w trawie piszczy. Są mostem łączącym ludzi z tym, co dookoła. To typowi ekstrawertycy: kochają wyjazdy integracyjne, festiwale, publiczne debaty, godziny szczytu, wielkie zgromadzenia. Potrafią zagadać nieznajomą osobę na ulicy, flirtować, błyskawicznie przekonać rozmówcę do swojego zdania. Są mistrzami konwersacji, ciętej riposty, błyskotliwego poczucia humoru.

Patronem znaku jest planeta Merkury, odpowiadająca za intelekt i komunikację, nosząca imię rzymskiego boga posłańca. Skrzydełka przy sandałach ułatwiały mu pracę pośrednika między Olimpem a ziemią. Ciągle był w drodze, tak jak Bliźnięta, które mogłyby mieszkać w wagonie kolejowym czy w kamperze. Merkury to bóg handlu, kupców i złodziei. – Mimo że okradał bogów i był krętaczem, oni go lubili. Miał w sobie urok i przekazywał ciekawe ploteczki – przypomina Piotr Gibaszewski i dodaje, że Bliźnięta mają coś ze stereotypu cwanego Polaka, który pożycza lawetę, jedzie do Niemiec i ściąga golfa na handel. Są crème de la crème elastyczności, kombinowania, wciskania kitu i bajeru. To urodzeni marketingowcy, którzy dobrze rozumieją istotę gry o sumie niezerowej, w której dwie strony wygrywają. Dobrze odnajdą się na arabskim bazarze, gdzie brak targowania się jest traktowany jako obraza.

Bliźnięta to specjaliści wszelkiej komunikacji – pisania, nauczania, wykładania. Za niemieckim filozofem i wielkim pragmatykiem Ludwigiem Wittgensteinem powtarzają, że granice naszego świata są granicami naszego języka. – Jeżeli mamy pismo, mamy do czynienia z kulturą. Jeśli analizujemy i przetwarzamy informacje, mamy do czynienia z cywilizacją – mówi astrolog. – Początkiem komputera czy rakiety kosmicznej był proces mentalny, z którym Bliźnięta wręcz się utożsamiają.

Patronują też dziennikarstwu, nowoczesnym mediom, promocji czy informatyce. Piotr Gibaszewski przypomina, że nadchodzące czasy będą wymagały kreatywnego podejścia do życia. – Bliźnięta bez trudu sobie z tym poradzą, ponieważ to one stoją za trenowaniem umysłu, technikami szybkiego uczenia się i twórczego myślenia. W psychoterapii bliski im jest nurt poznawczo-behawioralny czy coaching biznesowy lub rozwojowy, bo to praca z przekonaniami i wzorcami mentalnymi. A one lubią eksplorować zasoby mózgu – wyjaśnia.

Nazywanie świata

Bliźniąt nie dręczy pytanie: kim jestem? Zapytaj, do czego dążą, a zasypią cię słowami, ale dowiesz się, w jakim dokładnie kierunku zmierzają. Trudno im też podjąć decyzję, bo więcej myślą niż czują. Umysł na jedno pytanie ma odpowiedzi tysiące, serce – jedną, a Bliźnięta nie mają czasu ani cierpliwości, żeby ją usłyszeć. Można powiedzieć, że są bezimienne, bez tożsamości, noszą w sobie powierzchowność. To nie jest typ medytacyjny, który siedzi i czeka, aż myśli odpłyną jak chmury na niebie, by dotknąć wewnętrznej błogiej pustki i ciszy.

Ekstrawertyczne Bliźnięta otaczają się innymi ludźmi i rzucają w wir wydarzeń. Przerywają milczenie, zakłócają spokój, komplikują – byle tylko się działo. Jeśli się w tym zatracą, grozi im wypalenie – energetyczne, towarzyskie, zawodowe. Ekstrawertyk, inaczej niż introwertyk, ma mniej uważny kontakt ze swoimi uczuciami, nie słyszy dobrze sygnałów, które wysyła mu ciało, a dość często brzmią one: zatrzymaj się, odpocznij, zastanów, co czujesz i czego naprawdę chcesz. Ty, nie ludzie wokół ciebie. Z braku wewnętrznej definicji wynika ich ogromna potrzeba nadawania imion rzeczom. To Bliźnięta obdarowują świat pojęciami, liczbami, zasadami, teoriami. Mierzą i ważą, ustalają cechy wspólne oraz różnice. To ich ulubione intelektualne igraszki.

Badania wskazują, że towarzyscy ekstrawertycy są bardziej optymistyczni niż introwertycy. Ich mózg częściej zalewany jest hormonami szczęścia – dopaminą i serotoniną. Bliźnięta dążą do odczuwania pozytywnych emocji, co, jak zbadali kanadyjscy naukowcy, wiąże się z większą łatwością osiągania celów zawodowych. Potrafią skutecznie zmotywować się do działania, żeby odebrać nagrodę w postaci awansu. Po szczeblach kariery zawodowej wspinają się z lekkością i uśmiechem, żyjąc w poczuciu sukcesu.

Koczownicy

Astrolog zwraca uwagę, że grecki odpowiednik Merkurego, Hermes, wędrował też do Hadesu, przeprowadzając tam dusze zmarłych. To jego mroczna strona, powiązana z wiedzą hermetyczną, dotyczącą sztuki tajemnej, magii, zaklęć. W tarocie uosabia ją karta Maga, która łączy się z planetą Merkury i oznacza moc kreacji myśli.

– Tajemniczość Bliźniąt odnajdujemy w mitologii egipskiej, w której Hermes połączył się z bogiem zmarłych Tothem. Tak narodził się Hermes Trismegistos, czyli Hermes Po Trzykroć Wielki. To mistrz, nauczyciel, wielki mag. Kimś takim był niedawno zmarły Jerzy Prokopiuk, gnostyk, antropozof, pisarz-eseista, wybitna postać polskiej ezoteryki. Żył trochę między światami, niepasujący do nikogo i niczego. A jego Słońce urodzeniowe było w znaku Bliźniąt – opowiada Piotr Gibaszewski.

O Bliźniętach mówi się, że kłamią i są niewierne. – Jeśli zaczniemy moralizować, powiemy, że to złe – zwraca uwagę ekspert. – Zauważmy jednak, że Bliźnięta stosują strategie ewolucyjnie korzystne. Wierność narzucona jest przez większość religii i społeczne uwarunkowania, natomiast w naturze jest niezmiernie rzadka, ponieważ ogranicza szanse na przetrwanie.

Astrolog tłumaczy, że ten merkuriański znak Zodiaku na miłość patrzy jak na grę interesów. Bliźnięta nie mają sentymentów, romantyczne nie są, nie poświecą się. Bycie z drugim człowiekiem odbywa się na ziemi, a żywioł powietrza odrywa je od niej. W ich życiu dominują zmiany, co nie sprzyja budowaniu stabilnych relacji. – Osoby ze Słońcem w Bliźniętach do końca życia są luzakami, nigdy nie dorastają. To są takie dzieciaki jak Kastor i Polluks – mówi Piotr Gibaszewski. – Mają silną potrzebę zachowania lekkości i otwartości umysłu, a to odmładza. Dlatego Bliźnięta długo zachowują atrakcyjny wygląd.

Sprzyja im ruch i brak lęku przed uczeniem się wciąż nowego, eksperymentowaniem. – Koczownicy byli zdrowsi i silniejsi niż ludy osiadłe – zauważa ekspert.

– W ludzkiej naturze nie leży przywiązanie do jednego miejsca i płacenie podatków, a raczej przemieszczanie się, bo to ono daje rozwój. Pisze o tym Olga Tokarczuk w „Biegunach” i mówi łacińska sentencja Navigare necesse est.

Bliźnięta (21 maja – 21 czerwca)

  • żywioł: powietrze
  • jakość: zmienna
  • rodzaj: męski
  • prajakość: ciepły i wilgotny
  • pora roku: późna wiosna
  • archetyp: kupiec lub intelektualista
  • cień: cyniczny prześmiewca
  • pułapka: chłodna racjonalność
  • ideał: wielki myśliciel
  • dewiza: „Myślę, powątpiewam”
  • korespondencje w organizmie: płuca, oskrzela, ręce, dłonie

Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej.

  1. Styl Życia

Wiele dobrych wiadomości. Roczny horoskop dla Bliźniąt

Większość Bliźniąt w czasie nadchodzących 12 miesięcy może liczyć na trwałe efekty swoich starań. Bliźnięta przekonają się, że kryzysowe czasy mogą okazać się niepowtarzalną szansą na wprowadzenie w życie korzystnych zmian i pójście do przodu. (Ilustracja: iStock)
Większość Bliźniąt w czasie nadchodzących 12 miesięcy może liczyć na trwałe efekty swoich starań. Bliźnięta przekonają się, że kryzysowe czasy mogą okazać się niepowtarzalną szansą na wprowadzenie w życie korzystnych zmian i pójście do przodu. (Ilustracja: iStock)
Bliźnięta czeka jeden z lepszych okresów być może od wielu lat. Dzieje się tak przede wszystkim dzięki harmonijnym tranzytom dwóch planet społecznych: Jowisza i Saturna, które przemierzają znak Wodnika. Trygony, jakie tworzą i będą tworzyć do Bliźniąt, są sprzyjające i mają wyjątkowo mocne działanie.

Trygon Jowisza zaktywizuje wrodzone umiejętności i talenty komunikacyjne Bliźniąt, ale też przyspieszy wiele spraw. Wniesie do życia więcej dynamizmu i luzu: życie potoczy się lżej, przyjemniej, efektywniej. Jowisz sprawia, że minimum wysiłku nagradzane jest maksimum korzyści. Bliźnięta będą cieszyć się wielością kontaktów oraz lukratywnych okazji biznesowych czy relacyjnych. Trygon Jowisza do Słońca w tradycyjnej astrologii nazywa się królewskim aspektem, czyli wyjątkowo szczęśliwym. To te momenty, kiedy życie pozytywnie nas zaskakuje. Zawsze jednak warto wspomóc farta – prezent od Jowisza – przemyślanymi działaniami i świadomymi decyzjami.

Na Bliźnięta działa też obecnie Saturn. Planeta ta ma swoją ponurą sławę, ale tym razem oddziałuje harmonijnie, dlatego Bliźnięta poczują jej łaskawszą stronę. Czyli? W życiu zapanuje kojąca stabilizacja, ład, ich umysł zostanie zaangażowany do osiągania konkretnych celów. Ze swoją tendencją do tymczasowości i totalnego bałaganu Bliźnięta będą Saturnowi za to wdzięczne. Wpływy Saturna pozwolą im uporządkować chaos, para nie będzie szła w gwizdek. Korzystnego działania Saturna doświadczą w 2021 roku przede wszystkim Bliźnięta urodzone w pierwszej dekadzie, a w przyszłym roku te z drugiej dekady. A zatem z jednej strony Jowisz przyniesie nowe perspektywy i możliwości, z drugiej – Saturn wcieli je w życie. To będzie doskonała okazja, żeby w spektakularny sposób zawalczyć o swoje. Ambitne działania biznesowe mają zielone światło. Ograniczenia lockdownu spłyną po Bliźniętach jak woda po kaczce. Ten czas wyzwoli w nich skuteczną przedsiębiorczość. Bliźnięta dostają właśnie od planet szansę, żeby osiągnąć sukces, zdobyć zaszczyty i dobra materialne.

Bliźnięta urodzone między 9 a 15 czerwca są pod wpływem kwadratury Neptuna, przez którego rzeczywistość może się nieco rozmywać. Wpływów tej duchowej planety często nie odczuwamy w bezpośredni sposób, w postaci jakichś negatywnych wydarzeń, ale Neptun może Bliźniętom przynieść nieefektywne rozprężenie. Jak się to objawia? Spadkiem energii witalnej i zawirowaniami emocjonalnymi. Bliźnięta działają na dużych obrotach, a Neptun będzie im to utrudniał. Sprawność ich błyskotliwego umysłu może szwankować, a nerwowość, lęki i fobie nasilą się. Bliźniętom z drugiej dekady od maja do lipca 2021 roku może usuwać się grunt spod nóg – do działania Neptuna bowiem dołączy Jowisz, który wyjdzie z Wodnika i wejdzie w znak Ryb, tworząc kwadraturę. Końcówka wiosny i większość lata może przynieść im gorszy czas, który najlepiej wykorzystać na zdystansowanie się i porzucenie zbyt dużych oczekiwań. W sierpnia Jowisz znowu wróci do Wodnika, przynosząc dobrodziejstwa Bliźniętom z trzeciej dekady. Od początku 2022 roku planeta ta ponownie wkroczy w Ryby i jej kwadratura zostanie z Bliźniętami na dłużej, czyli do czerwca, a potem od października do końca roku. Bliźnięta powinny w tym okresie działać metodycznie, wystrzegając się popadania w przesadę i życzeniowe myślenie.

W sierpniu i pierwszej połowie września, kiedy Mars utworzy nieprzyjemną kwadraturę, Bliźnięta czekają turbulencje. Wtedy tłumione trudne emocje ujrzą światło dzienne, przez co można się trochę pogubić. Za to od połowy września fantastyczny trygon Marsa w Wadze będzie sprzyjał wszelkim inicjatywom. Dość trudnym momentem będzie 4 grudnia, kiedy dojdzie do kolejnego zaćmienia, tym razem Słońca w Strzelcu. Dodatkowa opozycja Marsa w tym znaku może przynieść Bliźniętom konflikty, spadek sił i poczucie niepotrzebnego szarpania się z własnymi emocjami i ludźmi wokół. Końcówka roku zapowiada się zatem jako czas dużego napięcia. Poprawa sytuacji nastąpi około marca 2022, kiedy Mars znajdzie się w Wodniku i razem z Saturnem utworzą serię trygonów do drugiej dekady Bliźniąt. Do połowy kwietnia 2022 roku Bliźnięta mogą zaliczyć spektakularne sukcesy na polu zawodowym. Potem obecność Jowisza i Marsa w Rybach przyniesie zawirowania i brak oparcia w faktach.

Podsumowując: większość Bliźniąt w czasie nadchodzących 12 miesięcy może liczyć na trwałe efekty swoich starań. Nie trzeba będzie gimnastykować się kosztem przeciążeń nerwowych i emocjonalnych. Dlatego warto z siebie dać dużo. Bliźnięta przekonają się, że kryzysowe czasy mogą okazać się niepowtarzalną szansą na wprowadzenie w życie korzystnych zmian i pójście do przodu.

Piotr Gibaszewski, astrolog, autor corocznych prognoz dla Polski i świata. Wykładowca w Studium Psychologii Psychotronicznej.

  1. Styl Życia

Równowaga między pracą a odpoczynkiem i codzienny rachunek sumienia. Sposób na życie według św. Hildegardy

Według programu św. Hildegardy oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja. (Fot. iStock)
Według programu św. Hildegardy oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja. (Fot. iStock)
Odpowiednia dieta, równowaga między pracą a odpoczynkiem i codzienny rachunek sumienia – sposób na zdrowe życie? Tak twierdziła wieki temu św. Hildegarda. Jej współcześni naśladowcy mówią, że miała świętą rację.

„Za panowania Henryka IV w Świętym Cesarstwie Rzymskim żyła w Galii Bliższej dziewica słynąca ze swego szlachetnego urodzenia i świętości. Na imię jej było Hildegarda. Jej rodziciele, Hildebert i Mechthylda, choć ludzie możni i ze sprawami światowymi obeznani, mieli na względzie dary należne Stwórcy, oddali przeto córkę w służbę Bogu. Jeszcze w dziecięctwie od spraw ziemskich się odsunęła, odgrodzona od nich przedziwną czystością…” – tymi słowami Gottfryd, mnich z Góry Świętego Dyzyboda, sekretarz Hildegardy, rozpoczął pierwszą księgę dzieła „Żywot świętej Hildegardy”.

Z braku harmonii

Alfreda Walkowska od ponad 25 lat popularyzuje w Polsce wiedzę o osobie i dziele św. Hildegardy. W książce „Powrót do harmonii” opisała podstawowe założenia jej programu. Jak się zaczęła jej przyjaźń ze średniowieczną wizjonerką?

– Mieszkałam wtedy w Niemczech. Po urodzeniu dzieci moje zdrowie zaczęło nieco szwankować – wspomina. – Miałam problemy z kręgosłupem, trzustką, krążeniem. Zaczęłam szukać pomocy medycznej. Tymczasem wybrałam się z moimi małymi dziećmi na pieszą, 30-kilometrową pielgrzymkę, podczas której po raz pierwszy usłyszałam o Hildegardzie. Był to czas mojego dojrzewania duchowego. Mieszkałam przy uniwersytecie i miałam dostęp do biblioteki, więc zaczęłam o niej czytać i sprawdzać na sobie jej metody leczenia. Okazały się tak skuteczne, że mogłam się obyć bez medycyny konwencjonalnej, także przy różnych dolegliwościach moich dzieci.

Grono korzystające z pomocy Hildegardy szybko się powiększało. Przyjaciele Alfredy prosili ją o pomoc w rozwiązywaniu problemów zdrowotnych. – Na początku skupiałam się na dolegliwościach fizycznych, z czasem zaczęłam odkrywać, jak duży wpływ ma na nie obszar duchowy. Poprzez muzykę Hildegardy, jej obrazy i wizje, zaczął docierać do mnie porządek świata.

– Po powrocie do Polski stwierdziła, że brakuje tu specjalistów i literatury na ten temat. Sprowadzała książki, dokształcała się i służyła radą wszystkim, którzy tego potrzebowali. W końcu chętnych zrobiło się tylu, że powstał kłopot z przekazem informacji na temat programu zdrowia św. Hildegardy. Postanowiła, że zajmie się tym profesjonalnie.

Obecnie Alfreda Walkowska prowadzi Polskie Centrum św. Hildegardy w Legnicy, w którym m.in. propaguje naturalny system leczenia, przywracający harmonię ducha i ciała.

Czym jest zdrowie?

„W samym centrum wszechświata umiejscowił Bóg człowieka, jako najważniejsze ze stworzeń. Swoją postawą jest on wprawdzie niewielki, ale siłą swojej duszy potężny. Jego głowa jest zwrócona do góry, a stopy oparte są pewnie na twardym podłożu. Ma on moc wprawiać w ruch tak to, co w dole, jak i to, co w górze. Ze względu na siłę swojego wnętrza jest w stanie zrealizować każde dzieło” – pisze Hildegarda.

Jesteśmy całością – duszą i ciałem. Zdrowie to harmonia obu tych sfer. Hildegarda wyróżnia cztery podstawowe obszary, w których funkcjonuje człowiek: najbliższe otoczenie, kontakt z naturą, wszechświatem i Bogiem. Według niej, zamiar Boży był taki, żeby człowiek żył w zgodzie z każdym z nich, był zdrowy i szczęśliwy. Ale ludzie popełnili grzech pierworodny i doszło do zakłócenia pierwotnego stanu.

Skąd się bierze choroba?

Choć Hildegarda za praprzyczynę choroby uznaje grzech pierworodny, to jednocześnie twierdzi, że możemy powrócić do zdrowia i harmonii. Na nasz stan w 10 procentach wpływa środowisko, w kolejnych 10 – obciążenia genetyczne, a w pozostałych 80 procentach – styl życia. Ten z kolei zależy od diety, czystego sumienia, higieny i proporcji między pracą a odpoczynkiem. Gdy równowaga tych wszystkich obszarów zostaje naruszona, w organizmie gromadzą się soki chorobotwórcze, zmniejsza się viriditas, czyli nasze siły witalne, dochodzi do zaburzenia funkcjonowania w tych czterech podstawowych obszarach. Następnie tracimy harmonię w innym, na który składają się: ziemia, powietrze, woda i ogień. Z nich zbudowany jest cały wszechświat. W konsekwencji dochodzi w nas do zaburzenia równowagi czterech soków ustrojowych: krwi, śluzu, żółci i czarnej żółci.

Jak powrócić do zdrowia?

To proste – należy cały ten proces odwrócić, uporządkować siebie i swoje życie. Musi także pojawić się chęć wyjścia z choroby. Potem zmiana diety, odpowiednie środki lecznicze, post czy określone zabiegi proponowane przez Hildegardę. Następnie chory powinien uporządkować sferę swoich cnót i grzechów, zrównoważyć pracę i odpoczynek. Wtedy powróci harmonia czterech obszarów, zostaną wydalone soki chorobotwórcze, zwiększą się siły żywotne, pojawi się równowaga pomiędzy czterema elementami… I tak choroba opuści ciało i duszę.

Kluczową rolę w procesie zdrowienia odgrywa silna wola. Alfreda Walkowska wierzy, że jeśli chory zacznie się porządkować, Bóg poczuje się zaproszony do jego życia i będzie w nim działać, ale to my jesteśmy odpowiedzialni za swoje zdrowie, za to, jak funkcjonujemy i korzystamy z zasobów Matki Ziemi.

– Hildegarda przeniknęła całe moje życie – przyznaje Alfreda. – W domu stosuję się do jej zaleceń dietetycznych, doświadczam dobroczynności postów i zabiegów. Niedawno moja córka zachorowała na ciężką grypę, miała 40 stopni gorączki. Jak radzi Hildegarda, poiłam ją herbatą malinową i porzeczkową, bo zawierają dużo witaminy C, galgantem z koprem na regulację krążenia i obniżenie temperatury, podawałam korzeń goryszu i robiłam okłady. Po 5 dniach powróciła do szkoły. Dietę hildegardową stosuję też w odżywianiu mojej sparaliżowanej od dziesięciu lat mamy. Podaję jej galgant, napój pietruszkowy, okładam plewami orkiszowymi. Jej stan jest stabilny, nie ma odleżyn.

Dieta Hildegardy

Program dietetyczny niemieckiej wizjonerki, to odżywanie rozumiane jako wzmacnianie viriditas – boskiej, życiodajnej siły. Hildegarda wszystkim bez wyjątków zaleca orkisz, który zawiera mnóstwo pełnowartościowego białka (uwaga: obecnie na rynku jest wiele odmian orkiszu skrzyżowanego z pszenicą, co ułatwia uprawy i podnosi plony, ale pozbawia go właściwości leczniczych).

Ważne miejsce w tej diecie zajmują też kasztany jadalne, koper włoski i różne przyprawy. Jej szczegółowy program dietetyczny uwzględniał subtilitet, czyli subtelności, które sprawiają, że pewne produkty są dobre dla konkretnych osób. Hildegarda brała pod uwagę różne uwarunkowania, które decydują o tym, jak czuje się dana osoba: jej stan zdrowia, płeć, wiek, pracę, porę roku i dolegliwości. Potem podpowiadała, co i w jakich proporcjach stosować. Jej dieta nie wyklucza jednak żadnej grupy pokarmów. Je się wszystko: zboża, warzywa, owoce, nabiał, mięso, ale z pewnymi zastrzeżeniami (warzywa tylko sezonowe, mięso: delikatniejsze dla kobiet, np. ptactwo, cięższe dla mężczyzn).

Hildegarda spisała konkretne wskazówki, co, kiedy i ile należy jeść przy danym schorzeniu. Na wzmocnienie systemu nerwowego i antystresowo zaleca gaszone wino i ciasteczka, które najlepiej przygotować samemu (mąka orkiszowa, masło, gałka muszkatołowa, cynamon i goździki; we właściwych proporcjach). Kto ma kłopoty z krążeniem powinien pić napój pietruszkowy (wino, pietruszka, ocet winny i miód; w odpowiednich proporcjach). Osoby cierpiące na chorobę nowotworową – ograniczyć białko zwierzęce i zadbać o stałą dostawę dobrej jakości orkiszu z białkiem budulcowym. Chorym na wątrobę zaleca spożywanie w dużej ilości kasztanów z miodem. Dobrze robi też post, nazywany przez Hildegardę „operacją bez noża”. To silny środek leczniczy, który oczyszcza i regeneruje organizm, ale są też pewne przeciwwskazania do jego stosowania. Według Hildegardy post wykluczają: choroby psychiczne, ostre infekcje, wyniszczenie organizmu, choroba nowotworowa, gruźlica i ogólnie zły stan zdrowia. Jeśli ktoś musi zrezygnować z postu, może zastąpić go zabiegami – stawianiem baniek, moczeniem stóp, pielęgnacją jamy ustnej, masażami i moksowaniem (rozgrzewaniem różnych punktów ciała).

Program dla ducha

– Ważne jest, co człowiek je i pije, bo to wpływa na jego umysł, duszę i ciało. Trzeba też dbać o higienę i czystość duchową: medytować, modlić się i regularnie robić rachunek sumienia, najlepiej przed snem – inaczej problemy się odkładają, nawarstwiają i dają podłoże do rozwoju choroby – tłumaczy Alfreda. Dlatego równolegle do programu żywieniowego, dobrze jest wprowadzać porządek wewnętrzny.

Hildegarda zestawiła ludzkie grzechy i cnoty. Królową wszystkich cnót nazwała umiar: należy go zachować i w modlitwie, i w pracy, i w wypoczynku. Brak umiaru w jedzeniu powoduje kłopoty z wątrobą, a w następstwie z krążeniem. Wielkie spustoszenie czynią też i inne grzechy. Na przykład tchórzostwo zżera człowieka, a lęk zakleszcza go i hamuje przed życiem, co wymaga wprowadzenia odwagi. Rozpasanie z kolei domaga się dyscypliny i porządku. Pycha, duma i hardość – pokory. Zgorzkniałość, nieżyczliwość i zazdrość – miłości. Rozpacz i desperacja – nadziei. Apatia, gnuśność i letarg – męstwa, energii, a ból istnienia – radości.

– Gdy przyjmuję ludzi w moim gabinecie i porządkuję ich sposób odżywiania, podpowiadam też delikatnie rachunek sumienia i spowiedź – mówi Alfreda Walkowska. – Nie da się oddzielić duszy od ciała.

Program dla ciała

Oprócz diety i rachunku sumienia potrzebna jest też równowaga między pracą a snem, między brakiem ruchu a aktywnością fizyczną. Ważny jest codzienny spacer, który poprawia krążenie i uspokaja.

– Gdy do tych programów dołączymy wszelkie formy ruchowe, obszar cielesny i duchowy zaczną się powoli równoważyć – zapewnia terapeutka. – Będziemy dobrze funkcjonować i pozytywnie oddziaływać na otoczenie. Nasza praca stanie się bardziej wydajna i twórcza, powrócimy do harmonii z naturą, zacznie się dobrze dziać w całym kosmicznym wymiarze naszego świata.

– Codziennie dziękuję za pomoc, jakiej doświadczam od Hildegardy – wyznaje Alfreda. – Ona w prosty sposób pokazuje mi, co robić, żeby być szczęśliwą na tej ziemi. Co nie znaczy, że żyję w pełnej szczęśliwości. Jestem tylko człowiekiem. Spotykają mnie różne choroby, dolegliwości i problemy, ale teraz zupełnie inaczej do nich podchodzę. Robię, co mogę, zawierzam problemy Bogu i żyję dalej.

Życie św. Hildegardy

Urodziła się w 1098 roku w nadreńskim Bermersheim, niedaleko Alzey. Była dzieckiem chorowitym, cierpiała na różne dolegliwości. W wieku ośmiu lat Hildegarda znalazła się w klasztorze. W 1141 roku w jednej z wizji ujrzała potężny ogień i nadzwyczajnie jasne światło, w których objawił jej się Bóg. Usłyszała wówczas słowa: „Zapisz to, co słyszałaś i widziałaś”. Tak powstało pierwsze dzieło Hildegardy – „Scivias” („Poznaj drogi Pana”). Potem pojawiły się kolejne dzieła teologiczne: „Liber vitae meritorum” („Księga zasług życia”) i „Liber divinorum operum” („Księga dzieł Bożych”). A także 70 pieśni, dramat „Ordo Virtutum”, komentarz do reguły benedyktyńskiej, życiorysy świętych oraz dzieła naukowo–medyczne: „Przyrodoznawstwo”, „O przyczynach i leczeniu chorób”.

Warto przeczytać: Alfreda Walkowska, „Powrót do harmonii”, wydanie drugie, wydawnictwo Polskie Centrum św. Hildegardy, 2008.

Alfreda Walkowska – doktor nauk teologicznych; tytuł naukowy otrzymała na podstawie dysertacji o św. Hildegardzie przedstawionej na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu; twórczyni Polskiego Centrum św. Hildegardy z siedzibą w Legnicy; wydawca, tłumaczka i konsultantka książek o Hildegardzie, znawczyni dzieła św. Hildegardy; inicjatorka i prezes pierwszego polskiego Stowarzyszenia „Centrum św. Hildegardy w Polsce”.

Artykuł archiwalny.

  1. Styl Życia

Slow Food, czyli świadomy posiłek. Kosztuj, celebruj, poczuj prawdziwy smak

Kawa, którą pijesz na śniadanie: Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, czy ludzie, którzy ją zbierali, zostali uczciwie opłaceni, czy mają prawo do odpoczynku, do przerw w pracy? (Fot. iStock)
Kawa, którą pijesz na śniadanie: Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, czy ludzie, którzy ją zbierali, zostali uczciwie opłaceni, czy mają prawo do odpoczynku, do przerw w pracy? (Fot. iStock)
Jemy dziś szybko, byle jak, byle co i byle gdzie. Stop! Czas na odkrycie radości w delektowaniu się zapachem i smakiem potraw.

Cóż może być przyjemniejszego niż pyszne danie spożywane w spokoju i w dobrym towarzystwie? Nie pochłaniasz, ale kosztujesz. Nie gryziesz w biegu, ale celebrujesz, czujesz smak... Nie pamiętasz takiego zdarzenia? Tak. Obiad z bliskimi stał się dziś luksusem lub stratą czasu. Pochłaniamy w pośpiechu kolejne dania, które są jedynie dawką paliwa, jaką tankujemy, by mieć energię do działania. W ten sposób odbieramy sobie prawo do smacznego jedzenia. Może szkoda?

Koniec z jedzeniem na klawiaturze!

Zjedz uważnie choć jeden posiłek w ciągu dnia. Nie oglądaj w tym czasie telewizji, nie pracuj na komputerze, nie czytaj gazety. Skup się tylko na jedzeniu. Daj sobie 15 minut! Dokładnie przeanalizuj składniki posiłku – pod względem pochodzenia i smaku. Czy wiesz, jaki jesz chleb? Jaką drogę odbył, by znaleźć się na twoim stole? Kiedy postanowisz skończyć z biernym wprowadzaniem pożywienia do organizmu i zechcesz odkrywać smaki oraz medytować nad nimi, czeka cię wspaniała przygoda, ale też… frustracja. Bo gdy przestaniesz jeść w pośpiechu kanapki i jogurty na klawiaturze w pracy, a zaczniesz robić sobie przerwy na smakowanie, może się okazać, że jedzenie, które wydawało ci się dotychczas w miarę zdrowe, jest pozbawione smaku. Aby być uważnym smakoszem, trzeba najpierw stać się sprawnym detektywem, który potrafi wytropić dobre, naturalne i lokalne produkty, a wyeliminować te, które poza ładnym opakowaniem nie oferują nic wartościowego.

Precz z fast foodami!

Slow Food to organizacja pomocna na drodze do świadomego smakowania. Podjęła się ochrony ginących odmian warzyw, zbóż i gatunków zwierząt, tradycyjnych sposobów przyrządzania jedzenia i kultury kulinarnej w poszczególnych regionach świata. Jednym słowem, prawa do smaku.

Powstała w 1986 roku we Włoszech jako bezpośrednia reakcja na otwarcie baru McDonald’s w Rzymie, naprzeciwko Hiszpańskich Schodów. Dla Włochów, którzy mają bardzo silne tradycje kulinarne, tak różnorodne w poszczególnych regionach, jedzenie w barze szybkiej obsługi, gdzie serwuje się to samo menu na całym świecie, było… sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem.

Slow Food występuje w obronie lokalnych upraw i specjalności, wspiera kultywowanie regionalnych tradycji. Dawniej kuchnia tętniła życiem i buchała zapachami, w niej tworzyły się więzi między ludźmi. Podczas rodzinnego biesiadowania przy jednym stole skupiano się przede wszystkim na jedzeniu i czerpano z tego mnóstwo przyjemności. Przypomnij sobie ostatnie święta. Ile spośród wigilijnych dań przygotowałaś od początku do końca w domu, sama lub z bliskimi? Do ilu dodałaś ulepszaczy smaku, półproduktów tylko po to, by oszczędzić czas lub ze zwykłego lenistwa. A może ten wspaniały zwyczaj przygotowywania posiłków we własnej kuchni ma szansę przetrwać?

Uwaga skierowana na „fair trade”

„Slow” znaczy powoli. To słowo pojawiło się w manifeście organizacji Slow Food jako hasło kluczowe, a jej symbolem został… ślimak. To sympatyczne zwierzątko ma przypominać, co jest w życiu najważniejsze – wydaje wojnę pośpiechowi, który stał się naszym codziennym towarzyszem i zmorą – wciąż zwiększa tempo życia, nawet gdy chcemy zwolnić. Popędzani przez obowiązki żywimy się na ulicy fast foodami...

A gdyby tak spróbować „zatrzymać czas”. Nie znaczy to wcale, że nagle mamy stać się flegmatyczni i leniwi, ale zwyczajnie rozejrzeć się wokół z większym zainteresowaniem, zwrócić uwagę na szczegóły i smaki. Wybierz się na targ lub do sklepu z ekologiczną żywnością i degustuj różne odmiany jabłek, pieczywa, serów. Porównuj, oceniaj i ciesz się z tego, że dokonujesz wyboru produktów ze względu na ich smak, pochodzenie, jakość, a nie tylko cenę i kolorowe opakowanie. Na przykład kawa, którą pijesz na śniadanie: czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, czy ludzie, którzy ją zbierali, zostali uczciwie opłaceni, czy mają prawo do odpoczynku, do przerw w pracy. Aby mieć taką pewność, wybieraj produkty oznaczone hasłem „fair trade”, czyli „sprawiedliwy handel”. Ten znak mówi, że produkt pochodzi albo z małych plantacji, które nie pracują dla wielkich koncernów, albo z takich, gdzie godnie traktuje się pracowników i sprawiedliwie dzieli dochodami.

Ratuj własne podniebienie!

W laboratorium badawczym naukowcy potrafią już odtworzyć smak, zapach i konsystencję każdego niemal produktu. Na półkach sklepowych bogactwo... substytutów, w których więcej chemii niż natury. Świadczy o tym chociażby lista związków chemicznych na etykietach.

Ponad 80 procent światowych odmian warzyw i owoców zniknęło już na dobre z uprawy. Ich miejsce zastąpiło kilkanaście wyselekcjonowanych lub tak zmodyfikowanych genetycznie, by szybciej dojrzewały, były odporne na choroby, dawały obfitsze plony i pięknie wyglądały. Smak zszedł na plan drugi.

Komu to się opłaca? Producentom, supermarketom, ale nie konsumentom. Czy niska cena rekompensuje brak smaku? Czy nie boisz się, że twoje dzieci nie poznają już tajemnic z babcinej spiżarni? Znajdź, np. w internecie, farmy ekologiczne w swoim regionie: mleczarnie, piekarnie, masarnie… Wspierając małe gospodarstwa, które starają się produkować żywność metodami tradycyjnymi, pomożesz nie tylko w ratowaniu zanikających odmian, ale przede wszystkim odkryjesz prawdziwe, trochę już zapomniane, smaki i aromaty. A także przepisy na robienie pysznych serów czy wędlin. Nawet na małą skalę, dla własnych korzyści, warto ratować podniebienia przed globalizacją!

Recepta Agnieszki Kręglickiej, restauratorki felietonistki, autorki książek: „Wybieram drogę ślimaka”

Całe moje życie, i rodzinne, i zawodowe, kręci się wokół kuchni. Jedzenie od zawsze było w centrum mojej uwagi. Nie jest tak, że pewnego dnia poznałam ideę Slow Foodu i z dnia na dzień „przechrzciłam się” na nowy model życia. To droga, którą wciąż idę, tyle że teraz ze świadomością, że uczestniczę w wielkim, światowym marszu. Coraz więcej uczę się o jedzeniu. Liczy się, jak powstało to, co na talerzu, skąd się wzięło, w jaki sposób zostało przygotowane. Produkty wybieram świadomie, czytam etykiety, odrzucam jedzenie przemysłowo przetworzone. Wolę to, co sezonowe, świeże, miejscowe, niż sprowadzane z daleka i dojrzewające na statkach. Niedawno jeszcze zachłystywaliśmy się nowymi egzotycznymi smakami. Teraz coraz bardziej doceniamy produkty krajowe, lokalne, naturalne. Jako restauratorka stawiam na ich jakość. Kupujemy jajka tylko z „jedynką”, czyli od kur z wolnego wybiegu, ekologiczne kurczaki, ekologiczną polską jagnięcinę... Nie używamy przypraw ze wzmacniaczami smaku. W naszym letnim ogrodzie w Fortecy, gdzie organizujemy przyjęcia z daniami kuchni polskiej – serwujemy sery, wędliny i inne produkty rekomendowane przez Slow Food. A jeszcze kilka lat temu kelnerzy musieli długo przekonywać gości do produktów spod znaku ślimaka. Na szczęście to się już zmienia. Zwiększa się świadomość, zapotrzebowanie i chęć próbowania. Wysokiej jakości produkty ekologiczne są wprawdzie droższe, ale zaobserwowałam, że w sklepach ekologicznych dokonuje się zdecydowanie bardziej uważnego wyboru i kupuje tyle, ile rzeczywiście potrzebujemy na przygotowanie posiłku. Inaczej zachowujemy się w supermarketach: wkładamy do koszyka zwykle za dużo i potem wyrzucamy. W ostatecznym rozrachunku wychodzi na to samo.

Warto przeczytać: Carlo Petrini, „Slow food. Prawo do smaku”, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl 2007.